ciekawe, czy wyszło?

Dobra, wyszło.

No więc, czyta.
Kiedyś mnóstwo, w liceum po kilka książek równocześnie, leżały zawsze na biurku, w nocy był nastrój na jedną, w szkole na drugą, w autobusie na trzecią, przy obiedzie na czwartą…
Po 20ce zaczęło się urządzanie życia – małżeństwo, koniec studiów, dziecko, więc i czasu na czytanie za wiele nie było, ale coś tam się czytało.
Po 30ce zaczęło się korzystanie z życia (życie zaczyna się po 30ce, mówię Wam :-D) i czytanie jakoś zamieniło się w czytanie głównie Wysokich obcasów przy porannej sobotniej kawce
W końcu przeraziłam się, że czytam tylko sieczkę i za chwilę już nie pamiętam, co to było. Zaczęłam znowu odwiedzać bibliotekę, pożyczałam to, co polecano na innych blogach (dużo z ds.blog, ale inne też). Noszę w torebce wydrukowaną taką listę i staram się coś z niej pożyczyć. I przeczytać ;-)
Teraz jest już lepiej, czytam dwie książki na raz – jedna w pracy przy porannym papierosie, druga wieczorami przy kuchennym stole. Czasem potrafię zamienić wieczór przed telewizorem na wieczór nad książką, jeśli trafi mi się naprawdę dobra.
Moją wadą jest to, że nie mogę się oprzeć i z biblioteki wychodzę z kilkoma książkami i potem długo leżą, zanim je wszystkie przeczytam. A należę do dwóch bibliotek. Nie kupuję książek, bo na razie mam na nie tylko jeden pokój, a w nim tylko jedną ścianę z regałami, już pełnymi. Moi rodzice należą do Świata Książki i z każdej okazji zasypują nas książkami, już mi się to nie mieści w tym pokoju, obok książek z domu m i z mojego. Zresztą, jak się ma na głowie dwoje dzieci, dwa koty i kredyty, to na qlturę już brakuje zazwyczaj…

Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale uważam, że czytanie jest nobilitujące. Snobuję się wręcz w tym. Najbardziej zależało mi w wychowaniu dzieci na przyzwyczajeniu ich do książek i do czytania. Chyba się udało, co prawda Dexter czyta wąską dziedzinę, ale dużo – s-f, Stephen King, Wołoszański, Suworow i wszelka literatura faktu odnośnie najnowszej historii Polski i okolic.
Deedee na razie czyta wszystko, ale tak jak Dexter kiedyś, uwielbia atlasy i książki przyrodnicze dla dzieci i nie tylko.
Duży nacisk kładłam również na to, że wszystko może się pobrudzić lub zniszczyć, ale nie książka!
Jak widzę książkę odłożoną bez zakładki, grzbietem do góry, dostaję szału.
Można czytać przy jedzeniu, ale nie można kruszyć i chlapać między kartki. I już.

Czytałam bardzo różne książki, jedynie poezji jakoś nie trawię (poza Tuwimem i Brzechwą). Miałam tylko króciutką przygodę ze Stachurą w liceum. Uwielbiam S, Kinga, również s-f, ale dobrą książką „dla kobiet” też nie pogardzę. Z daleka omijam tylko „kobiecą” literaturę z kwiatkiem, serduszkiem lub rozwianym włosem na okładce.

A Wy?