nie wymawiać przy mnie słowa mięso, świnia, nawet trzoda.
O Wielkanocy wolałabym też przynajmniej do dzisiejszego popołudnia nie myśleć.

Nie zna życia, kto nie zamówił świni na święta, że tak sparafrazuję powiedzenie Fletcha.
Zachciało nam się swojskiej wędliny, hahaha. HAHA.
Tylko, że kiler, który miał to wykonać chyba za bardzo nie skojarzył faktu, że najlepiej by było, gdyby te wędliny były PRZED świętami.
Wczoraj zabrałam koleżankę (dzięki ci, panie za przyjaciółkę, która ma czas na takie rzeczy przed świętami) i pojechałyśmy w puszczę odbierać ochłapy. Miało być gotowe o ósmej, ale byłam przygotowana na to, że z godzinkę poślizgu będzie. O JEDENASTEJ w moim bagażniku znalazły się dwie skrzynie mięcha, BEZ obiecanych kaszanek, białej kiełbasy i salcesonu. O pasztecie nie wspomnę. No cóż, ruszyłyśmy z powrotem do domu, o północy wtargałyśmy toto do domu i stanęłyśmy nad tym zastanawiając się, co teraz. Ostatkiem sił powstrzymałam się przed wrzuceniem tego psom za płotem u sąsiada, piorunkiem popakowałyśmy to w worki, do zamrażarek, a ponieważ już BARDZO nie miałam ochoty rąbać schabów o tej godzinie, upchnęłam je w lodówce kolanem, zatrzasnęłam i powiesiłam na drzwiczkach informację „przy otwieraniu uwaga na wypadające schaby, bo mogą zabić, jak spadną na głowę”.
I już o wpół do pierwszej przymykałyśmy oko po to, żeby za chwilę, o 6.30 je otworzyć i powlec się do pracy.
I siedzę teraz, dwie zapałki w oczach, trzecia kawa i marzę o godzinie pintnastej czydzieści, jakby pierwsza powiedziała.
Pierdzielę, jutro biorę urlop.

W każdym razie na starość będę mogła powiedzieć, że zleciłam kiedyś zabójstwo :-)

I jeśli jutro NADAL nie będzie chociaż jednej kiełbasy do odbioru, to pojadę w tę puszczę do kilera i osobiście zrobię mu kil’im.

PS:
A jeśli któryś mój sąsiad widział mnie wczoraj o północy, jak targam z kumpelą skrzynki mięcha ociekającego krwią, to pewnie teraz pół wioski czeka z bijącym sercem, czy mój szanowny małżonek zjawi się jutro na święta, czy nie :-D