batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 4.2008

    w pizdu. Szszfak. Na początek rano zapomniałam z domu lakieru do pazurów, co je miałam pomalować po przyjściu do pracy. A jeszcze o 23.20 przypomnienie w komórce nastawiałam. No i teraz siedzę, nudy, jak zwykle, kiedy nie ma szefowej, pazury nie pomalowane (i nie wiadomo, kiedy to nastąpi, bo ja w domu nie umiem ich malować). I nie pamiętam, co miałam zrobić potem. Więc siedzę. Blogasie przeczytane. Przepisu na drożdżówkę nawet nie podam, bo mam w domu a nie w głowie.
    I jeszcze po wczorajszym wieczorze kłębią mi się pod czaszką Simy. Ostatnio nauczyłam się je swatać, więc teraz jak gupia kojarzę pary i wprowadzam nowych kawalerów na osiedle, bo ich ciągle brakuje (jak w życiu). Potem zaczną się rozmnażać :-)
    A w ogóle to jest tak to rozwiązane, że jak babka w swoim domu oświadczy się facetowi, to on po ślubie wprowadza się do niej, przejmuje jej nazwisko, zabiera graty ze swojego domu, konto i przyjaciół (tyle, że tych gratów do niej nie wnosi, pewnie przepija na kawalerskim)
    cd później, idę się obudzić
    Wystarczy o Simach. Córce już nałożyłam embargo, teraz pora chyba na mnie. Nie będzie z tym większego kłopotu, bo nadchodzi majówka, a z nią wolne dni, również od komputera. Jak zwykle najazd gości, gotowanie, sprzątanie, chlańsko i leczenie kaca. W tzw międzyczasie zwiedzanie, o ile pogoda pozwoli. BO PRZECIEZ NIE MOŻE BYĆ TAK, ŻEBY BYŁA ŁADNA POGODA NA MAJÓWKĘ, O NIENIE.
    Szszfak
    W planach mam dużo różnych pomysłów na żarcie, w tym oczywiście grilla, na szczęscie mamy mały daszek nad tarasem. Wezmę sobie drinka, papieroska, usiądę na grillem i będę opiekać. I donosić pełne talerze biesiadownikom. Oczywiście nie obejrzę żadnego filmu, nie posłucham swojej muzyki, nie poczytam, nie pogram, takie rzeczy to tylko w erze, prawdaż.
    Ale i tak się cieszę. A w niedzielę Deedee ma imieniny, kupimy jej Nowe przygody Mikołajka, to jej ulubiona książka. Wczoraj mówi do mnie „no bo co w końcu, kurczę blade, nie można trochę pooglądać telewizji?” No nie można. ;-)
    I upiekę ciasto ze słonecznikiem i ciasto cytrynowe – nie widziałam ich jeszcze u Majany, o ile się nie mylę. Będę oryginalna, a co (kurczę blade)
    No to jeszcze 2 i pół godziny. Dobra, idę spakować listy na pocztę, dzięki którym będę mogła zacząć majówkę pół godziny wcześniej, o 15.00.
    Bawcie się dobrze i nie róbcie tego, czego ja bym nie zrobiła.

    Zdjęcia

    5 komentarzy

    Tak oto ciasto drożdżowe było
    BYŁO

    był też znajomy na motorze (dlaczego każdy facet koło czterdziestki musi mieć motor? sorry, motocykl, chopperek, ścigacz)

    no i pokażę swój balejażyk, jestem teraz po prostu trochę jaśniejszą blondynką, nie wiem, czy o to mi chodziło

    niech już będzie środa po południu, please

    W odpowiedzi na żywe zainteresowanie kamieniem śpieszę wyjaśnić – kamień z gipsu, z halogenkiem na baterię, ładnie się komponuje wśród kamieni otaczających klomb i przy okazji podświetla jakiś krzaczek, do nabycia w Tesco w zeszłym roku za 5 czy 10 peelenów. Niestety, nie ma co liczyć że przeczytamy przy nim instrukcję używania podpałki do grilla – świeci, ale nie oświetla, jak wszystkie napędzane słońcem

