batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 9.2008

    Albo jestem za wesoła, albo za ponura, wszystko ciągle nie tak. A wychowanie syna to tylko i wyłącznie moja sprawa (córki też, ale ona jeszcze nie sprawia żadnych problemów). Rozpieściłam sobie faceta, to mam. Ale gdybym go nie rozpieściła, to pewnie bym dziś nie miała ani syna, ani córki. Ani wielu innych rzeczy, które są mi kupowane w dowód uczucia.
    Oczywiście, niniejsza notka jest sponsorowana przez uczucie rozgoryczenia.

    Dexter pisał próbny egzamin gimnazjalny z ang, dostał 47 na 50 pkt. Oczywiście, jak to w naszym popierdolonym życiu bywa, oceny z tego egzaminu nie będą się liczyły do punktów ogólnych.

    W ramach odchudzania zjadłam kolację złożoną z 4 serów pleśniowych, łososia wędzonego, oliwek i wina.

    Za to finał wieczoru – awantura na 4 fajerki, okazałam za małą wdzięczność za tę kolacyjkę. Chciałam dobrze, wyszło jak zawsze.

    Zrobiłam te jogurtowe bułki, są niesamowite, trochę tylko przesadziłam z olejem, za tłuste były. Posypałam sezamem, a mąkę zmieszałam z razową. Chyba smakowały, bo Deedee dopytywała się, czy zostały jakieś na dziś :-)
    Tylko jak na 12 bułek, to pół dnia robienia to trochę dużo.
    Było też znowu prebranats, i sola zapiekana z almette, i leczo, i brokułowa. W związku z tym odchudzam się od dziś ;-)
    Sobota upłynęła na ogrodowych porządkach, wszystko skoszone, dużo popielone, rododendrony odrestaurowane, świerczki przesadzone w finalne miejsce (wreszcie nie będę się zadręczać, co z nimi będzie, jak urosną). Mój tato bardzo lubi robić w ogrodzie, ale nie za bardzo ma siłę do tego, więc przynamniej nie pozwoliłam mu przyjechać samemu, tylko po niego pojechałam i odwiozłam. Przy okazji wypróbowałam nowy samochód służbowy ema – do Gdyni i z powrotem godzina piętnaście, ha. Ile to jest km? Jakieś 120-130.
    Chałupa też wysprzątana, po japońsku – jako tako. Ale przynajmniej jest lepiej, niż było.
    Niedziela z kolei cała została mi zabrana przez gości (lubie bardzo ciocię H. i wcale nie musiałam koło niej skakać, ale plan był, że przy kominku z książką, a tu od 13.00 do 19.00 ktoś ci się kręci po obejściu). Jak wychodzili, miałam ochotę ich wypchnąć za bramę i trzasnąć drzwiami. Tym bardziej, że w następny weekend pewnie znowu ktoś się zwali.
    Dexter z kolei próbuje swoich sił w nowym temacie – o której się wraca do domu, jak się ma 15 lat. Na razie MOJE argumenty nie są dla niego racjonalne :-D
    No cóż, teraz to JA rządzę.
    Niedawno znalazłam jego list do siebie czterdziestoletniego. Napisał pewnie po jakiejś awanturze z nami. Schowałam na pamiątkę i pokażę mu, kiedy będzie się użerał ze swoją progeniturą. Będzie zonk!
    Za to Deedee na razie dalej przestrzega zasad raz jasno określonych (czym sobie zasłużyłam na takie dobre dziecko, nie wiem doprawdy). Pomimo obaw Dextera z czasów wprowadzki na wieś, jeszcze wieśniarą do końca nie jest – ostatnio jedząc obiad machnęła ze zniecierpliwieniem ręką. Ja przed chwilą coś do niej mówiłam. Żeby więc wszystko było jasne, po chwili sprostowała „Jakby co, to to przed chwilą nie było dociebie, tylko do muchy.”

