batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 7.2008

    kupił mi „Lejdis”, chociaż wcale nie piszczałam, że muszę to mieć.
    Ba, nawet nie wiedziałam, że chcę mieć.
    I jak w przypadku George’a Michaela, m lepiej ode mnie wiedział, co muszę mieć.

    Teraz, obejrzane drugi raz, w domu i na spokojnie, podobało mi się bardziej. Bo za pierwszym razem to brakowało mi drugiej pary oczu, żeby obejrzeć wszystkie ciuchy, śledzić akcję i równocześnie obserwować Dereszowską, którą bym zjadła chrupiąc.
    No i drugiej pary uszu, żeby słyszeć te ich teksty, wypowiadane często równocześnie przez 4 baby i to z prędkością karabinu.
    Coś jest nie tak z moją percepcją?

    Idę, bo o 11.30 kończę pracę, a do tego czasu to muszę hohoho! jeszcze ile zrobić!

    Ale pazury już umalowałam :-D

    Mówcie mi Robert Kincaid :-D

    Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się zbyt wiele po zdjęciach robionych w improwizowanym studio, czyli w salonie, za pomocą dwóch lampek biurkowych i szmat. No i jestem w szoku, bo parę zdjęć wyszło naprawdę super. Jak poukładam, to coś pokażę (na chwilę, bo nie będę publikować zdjęć mojej siostrzenicy w necie przecież)

    W każdym razie już się tak nie boję, wiem, na co zwrócić uwagę przy ustawieniu modela, światła itp A przynajmniej w przypadku tej właśnie modelki ;-)
    Jaka szkoda, że sama nigdy nie dałam sobie zrobić takich zdjęć

    Tak naprawdę to potrzebowałabym całego dnia i mnóstwa ciuchów, żeby zrobić fajne zdjęcia jednej osobie. I jeszcze asystentki do malowania, czesania i trzymania lampy lub tła. Rozmarzyłam się. Ale jak na pierwszą w życiu sesję, bez żadnego pojęcia o fotografowaniu, mamy parę fajnych fotek.

    Aha, a najbardziej to bym potrzebowała statywu, bo bez użycia flesza zdjęcie się robi ok. półtorej sekundy, co bez podpórki nigdy w życiu nie wyjdzie. Co ja się naklęłam, jak zobaczyłam, ile fajnych zdjęć jest nieostrych.

    A jutro goście od południa, praca tylko do 12.30, nowy odcinek Soprano, smaczny grillek, tańce łamańce wieczorem, tralalalalala!

    Nawet nie trzeba planować urlopu – rodzina i znajomi zrobią to za ciebie. Ty tylko odbieraj telefony, zmieniaj pościele i szykuj obiadek powitalny. Uszczypliwa jestem, ale trochę się już zmęczyłam tymi wakacjami. Nie mamy ani forsy, ani chęci, żeby gdzieś pojechać, ale za to wszyscy znajomi już wiedzą, że do nas można zadzwonić i za dwa dni być.
    Nie chce mi się znowu planować, co do żarcia, co kupić, kiedy ugotować, i jeszcze w tym czasie pójść do pracy, posiedzieć wieczorem, zająć się dziećmi i świetnie się bawić. Że o leczeniu kaca nie wspomnę.
    I jeszcze teściowa wraca w czwartek. Szszszfak.

    Czyli podsumowanie reporterskie ostatnich tygodni:
    Kiedy mnie nie było, byłam na tarasie

    Między innymi, kąpano się w basenie
     
    wypatrywano myszy i nornic:

    robiono zdjęcia kwiatkom

    Bywało się też na plaży

    (to moje ulubione zdjęcie)
    Wpadł też do nas ktoś na imprezkę i od razu chwycił mnie namiętnie w ramiona

    a ja mu za to zrobiłam tiramisu

    A w tym czasie Dexter spojrzał przez okno i zobaczył

    czeka mnie poważna sprawa (w sądzie hihi)
    Będę robić sesję zdjęciową znajomym. Konkretnie trzy panienki napalone na super zdjęcia, na których będą wyglądały jak uosobienie zwierzęcej mocy, hihihi.
    Baardzo śmieszne.
    Dlatego trochę mnie tu nie ma, bo siedzę i czytam po necie wszystkie możliwe artykuły i porady, jak zrobić portret, akt itp.
    Muszę poćwiczyć na jakiejś lalce, jak wrócę do domu. Kazałam im zebrać wszelkie możliwe akcesoria typu perły, ciuchy, kapelusze, pióra, chociaż i tak najważniejsze jest światło i tło, których NIE MAM, więc trochę się stresuję. Przydałaby się wilelka płachta białego i czarnego aksamitu i atłasu.
    A, i jeszcze oliwka i puder, jak dziś wyczytałam – do nabłyszczenia lub zmatowienia. Na szczęście laski są młode, więc nie będzie to sesja jak w Sex and the City pt. „dojrzała kobiecość”.
    Jak sobie siebie wyobrażam w tej roli, to przypomina mi się reklama jakiegoś środka przeciwbólowego – fotografka, oczywiście wysmukła blondynka z super fryzurką, którą zawsze chciałam mieć, w białej bluzce i fajnych spodniach. Hłe hłe hłe, albo kłi kłi, jak kto woli.
    Sama też bym chciała mieć fajne zdjęcia, ale nie ma mi kto zrobić. Tzn. mam kolegę robiącego świetne zdjęcia, ale ile razy się z nim i jego rodzinką widzę, to są takie upały, że pot po dupie się leje, nie tylko po twarzy. I zrób się tu człowieku na bóstwo.