    O zaletach ruchu na świeżym powietrzu można by dużo i długo, niemniej po tym, jak to opisał leniuch.blox.pl, to ja już nie mam co startować. Zresztą, ile można się użalać nad sobą. Tym bardziej, że jestem dumna z siebie, bo klomb przy tarasie wygląda p r a w i e  pięknie, zostało 15%, na które już nie starczyło nikomu sił i zapewne wszyscy będą ten kawałeczek konsekwentnie omijać wzrokiem do następnego zrywu, tzn. do przyszłej wiosny.
    Koleżanka została również podstępnie wykorzystana, bo najpierw m zrobił nam śniadanka do łóżek, a potem, kiedy wyszła z kawką na taras, nagle spostrzegła w swej delikatnej dłoni NIE Wysokie Obcasy, lecz wielkie nożyce do trawy i została wydelegowana do obcinania tego, czego kosiarka nie dosięgnęła. Cóż, coś za coś, jak to w życiu bywa. Ja z Dexterem dokonałam zamachu na klomb, przy okazji ucierpiało parę bulwiastych i cebulowatych, bo jak synek bierze w dłoń szpadel, to nie czas żałować róż…
    Znaleźliśmy nawet kamień na baterię słoneczną, który w zeszłym roku przyświecał komarom, a potem zaginął w gąszczu perzu. Okazuje się, że nadal świeci.
    A wszystko to po to, że jak przyjadą nasi kochani goście na długi weekend i jak usiądziemy przy grillu na tarasie a oni zaczną mantrować „ale macie pięknie, i ten las, a ten trawnik, i ach i och, ale to pewnie dużo roboty, co?” to ja kiwając nóżką (copyright pierwsza) powiem „ależ skąd, pełna rekreacja, naprawdę, polecam, kupcie sobie działkę pod miastem i budujcie się, nie ma na co czekać, wkrótce córki wam uciekną z gniazda, jak wrócą z wnukami do niańczenia na ręku, będzie jak znalazł” (a za parę lat będę rechotać, jak usłyszę „słuchajcie, czy wy macie też tyle kretów?” i „co to kurna jest wertykulator???”)
    Starsza kotka dostała ruję, znowu latają po garażu i lesie z rudym, który ZAWSZE wie, kiedy przyjść.
    A z babskich spraw – wczoraj regulacja brewek, dzisiaj fryzjer tralalala…
    PS: I prawie nie mam zakwasów po weekendzie, a więc mogę zacząć mówić, że mam kondycję, ha!

    No i

    24 komentarzy

    wcięło mi notkę.
    W każdym razie było tam coś o tym, jaka jestem zdolna, bo sobie wkleiłam narożnik z Tybetem i coś o wczorajszym cieście drożdżowym z jagodami i o dylemacie na dziś: drożdżówki czy norweskie cynamonowe?
    Jak również o tym, że urodziła się nowa lejdis, waży 3500 i mieszka w Poznaniu.
    I że nie moge się doczekać poniedziałkowego fryzjera.
    I że jutro grill, koszenie, przycinanie.
    A moja szefowa w nagrodę za podwyżki za godzinę odlatuje do Egiptu. Poleżeć sobie. Z drinkiem z palemką. Nad basenem.

    Pominę milczeniem to, co zobaczyłam przez okno dziś rano, bo nie chcę się wyrażać. W każdym razie źle wróżę sałacie wczoraj posadzonej.
    Też się spóźniłam do pracy, ela z premedytacją, bo wczoraj załadowałam letnie oponki do samochodu i dzisiaj w drodze do pracy pomyślałam „taki piękny poranek, to chyba dobry dzień na zmianę” i zajechałam do oponiarni. Pracuję od 7.30 (teoretycznie, bo zazwyczaj jestem za 10), panowie powiedzieli, że od ósmej, dobra, czekam. Dziesięć po ósmej zaczynałam się denerwować, ale wreszcie wypili kawę i zaprosili do środka.
    I zrobione.
    Dobrze mam, bo w pracy naprawdę luz, szefowa anioł, ufa nam i słusznie, bo każdy robi swoje nie poganiany. Sami sobie nadajemy tempo i wszystko jest zrobione jak trzeba.
    Jeśli czyta to ktoś, kto kiedyś być może da mi pracę, to chyba zapunktowałam, co?

    Obejrzałabym dobry film… bo ten wczoraj to mój boszsz…

    Ostatni spokojny weekend przed nami, będę kosić, pielić, szykować garderobę na wiosnę (może w końcu przyjdzie) i obejrzę „Śmierć komiwojażera” (nie, nigu, to nie horror)
    :-D

    UPDATE:
    Chyba sobie wykrakałam, ale pozytywnie – właśnie dostałam podwyżkę, bez proszenia, większą niż zwykle – i jak tu mi nie zazdrościć mojej pracy – kompletnie bezstresowej?

