batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 5.2008

    Kuźwa, podstępem chcieli mnie wykończyć z okazji Dnia Mamy w szkole Deedee. A było to tak – po części oficjalnej, zakończonej podarkami:

    zagonili nas na boisko, kazali zgrać się z dzieciakami w drużyny i były konkurencje. Udzielałam się, chociaż nienawidzę takich rzeczy, ale czego się nie zrobi dla dziecka. W końcu następne zadanie – 1 rodzic staje przy stoliku i… wnoszą talerzyki PŁASKIE z kisielem. Wiadomo o co chodzi, prawda? I na kogo padło? Też wiadomo. Ale się wściekłam, bo za pół godziny miałam być w pracy, więc ochoczo skorzystałam z entuzjazmu Deedee i dałam jej spróbować tego kisielu (potem obiecałam jej lody za ten ratunek)
    Kończę, bo trzeba popracować przed weekendem jeszcze trochę.
    Jeszcze tylko zdjęcie ciasta z truskawkami:

    Miłego weekendu wszystkim!
    Właśnie zadzwonił m z mega chrypą, nieźle się zaczyna…

    Po przeczytaniu pińdziesięciu nowych notek na ulubionych blogach nie mam już wiele do dodania. Niektórzy mają urodziny, niektórzy imieniny, połowa Dzień Matki, mój jest jutro. U Kota przeczytałam notkę, którą mogłabym sama napisać, na temat Dnia Matki, Ojca, Rodziny, w przedszkolu i w szkole. U mnie było to samo. Przy pierwszym dziecku, które nie miało z nami lekko, bo wcale nie byliśmy gotowi na rodzicielstwo, nie brałam urlopów z powodu takich Dni. A to Jasełka, a to coś tam. Nie wydawało mi się, żeby to był powód do brania urlopu. Jak brałam urlop, to po to, żeby z domu nie wychodzić, a nie siedzieć w tłumie babć i mamuś na małych krzesełkach i słuchać wierszyków i pioseneczek. Nigdy nie wydało mi się, żeby Dexter to jakoś przeżywał, myślałam, że też rozumie to, że to nic takiego. Pewnie przeżywał, ale nic nie mówił. Za to Deedee odbiła sobie na nas wszystko. Przeżywa wszystko strasznie, jest wrażliwa i ekstrawertyczna. Dexter też był bardzo wrażliwy, ale dusił to w sobie i odreagowywał w taki sposób, że dopiero teraz widzę, że to miało związek.
    W przedszkolu u Deedee panie kładły nacisk na obecność rodziców, nic dziwnego w końcu, skoro miesiącami szykowały występy. Jako że to wieś, atmosfera prawdziwie rodzinna, większość rodziców była ze soba na ty. Pikniki rodzinne (tak, bo i ognisko, i kiełbaski, dmuchane zamki, występy, fanty itp) trwały po pół dnia albo i dłużej. Pamiętam taki jeden dzień Mamy, gdzie musiałam prawie przemocą wyrwać się z pracy, wpadłam do przedszkola tuż przed występem grupy Didi i wypadłam stamtąd zaraz po otrzymaniu laurki. A panią miała taką, co umiała i tańczyć i grać i śpiewać i grupa była bardzo umuzykalniona i roztańczona. Nawet występowali na dniach regionu ze swoją polką. W grudniu były Jasełka w szkole. Myślałam, jak zwykle, że nie ma o co rwać włosów z głowy i nie poszłam. Teściowa była w Chicago. No i mam filmik z występu, gdzie wszystkie dzieci z zerówki poprzebierane odstawiają Jasełka, śpiewają, pośrodku stoi Deedee, też śpiewa, a łzy lecą jak groch po policzkach. Czuję się do dziś jak szmata. Oczywiście byli WSZYSCY rodzice i nawet dziadkowie. Przyrzekłam sobie, że nigdy więcej.
    I mimo, że cały zeszły tydzień spędziłam na zwolnieniu, a w poniedziałek muszę wcześniej wyjść, bo jedziemy z Deedee na USG, to jutro biorę pół dnia urlopu i jadę na ten piknik rodzinny, ba, nawet ciasto dziś zrobię (ucierane z jagodami, Majanko) i pewnie tradycyjnie nie zrobię mu zdjęcia. Aparat naładowany, pusty, gotowy do filmowania. Pazurki pomalowane, garderoba przyszykowana. Tylko moja szefowa jeszcze nie wie. Przyjdzie, to się dowie :-) Pogoda pewnie będzie niezła.

