batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 11.2008

    mmmmm, właśnie zjadłam grahamkę z własnoręcznie wędzoną szyneczką, poezja.
    Po nawet niedługiej rozmowie z Dexterem przekonałam go jednak, teraz tylko byle do bierzmowania. I tyle na ten temat.
    W sobotę znowu imprezka, tym razem dla rodziny, wędzenia w tym czasie nie będzie, za to przywiozą nam drewno i będą naprawiać przewód kominowy w piecu. Czarownie.
    Tym razem będzie ciasto pod tajemniczą nazwą lambada, jak wyjdzie, to zrobię zdjęcie i może komuś podrzucę przepis ;-)
    Udziec z dzika marynuje się właśnie w czerwonym winie. Jeszcze planuję łososia pod beszamelem, trzy sałatki, zupę porową i nie pamiętam, co jeszcze.
    Skończyłam Murakamiego (nie wiem, czy się nie powtarzam) i nadal kocham jego książki.
    Przeczytałam również „Moje drzewko pomarańczowe” de Vasconcelosa, rekord – w dwa dni. Przepiękna książka i rzeczywiście klimat jak w Małym Księciu, tylko Mały Książę tak sobie mi się podobał, a ta książka bardzo. Ciekawe, ilu takich Zeze mieszka w mojej okolicy?
    Teraz zabieram się za Terakowską, a dzisiaj wyprawa do biblioteki, gdzie ponoć dowieźli dużo nowości. Żebym ja tylko miała jakieś rozeznanie w nowościach! Zresztą, tyle staroci jeszcze nie przeczytałam. Ale pooglądać zawsze można, nie?
    Deedee obrabowała nas dzisiaj z zapasu świec, bo jutro Andrzejki w szkole. Mała ma teraz fazę na masę solną, bo bawiła się nią u koleżanki. A ja, pedagog z bożej łaski, ciągle odmawiam jej zrobienia masy, bo nie ma czasu, bo coś tam. A powinnam jej robić codziennie, w końcu z okazji wędzenia mamy mnóstwo soli, zwłaszcza, że ona nie lubi kolorować, malować, więc przynajmniej tak się podkształci manualnie.
    I co jeszcze? Chyba wszystko.
    Mówiłam już, że nienawidzę mojej klawiatury?

    Dexter cd

    4 komentarzy

    Po południu zadzwoniłam do jednej z mam, która ma dwoje dzieci w klasie Dextera – córkę i syna. No i wszystko przybrało inny obrót. Okazało się, że ta dziewczyna strasznie się chichra i cieszy z „zalotów” Dextera, tylko dlaczego co innego mówi w domu???
    Ta mama bardzo się przejęła moim zdenerwowaniem i nie czekając na mój telefon od razu wieczorem porozmawiała z dziećmi i tylko ze względu na porę nie zadzwoniła do mnie, ale zapewniła mnie, że nie ma się czym przejmować, bo nie ma żadnego szczucia, po prostu coś w rodzaju końskich zalotów, jak wyraziła się jej córka. Poza tym, ona jest nauczycielką w innej szkole i wyznała, że to, co w naszej szkole uważa się za wielkie wykroczenie jest niczym w porównaniu z tym, co wyprawiają dzieciaki w zwykłych szkołach.
    Byłam tak szczęśliwa, że natychmiast jak zobaczyłam Dextera, to przeprosiłam go za swoje złe myśli i jeszcze raz wychwaliłam jego wyniki w nauce i zauważalne ostatnio zmiany w zachowaniu – na lepsze. Zdaje się, że to, co mówił jego wychowawca, że druga klasa gimnazjum jest najgorsza, a potem zaczyna się polepszać, jest prawdą.
    Dexter zresztą powiedział, że inna koleżanka wczoraj w szkole mówiła, że jej mama również ją o to zapytała i że obie się uśmiały z tego „zaszczuwania”.
    Teraz czeka mnie tylko rozmowa z mamą „pokrzywdzonej”, a przyznam, że nie znoszę tej kobity jak mało kogo – działa mi na nerwy już od dwóch lat. Poczekam jeszcze na odpowiedź na maila, którego wysłałam do wychowawczyni Dextera, może dowiem się czegoś ciekawego, chociaż wątpię, bo ta pani, a właściwie panienka, jest jego wychowawczynią od poniedziałku, o czym dowiedzieliśmy się na tym nieszczęsnym zebraniu. To już temat na inną notkę.

