batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 12.2008

    Wszyscy mówią, że im się nie chce, że nie lubią, a tak naprawdę to każdy czuje, że musi coś jutro zrobić, żeby było inaczej, odświętniej. Ja najmilej wspominam sylwka trzy lata temu, kiedy to dostałam puzzle 3000 pod choinkę i układałam przez cały wieczór sylwestrowy. Taki błogi spokój, ciepło i przytulnie. Ale w tym roku oczywiście się nie uda – mamy zaproszenie z rodzaju tych nie do odrzucenia (z różnych względów). Może i będzie fajnie, prawie na pewno będzie fajnie, tylko jedna sprawa mnie przeraża – już zapadła klamka i nie ma odwrotu – taksówka jest zamówiona na czwartą rano, więc do tego czasu MUSZĘ się bawić, co w zupełnie innym świetle stawia sprawę zabawy – bo muszę. I już mi się nie chce. Na spontaniczność nie ma miejsca. Pewnie będzie fajnie, ale co będzie, jeśli ja od pierwszej w nocy już tylko będę marzyć, żeby się gdzieś przyłożyć do poduszki? Przeraża mnie to, truly.
    No, ale nie martwmy się na zapas. Jutro z premedytacją spóźnię się do pracy, będę popychać sprawy do przodu, żeby jak najszybciej wyjść do domu i przynajmniej uczesać łeb. Strój nie ma zbyt wiele znaczenia, bo to domówka, muszę tylko wziąć kalesony, rajstopy, dwa swetry, onuce i czapę futrzaną, bo o 23 przyjedzie bryczka i zabierze nas na ognisko, gdzie powitamy 2009 (ale te daty kosmicznie wyglądają, co?)
    A, jeśli w grę wchodzi czapa, to i fryzura nie ma zbyt wiele sensu, odpadła mi część roboty. Namaluję sobie tylko twarz, żeby mnie m poznał w tłumie :-)

    JAK JA NIENAWIDZĘ WYMYŚLAĆ I SKŁADAĆ ŻYCZEŃ!!!

    Jakże trudno wrócić do rzeczywistości po pięciu dniach leniuchowania…
    Zwłaszcza, że szóstego dnia trzeba było wstać godzinę wcześniej, jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie.
    Niespodziewanie, wszyscy nasi podopieczni wyjechali – Deedee do kuzynki w Kościerzynie, wróci w sobotę; Dexter do kuzyna w Wwie, wróci w piątek. Na posterunku sylwestrowym zostanie babcia z koleżanką i z kotami, bo my równiez daliśmy się w końcu namówić i powitamy Nowy Rok bliżej, ale również nie w domu.
    Dzisiaj mamy znowu gości – tym razem księdza z kościelnym. Uraz do wizyt po kolędzie zmniejsza mi się z wiekiem, ale nie zanika.

    Już nigdy więcej nie będę się zarzekać, że nikogo nie zapraszam w święta, bo ilość osób zaproszonych i przybyłych narasta w takich przypadkach lawinowo. W sobotę było u nas 13 osób dorosłych plus 5 dzieci, a i to tylko dlatego tak mało, że 3 osoby nie dopisały. Wczoraj za to odkryłam wieczorem na tarasie sałatkę, którą specjalnie dorabiałam, żeby żarcia nie zabrakło. Nienaruszoną, bo jej na stół nie dałam.

    Wigilia była wyjątkowo smutna. Szkoda dzieci, bo wszystko wyszło nie tak, jak trzeba – po opłatku zaczęła się Sodoma i Gomora, prezenty wręczone byle jak i nikt za bardzo nie miał ochoty się nimi cieszyć. Deedee smutna, Dexter roztrzęsiony, ja półżywa ze strachu, telefon na pogotowie, a na pogotowiu, jak to w Polsce – seRRRdecznie zapraszamy, na pewno pomożemy, niech pani weźmie 80letnią staruszkę z 40-stopniową gorączką na plecy, zniesie z trzeciego piętra, przywiezie do nas, a na pewno pomożemy, z całego serca.

    Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

    Od Gwiazdora vel Mikołaja dostałam pierwszą serię serialu „Dom” na DVD, dwa odcinki już obejrzane.

