batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 8.2008

    Ale jak tu nie pić, skoro przyjechali do teściowej znajomi, złożyć zaległe imieninowe życzonka i zostali na noc, a nawet dwie. Popełniłam szybko sałatkę jarzynową, tatara z łososia, śledziki korzenne, maślaki w śmietanie i zasiedliśmy. Jak to fajnie posłuchać wspomnień z imprezek, które teraz my sami przeżywamy, a za 20 lat będziemy wspominać.
    Nie mogę się za bardzo wysłowić dzisiaj w związku z powyższym.
    Dobra, jeszcze raz spróbuję, bo potem zapomnę i mi się odechce.

    Chodzi mi o to, że teraz my mamy 30, 40 lat i bawimy się z kim chcemy, jak chcemy i do której chcemy. I jest fajnie. Nikt z nas jeszcze się nie zastanawia, czy może pić i jak to się skończy. Dzieci już nie wiszą u cycka, więc i jesteśmy swobodniejsi. Pieniądze też są.
    Za to wczoraj miałam okazję posłuchać wspomnień z takiego właśnie okresu, kiedy moja teściowa i jej znajomi ze studiów balowali. Jak kiedyś wracali nad ranem i tak się spieszyli na kolejkę, że panowie pchając wózek o mało dziecka nie zgubili (a w wózeczku kto? mój m). Albo jak im baniak wina domowego pękł w kuchni, a m wziął łódeczkę i się bawił, a potem powiedział do cioci „jak tata wróci z pracy to ci pokaże”.
    I różne takie.

    I tak sobie myślę, że to jest takie optymistyczne, że tak samo my za 20 lat będziemy wspominać dzisiejsze czasy. Bo na razie to trudno sobie wyobrazić maturę własnego dziecka, a to już za 4 LATA. A wesela? A WNUKI???
    A oni właśnie z jedną z wnuczek do nas przyjechali, i ona bawi się teraz z moją Deedee i nawet obie nie przypuszczają, że za 50 lat będą robiły to samo, co ich dziadkowie.

    I nie chcę dzisiaj myśleć o tym, że nie wszystkim może to jest pisane. Pomyślę o tym jak Scarlett – potem.

    Leje od rana i jest jak w listopadzie, ale ja twardo wybieram się po pracy na grzyby, choćbym miała zdechnąć pod którymś krzaczkiem.

    Nie było mnie, bo byłam w lesie. Trochę mnie wszystko boli. Ale po kolei.
    Naj pierw efekt wędzenia drugiego (dawno, ale zdjęcie fajne)

    Teraz pierwsze grzybobranie

    to na przedzie to maślaki ofkors
    i zbliżenie

    będę sobie na to patrzeć do następnego sierpnia
    Następny był Mozart

    Deedee jest w różowym

    i stół bez nóg (dla odróżnienia od stołu suto zastawionego, pływającego po stawie)

    Potem piekłąm ciasta śliwkowe, pierwsze wg Mattki Polki blox pl

    które przypaliłam, bo nie napisała, ile czasu piec, zrobił się zakalec od nadmiaru śliwek (miały być ciasno ułożone, no co),
    posypałam za mało cukru na ciasto, więc mało słodkie, ale za to bardzo ciekawe było kąpanie tego ciasta w zlewie (rzeczywiście wypłynęło)
    Drugie było ciasto Majany, w trakcie trochę spanikowałam, bo myślałam, że jest bez tłuszczu, ale wyszło świetne, tylko ostatnio coś z kruszonką mam problemy – wychodzi mi jej dużo za dużo.


    W lesie spotykałyśmy takie oto okazy (to jeszcze drugie g-branie)


    Takie coś rośnie u mnie za garażem

    nie wiem, co to, więc wyrzucam
    Takie coś za to zakwitło na parapecie

    Zaś wczoraj na trzeciej wyprawie odkryłam, gdzie rosną TAKIE rzeczy:

    Pierwszy raz od 20 lat udało mi się znaleźć rydze!
    I teraz już wiem, jak i gdzie ich szukać.

    z ciężkim przypadkiem jaskry analnej i dowlekłam się dopiero teraz do roboty.
    Wszystko napiszę jak tylko doczyszczę się z igliwia i grzybni, albowiem wczorajsze popołudnie upłynęło mi na grzybobraniu, a wieczór na utylizacji tego, co zebralliśmy.
    Ciasto wyszło. Drugie również.
    Był to pierwszy weekend bez gości w te wakacje. I było bajecznie. Piątkowy wieczór – 3 odcinki Soprano, sobotni – Obcy 3, niedziela na grzybach.
    Zdjęcia zrobiłam wszystko pokażę, ale pewnie dopiero w środę, bo jutro chcę wziąść urlop i jechać na GRZYBY. Jestem grzybową wariatką, wiem, zgłoszę się na terapię. Później.

