batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 3.2008

    To moja odpowiedź na dzisiejszą dyskusję na blog.pl.
    A teraz poważnie:
    Ogłaszam wiosnę, wczoraj założyłam swój czerwony płaszczyk i pojechałam na dłuuugi spacer po Starówce. Zrobiłam 40 zdjęć i wróciłam, a potem piłam grzańca do wieczora, żeby mi dupa odtajała.
    Nic to, zimowa kurtka poszła do prania i dzisiaj dzielnie (0 stopni) podreptałam do garażu. Zimowe nuty idą dziś do kosza. Jak ja ich nienawidziłam!
    Piątkowy basen super – mam parę świetnych zdjęć Deedee w wodzie. Była tak przejęta wszystkim, że z twarzy nie schodził jej dziwny uśmiech – tak jakby jej ktoś go zrobił taśmą klejącą. Zdjęcie jutro, bo wczoraj skostniałymi paluszkami nie byłam w stanie przerzucić zdjęć na pendrive’a. Nawet sprawnie nam poszło z rozbieraniem i ubieraniem, o wpół do szóstej byłyśmy już w sklepie, bo D. dopadł wilczy głód po pływaniu.

    Mam też piękne zdjęcia sobotniej tęczy:

    oraz wczorajszej ulicy Mariackiej. A, muszę zaraz poszukać, co to była za impreza wczoraj na Długiej, bo bębnili strasznie i szarpali druty, nie pasowało mi to do wiosennej Starówki. Nawet telewizja Puls była :-) Nie chciałabym pracować w telewizji, bo jak ja robiłam zdjęcia Mariackiej, to oni musieli porzucić rodziny i rozstawiać te swoje sprzęty i słuchać tych wyjców pod Zieloną Bramą. Patekku, zrobiłaś mi zdjęcie? Tak się wystroiłam, że sama siebie nie poznawałam w wystawach sklepowych. Lubię czasem rzucać się w oczy, a wczoraj stanowczo się rzucałam :-)

    Sobotni grill odbył się, ale w piekarniku. M z Dexterem wysprzątali garaż, ja dom, oni posadzili nasze nowe drzewka, m kupił w Tesco cyprysy kolumnowe, całkiem spore. Zasłoniliśmy się od sąsiadów, bo już patrzeć nie można, jak sąsiad męczy się co weekend i myje oba czerwone samochody. Za to moja raszpla po zamiataniu garażu jest dzisiaj nie granatowa, tylko szara.
    Wczoraj wieczorem, kiedy już nam się wydawało, że dzień dobiega końca, zadzwonił wychowawca Dextera i powiadomił mnie o wagarach rzeczonego sprawcy. Znowu trzeba było umoralniać przez rozmowę.
    A swoją drogą, to na wszelkie kłopoty polecam obejrzenie „Czterdziestolatka”. Mówiłam już, że m ma takie hobby – zbiera polskie seriale. Tzn. dzwoni do mnie i nadaje, za jaką gazetą mam się dziś uganiać. Ale akurat 40latka to i ja uwielbiam. Kiedyś oglądałam to z perspektywy córki 40latka, teraz oglądam jako żona. Nie identyfikuję się z Magdą Karwowską, bo za głupią z niej zrobili babę, ale za to w Stefanie widzę i mojego ojca (Stefana zresztą) i mojego m. Zachowanie, poglądy, ideały i nieporadność, ale taka rozbrajająca, nie że mam lebiegę męża. I też jak mu się przypomni, to hurtem próbuje nagle wychowywać dzieci. A więc kupuję te odcinki, a potem w soboty robimy sobie maraton. Teraz trafiliśmy m.in. na odcinek o ich córce, jak skończyła 14 lat i „poszła na gigant”. A jak jej szukali, to kobieta pracująca stwierdziła, że nie ma na to rady – albo my musimy zdziecinnieć, albo dzieci spoważnieć. Ot, konflikt pokoleń. No więc nasz synek też poszedł na gigant – na szczęście tylko z jednej lekcji, a potem uczciwie powiedział wychowawcy, że po prostu sobie odpuścił, bo mu się nie chciało. Już nawet wagarować nie potrafią! Tyle, że my poczuliśmy się wykorzystani (i porzuceni hihi), bo w piątek poszedł na wagary, a w sobotę poprosił o zawiezienie go na mecz i fundnięcie mu tego meczu (scrooge jeden, pod koniec miesiąca jest bogatszy ode mnie).
    Co to ja chciałam? aha, idę na zakupy kosmetyczne, jak układałam włosy, to podyktowałam didi listę, co mi potrzeba do oddychania (najbardziej to czarnego eye-linera, żebym była bardziej podobna do Audrey).
    Muszę pomalować paznokcie.