    Niedługo znów trwała moja radość z tego, że mój syn nie jest jednak bandytą, bo wieczorem dowalił nam z innej strony. Przyszedł do nas i oznajmił, że jednak nie zamierza przystąpić do bierzmowania. W tym przypadku sytuacja jest mocno skomplikowana. M chodzi do kościoła i pilnuje, żeby Dexter również z nim chodził. Zapisaliśmy go do szkoły katolickiej. Ja nie chodzę do kościoła, tylko z okazji ślubów i chrzcin. Z jednej strony wiemy, że podłoże stanowi potworne lenistwo Dextera, bo trzeba co dwa tygodnie zostać po mszy i posłuchać księdza przez 20 minut, w ten piątek trzeba iść do spowiedzi, w sobotę na katechezę na 9.30 z karteczką od spowiedzi. Z drugiej strony – po jego uśmieszku poznałam, że jest zadowolony, że wreszcie znalazł lukę – znalazło się coś, do czego nie możemy go zmusić. A jak się toto uniosło: „zapytajcie księdza, zapytajcie kogo chcecie, że do sakramentu przystępuje się dobrowolnie!”
    Dopsz, dobrowolnie. Ale na nauki będzie chodził, tak dzisiaj zdecydowałam. M powiedział mu, żeby udowodnił nam, że nie chodzi tylko o lenistwo – na przykład niech się poświęci dla idei i niech jeździ od poniedziałku do szkoły nie ze mną, samochodem, tylko autobusem. I znowu się toto uniosło „dobrze, proszę bardzo, jak chcecie wydawać dodatkowe pieniądze na dojazdy autobusem, to będę jeździł!”
    Nie chce mi się już na ten temat ani myśleć, ani już pisać.
    I nadal nienawidzę tej klawiatury.