    W nocy obudziły nas koty na tarasie, tak się tłukły i darły. Główna podejrzana, Kera, okazała się grzecznie spać w domu. Zuzia poza domem, ale jej o takie rzeczy nie podejrzewamy. Za to na tarasie Sodoma i Gomora – doniczka z surfiniami przewrócona, kwiaty poobrywane. To jeszcze nic. Krew rozmazana przy ścianie. To jeszcze nic. Ale gówno pod drzwiami od tarasu?! Niech no ja ją dorwę. I oczywiście moja teściowa, czyścioszek jej mać, SUCHYM mopem rozmazuje to gówno po tarasie. Mopem, którym myłam podłogi W DOMU. Zresztą na ten temat to mogłabym niejedno napisać. Ale mi się nie chce. Co tu będę psuć atmosferę. Wolę wesołe notki.

    Wczoraj próbowałam rzucić palenie. Objawy nieziemskie – o 20.00 tak mi się chciało spać, że myślałam, że się przewrócę. No i oczywiście żarcie – a to skubnąć, a tamto, w końcu wieczorem obrzydliwe paluszki serowe do książki. Niestety, odchudzać się i rzucać palenie to nawet jak dla mnie za wiele. Rano od razu pomknęłam do sklepu po fajki. Rzucę jak schudnę (czyli nigdy, hłe hłe). Zapaliłam jeszcze w samochodzie i tak mi się kręciło w głowie, że o mało nie wjechałam komuś w dupkę.
    Trochę chyba schudłam, bo czuję po ciuchach. Po 4 dniach to może być 1 kg max. Jutro się zważę. Ważę się na wadze w naszym magazynie. Już się nie wstydzę przy dwóch pracujących tam kolegach. Zawsze pytają ” i jak tam, dobrze waży”. Jak w dół, to chwalę, że dobrze. Jak w górę to radzę im ten złom wymienić na nowy.

    Z okazji że m pracuje bliżej i bywa w domu co wieczór, a także że ja wczoraj miałam chęć na wizytę u lekarza, m załapał się w końcu na zebranie rodziców u Dextera. Z premedytacją to zrobiłam. A co, niech wie, że ma dzieci. Zazwyczaj to szłam, przyjmowałam wszystko na klatę, a zanim m wrócił w piątek, to już mi się nie chciało o tym gadać. No więc poszedł i się przekonał naocznie. Kiedy tam dojechałam, stał właśnie i słuchał, jakie to nowe uwagi w dzienniczku się pojawiły.
    Oceny jak cię mogę, oczywiście gorzej z naukami ścisłymi, czyli działka m.
    Powędrowaliśmy do pani od mat, od fiz i chem, od niem. W przerwach na oczekiwanie oczywiście m prawił morały synkowi.
    Po powrocie do domu (zamieniliśmy się furkami, uwielbiam jeździć jego Frodem z automatyczną skrzynią biegów!) m zabrał jeszcze Dextera na chwilę do pokoju. Myślę sobie – tajemnice jakięs męskie mają, dopsz.
    Za parę minut wyszli, Dexter uchachany mówi:
    „Tata chciał mnie zmotywować i pokazał mi swoje świadectwo z ósmej klasy”
    Tyle, że miał gorsze oceny.
    Udało mu się, doprawdy z tą motywacją.
    :-))))