    W oczekiwaniu, aż mama wyostrzy obraz:

    Daj łapę:

    komentarza u nigu, więc napiszę tutaj:
    Jutro idę na basen!
    Wcale mi się nie chce, ale czego się nie zrobi dla ukochanej księżniczki córusi najpiękniejszej. Marzy o basenie prawie dwa lata, ale ciągle chorowała, więc to było bez sensu. Teraz od paru miesięcy jest spokój z choróbskami, więc już nie było wymówki. Powlekłam się więc wczoraj do sklepu, kupiłam pływaczki, okulary i jutro pierwsza lekcja. I nie ma, że boli to 25 zł za godzinę.

    Uwielbiam po prostu w piątki chodzić na zajęcia dodatkowe z dziećmi. Człowiek jest już jedną nogą w weekendzie, planuje kino, dobry obiadek, drinusia, ach.
    Przedtem miała taniec w piątki, na 18.00. Myślałam, że mnie szlag trafi. W końcu przenieśli się na środę. No to żeby równowaga w przyrodzie była, to basen w piątek.

    Popatrzyłam sobie na zdjęcia, które zrobiłam od czasu, kiedy dostałam aparat. Aż wstyd – 89% zrobione w domu, konkretnie w salonie, z kanapy. Czy mówiłam już, że chcę wiosnę?! Nie jestem specjalnie spacerowa, ale już doprawdy, pod koniec marca to by się chciało założyć wreszcie ten czerwony płaszczyk, co czeka od miesiąca w szafie na ocieplenie. I pójść w plener porobić zdjęcia w ruchu.

    Jestem też od dawna umówiona z koleżanką z podstawówki na kawkę w Sopocie, „jak tylko zrobi się cieplej”. Niby ma być (haha, dzisiaj miało nastąpić gwałtowne ocieplenie – hamulec ręczny zamarzł mi w garażu). Od niedzieli trąbili „za to od czwartku ciepło”, od wczoraj trąbią, że od poniedziałku. Nie wierzę już nikomu. Wiosny nie będzie (tylko w czerwcu nagle gruchnie 30 stopni w cieniu i tak będzie do końca września, jak to nad morzem).
    Trochę się chyba rozpisałam o tej pogodzie. Właściwie do pogody nic nie mam, tylko do temperatury.

    Dobra, wystarczy.
    Tak więc, nigu, daję ci kopa na rozpęd, żeby ci się chciało tak, jak ci się nie chce – może zaczniemy od porządkowania szaf – grube ciuchy do góry, letnie na dół?
    Albo spotkajmy się gdzieś i pozaklinajmy wiosnę.

    Aha, zanotować – 27 marca 2008 – zamarzł mi hamulec ręczny. W garażu!

    I po

    5 komentarzy

    Nie będę oryginalna podsumowując święta:
    Ale się obżarłam!

    W pierwszy dzień najazd rodzinny od rana do wieczora.
    Łał, właśnie sobie policzyłam – oprócz naszej piątki w kulminacyjnym
    momencie było u nas 14 osób.
    Za to drugi dzień spędziłam zupełnie jak nie ja – leżałam. Jak nie
    leżałam, to spałam. Jak nie spałam, to jadłam. Jak nie jadłam, to
    oglądałam filmy. Dawno już tak sobie nie poleniuchowałam – nie
    wiedziałam nawet, że jestem jeszcze do tego zdolna. Zazwyczaj to co
    chwilę się odrywam od kanapy i lecę albo coś ugotować, albo sprzątnąć,
    albo zapalić, albo poszukać sobie coś do roboty.

    Ach, no i było też trochę adrenalinki w święta – okres, który miał być
    jak co miesiąc w piątek, tym razem nadszedł dopiero w niedzielę w nocy.
    Nie powiem, bardzo ładne dzieci mi wychodzą, i do tego inteligentne, ale
    może już wystarczy. M tak się wystraszył, że jeszcze dziś pytał, czy
    może jednak kupię test :-)

    Mazurek, nie chwaląc się, zrobiłam najpiękniejszy na świecie (majana
    chyba tego nie czyta ;-)), a dowód poniżej.

    Kurczaki dzisiaj wróciły na łono ojczyzny, czyli kurnika (hip hip hurra)
    - muszę przyznać, że mój próg tolerancji na brud znacznie się podwyższył
    z wiekiem.
    Ale zanim pojechały, dostarczyły nam tematu do paru ładnych zdjęć:



    Nastąpiła też dalsza sesja kosmetyczna, w mojej sypialni urządzono
    gabinet polowy i ustawiła się kolejka do henny i makijażu świątecznego.
    Zauważyłam nawet na boku mały handel wymienny (różowy błyszczyk za
    fioletowy cień itp)

    Dzieci młodsze dorwały dwie hulajnogi i zasuwały wokół kominka.