    W piątek m miał imieniny, więc kiedy postanowił zamiast sprzątania poobijać się trochę i pobawić z Deedee, byłam wkurzona, ale podarowałam mu. W końcu miał jeszcze na to sobotę. Niestety, okazało się, że samochód jednego z naszych gości postanowił się rozkraczyć w piątek o północy na autostradzie. Tak więc ja szykowałam żarcie i padłam o dwunastej, m czekał na gościa, którego przywiozła laweta, do drugiej. Rano ja wstałam i zabrałam się za sprzątanie, bo już wiadomo było, co będzie robić m – szukać silnika do furki B.
    Wcurwiona byłam niesamowicie, odechciało mi się wszystkiego, imprez, wędzenia, świąt i życia. Do tego jeszcze u nas jest tak, że goście przychodzą na którą im pasuje, więc jedni zapowiedzieli się na trzecią, drudzy na 18 (a wiadomo było, że z godzinkę się jeszcze spóźnią). Do tego JESZCZE jedni przywieźli ze sobą dodatkową osobę, drudzy przywieźli dwie*.
    Jedyne, co mi wyszło, to makijaż i strój, czułam się jak milion dolarów, więc reszta mnie mało obeszła – jeśli chodzi o większą liczbę gości, to nic a nic mi to nie przeszkadza – nie mam wyliczonej ilości
    mie
    jsc ani żarcia (jak zwykle zostało mnóstwo, cholera jasna). M nawet nie zdołał się za bardzo upić, bo (sam sobie) wymyślił imprezę równocześnie z wędzeniem, więc co pół godziny latał za garaż doglądać mięcha, a po powrocie robił następne mojito, więc dla siebie już nie miał za dużo czasu – co wypił, to mu mróz wyciągnął pod wędzarnią :-D
    Skończyło się tradycyjnie tańcami, a że moje zmęczenie wyłaziło już od 17, to o pierwszej zniknęłam znienacka, jak zwykle. Pozostałe na placu niedobitki posprzątały co nieco i też popadały.
    Rano stwierdziłam niewielkie szkody, tylko jeden drink stłuczony koło kominka i może ktoś wie, skąd w zlewie się wziął halogenek? Taka mała żaróweczka?
    A, no i jeszcze zeżarli wszystkie pstrągi, które się uwędziły; a co nie zeżarli, m dał im do domu. Taki dobry, kutas jeden.I tak to było.Większość soboty i pół niedzieli Deedee spędziła na śniegu, pogoda była super, nie wiało, mróz nie za duży, więc szalały z koleżanką na sankach, zrobiły bałwana i pół igloo, wyciągnęłam jej też takie krótkie plastikowe narty. Ma tyle kurtek, czapek, rękawic i spodni na zmianę, że mogłaby obdzielić pół swojej klasy, więc tylko się przebierała i dalej na dwór.
    Ja zresztą też po dwóch dniach w oparach kuchennych bardzo chętnie wybrałam się na spacer po maślankę w niedzielę z B.
    Będzie parę zdjęć, ale najpierw muszę dojść do siebie i poleniuchować trochę.
    A, jeszcze wczoraj byliśmy z m na zebraniu w szkole Dextera. Przez 5 minut byłam bardzo dumna, bo jego wyniki z testów próbnych były naprawdę dobre (z humanistycznego pierwszy w klasie!). Niestety, zebranie zakończyło się niespodziewanym zwrotem akcji – między nami rodzicami – dowiedziałam się, że zaszczuwa jedną koleżankę. Oczywiście najpierw sprawdzę fakty, bo w pierwszej chwili miałam ochotę rozszarpać go na kawałki, ale na szczęście był też m, który przystopował mnie przypominając mi o tym, jak bardzo nie znoszę mamy tej dziewczynki, więc może i ta „dzieweczka” też nie jest taka święta.

    Swoją drogą, włos na głowie się jeży, kiedy się posłucha, co porafią wyprawiać teraz uczennice gimnazjum. Dexter rzadko mi coś mówi, ale jak już powie, to zbieram szczękę długo z podłogi. On też święty nie jest, ale takie rzeczy to mi się w głowie nie mieszczą – żeby przyjaciółka przyjaciółkę nazwała bezmózgiem, bo tamta dostała jeden punkt z testu więcej. I to na forum klasy i w obecności nauczyciela. Który NIE ZAREAGOWAŁ zresztą.

    *) Żeby nie było – ja tak sobie to napisałam ku pamięci, ale nie narzekam, bo nie mam na co. Naprawdę. Kiedyś lubiłam sobie coś zaplanować, ale dawno mi już przeszło. Nie będę losu rozśmieszać.


    PS: Nie wiem, co się  dzieje z ustawieniami czcionki po wklejeniu tekstu z Worda, więc z góry przepraszam za niespójny wygląd notki.

    Menu na sobotę zatwierdzone, pół wieczoru nad tym przesiedziałam. Znalazłam sporo przepisów na sałatki, które powinny być dobre, więc będę sukcesywnie wypróbowywać.

    Najwięcej wysiłku poświęciłam na wymyślenie dania głownego, którym jeszcze nie zakatowałam swoich gości i rodziny, w końcu przypomniałam sobie coś, czego dawno nie robiłam, a wychodzi mi lepiej niż rdzennym mieszkankom Lotaryngii – quiche. Jeden tradycyjny z boczkiem, drugi z porami (ZROBIĆ ZDJĘCIE, ZROBIĆ ZDJĘCIE!). 3000kcal w jednej porcji, ale co tam, raz się żyje, nie? Poza tym, jak znam swoje zwyczaje, to nawet tego nie spróbuję, co zrobię, wystarczy mi mojito ;-)

    Ostatnio bardzo psychologicznie się zrobiło w naszym domu – m jest właśnie na kursie asertywności (już widzę, jak w piątek wróci i stwierdzi asertywnie „pi….lę, nie sprzątam!”).