    wracać do zeszłego tygodnia, bo za bardzo nie ma do czego. Nudy. Nigdzie nie byłam (chyba rekord pobiłam, przez 5 dni nie wychodziłam z domu, najwyżej na taras. Nawet w sklepiku nie byłam), dopiero w niedzielę zmusiliśmy się do spaceru po Skwerze Kościuszki, gorzko żałując, bo tłumy, tłumy i nic więcej. Gości za wielu nie było, karmiłam jak mogłam, nie wyjeżdżali, tylko się wytaczali. Ja też. W związku z tym ogłaszam kolejny etap odchudzania. Od wczoraj zacisnęłam pasa.
    Teraz tylko intensywnie myślę o menu na dziś, jutro itp.
    Jak zacznę tu wpisywać ile kcal zjadłam, to mi zabierzcie hasło do bloga. No, nie grozi to mi za bardzo, bo od tego to mam vitalię. Ale tam już mi się nawet nie chce wchodzić, bo te pamiętniki, które mnie interesowały, od roku nic nowego nie mówią – waga w miejscu, zmiany życiowe – rozwody, przeprowadzki, zerówki itp. A w końcu po to ta strona jest, żeby schudnąć, a nie się rozwieść (najwyżej potem, kiedy już się schudnie, prawdaż?)
    ;-)
    I zaprawdę powiadam, dopóki na moim brzuchu jest za co złapać, o odstępstwach od głodówki nie ma mowy.

    O szpitalu już mi się nie chce gadać, nie ma o czym. Cieszę się tylko, że bardzo dobrze się czułam po narkozie, żadnej migreny, mdłości itp. Wyniki za dwa tygodnie. Jedyna refleksja – personel całkiem miły i ludzki, ale organizacja i zaplecze – beznadzieja jak zawsze

    Czy ty moja droga widzisz w ogóle moje komentarze u siebie? Bo nie mam pewności, czy nie komĘtuję bez sensu?

    Wczoraj wracamy z długieego spaceru, Deedee odbyła go na rolkach, więc tym szybciej usnęła w samochodzie. Obudziłą się parę km przed domem i stwierdziła przerażona:
    - Jeśli ty i tata urodziliście się przed rokiem dziewięćdziesiątym, to już dawno powinniście być STRASZNIE STARZY!

    Wróciłam, żyję, na razie idę poczytć swoje ulubione, potem będę nadrabiać zaległości pracowe, a potem pogadamy.

    UPDATE 14.15:
    Czarny potwór jedzie do naszego salonu :-)
    Nie ma mocnych na m i jego siłę perswazji, no i trzeba będzie opić zakup, nigu.
    A na przyszłość nie wierzcie żadnym Media Marktom, Media Expertom i Electro Worldom.
    Ten sam TV kosztuje w Auchan najtaniej, mało tego, w Auchan gdańskim – jeszcze trzy stówy taniej niż w poznańskim

    Do zobaczenia w przyszły poniedziałek, bądźcie grzeczne.

    Ostatnie trzy dni upłynęły m na wyborze telewizora. Nawet nie wiedziałam, że to takie trudne. Myślałam, że chodzi o to, żeby odbierało cyfrę i było coś widać. No fakt, nasz stary (bardzo stary) tv set też tak ma, ale już się nie nadaje naprawdę. Może gdyby kasy było więcej na zachcianki, to wybór nie byłby taki trudny. W każdym razie m, umęczony tą sytuacją i niemożnością wyjścia ze sklepu z wymarzonym modelem pod pachą (bo on jak coś chce, to już zaraz natychmiast), powiedział, że pi….i to wszystko i wraca do domu. Zawiadomił kogo trzeba, że w piątek zaczyna już długi weekend, wsiadł w brykę i już o 1.30 był w domu (bo pracuje troszkę dalej od domu, dokładnie 280 km).
    Umówmy się, takich niespodzianek w środku nocy nie robi się żonom po 15 latach pożycia.
    Mój gniew został nieco złagodzony widokiem opakowania z Sephory po przebudzeniu.
    Dostałam Armanię, drugi raz, bo za pierwszym razem stłukłam od razu.
    M ma również tak, że jak kupi prezent z wyprzedzeniem, to i tak by pękł, gdyby go od razu nie dał. Ja wolę sobie rozkładać przyjemności, on zjada całą bombonierkę od razu.
    A dzisiaj – ja siedzę w robocie (na razie, bo za chwilę zacznę robić wszystko to, co ma być zrobione w przyszłym tygodniu), a m odsypia trudy i potem wyrusza na podbój trójmiejskich media sklepów.
    I jeżeli dziś wieczorem w salonie nie będzie czarnego potwora, to odwołujemy imieniny, długi weekend oraz świętą komunię w kłodawie.
    No.