    Muszę powiedzieć, że jednak powinno się wierzyć w zwykłe, tanie polskie specyfiki, a nie w reklamę i że droższe to lepsze. Od dawna byłam zrozpaczona ilością włosów wypadających przy każdym myciu, czesaniu i układaniu. W końcu zasięgnęłam języka, polecono mi Prenatal dla ciężarnych – proszę bardzo, biorę. Nic. Potem postanowiłam uwierzyć farmaceucie i wzięłam „wyciąg ze skrzypu”, po prostu. Za parę złotych. I teraz nie wiem, czy prenatal w końcu zadziałał, czy ten skrzyp taki świetny, bo naprawdę wypada tyko kilka włosów dziennie. Ale myślę, że to ten skrzyp. Pewnie zaraz przestaną go produkować, bo za dobry i za tani. Nic to, w ogrodzie skrzypu dostatek, będę zagryzać.
    Druga sprawa – w pewnym, khem, wieku trzeba niestety zainwestować w dobry podkład na pysk. Jak coś kosztuje poniżej 50 zł, nie działa. Po 3 godzinach śladu nie zostaje, oblicze świeci własnym światłem, a wszelkie „nieprawidłowości” cery nie zostają zakryte nawet na chwilę.
    Teraz tylko czekam, aż odrośnie to, co wypadło i zrobię sobie afro :-) Albo zapuszczę warkocze do ziemi.
    A to wszystko mi się skojarzyło, bo właśnie umówiłam się do fryzjera na poniedziałek, tralalala, i zrobię sobię przy okazji na lato jakiś balejażyk.
    Kotek dla odmiany przywlókł wczoraj półżywego ptaszka do domu. Teraz Didi stosuje wobec kici wszelkie zakazy, w tym głodowe, i tłumaczy jej co chwilę – myszy, krety – tak; ptaszki – NIE.
    I znowu zaczynamy sezon grillowy (a miało nie być o jedzeniu, żeby niektórych nie denerwować), szukam odchudzających przepisów na dania z wieprzowiny. Tajemnica tkwi w tym, żeby wybrać coś, przy czym trzeba dużo kroić, siekać, stać nad tym, przypalić i nie mieć już siły zjeść.

    Rozpaczliwie potrzebuję nowego koloru lakieru do paznokci.

    Zdjęcia

    7 komentarzy

    Co ja się wczoraj naszukałam tego pendrive’a, to tylko on i ja wiemy.
    Oczywiście zupełnie bezwiednie go gdzieś wsadziłam i niech się ktoś domyśli, gdzie. W końcu wieczorem mnie oświeciło, że może schowałam go razem z aparatem. I rzeczywiście, był w futerale, w kieszonce na kabelek do komputera.
    Najpierw kulinarnie:
    W piątek zrobiłyśmy z Deedee babeczki z budyniem i jagodami (Nigu nie patrz, ty nie możesz):

    wykorzystałam do nich ciasto, które kiedyś zamroziłam, bo mi zostało z jakiejś tarty. Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie spieprzyła w moich wypiekach – tym razem chyba za długo je piekłam, bo tam, gdzie były grubsze, czyli na dnie, były niesamowicie twarde. Ale i tak po dwóch minutach zostały okruszki. Na zdjęciu nie widać, że twarde, prawda?

    Również w piatkowy wieczór Didi namówiła mnie na drugie kruche ciasto (po prostu zdjęła ze ściany kalendarz Poradnika Domowego, a tam są same ciasta) – tym razem z masą z twarogu i jagód (po prostu zostało mi trochę słoików z jagodami po zimie).

    Nie wygląda pięknie, ale było bardzo dobre. A swoją drogą, to najlepsze ciasto kruche, jakie znam to z takiej książeczki „kuchnia francuska”, piętnaście lat temu ją kupiłam i robię najlapszy quiche na świecie. Skromna jestem, co?
    Zostało mi też trochę białek, więc w sobotę upiekłam bezy:

    A w niedzielę rano Deedee zrobiła nam SAMORĘCZNIE śniadanie, pastę z serka topionego i szprotek:

    Jak zjadłam, poszłam pielić i spotkałam w ogrodzie:

    Proszę zwrócić uwagę na nienaganny makijaż owej „rechotki”, jak mówi m.
    Odpoczywając w trakcie, zrobiłam parę zdjęć kwiatkom:


    A to zdjęcie najbardziej mi się podoba:

    I tak oto dorobiłam się zakwasów, które jeszcze mnie trzymają.