    Fotorelacja

    3 komentarzy

    Dawno nie było zdjęć, prawda? :-)
    Trochę ucięłam, ale ładny kwiatek:

    Moja mała modelka:

    Mój czarny wierny sługa z oddaniem pilnuje ostatnich zbiorów:

    A to jest grzyb, którego nikt nie zbiera, a jest równie dobry w jajecznicy, jak kurka

    To część prezentu, który kupiłam dla młodego małżeństwa

    Deedee zdaje swoje pierwsze prawko:

    A to bajkowe popołudnie na mojej wsi:

    Oraz efekt skrzypu polnego:

    To było dwa tygodnie temu. Ciekawe, kiedy w końcu się któryś złamie.

    Na to sobie będę patrzeć do przyszłej jesieni.
    A tu ostatnia podróż do Wwy. Zaczęło się wesoło:

    A potem było: „o, tu mi się wylało!”

    A potem długi, nudny i upierdliwy korek w stolycy (też o mało nie popuściłyśmy)

    Ale balony fajne, nie?

    bo to nie wiadomo, kto po sieci biega ;-)
    Moje dwie najlepsze przyjaciółki:

    i muła:
     

    Poszłam na to USG, zapłaciłam i poznałam następne fakty (fakty RMF nomen omen):
    - ze skierowaniem zjawiła się JEDNA osoba
    - reszta w większości nie przyszła
    - mammografia jest bezpłatna po 50 roku życia, ale jak znajoma poszła, to ją uprzedzili, że „wie pani, że te bezpłatne są mniej dokładne?”

    Że płatki, które jem na śniadanie, nie zamieniają się w paćkę, którą ja lubię, tylko po prostu się rozpadają w proch. Podobno sztab specjalistów pracuje nad tym, żeby płatki NIE nasiąkały mlekiem, a ja właśnie CHCĘ jeść rozciapane płatki. I po kilku minutach oczekiwania mam, co chcę. Ale ostatno skusiłam się na Frutinę i bardzo żałuję. Najpierw długo się nie rozpuszczają, a potem mam garść otrąb w mleku. Na szczęście już mi się ta paczka kończy.

    Niedawno pisano w Faktach RMF o małej liczbie chętnych do bezpłatnego badania USG piersi we Wrocławiu.
    Ja niedawno zobaczyłam ogłoszenie o bezpłatnym badaniu USG piersi. Ponieważ dawno nie badałam, a mam 3x lat, to zadzwoniłam i się umówiłam. Upewniłam się, że wystarczy skierowanie od lekarza rodzinnego z mojego rejonu, albo od ginekologa.
    Termin miałam wyznaczony na dzisiaj. W związku z tym w zeszłym tygodniu poszłam do naszej przychodni i okazało się, że nie dostanę skierowania, ponieważ DLA MNIE jest to badanie bezpłatne, ale przychodnia dostanie
    rachunek i zapłaci za to 60 zł. NFZ tego przychodni nie zwróci. Pani doktor dwa razy musiała mi to tłumaczyć, bo nie mogłam zrozumieć, o co chodzi. Dopiero w domu dotarło do mnie, że powinnam jednak to skierowanie dostać.
    Wczoraj poszłam do ginekologa w Pruszczu, gdzie byłam pewna, że dostanę skierowanie. Niestety, usłyszałam to samo – tego dnia już kilka kobiet zostało odesłanych z kwitkiem, poradnia K nie będzie płacić za nasze
    badania. Jedyną radą jest zarejestrowanie się do onkologa w Gdańsku i za 8 miesięcy może dostanę skierowanie. Oczywiście, mogłabym zapłacić te 60 zł i mieć spokój, ale kiedy się biega od ortopedy do laryngologa, przez
    alergologa z dwójką dzieci, to na siebie się nie wydaje.
    Tak więc w świetle ostatnich wiadomości, że kobiety miałyby przedstawiać przyszłemu pracodawcy zaświadczenia o przeprowadzonych badaniach wydaje mi się, że chodzi jedynie o kasę, a nie o zdrowie. Jak zwykle.
    Taką to wiadomość wysmażyłam do pani reporter z RMF.
    PS: A swoją drogą, to mężczyźni powinni w takim razie przedstawiać zaświadczenia, że nie są ścigani przez alimenty, albo że nie mają prostaty.
    :-)