    Ja wyciągnęłam książkę, którą mam od kilkunastu lat, a przypomniała mi o niej sistermoon (.blog.pl), czyli „Jak słuchać…, jak mówić…” Kupiłam dawno i nigdy nie przeczytałam, chociaż raz nawet próbowałam, kiedy Dexter zaczął dojrzewać, a ja zaczęłam siwieć. Poszłam za ciosem i pożyczyłam od razu drugą książkę podobną tematycznie: „Wymarzone dzieciństwo”. I mam zamiar przeczytać! Ze zrozumieniem!

    Wiem, dlaczego się boję tego czytać – bo potem będę jeszcze lepiej wiedziała, co robimy źle, a nie będę umiała tego naprawić, co mnie kompletnie sfrustruje. No, ale skoro akurat m jest na fali takich zainteresowań, to pociągnę temat.

    Bo na przykład tydzień temu uczciłam wielce wynik próbnego testu humanistycznego Dextera – 43 pkt na 50, więc zrobiłam deser z owowców egzotycznych i mascarpone, zwołałam rodzinkę do stołu i ogłosiłam wynik. Za to w tym tygodniu Deedee otrzymała ocenę ze swojego pierwszego poważnego testu w życiu – z wiadomości dotychczas zdobytych w pierszej klasie. Wynik 21 na 24 pkt. I nie dość, że przeszło bez echa, to jeszcze jak zwykle każdy musiał od razu zapytać, co dostała Zosia (koleżanka, o której Deedee sama mówi, że jest we wszystkim lepsza). I muszę przyznać, że ten wynik mnie nie usatysfakcjonował wcale. Jestem idiotką.

    Strasznie wysoko ustawiłam poprzeczkę Deedee, bo cały czas tłucze mi się po głowie, że ona musi być we wszystkim dwa razy lepsza od innych, bo jest XX, a nie XY.

    W każdym razie w piątek muszę uczcić wynik Deedee.

    Taką fajną notkę napisałam i mi zeżarło!
    Nosz kur…!!!
    Nie no, chyba się pochlastam.

    Nie, nie tańczyłam. Sprzątałam. A teraz ubolewam nad swoją kondycją, skoro wejście kilkanaście razy na krzesło w celu umycia okna kończy się takimi zakwasami. Może zacznę uprawiać sporty?
    Buahahaha, że tak powiem.
    Korzystając z okazji, że tym razem nikt nas nie odwiedził, postawiłam sobie wielce ambitne zadanie – doprowadzić łazienkę do stanu PRAWIE tużpoprzeprowadzkowego. Prawie, bo przecież prysznic kilkuletni nie będzie udawał nowego, prawdaż? Negocjowałam z nim nawet przez chwilę, ale udawał, że go tu nie ma.
    I w sobotę wieczorem byłam tak dumna z efektu, że o mało nie spałam w tej łazience.
    Rzadko coś takiego mnie nachodzi, z rozrywek znam lepsze niż szorowanie kibla, ale cieszę się, że przełamałam swoje lenistwo. Ach, jak przypomnę sobie, jak w trakcie przeprowadzki obiecywałam sobie, że każdą wolną chwilę spędzę na dopieszczaniu każdego kątka, że będę jak ze Stepford i w ogóle…
    Trochę bardziej boli, kiedy coś się stworzy, a potem samemu się to zapuszcza.
    No a następne weekendy znowu rozrywkowe – ja i m mamy urodzino – imieniny w listopadzie, zazwyczaj je łączymy i robimy jedną imprezkę, ale nie chcemy łączyć rodziny ze znajomymi, więc wiadomo – nie ma, że boli.
    W związku z tym prośba o pomysły na dania ciepłe oraz sałatki, bo już i nam i naszym gościom chyba wszystko obrzydło.
    A, no i robiłam w sobotę moje słynne skrzydełka, które mają tę zaletę, że jest ich dużo, za to się człowiek wiele nie narobi.
    Słowem, weekend udany, filmowo również, obejrzałam z dwieście filmów, w tym parę naprawdę dobrych – w piątek już nie pamiętam, co, w sobotę Krwawy Diament z nieocenionym Leonardo, wczoraj Niepokój – też niezłe, chociaż bez porównania. Wszystko to przeplatane odcinkami „Wojny domowej”. Ten serial ma 43 lata, a nic się nie zmieniło. Najbardziej się uśmiałam, jak Kwiatkowska powiedziała „Mąż jak wraca z delegecji, to się bierze za wychowanie syna. Ojej, co się wtedy wyprawia! A potem wyjeżdża i znów jest spokój” :-)))))
    Murakami się czyta, za to w pracy podczytuje się „Skafander i motyl” – ciekawe.
    No właśnie, pora na fajkę i parę stron lektury.
    Pa
    I czekam na sałatki, mogą być bardziej pracochłonne, w końcu od czego się ma teściową.