    Opowiadań Gaimana jakoś nadal nie mogę dokończyć, bo wzięłam na chwilę do ręki Cejrowskiego – „Gringo wśród dzikich plemion” i przepadłam. Nadal nie wiem, czy lubię podróżnicze książki, ale ten facet pisze równie dobrze, jak opowiada w telewizji.

    Mam trochę zdjęć, na razie w aparacie, udało mi się nawet sfotografować tort galicyjski jeszcze przed napoczęciem :-)

    Bo nie wiem, czy będę miała czas poźniej na składanie życzeń każdej blogerce z osobna.

    A jeśli chodzi o choinkę, to zawsze jak m przynosi taką wielką i przecina sznurek, to leżę i kwiczę, bo przypomina mi się mój ukochany film „Witaj święty Mikołaju” z Chevy Chasem i ta wiewiórka
    :-DDDDDDDDDDDDDDDDDDD

    No nie ma lepszego świątecznego filmu.
    Idę poszukać, czy w tym roku też go gdzieś puszczą. I dlaczego go jeszcze nie mam?! Zamiast tych piep… boliłudów mogliby dać go do gazety.

    zrobiły!

    Nigu – nie lenić się, tylko wyciągać bombki!

    Stardust – no to już na święta łeb będzie czysty, jak znalazł

    Małgorzta – nawet sobie nie wyobrażasz, jakie moje życie jest banalne i nijakie… No cóż, ale ciekawe życie to ma tylko Cejrowski i Majewski. I niejaki Matt z youtube (u gogenzoli go widziałam i wywarło to na mnie spore wrażenie)

    Majana – już czekam i przytupuję z niecierpliwością, żeby powiedzieć „a nie mówiłam?” Co do zerówki, to w szkole u Didi jest jeden oddział, ale jak pani chorowała (a zdarzało się dość często, nie tylko przed świętami;-)), to przychodziła zazwyczaj pani z biblioteki i nawet coś tam w książkach czasem robili. Za to w pierwszej klasie ma taką panią, co uwielbia robić wszystko oprócz zajęć dydaktycznych, więc jak nadchodzi półrocze, to trzepie po 10 stron dziennie z ćwiczeń, a do domu zadaje drugie tyle. Teraz codziennie wracam z pracy i zastaję Deedee nad książkami, jak profesor antropologii normalnie.

    Frotka – witam w moich skromnych progach :-) I wcale mnie nie dziwi, że tak robiłaś – w końcu znam cię nie od dziś. Ja tylko po prostu lubię mieć kontrolę nad wszystkim; i muszę mocno ze sobą walczyć, żeby dać mu jakikolwiek margines.

    NO
    To tyle tytułem odpowiedzi.

    Środa dniem zamknięcia wielu spraw

    Wczoraj miałam tylko zapakować prezent dla szefa i wrzucić do pralki moje szare firanki.
    Okazało się, że po 5 latach moja pralka postanowiła przypomnieć, że ją też należy czasem przytulić, pogłaskać, dobrym słowem poczęstować. Dobrze, że weszłam do łazienki na początku prania, a nie pod koniec, bo by mi blerwa jedna zalała cały parter.

    Potem wzięłam się za pakowanie, no i tak dobrze mi szło, że popakowałam i dla szefa, i dla wszystkich pozostałych. Zazwyczaj robię to w nocy przed Wigilią, a tu proszsz.

    Ach, no tak, miałam jeszcze napisać, że mam na imię batumi i nie piję od 12 dni. To chyba rekord od dwóch lat. No nie, pamiętam jeden weekend bezalk w tym roku. Ale ostatnio to brałam antybiotyk, więc wiadomo, poza tym m postarał się o namiary jakiejś pani psych, która diagnozuje alkoholizm, więc postanowiłam przystopować, żeby mnie czasem nie zaciągnął do tej pani ze sobą. I muszę przyznać, że brakowało mi tego tylko przez chwilę w sobotni wieczór – tego szumu i osłabionej percepcji. Za to po podsumowaniu weekendu byłam zadowolona, że chociaż raz nie czułam tego cholernego kaca, i że miałam przez to więcej czasu i chęci na inne rzeczy. Za to wczoraj trzy razy przypominałam sobie, że mam za fotelem schowaną żurawinówkę od taty i trzy razy podnosiłam tyłek, żeby nalać sobie i teściowej po kieliszku. I trzy razy odechciewało mi się po drodze. W święta jej spróbuję. Chyba, że będę nadal bić rekord.