    Szszszlag

    5 komentarzy

    Robiłam przepiękne (przynajmniej dla mnie) zdjęcia w weekend, przeniosłam na pendrive’a i oczywiście zapomniałam go wziąć!
    A niech to.
    Trudno, teraz za to wam powiem, co robiłam, bo zapewne jesteście bardzo ciekawe :-)
    Przede wszystkim – mam zakwasy jak po niezłym aerobiku. Wczoraj postanowiłam nie zważać na temperaturę, ubrałam się, mantrując pod nosem „jest ciepełko, słoneczko świeci, aż miło wyjść do ogródka..” i poszłam pielić. Mam taki jeden klomb pod oknem sypialni, gdzie wiaterek nie dochodzi, za to słoneczko tak, więc tam poszłam, wzięłam naszą nowiutką, czerwoną taczkę, grabki i zaczęłam pielić. Udawałam, że nie słyszę przekleństw sączonych przez wygrzebywane spod korzeni dżdżownice i ślimaki i robiłam swoje. A równo wieszały na mnie psy – pod ziemią im dobrze, sennie, cieplutko, a tu nagle srrru, za płot. To znaczy ślimaki, bo robalom dałam spokój, pożyteczne są podobno. Nie raz usłyszałam „kurna, za tydzień tu wróóóóócę…!” Plask.
    M pomalował nasze nowe kratki pod pnącza, zamontował, teraz glicynia nie ma już wyjścia, musi się piąć w górę. Już widzę oczami wyobraźni ten gąszcz fioletowych kiści kwiatów przez okno sypialni.
    Kiedy procent wyrwanych chwastów się zmniejszył, za to procent wyrwanych z cebulkami szafirków i żonkili się zwiększył, stwierdziłam, że chyba mam dość. Jak zwykle nie dotarłam do najgorszego zakątka klombu, który co roku mnie przeraża. Swoją drogą, to ja się tak znam na roślinkach, że przy pieleniu często muszę zaglądać do atlasu roślin, żeby mnie potem teściowa z siekierą nie goniła.
    No i potem mogłam z czystym sumieniem zjeść górę frytek, popić colą i nie martwić się o bilans energetyczny.
    Trochę też wczoraj szyłam, bo moje ostatnie zakupy czekały na przystosowanie do założenia. Np okazało się, że moje dziecko ma taką dużą głowę, że bluzeczka mu nie przełazi. Ale nie na darmo mamusia uczyła, do czego służy igła. Albo spodnie, które sobie kupuję – zawsze muszę skracać nogawki. Gdybym miała wagę odpowiednią do wzrostu, to musiałabym kupować ubrania w „5-10-15″. Albo w Smyku.
    Sobota za to, ze względu na przecudną, wiosenną pogodę (deszcz zacinający w twarz i 4 stopnie, nie wiem, jak u was) została wykorzystana na puszczenie kupy forsy w centrach handlowych.
    Kupiliśmy m.in. robota kuchennego moim rodzicom, bo szlag mnie trafił, jak zobaczyłam, że tata zakreślił sobie w reklamówce ElectroWorld jakiegoś Zelmera w 10 ratach po 23,90. To nam kupuje rododendrony po 60 zł, świerki, ziemię, nawet masełko osełkowe, jak do nas jadą, zasypują nas książkami ze Świata Książki, a sobie chcą kupić robota na raty po 23,90?!
    Pojechaliśmy i kupiliśmy im Kenwooda, który ma tylko to, co im potrzeba, czyli mieszadła do ciast i maszynkę do mielenia. Oczywiście, Kenwood nie kosztuje 239 bynajmniej, ale moim rodzicom to nie żałujemy.
    Swoją drogą, jakie to upokarzające, całe życie uczciwie pracować i na starość wydawać całą emeryturę na lekarstwa.
    Dobra, bo znowu mi się odechce pisać.
    Kupiliśmy też właśnie taczkę, a z drzew tym razem nektarynkę (widział ktoś kiedyś w polskim ogrodzie nektarynkę? Jakoś nie chce mi się wierzyc, że z tego drzewka zerwę kiedyś coś słodkiego i okrągłego i to zjem). A, no i kapcie wreszcie kupiłam.
    Jutro będą zdjęcia, więc już nic więcej nie powiem, tylko tyle, że przez weekend upiekłam tyle, co przedtem przez pół roku, ale to wszystko przez Majanę. Nie będzie mi tu majanaboxing pluł w twarz!. Teraz mogę spocząć na laurach na następne pół roku ;-)

    powiedzieć, że znalazłam SWÓJ sklpe – Simple. Nie jestem aż tak elegancka, jak reklamy tego sklepu, ale bardzo podoba mi się, że podzielone jest kolorami, a przede wszystkim, że mają bardzo fajne rozmiary – wzięłam spodnie 42, jak w innych sklepach – spadły. Poprosiłam o 40 – ściągnęłam bez rozpinania. W końcu kupiłam 38 – no jak tu nie kupić spodni w rozmiarze 38?! Choćby po to, żeby patrzeć na metkę co chwilę :-)
    Aż mi się odechciało żreć i znowu mam kopa do odchudzania (na dwa dni, ale zawsze)


    • RSS