    No i piątek

    4 komentarzy

    Jakoś nie mam czasu pomyśleć, co bym chciała napisać. Czytam Murakamiego, który mnie wytrąca z toku myślenia. Zaskakujące są te jego książki – wydają się trudne, wydaje się, że będzie sią taką książkę czytało i czytało, aż tu nagle jest się w połowie. Nic specjalnego się nie dzieje, a nie można się oderwać.
    Nadchodzi listopadowa era urodzino – imienin, impreza dla rodziny, impreza dla znajomych, impreza dla tych, którzy nie pasują ani do jednych, ani do drugich.
    I w związku z tym chciałabym powiedzieć, że nie znoszę ludzi, którzy mają 3 numery komórki i pod żadnym nie można się z nimi skontaktować!
    I nienawidzę mojej nowej klawiatury.

    jest też J, w którym Deedee jest od paru lat beznadziejnie zakochana. Aż mnie zadziwia jej konsekwencja i stałość. Pod wpływem koleżanek zaczęło się gadanie o chłopakach już dosyć dawno. Mając chyba niecałe 5 lat Deedee oświadczyła, że kocha J. Kiedy poszła do zerówki, zaczęli razem wracać gimbusem do domu. W końcu któregoś dnia dowiedzieliśmy się od niej, że jest sławna w szkole. No dobrze, a na czym się ta sława opiera? Bo pocałowała J w autobusie! Zamurowało nas, po czym zaczęłam jej wyjaśniać, że jeśli będzie tak dalej postępowała, to J nawet nie będzie chciał więcej jej widzieć, że chłopcy takich wygłupów nie lubią.
    W końcu powiedziała:
    - No dobra, wiem, wiem, że on tego nie lubi, bo cały autobus musiał go trzymać!
    Teraz już się nie wyrywa do J z tekstami, ale jest cała szczęśliwa, kiedy on przychodzi się pobawić z nią, a bawią się świetnie, mimo, że J jest prawie 3 lata starszy.

    Wszyscy jak jeden mąż – nigu, prorok czy co?

    Ale może teraz wróćmy do Halloween

    Oto moja własnoręczna dyni (miała też uszy, ale nie widać)

    Deedee wymalowała się odświętnie, na tym zdjęciu robią paluchy
    wiedźmy
    Potem dzieci robiły tosty z duchami

    A m robił mojito, które było przepyszne tym razem

    jakie zielone, prawda? Mięta własna, jeszcze coś tam się z latarką znalazło w ogródku.
    I dla moich wiernych czytelniczek bukiet z okazji jesieni:

    faceci to h…


    • RSS