    Chociaż rozdział pierwszy podobał mi się najbardziej, to dopiero zdanie ze strony 475 mnie urzekło. Po przebrnięciu przez 50 lat groteskowego romansu wypowiedź jego bohaterki mnie rozbawiła do łez:
    „To niewiarygodne, jak można czuć się szczęśliwą przez tyle lat, mimo tylu kłótni, tylu upierdliwości i tak naprawdę, kurwa, nie wiedzieć, czy to miłość czy nie.”
    Po czym kiedy już doszło do połączenia „dwóch samotnych serc” i do zbliżenia dwóch podstarzałych ciał, zbliżenia niezbyt udanego, ona stwierdza w duchu „No, to teraz żeśmy już wszystko przejebali.”
    :-D
    Dla tych dwóch zdań warto przeczytać tę książkę.
    Najbardziej za to podobała mi się postać doktora Juvenala Urbino, którego mam wrażenie, że poznałam osobiście. Oraz opis jego małżeństwa z Ferminą. Sama Fermina też fajna kobita.
    Zakończenie też obłędne. Do dzisiaj byłam w związku z tym bardzo ciekawa filmu, ale przed chwilą obejrzałam recenzję i się zniechęciłam. Jest tam ponoć zero Marqueza w Marquezie. Chociaż zdjęcia bardzo ładne. Jak będzie na Canal+, to obejrzę.