    Aha, jeszcze ostatnie wieści z Simcity – Karol Plotek skutecznie opierał się zalotom Majki Ćwir, która go karmiła, bawiła i opierała. Za to jak zaprosił Ewę Papużkę do siebie, raz ją cmoknął i oświadczył się dla jaj, ona od razu była spakowana i zalogowana u niego. O czym to świadczy? Samo życie, co robić.

    Dzisiaj nie chcę się rozpisywać, bo w końcu muszę kiedyś zrobić to, co miałam zrobić w przyszłym tygodniu.
    Najpierw odpowiem – blog mignony to po prostu mignona.blog.pl, wciągnęły mnie zwłaszcza dwie ostatnie notki, o komórkach i odchudzaniu. Widzę, że ona podchodzi do tematu jak ja – nie żryć tyle i już.
    Jednak nigdzie nie wyjeżdżamy w przyszłym tygodniu, na pocieszenie kupimy sobie telewizor, dobry i nie za wielki, żeby nas ten potwór nie przytłoczył.
    I chcę wreszcie dotrzeć do zoo.
    I jutro zrobię wreszcie 3bit, ciasto bardzo dobre, bo bez pieczenia :-)
    Wczoraj zdołałam wreszcie wyłączyć Simsy trochę wcześniej niż o 23.30 i nawet poczytałam sobie. Teraz czytam w pracy – Masłowskiej Paw Królowej (o imprezce u Nigu i jak to się skończyło ;-)), a w domu sięgnęłam po kochanego Krajewskiego i znowu rozkoszuję się malowniczymi opisami morderstw i wojny w Breslau.

    A na imieniny poproszę od majany rogaliki drożdżowe z dżemem, od nigu porcję dobrego humoru (bez bólu zębów tylko!), od werity odrobinę jej samodzielności i pewności, od maneater więcej takich wizualizacji jak z makijażem po sześćdziesiątce.

    aaa, i mam nadzieję, że się kasiask nie obrazi, ale muszę sobie ku pamięci skopiować powiedzonko:
    „Wyglądam dokładnie jak 20 lat temu, tylko teraz trwa to o godzinę dłużej”
    Dobre, nie?

    Wczoraj spędziłam 3 godziny za kółkiem, w tym dwa korki w pełnym słońcu, bez klimatyzacji. A wieczorem musiałam założyć skarpetki i przykryć się dwiema kołdrami, żeby zasnąć.

    No i mogę Wam zdradzić moją małą tajemnicę, o której do wczoraj nikt, nawet ja, nie wiedział (m od razu wypalił „jesteś w ciąży!”)