    to go chyba puszczę. Ale jak Wasze dzieci będą miały 15 lat to pogadamy… Założę się, że wielu z Was zmieni się wtedy światopogląd :-)

    Wczoraj chciałam po pracy po prostu sobie poleniuchować, ale ile można leżeć. Po dwóch godzinach zerwałam się i wtargnęłam na strych po kartony ze świątecznymi ozdobami. Mówię Wam, taki strych to jest coś wspaniałego. Już widzę, jak za 20 lat moje wnuki tam znajdą karton z kasetami magnetofonowymi i będą się zastanawiać, co to jest.

    Wypolerowałam kominek, pomyłam wazony i poustawiałam z Deedee aniołki, Mikołaje i renifery. Między innymi mam taką amerykańską figurkę z gipsu do powieszenia na niej skarpety (no co, babcia ze Stanów przywozi takie pierdółki) - bałwanek z dziećmi trzymają znak „Santa STOP here”. Didi popatrzyła i mówi „ale to schowajmy, bo Mikołaj tu się zatrzyma i nie dojdzie do choinki”

    AAAAAAAA, obejrzałam wczoraj „Miłość w czasach zarazy”! (duży punkt dla m, bo to on wypatrzył w programie i pamiętał, że chciałam to zobaczyć)
    Muszę przyznać, że filmowanie takich książek nie ma sensu, ale zdjęcia Kolumbii piękne. Fermina zrobiona na staruszkę zupełnie nieprofesjonalnie (zmarszczki na oczach jej tylko dodali, za to podbródek jak u 20latki), chociaż jak się rozebrała, to to było niezłe. Za to Ariza zbyt ładny i miły. No i w książce najfajniejszą postacią dla mnie był Juvenal Urbino, którego w filmie potraktowano oczywiście po macoszemu, bo to przecież film o miłości, romansidło.

    Z tekstów Deedee:
    Dziś rano poprosiła:
    „Mamo, jak będziemy jechać samochodem do szkoły, to czy mogłabyś przez całą drogę życzyć mi miłego dnia i szczęścia?”
    „A dlaczego?”
    „Żeby mi się wszystko dobrze układało i dzisiaj jest też kółko plastyczne, to żebym zdobyła miejsce bliżej pani i wszystko słyszała, co pani mówi”
    Babcia na to: „To trzeba się przepychać, jak inni, bo zginiesz w tej szkole!”
    „Nie mogę tak, przecież trzeba zachować kulturę!”
    Biedne dziecko, tak jak ja będzie zawsze ostatnia w kolejce…

    Poprasowałam i powiesiłam moje nowe firanki przy drzwiach na taras, niestety, okazało się, że w tej sytuacji białe firanki na oknach są szare… Więc już wiadomo, co będę robić dzisiaj.

    Coś jeszcze miałam napisać, ale co?

    Deedee zażyczyła sobie od Mikołaja PRAWDZIWĄ zjeżdżalnię z basenem do ogrodu, chyba nie będzie miała za złe, jeśli Mikołaja będzie stać na basen dla laleczek Polly?

    Dexter za to ma dzisiaj Wigilię w studium języków obcych – trzeba kupić napoje, w piątek zaś klasową (prezent dla koleżanki kupiony, jeszcze słodycze). Co za okropny zwyczaj te wigilie zakładowe, klasowe, niedługo trzeba będzie się łamać opłatkiem z fryzjerem. Chociaż z jedną taką kosmetyczką chętnie bym się przełamała, ale trochę daleko do niej – aż w NY ;-)

    Powiesiłam i rozstawiłam w pracy stroiki i choineczki. Niestety, nastroju świątecznego w tym za grosz.

    W domu jutro jeszcze czeka mnie jutro mała apokalipsa w postaci panów od pieca, którzy znowu rozpierniczą mi łazienkę, mam nadzieję, że przyjdą i będzie wreszcie spokój z tym piecem.