    Najstarsze pokolenie próbowało się zaszyć w pokojach u góry.

    M bardzo dzielnie zaopatrywał gości w kawę i drineczki, ale po dwóch
    godzinach zobaczyłam, jak wziął swojego drinka i udając głuchoniemego
    poszedł posiedzieć w którymś pokoju.

    Mój siostrzeniec jak zwykle rzucił jakimś kawałem mięsnym (oczywiście w
    młodszym kręgu rodzinnym).

    Znowu moje modelki kazały się obfotografować.

    I tak to jakoś się toczyło – od jedenastej rano do ósmej wieczorem.

    Pora do pracy.

    A Deedee w poniedziałek była zrozpaczona brakiem gości i towarzystwa:
    „jak mnie chłopcy nie obleją, to nie będę miała męża!” W końcu Dexter
    się zlitował i zlał ją porządnie.
    JA CHCĘ WIOSNĘ!!!

    nie wymawiać przy mnie słowa mięso, świnia, nawet trzoda.
    O Wielkanocy wolałabym też przynajmniej do dzisiejszego popołudnia nie myśleć.

    Nie zna życia, kto nie zamówił świni na święta, że tak sparafrazuję powiedzenie Fletcha.
    Zachciało nam się swojskiej wędliny, hahaha. HAHA.
    Tylko, że kiler, który miał to wykonać chyba za bardzo nie skojarzył faktu, że najlepiej by było, gdyby te wędliny były PRZED świętami.
    Wczoraj zabrałam koleżankę (dzięki ci, panie za przyjaciółkę, która ma czas na takie rzeczy przed świętami) i pojechałyśmy w puszczę odbierać ochłapy. Miało być gotowe o ósmej, ale byłam przygotowana na to, że z godzinkę poślizgu będzie. O JEDENASTEJ w moim bagażniku znalazły się dwie skrzynie mięcha, BEZ obiecanych kaszanek, białej kiełbasy i salcesonu. O pasztecie nie wspomnę. No cóż, ruszyłyśmy z powrotem do domu, o północy wtargałyśmy toto do domu i stanęłyśmy nad tym zastanawiając się, co teraz. Ostatkiem sił powstrzymałam się przed wrzuceniem tego psom za płotem u sąsiada, piorunkiem popakowałyśmy to w worki, do zamrażarek, a ponieważ już BARDZO nie miałam ochoty rąbać schabów o tej godzinie, upchnęłam je w lodówce kolanem, zatrzasnęłam i powiesiłam na drzwiczkach informację „przy otwieraniu uwaga na wypadające schaby, bo mogą zabić, jak spadną na głowę”.
    I już o wpół do pierwszej przymykałyśmy oko po to, żeby za chwilę, o 6.30 je otworzyć i powlec się do pracy.
    I siedzę teraz, dwie zapałki w oczach, trzecia kawa i marzę o godzinie pintnastej czydzieści, jakby pierwsza powiedziała.
    Pierdzielę, jutro biorę urlop.

    W każdym razie na starość będę mogła powiedzieć, że zleciłam kiedyś zabójstwo :-)

    I jeśli jutro NADAL nie będzie chociaż jednej kiełbasy do odbioru, to pojadę w tę puszczę do kilera i osobiście zrobię mu kil’im.

    PS:
    A jeśli któryś mój sąsiad widział mnie wczoraj o północy, jak targam z kumpelą skrzynki mięcha ociekającego krwią, to pewnie teraz pół wioski czeka z bijącym sercem, czy mój szanowny małżonek zjawi się jutro na święta, czy nie :-D

    zupa porowa z białą kiełbasą
    jajka faszerowane
    wędliny ze świni, na którą daliśmy zlecenie zabójstwa
    karkówka pieczeń
    pieczeń – schab w boczku zawijany
    polędwica z mascarpone w środku
    sos chrzanowo jajkowy do tych wędlin
    sałatka wiosenna
    sałatka tuńczykowa
    sałatka z makreli
    sernik na kruchym
    mazurek kajmakowy
    baba drożdżowa
    no i oczywiście pisanki – zapewne w sałatkach, albo też nafaszeruję
    swoją drogą, zawsze na zdjęciach podobają mi się te białka faszerowane żółtkami wymieszanymi ze wszystkim, co się da, a jeszcze nigdy takich nie jadłam. Zawsze teściowa robi takie swoje, smażone w skorupkach.
    A jak jeszcze ktoś będzie głodny, to usmażę sajgonki.