    otóż

    hm

    jak by tu

    no po prostu

    mam SZCZĄTKOWO WYKSZTAŁCONE ZATOKI CZOŁOWE

    cokolwiek to znaczy

    no to będzie. Kiedy parę lat temu mieszkałam w centrum wielkiego miasta i miałam przychodnię po drugiej stronie ulicy, gdzie przyjmowała najlepsza pediatrka w mieście, wydawało mi się, że mam ciężkie życie. No bo znieść ten wózek z 4 piętra, przejść przez ulicę, czekać nawet PÓŁ godziny, a za chwilę i tak trzeba będzie tu przyjść, do poradni dziecka zdrowego, np na bilans, do tej samej lekarki, i ta poradnia NIE była w tym samym gabinecie i korytarzu, co dla chorych. Strasznie ciężkie czasy to były. Taaa…
    Na szczęście, dwa pierwsze lata mojego drugiego dziecka też spędziłam na łasce i niełasce tej przychodni. Potem wynieśliśmy się na wieś. Taką prawdziwą, gdzie PKS zaglądał dwa razy dziennie (teraz to już częściej, są nawet prywatne linie). Przychodnia jest 2 kiloski dalej, w gminnej miejscowości. A było to pięć lat temu, więc jeszcze nie słyszało się o biednych, głodujących lekarzach, pracujących za darmo i wyjeżdżających za chlebem. Tak więc w tejże przychodni pracowało troje lekarzy rodzinnych, a czwarty dojeżdżał w piątki. Oczywiście, nie na raz. Na raz to był jeden, biegający pomiędzy gabinetem dla chorych, gabinetem nagłych wypadków, gabinetem dzieci zdrowych i wyskakujący czasem z wizytą domową. Masakra. A ty, człowieku, przyjdź o siódmej (przychodnia otwierana o 7.30, lekarz zaczyna przyjmować o 8.00 – teoretycznie, bo zazwyczaj przychodzili o 8.15 a nawet 8.30, może dlatego, że mieszkania mają na piętrze tego samego budynku), to może o dziesiątej będzie po wszystkim. Nawet jak byłam pierwsza, to wchodziłam siódma. A, i jeszcze taki zwyczaj panuje że co drugie wchodzi chore dziecko. Wszyscy o tym wiedzą, ale każdy udaję, że nie zauważył kaszlącego jak gruźlik dwulatka z 40stopniową gorączką. Najwyżej jak się siostra wkurzyła i wyszła z kanciapy przypomnieć o tym głośno, to przez chwilę pamiętali. A ja nie jestem z tych, co się upomną głośno o swoje prawa, niestety. Wolę zaczekać uczciwie.
    Oczywiście, nie musiałam chodzić do tej przychodni, mogę sobie jeździć 10km do miasta, do wybranej przychodni, potem odwieźć dziecko do domu i wrócić do miasta, do pracy. Ale i tak moja teściowa np. nie ma samochodu ani prawa jazdy, więc dla niej wygodniejsze są dojazdy autobusem do gminy. A przy okazji załatwi dla reszty np. recepty czy inne skierowania, więc zostało jak było.
    Kiedy przyszły gorsze czasy, jedna lekarka odeszła (za jeden tydzień pracy i 4 wolne tygodnie zarabia cztery razy więcej, tylko dojeżdża do pracy samolotem, więc co się dziwić). Została pani kierownik przychodni, jeden lekarz i jeden dojeżdżający w piątki.
    Na szczęście, jesteśmy dość zdrową rodziną, więc raz na 3 mce to tak nie bolało, kiedy trzeba było iść i czekać 3 godz w ciemnym korytarzu, z tłumem kaszlących, smarkających, gorączkujących i często niedomytych współplemieńców z 6 okolicznych wsi. Brałam książkę dla siebie, książkę dla Deedee i jakoś szło. Dextera to zaczęłam leczyć sama, siebie też.
    Oczywiście, można się leczyć prywatnie, Sęk w tym, że wolę kupić coś dzieciom niż płacić za coś, za co już zapłaciłam. I to spore pieniądze każdego miesiąca. Sami wiecie. A do tego ci lekarze w wiejskich przychodniach są naprawdę nieźli.
