batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 3.2008

    ale słoneczny :-)
    Przynajmniej w tym momencie.
    Nigu, mówisz i masz ;-)
    Jak już przestaniesz cmokać, to możesz spróbować coś bardzo smacznego i prostego – sałatka „chińska”, tak to sobie nazwałam. Przepis przywiozłam z Białej Podlaskiej. Wrzuca się do michy: pół kapusty pekińskiej, cycka kurzego usmażonego w całości z jakąś przyprawą, pomidory, kukurydzę i co kto tam ma z warzyw, a do tego wkrusza się makaron z chińskiej zupki (stąd nazwa) – ja najbardziej lubię „złotego kurczaka” ale curry też było dobre. I to wszystko się miesza z majonezem połączonym z przyprawami z tej zupki. Generalnie musimy uważać, żeby w tej sałatce znalazło się coś mokrego, typu pomidor, a jak nie ma, to sałata lodowa zamiast pekińskiej, żeby makaron miał od czego spęcznieć. Dobre na drugi dzień. o, ogórek konserwowy też pasuje.
    Jak tylko zaczynam się odchudzać, to od razu nabieram jeszcze większej ochoty, żeby zrobić coś pysznego. Np w ten weekend, w ramach odchudzania odczywiście, będą norweskie bułeczki od majanki.
    Zdjęcie dowodowe wyszło takie sobie, właściwie może być, żebym tylko jeszcze taka blada nie była, to w ogóle byłoby fajnie. Ale za leniwa jestem – samoopalaczem nie chce mi się smarować, zresztą samoopalacze najlepiej opalają dłonie i brwi. Na solarium też mi się nie chce, zresztą boję się raka. A już leżeć plackiem w skwarze to wogle – wytrzymuję 5 minut. Pocieszam się, że za to zmarszczek będę miała mniej.
    Nowa Chmielewska stoi w empiku, czytał ktoś? warto?
    Ach, no i muszę kupić albumy Kosycarza dla m, na zajączka np.
    Obkupiłam się trochę wczoraj w kosmetyki. Głównie zielone, chyba wiosny mi się chce.

    przyśniły głupoty. Tym razem sponsorowane przez kolejnego Kinga, którego czytam – „Komórka”
    I szlag mnie trafia, że na nic dobrego nie można sobie pozwolić, bo jak powącham coś tłustego lub słodkiego, to od razu dupa mi rośnie o 1 rozmiar. A ja tak lubię coś upichcić, a potem to zjeść. Powinnam być kucharką, to chociaż połowę przyjemności bym z tego miała. Tylko, że nigdy nie widziałam chudej kucharki. Bo Pascal czy Nigella to jakoś mi nie przemawiają – nie nazwałabym ich kucharzami. Ale bredzę.
    Poza tym co? No właśnie, przeżywam strasznie, bo po południu idę sobie zrobić zdjęcie do dowodu. Nie, nie miałam osiemnastki w ten weekend, tylko adres nam zmienili, dokładnie nazwali naszą „ulicę”.  Żeby tak cholera zrobili oświetlenie, to nie, ale nazwa dumna będzie. I teraz będziemy skręcali kostki nie na żwirowato-błotnej, tylko na Leśnej.
    Ale o czym to ja… Aha, no więc rano wstałam wcześniej, żeby fryz sobie zrobić (dżizas, całe szczęście, że u fryzjera byłam tydzień temu), wzięłam do pracy worek kosmetyków, żeby nałożyć na twarz tzw. niewidoczny makijaż i idę.
    AAAAA, i mój plecaczek dzisiaj dotarł pocztą, jestem gotowa do wiosny (tak więc teraz już spoko, zima będzie się trzymała do połowy maja, a potem runie żar z nieba).
    A w sobotę w nocy doczekałam do 00.30, ale huraganu, wróć – ORKANU, nie widziałam. I nie słyszałam. Takie katastrofy to mogą nam się przydarzać co miesiąc.
    Kotka zakończyła ruję i przyszła się najeść i wyspać. Takie to mają życie.


    • RSS