Pominę milczeniem to, co zobaczyłam przez okno dziś rano, bo nie chcę się wyrażać. W każdym razie źle wróżę sałacie wczoraj posadzonej.
Też się spóźniłam do pracy, ela z premedytacją, bo wczoraj załadowałam letnie oponki do samochodu i dzisiaj w drodze do pracy pomyślałam „taki piękny poranek, to chyba dobry dzień na zmianę” i zajechałam do oponiarni. Pracuję od 7.30 (teoretycznie, bo zazwyczaj jestem za 10), panowie powiedzieli, że od ósmej, dobra, czekam. Dziesięć po ósmej zaczynałam się denerwować, ale wreszcie wypili kawę i zaprosili do środka.
I zrobione.
Dobrze mam, bo w pracy naprawdę luz, szefowa anioł, ufa nam i słusznie, bo każdy robi swoje nie poganiany. Sami sobie nadajemy tempo i wszystko jest zrobione jak trzeba.
Jeśli czyta to ktoś, kto kiedyś być może da mi pracę, to chyba zapunktowałam, co?

Obejrzałabym dobry film… bo ten wczoraj to mój boszsz…

Ostatni spokojny weekend przed nami, będę kosić, pielić, szykować garderobę na wiosnę (może w końcu przyjdzie) i obejrzę „Śmierć komiwojażera” (nie, nigu, to nie horror)
:-D

UPDATE:
Chyba sobie wykrakałam, ale pozytywnie – właśnie dostałam podwyżkę, bez proszenia, większą niż zwykle – i jak tu mi nie zazdrościć mojej pracy – kompletnie bezstresowej?