    Notka srotka

    3 komentarzy

    Trochę zaniemówiłam po podróży, od nadmiaru wrażeń.
    Jeszcze przed oczami wirują mi wycinki z ostatnich 3 dni. Wygląda na to, że odzwyczaiłam się od wyjazdów, podróży i dużych miast. W piątek ruszyliśmy o 10.00, zabierając po drodze kumpelę z pracy. Pierwsze 20 km jechaliśmy 40 minut, więc już na starcie m wiedział, że będzie ciężko dotrzymać słowa i być w Wwie przed 16.00. Zrobił się nieco nerwowy. My z kumpelą za to dla poprawy nastroju sięgnęłyśmy do tyłu po breezerki, które m nam kupił na podróż. Wypiłyśmy je w ciągu pół godziny, po czym zaczęłyśmy cierpieć z powodu braku postojów. W samochodzie zrobiło się cicho jak makiem zasiał… M gnał przed siebie, ja zacisnęłam zęby i przysięgłam sobie, że do końca podróży nawet nie spojrzę na napoje. W końcu nie wytrzymałam i zapytałam kumpelę, czy jej się nie chce, bo tak spokojnie czyta gazetę. Podniosła głowę, spojrzała na mnie i przez zęby syknęła: „tak mi się chce, że się boję odezwać”
    M ulitował się i zatrzymał na stacji, my wystrzeliłyśmy do kibelka, a on zapalił i obserwował, jak nas mija wszystkie 25 tirów, które przed chwilą wyprzedził.
    Oczywiście natychmiast po wielkiej uldze podjęłyśmy decyzję, że nie ma sensu katować się breezerkami, tylko zrobimy sobie po drinku (bez lodu i cytryny, fuj). I znowu zrobiło się wesoło w naszej srebrnej szczale (nomen omen).
    I wszystko byłoby pięknie, nawet byśmy spokojnie zdążyli na miejsce, gdyby nie korek w tym chorym mieście bez dróg, za to z 5 mln samochodów. Pięć km przed celem stanęliśmy na światłach i sześć razy obserwowaliśmy ich zmianę. W końcu się udało. Celem było miejsce, w którym m miał zamienić stary samochód służbowy na nowy. W trakcie pokonywania ostatnich metrów korka osiągnęłyśmy stan upojenia w takim stopniu, że było nam trochę wszystko jedno, gdzie jesteśmy i po co. To, że jeszcze żyjemy, zawdzięczamy temu, że m siedział za przeszklonymi drzwiami do biura tyłem do tych drzwi i nie widział, co wyprawiamy w bagażniku jego nowej szczały. Za to facet, który go obsługiwał miał coraz szerszy uśmiech. No co ja poradzę, że jestem raczej z tych drobnych kruszynek i że jego bagażnik jest taki głęboki? A my oczywiście bardzo inteligentnie przełożyłyśmy torby – najpierw te z brzegu, potem te mniej potrzebne z głębi. Jak się okazało, że napoje są na samym tyle, to musiałam wleźć do bagażnika na czworaka i je wyciągnąć. Dobrze, że miałam spodnie. A samochód stał centralnie przed tymi przeszklonymi drzwiami, tyłem. Po uporaniu się z torbami zrobiłyśmy już sobie spokojnie drinka, żeby ochłonąć. To był akurat moment, w którym kumpela osiągnęła tempo robienia drinków porównywalne ze zderzaczem hadronów. Na szczęście formalności trwały parę minut i mogliśmy za chwilę ruszać na podbój stolycy (jeszcze tylko m musiał nam wyrwać z objęć trójkąt ostrzegawczy od starego samochodu, bo jak kazał przenieść wszystko, to WSZYSTKO, nie?)
    Za chwilę już byliśmy w nowym korku, dosiadł się do nas B, który miał nas gościć (ten, co nam zbudował wędzarnię i nie tylko). Po wielkim paśmie nieszczęść, z których największym było przemierzenie Arkadii w butach na obcasach (jeszcze dziś je czuję) o 21.00 znaleźliśmy się w domu, gdzie oczekiwały nas następne 3 osoby, żądne zabawy do białego rana. Myślałam, że zejdę. Ale postałam trochę nad patelnią, usmażyłam ryby, które przygotował B (jest mistrzem świata w przyrządzaniu ryb) i odżyłam. Tańcowaliśmy do 3.00 (chyba, bo nikt dokładnie nie pamiętał godziny zejścia uczestników). Cytat z B: „ja zarejestrowałem migawkę z 2.45, a potem już nic nie pamiętam”
    Następny dzień zaczął się od powolnego dochodzenia do siebie. Oraz do wniosku, że nigdy więcej (nic nowego). Oraz do konstatacji, że skończył się papier toaletowy. A byliśmy uwięzieni w miejscu, gdzie najbliższy sklep jest w centrum wioski, czyli 3 km od nas. Przy śniadaniu m spytał jeszcze raz o papier „do faksu” z nadzieją, że się coś znajdzie. Potem B go spytał, czy zje jeszcze parówkę. Na to M, naczelny prześmiewca w naszym towarzystwie stwierdził „co ty, on ma jeszcze 2 w pamięci! Musi najpierw wydrukować”
    Cały dzień dochodziliśmy do siebie, po czym wiedziałam, że jak zaraz ich nie podniosę, to w życiu do tego teatru nie zdążymy. Pomogło dopiero walenie po poduszkach pustą butelką po wodzie. Nieznośny dźwięk, mówię Wam.
    Mieliśmy zarezerwowane bilety, oczywiście przepadły, bo stawienie się w teatrze pół godziny wcześniej przekroczyło nasze możliwości. Na szczęście jakoś nas upchnęli w ostatniej minucie. Byliśmy na „Masz być szczęśliwy”. I powiem tylko, że starsze pokolenie aktorów ma klasę, o jakiej młode może tylko pomarzyć.
    Następny wieczór też miał być rozrywkowy, ale chyba się starzeję, bo dotrwałam tylko do 1.00, po czym zniknęłam po angielsku. No i wczorajszy powrót do domu – długo i w paskudnej pogodzie, głównie przespałam drogę. Jak szłam wczoraj spać, to aż mi wszystko wirowało w głowie – Arkadia, teatr, dom B i McDonald w Ostródzie. I osiem twarzy, z którymi spędziłam czas. Plus pies.

    ulubionych blogów, bo jak widać w zakładkach po prawej, jest ich o wiele więcej. A te, które mnie kręcą, same się ujawniają w „komciach”, więc nic dodać, nic ująć.
    Jadę, a Wy mi tu pilnujcie bloga, żeby pajęczynami nie zarósł. Hehehe, jadę jutro, ale wrócę w poniedziałek, bez obaw.
    Nadjeszła wiekopomna chwila i poczułam zew sztuki. Co jakiś czas jedziemy do Wwy i odwiedzamy któryś teatr, tym razem padło na „Ochotę”, bo za późno zaczęłam rezerwować bilety. Niestety. Ale mam nadzieję, że też będzie fajnie.
    Żeby tylko nie było tak zimno, kurka wodna.
    No to pa.


    • RSS