Wczorajszy dzień rozpoczęłam kacem gigantem, ale już o drugiej podniosłam się :-) i zawiozłam Deedee i kumpelę do Aqua Parku, gdzie sama siedziałam w kawiarni, popijałam kawkę, czytałam Kalicińską i popatrywałam przez ścianę, jak ta mała chuda dupka szaleje w wodzie :-) Rozczulający widok.
Po wszystkim poszłam po samochód, podjechałam pod wejście, kumpela instaluje małą w foteliku, spoglądam w lusterko i… „Co ona ma na głowie?!”
Okazało się, że ktoś zostawił czapkę w przebieralni w koszu, a one tę czapkę zgarnęły razem z resztą swoich ubrań. A że czapka biało niebieska, z kwiatkiem na przodzie, pasowała na łepetynkę, to kumpela się nie zorientowała… Deedee o mało nie zeszła na zawał – wielkie oczy i „Jezu…” i zaraz zaczęła ściągać, żeby jej nie złapali z dowodem rzeczowym na głowie.
A więc ta niedziela nie była dniem straconym, i niech tak zostanie. Przed nami lodowisko.
Obejrzałam drugi raz „Rezerwat”, bo m jeszcze nie widział. Poszłabym do kina na ten film o końcu świata, tylko nie wiem, czy warto. Dexter był, ale jedyne, co usłyszałam to beznamiętne „może być”.
Zabrałam się za wywoływanie wiosny – robię serwetki na Wielkanoc, żeby obdarować znajomych i krewnych. Niestety, chyba nie za dobra wiedźma ze mnie, bo rano zastałam za oknem biały świat…
Moja kurtka jest nadal najpiękniejsza na świecie.
Frotka rozwaliła mnie swoim pytaniem zadanym na blogu i teraz marzę o wizycie w mpiku – tyle jeszcze nie przeczytałam i nie zobaczyłam!