    Na święta planujemy tort galicyjski, nawet sobie nie wyobrażacie, jak dobry może być taki tort. To przepis z otchłani dziejów rodziny mojej teściowej (tak, prababcia była von coś tam). Teściowa rok temu zrobiła ten tort synkowi w Stanach, jeżeli TAM jej wyszło, to z naszych prawdziwych produktów chyba tym bardziej? Albo nie wyjdzie. Ale i tak będzie pyszne.
    Zrobię też przekładaniec orzechowy. No mnóstwo pierogów. I uszka. I kaczka faszerowana.

    A jako główną atrakcję tych świąt mamy zamiar potraktować karton klocków Lego. Wyciągniemy je i będziemy składać, składać i składać. Ja i m. Dzieciaki nie wiem, co będą robiły :-)

    Wigilię każde z nas (rodzeństwa) spędza tym razem osobno – brat u swojego nowego szwagra (no, już nie taki nowy, 5 lat – dwie wiochy ode mnie, hihi), siostra u swojej nowej synowej (no, już nie taka nowa, 4 lata). My mieliśmy być sami, a moi rodzice też, bo nie chcą jeździć dalej od domu. Ale wpadliśmy na genialny pomysł, że przygotujemy wszystko, spakujemy i pojedziemy do nich. To pewnie ostanie święta z moim tatą, z mamą też nie wiadomo, chociaż mam wrażenie, że jeszcze pożyje. Zawiadomimy ich, że będziemy za pół godziny i już.
    W pierwszy dzień świąt leniuchujemy, w drugi jedziemy do mojej siostry, w trzeci przyjeżdża do nas rodzinka ema. Czwartego dnia planuję zejście z powodu przeżarcia.

    Dexter, po swojej niedawnej histerii, że nikt go nie zaprasza na Sylwka, dzisiaj zapytał, czy go puścimy do kuzyna do Wawy, bo go zaprosił. Fakt, że akurat do tego kuzyna puściłabym go bez namysłu, bo nie ma bardziej pilnowanego w stolycy nastolatka (tatuś policja, noblesse oblige), ale czy to musi być 400km stąd?! Co ja mam zrobić?

    W weekend zafilmiłam się z premedytacją – Monachium, przedtem na DVD „Nieustraszeni bracia Grimm” – oba filmy świetne. Na koniec jeszcze obejrzałyśmy z kumpelą beznadziejny film o dwóch babkach, które postanowiły zabić męża-milionera jednej z nich. Kiedy się skończył, byłyśmy tak zmęczone zawiłą i głupią intrygą, że wstając z kanapy rzuciłam „eee tam, chyba lepiej poczekajmy, aż sam zejdzie”, na co dostałyśmy głupawki, bo rzeczywiście jesteśmy obie tak leniwe, że byłoby bardziej prawdopodobne takie wyjście w naszym przypadku. M oczywiście już dawno spał.
    W niedzielę „Madagaskar 2″, co przekonało mnie ostatecznie, że nie chce mi się ściągać filmów, bo napisy są beznadziejne, a król lemurów bez dubbingu to w ogóle nie istnieje.
    Ale i tak się nauczę ściągać i nagrywać te filmy. Bo tak. Bo jak technika coś oferuje, to ja to muszę opanować.
    Rano w niedzielę „Rozgrywka” z de Niro i Nortonem – też świetne.

    Już wiem, że u rodziców będzie na mnie czekał następny King pod choinką, w dodatku nie znam tej książki, więc superbonus.

    Deedee była ze szkolnym chórem na przeglądzie w Gdańsku, zajęli ponoć drugie miejsce.

    No i wypadałoby zacząć przystrajać dom, w związku z czym trzeba wleźć na strych i pościągać kartony. Jak zwykle m planuje wielką choinkę, bo on wszystko musi mieć duże ;-), a ja to będę musiała ubrać, a potem rozebrać. Ale tyle lat mieszkaliśmy w klitce, że teraz korzystamy z tego, że wreszcie możemy postawić wielką choinę i nikomu nie będzie ona przeszkadzać.