    przez to odchudzanie to już o niczym innym nie myślę, tylko o żarciu

    co to znaczy, że puchnie mi górna powieka??? jedna?

    napisać, żeby te wielkie zdjęcia zeszły niżej. Nie mogę już patrzeć na ten bałagan, który dawno tak naprawdę zniknął.
    Za to doszedło nowy czynnik, wielce bałaganogenny – 4 kurcacki, które siedzą w klatce po chomiku, w wiórach po chomiku i sypią tymi wiórami jak wściekłe. Mam wrażenie, że jak tylko się odwrócę, to one srrrru i bach i znowu można zamiatać. Do tego najbardziej głodne robią się o 4 nad ranem i nie jest to jakby moja ulubiona pora podawania posiłków. Jak się wkurzę, to skończą na wielkanocnym stole w charakterze żabich udek. Ale są oczywiście przesłodkie.
    Poza tym co. Ach, byłam wreszcie na tej „Mgle” i nie żałuję – King wystraszył mnie znowu genialnie, a poza tym jest to świetny film o tym, co się dzieje z grupą ludzi zamkniętych razem w jednym miejscu. No i bardzo smutne zakończenie, to mnie usatysfakcjonowało ostatecznie. Wyszłam z kina z drżącymi rączkami, nawet palić mi się nie chciało. Wieczorem w łóżku jeszcze długo o tym rozmawialiśmy. To jest to, co uwielbiam – porozmawiać o filmie, na którym się było.
    Teraz mam ochotę poczytać jakąś książkę Kinga – nie będzie z tym kłopotu, bo czeka na mnie na półce 600stronicowy „Bastion”, który według synka jest świetny.
    Aaaa, i czytam teraz Dehnela, pierwszy raz, i bardzo mi się podoba. Lubię niespodzianki, a tu było dla mnie niespodzianką to, że nie jest to powieść, tylko opowiadania, i pierwsze opowiadanie skończyło się nagle, niespodziewanie i bardzo interesująco.
    Za dużo tych „bardzo”, więc teraz użyję…
    Potem
    Nie, nie potem, bo obiecałam
    Przedtem miałam miłe towarzystwo w postaci ruchliwego dwulatka i napawałam się tym, że nie mój ci on. I że to nie ja muszę go pilnować, jak biega po moich schodach. I nie ja muszę opuścić imprezkę, żeby go uśpić (chociaż też próbowałam), co zresztą nie pomogło – usnął w końcu sam, na krześle, o północy. Przedtem zdążył jeszcze spaść z tego krzesła na łepetynkę, na szczęście nawet guza za bardzo nie znaleźliśmy rano.
    Przedtem zaś zaliczyłam miłą sesję kosmetyczną z jego mamą, która kształci się właśnie na wizażystko-specjalistkę. Jako że nasi panowie pojechali na mecz, miałyśmy sporo czasu dla siebie, pozbyłam się 2/3 moich brwi, i zaglądam co chwilę w lustro, bo jestem w szoku, że to moja twarz. A najśmieszniejsze jest to coś w oczach znajomych osób, jak patrzą na mnie i myślą „coś jest inaczej, ale CO?” Podczas gdy my zgłębiałyśmy tajniki zielonych cieni do oczu, dwulatek zdążył:
    - opleść kominek nicią dentystyczną
    - wyrzucić co się tylko dało z klatki kurzej
    - dziabnąć Deedee długopisem w ramię,
    - wrzucić płyty z grami za kanapę
    - wrzucić połowę gazet za drugą kanapę
    - zrzucić mozaikę Deedee z piętra na parter, i to wcale nie zamkniętą w pudełku
    - zapędzić koty w kozi róg (a jednego nawet na telewizor)
    - rozrzucić 200 słomek po kuchni i salonie
    i nie pamiętam, co jeszcze
    Ach, no i po kąpieli zatańczył nam crazy frog w stroju Adama, co udało mi się uwiecznić na filmie. Ciekawe ile mi zapłaci za 18 lat, żebym tego nie pokazała jego narzeczonej.
    No i specjalna wiadomość dla Majanki – bułeczki zostały w końcu upieczone i skonsumowane (po drodze trochę okraszone moimi łzami, bo zrobiłam za rzadkie ciasto i za Chiny nie mogłam go posmarować nadzieniem, a potem zwinąć) Ale i tak było przepyszne, a najlepszym świadectwem było to, że ci, co nie lubią ciast drożdżowych i ciast w ogóle, rzucali się jak głodne hieny. Z tego wszystkiego nie zdążyłam zrobić zdjęcia, więc nie będzie.
    Na kolację była musaka, już drugi raz robiłam, jest to bardzo niepracochłonne i do tego można to spokojnie robić przy gościach, którzy i tak zawsze siedzą w kuchni.