    Szukam też programu, który ma jakieś fajne możliwości w zakresie obróbki zdjęć. Wybór padł na Picasę, ma świetne opcje (typu „odmłodzić o 10 lat” ;-), ale na końcu się wkurzyłam, bo ja to robię na komputerze bez dostępu do netu, a nie mogłam znaleźć tych przerobionych zdjęć w kompie tak, żeby je przenieść potem i wywołać. No nic, pooddychałam do torebki, a w pracy poszperałam w pomocy do Picasy i chyba znalazłam rozwiązanie, muszę tylko wypróbować.

    Jeśli ktoś dobrnął do tego miejsca, jeśli ktoś w ogóle to czyta, to sorki, ale takie mam zajęcia i piszę głównie dla siebie (terapeutyczna rola pisania bloga – tytuł niejednej pracy mgr)

    Na obudzenie się proponuję trzecią kawę ;-)

    uwiecznić nasze weekendowe teksty i żarciki sytuacyjne, już teraz tradycja.

    Jedziemy na plażę, prowadzi kumpela, bo reszta mało się do tego nadawała. Spokojnie sobie gadkujemy, kolega po mojej lewej zpina sobie pasy, kumpela podjeżdża do głównej drogi, po czym rusza, prosto pod koła nadjeżdżających z lewej. Hamuje w ostatniej chwili. Właściciel fury mówi „ale mnie wystraszyłaś”, a ona „sama się wystraszyłam”. Za to zobaczyć oczy kolegi zapinającego pasy, kiedy zobaczył reflektory zbliżające się do niego – bezcenne.

    Królem tekstów zostało „buahaha, jaki mały!!!” Reagowaliśmy tym we wszystkich możliwych sytuacjach.

    Kolega z chorymi stawami, skaczący pod sufit o trzeciej w nocy w rytm latino, to już pryszcz.

    W niedzielę wieczorem zgodnie doszliśmy do wniosku, że to nie te litry wypitych promilli, ani hektolitry piwska, tylko niedospanie jest przyczyną naszego samopoczucia. Kto by spał, kiedy jest tak fajnie?

    Jak przyjechali o 23.00 w piątek, to poszły konie po betonie. W pewnym momencie, chociaż było nas raptem pięcioro, impreza toczyła się równolegle w dwóch pokojach – m puszczał swoją muzykę w jednym, ja swoją z kompa w drugim. Moje „Libertango” Grace Jones wygrało. Dexter nieśmiało prosił o 4 rano, czy moglibyśmy ściszyć. Chyba nie pomogło.

    No i perła w koronie tekstów:
    Kolega hipochondryk mówi „oczodoły mnie bolą”, na to drugi mu radzi „zadzwoń do szefa i powiedz mu, że SIĘ NIE WIDZISZ JUTRO W PRACY”

    Z tymi Jejukami. Muszę przyznać, że na początku też mnie wciągnęło, z zapartym tchem czekałam na nowe notki. Potem zaczęła mnie trochę drażnić i odpychać egzaltacja Lotki, jakby miała 17 lat czy coś w tym stylu. A potem to już wchodziłam na tego bloga ze ściśniętym żołądkiem – ze strachu, że znowu coś strasznego im się tam przytrafiło. No i wczoraj bum – rodzice zginęli itd. Nawet już nie byłam w stanie się tym za mocno przejąć, bo to było zbyt wiele. Za to dzisiejsze rewelacje skłoniły mnie do refleksji – jak mocno można manipulować ludźmi?
    Majana, jak znasz jakieś pikantne szczególiki, rzuć mi na maila (w ramach ploteczek, bo bardzo mam ochotę), widziałam, że założyłyście drugiego bloga.

    Ja TEŻ jestem troszkę niedospana, po pierwsze po urlopie i intensywnym ostatnim weekendzie (teraz moja wątroba ma urlop), po drugie wczoraj chciałam obejrzeć fajny, uroczy film o przyjaźni dwóch kobiet „Jasne błękitne okna”. Tak mi się przynajmniej dotąd wydawało, że to taki film jest. No i zaczęłam oglądać. Pan Linda mnie zaskoczył – nie spodziewałam się po nim takiego filmu. Rolę też miał fajną. Reszta – niewypowiedzianie smutna, ale piękna. Super film, muszę go pokazać kumpeli, popłaczemy sobie razem. Dla mnie porównywalny z Placem Zbawiciela. Fajnie zagrała Beata. Zresztą wszyscy fajnie grali, łącznie z dziećmi. Cieszę się, że przełączyłam wczoraj na ten film.

    Żniwo weekendu – podłączone następne trzy głośniki w salonie, więc teraz jak w wiadomościach pokazują Kubicę, to sąsiedzi stoją w oknach i wypatrują bolidów. A jak włączyliśmy testowo Czas Apokalipsy, to mi o mało wyspa z kuchni nie wyjechała z piekarnikiem pod rękę.

    Opaliłam się :-)


    • RSS