    Czytam opowiadania Gaimana, „Rzeczy ulotne”, i stwierdzam po raz kolejny, że nie przepadam za opowiadaniami. Wolę długą historię, która trwa i trwa i trwa…

    Żyję

    3 komentarzy

    Odezwę się, jak nadrobię zaległości. Pierwszy i ostatni raz zrobiłam błąd – nie zaszczepiłam się przeciw grypie. Obiecuję, że w przyszłym roku się zaszczepię.

    No to się rozłożyłam… szszfak

    Mój sweterek z Orsaya zapisuję w spadku czytelniczce z rozmiarem 40.

    Niech ktoś pogłaszcze moje koty ode mnie.

    trochę nieaktualne, ale obiecałam :-)

    Tak mi kiciuś usnął pewnego razu, kanapa 4 metry, a on właśnie TU musiał się wcisnąć. Jeszcze śmieszniej było, jak wstałam – nie zmieniła pozycji, tylko jej się udka na boki rozjechały.

    A tu Deedee na miniaturowych nartach – brodzi w śniegu i komentuje „nudy…. nudy…. nudy”

    No ciasto, bardzo dobre, lambada się nazywa, proste, a efekt całkiem, całkiem, i słodkość można sobie dobrać odpowiednią. Zdjęcie nie najpiękniejsze, bo przypomniałam sobie przy ostatnim kawałku

    a obrzydło temu, kto spróbował.

    W piątek Dexter tak dał mi popalić (w związku ze spowiedzią pierwszopiątkową i zapowiedzianą wizytą u pedagoga szkolnego), że z ciężkim sercem, ale musiałam zdecydować, że nie dostanie nic na Mikołaja.
    Deedee była bardzo tym faktem przejęta, namawiała go, żeby dobrze poszukał, że może Mikołaj gdzie indziej mu coś położył, a nie w bucie. Obiecała, że się z nim podzieli swoimi słodyczami. Gdyby to ona nic nie dostała, Dexter byłby wniebowzięty – taki jest jego paskudny charakter.

    W sobotę jechaliśmy do pewnej Barbary i mieliśmy tam nocować. Babcia również miała spać u innej Barbary. Kiedy Dexter się o tym dowiedział, poprosił, czy może zostać sam w domu. Ja sama uwielbiałam zostawać w pustym mieszkaniu, więc go rozumiem. Nie dziwiło mnie również, że kiedy się zgodziliśmy, to sam rzucił się posprzątać kuchnię i salon. Bo my mamy tak samo – nawet, jak czeka mnie czy m parę samotnych godzin w domu, to lubimy sobie posprzątać, żeby nie odpoczywać w syfie.
    Na wszelki wypadek powiedzieliśmy, że sąsiadka będzie miała na oku dom. Poprosiłam, żeby nie łaził nigdzie, bo jest chory. I pojechaliśmy. Dexter zapowiedział, że będzie sobie całą noc grał w Wiedźmina, bo właśnie kupił dodatek do gry.
    Bawiliśmy się świetnie, mamy swoje stałe towarzystwo – kilku kumpli ze studiów z żonami, znamy się jak łyse konie, każdy wie, że ten to zaraz będzie przebierał palcami, bo mu się chce grać na gitarze (nie umie, tylko lubi), tamten zaraz opowie wszystkie swoje choroby, a batumi będzie tańczyć :-D

    Na drugi dzień zebraliśmy się szybko do domu, pozbieraliśmy teściową i Deedee po Gdańsku i pognaliśmy do domu, bo o 12.00 Dexter miał nauki do bierzmowania. Podjechaliśmy pod dom, rozina wysiadła, Dexter wsiadł i zawiozłam go pod kościół. Wróciłam do domu i pierwsze kroki skierowałam do lodówki, a tam sobie stały na drzwiczkach

    DWA PIWA

    Przeszukałam mieszkanie, czy jeszcze coś ciekawego znajdę, przeszukałam pokój Dextera, nic mi się nie rzuciło w oko, poza mokrym ręcznikiem w łazience (takim, co go zazwyczaj nie używamy)

    Pojechałam po niego i jeszcze raz zapytałam słodkim głosikiem, jak spędził czas. Wyczuł, że coś nie tak i przyznał się, że zaprosił dwóch kolegów. Dopiero na wieść o piwie w lodówce zdębiał.

