batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Szkoda, ale

    4 komentarzy

    zapraszam na batumi ownlog com
    I zameldujcie mi się, żebym mogła odnowić listę ulubionych

    bo mnie tu zaraz jasny szlag trafi

    zaległości, powstawiać nowe zdjęcia, popisać…ech
    Na razie nie mogę ni cholery

    Dzisiejszy wpis mi zeżarło.

    Teraz z kolei zniknęły mi opcje „Widok  prosty” i „rozszerzony”

    Jeszcze chwila i mnie tu nie będzie. Gupia to ja tak zupełnie nie jestem w posługiwaniu się komputerami, ale na wordpresie wymiękam. Ja chcę starego bloga!

    że teraz już mi się nie chce pisać.

    Ale najważniejszy nius: Dexter zdał wczoraj wreszcie to *^$##$%#^ prawo jazdy!!! Uczciliśmy to półmiskiem sushi i michą krewetek. I ciastem „apple pie” z mąki pełnoziarnistej, które było paskudne i nawet nie próbowałam tym nakarmić rodziny.

    Wniosek – albo ciasto, albo chleb. Jak ciasto, to z pszennej, jak chleb, to z pełnoziarnistej.

    Jeśli ktoś ma trochę litości, to proszę o podpowiedź, jak tu dodać linki do swoich ulubionych blogów. Szlag mnie trafi. Wszystkie diabli wzięli.

    Jest to co prawda okazja do zrobienia porządków, bo niektóre linki nie działały od miesięcy, ale… ech… wzdech… Nie lubię, jak się  mnie zmusza do czegoś. A kto lubi?

    Próba wstawienia zdjęcia:

    Jest!

    5 komentarzy

    4 września 2012 roku urodził się! Mały Jan William. No, nie taki mały – 3800g
    Z pewnym oporem, a więc teraz pozostaje życzyć mu, aby cała reszta życia poszła jak z płatka.
    Jak „spłatka” :-)

    Mały polski Norweg czy norweski Polak?

    I byliśmy

    5 komentarzy

    na tych grzybach. Chociaż prognozy nie były za dobre – ani pogodowe, ani grzybowe. I zaiste, to był jedyny dzień w ostatnich dwóch tygodniach, kiedy padało. Cały czas. Pierwszy raz w życiu zbierałam grzyby pod parasolem. Ale zebraliśmy – dużo kurek. Przy okazji potelepaliśmy się leśnymi drogami po kaszubskich wioseczkach, napasłam oczy pięknymi widokami, pokazaliśmy Deedee kamienne kręgi w Węsiorach, a na koniec zjadłam przepyszną babkę ziemniaczaną z prawdziwym zsiadłym mlekiem i popiłam kawką – taką, jaką lubię, z ekspresu, nie za mocna, dużo mleka. Deedee – wielbicielka wszystkiego, co mleczne, bo ma skazę białkową, po spróbowaniu prawdziwego mleko mało nie opluła wszystkiego dookoła. No nie podeszło, za prawdziwe :-)
    Obejrzeliśmy sobie nowego Klossa, miłe zaskoczenie, że grali tam Mikulski i Karewicz oraz bardzo niemiłe zaskoczenie na widok Kota – blondyna i Adamczyka – bruneta z wąsami. To już nie można było odwrotnie?! Chyba, że Adamczyk w mundurze nie sięgał do pięt Kotowi w mundurze, wtedy zrozumiem.
    W sobotę zadzwonili po nas sąsiedzi i skończyło się jak zwykle, za to nie odespałam tej imprezki, bo w niedzielę z siostrą i mamą pojechałyśmy na cmentarz, bo imieniny taty. Pogoda jak dzwon, a ja tylko się modliłam, żeby wrócić cało do domu, wyspać się i wziąć tabletkę na ból istnienia. Ale i tak było fajnie. Poszłam spać o 21, nie wiem, kiedy ostatni raz mi się to przydarzyło. I chrapanie m wcale mi nie przeszkadzało.
    Dzisiaj rano tradycyjne zdjęcie dziecka na schodach, w galowym stroju. Pierwszy raz to było zdjęcie jednego dziecka, bo Dexter nadal w okolicach stolicy buduje garaż. Jego wakacje skończą się za miesiąc. Najdłuższe wakacje w życiu. I pierwszego października chyba nie będę miała okazji zrobić mu zdjęcia… Wzdech.
    Korzystając z długiej, leniwej soboty skończyłam bieżnik oraz oglądałam po kolei tvnowe produkcje – najpierw skosztowałam próbki perfekcyjnej pani domu. Trochę drażni mnie jej głos, poza tym nie pojmuję idei – przyjdźcie zobaczyć jaki mam syf i nauczcie mnie sprzątać. Chyba bym się ze wstydu spaliła. I jeszcze ci partnerzy – jak pomogą posprzątać to mało ich na rękach nie noszą z radości te panie. Ja pierdykam. I nie, nie chodzi o to, że mój m zasuwa od rana do wieczora ze ściereczką, o nie, jesteśmy od tego etapu daleko. Bardzo daleko.
    Ale jedna wskazówka dotycząca sprzątania zaciekawiła mnie bardzo i zamierzam to wykorzystać.
    Potem leciał odcinek Surowych rodziców. Jako że też nigdy nie widziałam, obejrzałam z ciekawością. Parę spraw dało mi mocno do myślenia. Mocno. Zamierzam coś wprowadzać powoli, zobaczymy, czy wyjdzie. Początek nowego roku szkolnego jest dobrą okazją.
    A jeśli już jesteśmy przy nowym roku szkolnym, to wczoraj Deedee dostała z tej okazji prezent. Grę „planszową” Angry Birds. Nawet ciekawie to sobie wymyślili. Długo pewnie się tym nie będzie bawiła, ale przynajmniej ma coś na czasie, czym mogła się pochwalić w szkole na początek :-)