    W końcu Deedee po wizycie u alergologa przestała chorować, uff. Teraz to już się wycwaniłam i jak potrzeba receptę czy skierowanie, rejestruję się na popołudnie, wracam z pracy, jem obiad i w przybytku stawiam się przed osiemnastą. Wtedy już najwyżej pół godziny czekam. A panie pielęgniarki z ośrodka są bardzo miłe i sprawne, złego słowa nie powiem. To właśnie siostra, a nie lekarze, zasugerowała mi, żeby uderzyć do alergologa. Bo było tak, że Deedee była w przedszkolu, zapadała na kolejne świństwo, tydzień antybiotyku, drugi tydzień dla pewności, tydzień w przedszkolu i od nowa. Co miesiąc antybiotyk.
    No dobra, stan zdrowia mojej rodziny nie ma tu nic do rzeczy.
    Teraz ciekawostki ze świata służby zdrowia.
    1. Na wizytę do pani alergolog (jedynej, co prawda, ale dobrej, bardzo dobrej) – oczywiście nie przyjmuje na wsi, to już jest wyprawa do sąsiedniego miasta – trzeba się of kors umówić miesiąc wcześniej. Jeszcze lepiej jest mieć skierowanie nie do alergologa, tylko specjalisty chorób płuc, wtedy terminy są krótsze, a lekarz ten sam.
    2. Jak już się dostałyśmy, dostałam skierowanie na USG jamy brzusznej – do konkretnego miejsca, w jeszcze większym mieście – BO wie pani, ja mam tylko do nich zaufanie, no i umowę z nimi mam, ale w kwietniu niech pani już tam nie idzie, dopiero w maju, bo limit wyczerpany (dostałam się na 2 czerwca)
    3. Kiedy teściowa była w juesej, miałam ją zarejestrować na maj do endokrynologa. Wróciła w lutym, koleżanka zarejestrowała ją też, na marzec, ale zrezygowała, bo to za szybko. Na początku maja zadzwonili, że lekarz już nie ma kontraktu z NFZ i nie przyjmuje.
    4. Dobrze, że zadzwonili. Bo jak ja zarejestrowałam w kwietniu D, D i teściową do ortopedy – na maj, to nawet nie zadzwonili. Cała zadowolona usiadłam sobie pod gabinetem 6 maja, zajęłam kolejkę, a po jakimś czasie dotarły do mnie jakieś strzępy rozmów o umowie z NFZ (Najzabawniejsza Fikcja Zdrowotna). Po czym zauważyłam karteczkę, że od wczoraj lekarz nie ma umowy. Nieoficjalnie mówi się, że z powodu błedu komputerowego. No więc ja sobie zachowam rachunki (50 zł x3 = 150 zł kurwa mać) i poczekam na wyjaśnienie tego nieporozumienia informatycznego. Oczywiście, mieli mój nr telefonu, ale komu by się chciało zawiadamiać 3 osoby o zmianach.
    5. Najśmieszniejsze są te rozmowy z rejestratorkami – jak już się znajdzie numer telefonu, bo to na pewno nie będzie ten z netu, tylko zupełnie inny i jak już się człowiek zaprze i dodzwoni, to się dowie „dzwonić po 20tym, żeby umówić się na przyszły miesiąc” Po polsku oznacza to „jak się nie dodzwonisz 21ego do osmej zero pińć, to możesz sobie darować, bo nie będzie już miejsc”
    6. Następna sprawa – umowy z firmami medycznymi. Szefowa chciała być dla nas dobra, podpisała w zeszłym roku umowę z jedną z nich. No i jak to zwykle bywa, dopiero w kwietniu tego roku wypłynęła sprawa, że musimy za to zapłacić podatek. Szlag. Większość naszych pracowników od razu opowiedziała się, że w takim razie oni to maja gdzieś i rezygnują. Ja bym wolała jednak mieć ten dostęp, bo bardziej opłaca mi się pojechać do Jeszcze Większego Miasta na wizytę, niż za nią zapłacić. Zobaczymy.

    PS: A tak w ogóle, to ja jestem miastowa do bólu i czasem jak sobie pomyślę, że opuściłam miasto z własnej woli, to sama nie wierzę.


    • RSS