    Kobieta z rana dzwoni do swojego szefa i mówi mu, że nie przyjdzie do pracy, bo jest chora.
    - A co pani jest ? – pyta szef.
    - Mam jaskrę analną.
    - Że co?! Czym to się objawia?!
    - Po prostu nie widzę dziś możliwości przytoczenia swojej dupy do pracy…

    Ostatnio muszę się bardzo sprężyć, żeby zrobić w pracy cokolwiek poza graniem w zoo.
    Czasem trzeba się po prostu zresetować.

    Czytam książkę, która miło mnie zaskoczyła – Miłość w czasach zarazy. Podchodziłam jak pies do jeża, bo jakoś klasyka mi nie wchodzi, schamiałam na starość. Ale – dobrze się czyta; a najbardziej lubię, kiedy czuję zapach, widzę postaci, słyszę szelest ubrania. Jak na nasze czasy, jest to romans dziwny, nierealny, tak mi się przynajmniej wydaje. Cały czas wydaje mi się, że nagle bohaterowie zrobią „a kuku” i zaczną się śmiać sami z siebie. No, ale dobra.
    Na razie w rankingu romansów to nieprzerwanie na pierwszym miejscu jest u mnie „True romance”

    Byłam na grzybach, już są, tak przyjemnego wyjazdu do lasu na spacerek nie pamiętam od 84ego. Ciepło, zero ludzi (no dobra, jeden był, ale nam nie przeszkadzał), bezdeszczowo, no i kozaczki – nie białe, raczej brązowe i czerwone. No właśnie, dla mnie kozaki, a dla innych brzozaki, koźlarze itd. A u Was? Uwielbiam zbierać grzyby. Jeść to już nie za bardzo – nie trawię. Wczoraj nawet wzięłam do pracy aparat, żeby walnąć Wam po oczach zdjęciem co łądniejszych sztuk, cóż, zapomniałam kabelka.

    A dzisiaj będę oswajać dziecko ze światem wielkiej muzyki – jedziemy na koncert do Parku Oliwskiego – Mozart dla dzieci. Jedyna strawna dla mnie muzyka klasyczna to właśnie On. Żeby tylko nie padało za bardzo, to będą ładne zdjęcia.

    No fakt, imieniny Anny, czyli lipiec:

    Wędzarnia – już nie jest taka zielona, raczej brązowa:

    wiem, piękna nie jest.

    38me urodziny Boba, urządzone u nas, pani domu czeka na gości:

    w tym czasie pan domu wędzi:

    Potem stolat stolat:

    i jak zwykle pani domu, gwiazda wieczoru, poszła w tango:

    Udało mi się raz w tym roku sprzątnąć pokój Deedee:

    i na szafce zapanował mikrokosmos, a jego obywatele zniknęli w czeluściach szafki (czyli wszystkie Polly, Pony i Pet Shopy)
    Nadal jesteśmy fanami Soprano, zwłaszcza ja, kot mniej:

    Jeszcze efekt końcowy pierwszego wędzenia (z drugiego mam ładniejsze zdjęcie)

    A pogoda w sierpniu – każdy wie, jaka była, ale zobaczcie ten zachód słońca, normalnie Majami Sunset Boulevard :-)

    Ostatnio odwiedzili nas znajomi i stwierdzili, że ich córki (wiek od 2 do 9 lat) słuchają ich muzyki. No owszem, trudno, żeby rodzina słuchała Fasolek, kiedy tata jest melomanem. W każdym razie podsumowaliśmy dyskusję, że po prostu od lat 90 już nic nie nagrano ciekawego.
    Dobrze, trochę może przesadzam, ale niewiele.