    Parę faktów i osób zraziło mnie mocno do kawy rozpuszczalnej, na razie rzucam, zobaczymy jak to będzie. Przerzucam się na mieloną/parzoną/plujkę/niezamocną i ciekawe, ile wytrzymam. Fakt, że ta rozpuszczalna obrzydła mi strasznie. Oj, przydałby się dobry ekspres… Może sobie kupimy w prezencie na święta? Tylko które?

    W wiadomościach netowych obejrzałam sobie zdjęcia z meczu politycy kontra gwiazdy tvn. Z polityków rozpoznałam jednego :-), czyli naszego premiera, reszta nic, tylko nazwiska obiły mi się o uszy. Za to gwiazdy tvnowskie – pożal się bosz – nawet nazwiska na plecach nic mi nie mówiły.

    Rano byłam świadkiem akcji ”brudny kot chce wejść do domu”. Szkoda tylko, że to był mój kot i mój dom. Wiadoma osoba zareagowała zgodnie z przewidywaniami – krzycząc wniebogłosy wpuściła go do domu, złapała, zaniosła pod prysznic, „umyła” przy akompaniamencie wrzasków i pomruków, „wytarła” – dobrze, że nie moim ręcznikiem, tylko szmatą, jedną łapę pozostawiając ani nie umytą ani nie wytartą. Oraz pozostawiając ubłocony brodzik i pół łazienki. Nawet nie komentowałam, bo nie chciałam sobie psuć poranka, który i tak był wystarczająco ponury. Ale co przeżyję, to moje.
    A wystarczyło nie wpuszczać zołzy do domu, tylko zaczekać, aż doprowadzi się do porządku na tarasie. Ale nie, bo przecież biedna kocina zdechnie z głodu w pół godziny.
    Jutro za to akcja z drugim kotem, czyli operacja. Osiwieję chyba.

    że na robótkowym blogu przybyło zdjęć. W końcu się zmobilizowałam, wyprałam i opatentowałam sposób na naciąganie serwetek – doskonale posłużyła duża, narożna, rozkładana kanapa z materacem – w sam raz twardym i w sam raz miękkim.

    Poza tym jest pełnia, więc czekam na radosną nowinę z Norwegii :-)

    Wczoraj obejrzałam z końcu „Druhny” – nawet m ze mną obejrzał, a więc chyba mu się podobał, chociaż zaśmiał się tylko raz. W sumie to z Kac Vegas bym tego nie porównywała, bo tamto była dzika komedia, a tu niby dzika komedia, ale raczej romantyczna. Główna bohaterka ciekawa postać. Poziom żartów – oczywiście jak przystało na nasze czasy głównie opierało się na defekacji (odwieczny problem „czy piękne kobiety robią kupę?”). Okazało się, że robią, nawet na środku ulicy.
    Parę sytuacji przypomniało mi wspólne imprezowanie z D :-)))
    W dwóch miejscach szczerze się uśmiałam.

    Za to „Melancholia” Larsa von T – tak, wiem, przysięgałam, że już żadnego jego filmu nie obejrzę, ale skoro był za darmo…
    No więc ta „Melancholia” – nie wiem. Bardzo ciekawe zdjęcia, temat straszliwie smutny, bo o depresji; i jeszcze ta planeta… Pierwszą część obejrzałam jednym okiem, żeby mnie znowu reżyser znienacka nie walnął między oczy. Druga część, wczoraj, była tak smutna, że… usnęłam i nie wiem, jak się skończyło :-) A ja naprawdę nie mam zwyczaju zasypiać przy filmach. I nie jestem pewna, czy ciekawi mnie zakończenie.