    Znowu zdjęcia przyniosłam. Co prawda, dwukolorowych oczu nie pokażę, bo szukałam po całym komputerze, a w końcu przypomniało mi się, że są w… albumie. Bo to starym aparatem robione było.
    Ale
    Mam tu świadectwo sobotniej nocy:

    najpierw był

    wielki

    bałagan, a potem:

    włala

    chodzę i macam te szafy, jakbym futro z norek dostała. Zły przykład, bo futra to mam akurat w… poważaniu.
    No i jeszcze prebranats w połowie drogi:

    i dwa sosy do makaronu, z suszonych pomidorów

    bo nie mogłam się zdecydować, który będzie smaczniejszy

    no i święta idą, trzeba znowu wyciągać sztućce

    nie upiekłam bułeczek norweskich, bo w sobotę rano to miałam tylko czas na fryzurkę i makijaż przed wizytą u rodziców, a w niedzielę: miałam kaca, nerwa, bo fajki mi się skończyły i do pierwszej w nocy składaliśmy szafy (które zresztą bardzo fajnie wyszły, pasują lepiej, niż myślałam i w ogóle jestem szczęśliwa). Biorąc uwagę ilość promili, które towarzyszyły składaniu szaf, to rano byłam bardzo zdziwiona, że w efekcie nie mamy kredensu z kanapą.
    Ale przepis na bułeczki wisi na lodówce i czeka na następny sobotni poranek. Mam nadzieję, że w końcu się uda, chociaż w planach sobotnich mamy również przywiezienie do domu zwłok, poćwiartowanie i poupychanie ich w zamrażarkach. Na szczęście zwłoki będą już bez głowy, bo inaczej ćwiartowanie mogłoby być przerywane częstymi omdleniami. Zwłaszcza m, on jest taki wrażliwy!
    I jeszcze nasz poranny dialog sobotni, który do dzisiaj mnie śmieszy:
    Naradzamy się, co dać mamie w prezencie. Ja jestem za czymś tam, m za to przypomniał sobie piękne wiszące zegary, które niedawno widział. Moi rodzice mają tak zagracone te swoje 52 metry, że chyba by się nawet nie znalazł kawałek wolnej ściany na ten zegar. Poza tym, coraz częściej oddają nam, dzieciom, swoje graty. Dyskutujemy, ja swoje, on swoje. Jako, że m nie bardzo przepada za moim bratem i vice versa, znalazłam argument:
    - Tak, kupimy im zegar, a za pół roku oddadzą go mojemu bratu, tak, jak nam oddali murzynki od niego.
    - Przekonałaś mnie – strzelił natychmiast.
    :-)

    Jak znajdę takie jedno zdjęcie, to Wam udowodnię, że MAM zielone oko (bo drugie jest szklane, majanko)
    A moja siostrzenica ma jedno brązowe, a drugie niebieskie, to jest dopiero czad. Też pokażę zdjęcie.
    Jak co piątek wstąpiłam na wagę w naszym magazynie i już nie jestem taka na nią obrażona :-)
    Wróciłam do wagi końcowej z odchudzania, teraz chciałabym pociągnąć jeszcze trochę.
    Szperam po stronach o fotografii cyfrowej i mam coraz większe kompleksy. Chyba się nie odważę pokazać na takich forach żadnego swojego zdjęcia. Tam wszystkie wydają mi się perfekcyjne.
    I zagadka na weekend – jeśli przy wadze 62 mam jeszcze 5-10 kilo nadwagi (zależy na której stronie sprawdzam BMI), to jakiego jestem wzrostu?

    wczoraj zrobić sobie jakieś sensowne zdjęcie, w końcu czasu już za dużo nie mam na uwiecznienie swojej „urody”, zmarchy coraz większe.
    Za to w tym czasie Deedee wyżywała się w swojej pasji:

    oraz:

    Moje zdjęcia po potrójne obróbce w fotoedytorach będą się nadawały do użytku.

    Całe życie miałam wpisane do dowodu oczy niebieskie, chociaż z czasem stwierdziłam, że są szaro-niebieskie, ale wczoraj odkryłam, że mam zielone. Zawsze chciałam mieć zielone. Proszę o opinie.

    Czy jeżeli całe życie chciałam być podobna do Katriny Z-J, to to też się spełni?


    • RSS