    Krótko mówiąc, dostałam szału, Dexter dostał pasem od m. W pierwszej chwili chciałam, żeby wypił te dwa piwa i co tam jeszcze w domu mamy, żeby się porzygał i przekonał, jak to jest. No ale w końcu Deedee nie musi takich dantejskich scen obserwować.
    Oczywiście był bardzo skruszony i wyjątkowo przejęty, zwłaszcza kiedy dotarło do niego że mamy zamiar po pierwsze zawiadomić rodziców tamtych kolegów, po drugie zrobić awanturę na policji, że nasze wioskowe sklepiki sprzedają dzieciom piwo, po trzecie odciąć go od tych „kolegów”.

    Myślę o tym cały czas i już mi ręce opadają.
    Po pierwsze – miesiąc temu jedna babka, która ma sklep w naszej wiosce, sama podeszła do teściowej i powiedziała, że SPRZEDAŁA im piwo. Wielka awantura, wyszło, że niby kupili to piwo koledze, który chodzi z nimi na siłownię i ma 20 lat, bo chcieli mu się jakoś tam podlizać.
    Po drugie – ja wiem, że on ma 15,5 roku i że to normalne, że spróbuje tego i owego z kolegami. Ale żeby nawet nie zadać sobie trudu i nie zatrzeć śladów?! Czy jest taki odważny, czy jest takim debilem?
    Po trzecie – zrobił wszystko dokładnie odwrotnie – zaprosił kumpli, wychodził z domu i jeszcze do tego utrzymuje, że kupili trzy piwa, on sam wypił jedno, a oni nic i poszli spać. Tylko w takim razie dlaczego w śmieciach nie ma tej jednej pustej puszki i dlaczego moja kanapa w salonie ŚMIERDZI PAWIEM?!
    Oczywiście, on nie ma bladego pojęcia, dlaczego – NIC nie zauważył i jest bardzo zdziwiony.

    Niedobrze mi się robi na samą myśl.

    Ci koledzy są starsi od niego – o rok i dwa lata.

    Nie kryliśmy przed nim, że porozmawiamy z ich rodzicami, nie zależało nam na tym, czy ich uprzedzi czy nie, bo nie o to chodzi. Potem powiedział, że jeden z nich już powiedział swoim rodzicom. Nie obchodzi mnie, co powiedział i jak, bo mieli czas na uzgodnienie zeznań i mam to gdzieś. Wczoraj wieczorem chciałam zadzwonić do drugich rodziców, okazało się, że nie mają stacjonarnego telefonu. Powiedziałam Dexterowi, żeby poprosił kolegę o numer do jego mamy. Kolega oddzwonił, że mama wróci z pracy o 21.30 i wtedy zadzwoni. I wyobraźcie sobie, że rzeczywiście, o pół do dziesiątej kolega jeszcze raz zadzwonił do Dextera i oznajmił, że jego mama nie będzie podawać swojego numeru i że jak mam sprawę, to mogę do niej przyjść.
    .
    Ja już nic nie wiem i nie rozumiem, a z doświadczenia z kolei wiem, że może się okazać, że tamta mamusia pała do mnie, niczego nieświadomej, nienawiścią, bo np. była jakaś aferka z udziałem Dextera, w wyniku której ona ma taki mój obraz, że ja wiem o wszystkim i mam to w dupie. Może tak być, już niejedno zaskoczenie mam za sobą. A może ona po prostu ma w dupie, albo myśli, że mam pretensje o coś zniszczonego w domu.

    Co robić?

    Ja tylko mam nadzieję, że to wszystko rzeczywiście kiedyś minie i nie będzie mnie męczyła obecność własnego syna w tym samym pomieszczeniu, że będziemy normalnie rozmawiać, a nie siłować się, że będę zostawać na Sylwestra z jego synkiem i go rozpieszczać. Na razie sprawa wygląda beznadziejnie.

    I niech nikt sobie nie myśli, że coś go to wszystko nauczyło – już wczoraj wieczorem i dzisiaj rano wyprowadził mnie z równowagi.


    • RSS