    Jeszcze wcześniej: „Kobieta, która pragnęła mężczyzny” – omg jaki nudny film, podałam się po 10 minutach, nawet dzierganie nie dawało rady.

    A jutro NA GRZYBY! I ostatni dzień na ćwiczenia zeza. I trzeba będzie kupić spodnie Deedee. Lubię kupować coś na szczupłą… osobę ;-)
    A w weekend przyjedzie do nas M, będzie mieszkać z nami przez tydzień, bo ma pracę w Trójmieście. I może w końcu Dexter wróci do domu. Przydałoby się, trawnik bardzo za nim tęskni…

    Skończyłam wreszcie czytać „Hotel Paradise” i z zaskoczeniem zauważyłam, że to wcale nie jest kryminał tylko bardzo sympatyczna książka o dojrzewaniu.
    Teraz czekają na mnie opowiadana Trumana Capote, bardzo jestem ich ciekawa. I może w końcu gdzieś dorwę film o nim?!

    to tyle, że weekend był fajny, zrobiłam połowę następnej serwetki, a Deedee miała usg – dokładne – i nic nie wykazało :-)
    A, jeszcze widziałam wczoraj świetny czeski film „Idealne dni” – bardzo dobry, chociaż się nie spodziewałam aż tak. POLECAM

    Ze złych wiadomości – nie chce mi się; tak strasznie mi się nie chce, że aż boli; wyprać, naciągać i prasować tych moich serwetek, a więc nie wiem, kiedy będą zdjęcia.

    Dostałyśmy trzy wory ciuchów dla Deedee – po kuzynce – znowu nie ma ich gdzie schować, a starych NIECHCEMISIĘ przejrzeć i posegregować. Nie znoszę tego robić – cały dzień w plecy, a za chwilę znowu burdel w szafie.

    Ale mieliśmy pyszności z grilla, do tego nawet ich nie spaliliśmy!

    Dexter nadal nie wraca do domu, ja nie wiem, jak oni tam z B sobie radzą, ale mam nadzieję, że się nie pozabijają. Jak sam stwierdził: „Wreszcie trafiłem na to słynne szkolenie do B, którym tak mnie całe dzieciństwo straszyliście” :-) Poza tym powiedział, że już się tak nie boi o przyszłość, bo w razie czego umie sobie dom zbudować. Ok.

    Wyjechałam do pracy dość późno, bo szykowałam sobie śniadanie, którego następnie nie zabrałam. Przejeżdżając przez jedną z wiosek po drodze ze zdumieniem zanotowałam, że słyszałam koguta. A więc jeszcze ktoś się na wsi jeszcze zdobył, żeby trzymać kury?! Swoją drogą, to kogut też już przejął nawyki miastowe, bo była 7.40.

    Wczorajszy seans wieczorny pozostawił niedosyt – film niezły, aktorzy świetni, bardzo ładne plenery – Kraków i okolice. Historia również ciekawa, tylko ja się nie nadaję do kryminałów. Nie zrozumiałam końcówki. Może ktoś widział i wie? Film „Uwikłanie”, produkcja Machulski, reżyseria Bromski i naprawdę fajnie zrobiony. Podejrzewam trochę, że może po prostu chcieli pokazać, że zawsze znajdzie się większa ryba, która połknie tę dużą?

    Deedee przechodzi okres fascynacji tenisem, a to z powodu pewnego didżeja i jego teledysku. Wczoraj z wyprawy do Gdańska, tym razem z tatą, wróciła z opaską na głowę. Naciągnęła ojca. To znaczy właściwie to ojciec sam się naciąga, bo ona miała zamiar sobie kupić za swoje ostatnie pieniądze, ale tata lubi kupować różne rzeczy dzieciom, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia i nie musieć z nimi przebywać ;-) I męczy, że chce chodzić na tenisa. W sumie, to wolę taką fascynację, niż żeby uciekała z domu na koncerty :-)

    Znowu zrobiłam racuchy drożdżowe, ale tym razem się nimi otrułam. Były pyszne, wyrośnięte, złociste… i nie wiem dlaczego, ale umierałam po nich cały wieczór. Reszta rodziny ok, więc może się po prostu przeżarłam?

    M podsumował naszą Kerę, że jest najbardziej komunikatywnym kotem z całej trójki, a wręcz ich rzecznikiem prasowym :-D Rzeczywiście, to ona nas budzi, żeby wypuścić całą trójkę na dwór o czwartej rano.


    • RSS