    Nie siedzę non stop przed tv, żeby wiedzieć, jakie są najnowsze trendy w rapie, czy hip-hopie. Ale coś tam się zawsze o ucho obije w drodze do pracy czy przy sprzątaniu. Dodatkowe ułatwienie stanowi nastolatek w domu – dźwięki dobiegające z jego pokoju wystarczą mi za newsy z MTV. Tyle, że on słucha głównie naszej muzyki. Co tam wczoraj usłyszałam? Pet Shop Boys, Elton John (tak, wiem, nie jest gejem ;-)), Pink Floyd, Madonna, Depeche Mode; a wszystko przeplatane najnowszą pasją – Rammsteinem oraz Red Hot… . Zresztą właśnie niedawno rozmawialiśmy na ten temat i powiedział, że jeszcze nie spotkał rówieśnika, który by słuchał muzyki lat 80.
    M w ogóle nie chce poznawać nowszych przebojów (chociaż na Beach Party świetnie się bawił w zeszłym roku), ja parę lat temu zaczęłam się cofać w rozwoju. Tzn, nadal nadstawiam ucha, ale to, co do niego dobiega staje się dla mnie coraz mniej strawne. Zauważyłam, że na naszych imprezkach, z reguły tańczonych, zaczynam sięgać ciągle po te same płyty – ELO, George Michael, Madonna, Aha, Sting.
    Mamoniem w naszym związku na pewno jest m – on nie chce nowości, chce czytać tylko o II wojnie, oglądać filmy, które już widział, słuchać swojej starej, dobrej muzyki.

    Mieliśmy sobotę spędzić na wojnie, ale oczywiście zasrane słoneczko zaszło i tak już zostało gdzieś za chmurami aż do dzisiejszego poranka. Nie pojechaliśmy więc na jedyny planowany w te wakacje, dwudniowy, wyjazd do Bornego Sulinowa. A myślałam, że zaskoczę niektórych dzisiaj zdjęciami czołgów i gestapowców.
    Za to, oczywiście, mieliśmy gości. Ale to już chyba jest nudne dla drogich czytelników, więc darujmy sobie szczegóły.

    Upiekłam chleb, ten najprostszy z prostych i zaskoczył nas zupełnie. Dłuugo wybierałam przepis, bo miałam koncepcję, że przyjmiemy gości własnoręcznie przyrządzonym pieczywem i wędzonkami. A że w okolicy mojej wioski nie dostanie się mąki pszennej chlebowej, szfak, to wzięłam ten przepis, bo tam było po prostu napisane „mąka” :-)
    Ale nie byłabym sobą, gdybym nie dodała czegoś od siebie, tzn. na koniec obtoczyłam ciasto w mące pszennej razowej, dla uwiarygodnienia wyglądu, ryzykując spory zakalec. Muszę przyznać, że byłam straszliwie zaskoczona po zdjęciu pokrywki i ujrzeniu dorodnego bochenka, rumianego i prześlicznego, któremu oczywiście ZAPOMNIAŁAM ZROBIĆ ZDJĘCIE!
    Normalka
    Ale na pewno spróbuję jeszcze raz.
    Był bardzo smaczny, ALE jak zwykle ciasto było strasznie rzadkie (chyba ja mam ZUPEŁNIE inne szklanki, niż Majana) Albo Majana używa jako szklanek kufli do piwa. Poza tym, mój miał tak grubą skórę, która była bardzo fajna, dopóki chleb nie wystygł. Potem to już można było złamać ząb. Za mało go też odgazowałam, więc miał spore dziury. Ale i tak jestem bardzo dumna z siebie.
    Smakował wszystkim bardzo, więc udaję się na poszukiwanie mąki chlebowej i robię podejście do bułeczek.

    Niestety, bułeczek tych nie spróbuję, bo właśnie rozpoczęłam dietę NŻT, która świetnie się sprawdziła w zeszłym roku, a po dzisiejszym wejściu na wagę w pracy okazała się niezbędna. Wracam więc do przeliczania kalorii na vitalii (pamiętniczek jeszcze nie zdechł, mogę kontynuować syzyfową pracę).
    Czy to tak już do końca życia będę jeść oczami?

    A jeszcze m, robiąc sobie kanapkę z wędzonym łososiem, westchnął, że za dobrze gotuję i to go wykończy.

    zostawiam was ze ślinotokiem

    zewsząd, aż się wszystkiego odechciewa…
    Paul Newman, moja miłość, jeszcze niedawno myślałam o nim, a tu news – wyszedł ze szpitala, żeby umrzeć wśród swoich.

    O małej Wróżce nie mogę nawet myśleć, świadomość, że cierpi tak niedaleko ode mnie i nie mogę nic zrobić

    Wczoraj wieczorem wyściskałam Didi przed snem. Człowiek dopiero w tak smutnych okolicznościach docenia, co ma.

    Aż mi głupio, że wczoraj spędziłam tak przyjemne popołudnie na tarasie, z książką.


    • RSS