batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 1.2009

    Wklejałam pracowicie zdjęcia w notkę i przy ostatnim nie zauważyłam, że nie ma netu, wszystko poszło w piz…

    za to kupić sobie nowego ciucha – bezcenne :-)
    Mam wreszcie nową kurtkę, na co musiało się złożyć kilka okoliczności (dlatego trwało to kilka lat…) – nadszedł dzień, w którym musiałam odwiedzić z Dexterem dwóch lekarzy, a więc wziąć urlop, przy czym pierwszy z lekarzy był tuż obok Manhattanu, miałam dwie godzinki na to, żeby oblecieć sklepy z ciuchami (zupełnie puste o tej porze, nie wyobrażacie sobie, co to za przyjemność tak robić zakupy!). A że kumpela też mi zapowiedziała, że bez nowej kurtki nie mam wracać na wiochę, no to nie miałam chyba wyjścia?
    W każdym razie kurtka jest zaje…, ładna, w fajnym kolorze, ciepła, lekka i do tego jeszcze ja w niej fajnie wyglądam, a czuję się jak milion dolarów. Tyle nie kosztowała, ale niewiele mniej, nawet po przecenie. No cóż.
    Poza tym odwiedziłam rodziców, zrobiłam 160 km, wyszłam o 6, wróciłam o 20 i nawet nie byłam za bardzo zmęczona.
    Jedyny dysonans w ciągu dnia – oczywiście zapewniony przez mojego niezawodnego synka.
    Może ktoś mi tu podpowie, co należy zrobić w następującej sytuacji:
    W środę mam wizyty u dwóch lekarzy z synkiem. Teściowa chce do kina. Córkę trzeba w związku z tym upchnąć u kogoś do wieczora. Ja chcę odwiedzić rodziców i trochę u nich posprzątać. M jak zwykle wielki nieobecny, wisi na tym swoim szlabanie w robocie. W poniedziałek proszę Dextera, żeby dowiedział się, co ma za klasówki w środę itd itp, chociaż i tak bym z tych lekarzy nie zrezygnowała (ale chciałam jakoś sobie zaplanować dzień). We wtorek po lekcjach on nadal nie bardzo wie, co będzie w środę. Cytuję: „jakieś tam recytowanie wiersza na polskim”. Proszę, żeby się jednak dowiedział dokładniej, bo półrocze tuż tuż i pewnie coś jeszcze będzie. Idzie do siebie, na gg się dowiaduje o klasówce z historii. Dobra, przeżyjemy.
    Jedziemy, załatwiamy, po czym po południu dzwoni do mnie jego wychowawczyni z prośbą, żebym w sobotę zawiozła Dextera i jedną dziewczynę na drugi etap konkursu polonistycznego do innego miasta i przy okazji wyrywa jej się „…poza tym wszystko w porządku, dzisiaj pisali próbny test humanistyczny, zachowanie ok…” na co ja „a to szkoda, bo go dzisiaj nie było”
    Troszkę ją zatkało (co to za wychowawczyni to może innym razem, nieważne). Mnie też.
    Dzwonię do tego gnojka i pytam, czy taki mały szczególik wyleciał mu z głowy, czy też może nie uznał tego za istotne, żeby pamiętać czy też mi wspominać o próbnym teście humanistycznym. On oczywiście zaszokowany, jak to, przecież to miało być w czwartek, może złośliwie cała Polska postanowiła pisać w środę, jak się dowiedziała, że on nie może być?!

    Gdybym częściej słuchała wiadomości lub czytała gazety to może sama bym się zorientowała, ale z drugiej strony do jasnej cholery komu tu powinno zależeć?! A najciekawsze jest to, że on się DZIWI, o co właściwie chodzi, przecież on jest humanista i taki test próbny jest mu w ogóle niepotrzebny, więc po co my się spinamy??? I w tej sytuacji tydzień bez komputera jest z naszej strony czystą złośliwością. No. I jeszcze się obraził, że nie zareagowaliśmy z kolei zupełnie na to, że on jedzie na drugi etap konkursu polonistycznego, że na dodatkowym angielskim napisał najlepiej ze wszystkich test na półrocze (na czwórę), a w szkole na półrocze ma pięć piątek (z czego cztery piątki łamane na czwórki na razie, a poza tym trzy tróje). Owszem, dziś lub raczej jutro uświęcimy te sukcesy.

    Proszę o obiektywne opinie :-))) Naprawdę, Wasze komentarze czytam z wielką uwagą, zwłaszcza w tych wychowawczych sprawach, bo wiem, że większość moich wizytatorek ma doświadczenie z nastolatkami. Zresztą, pozostałe same kiedyś były nastolatkami, nespa?

    PS: Właśnie zadzwonił do mnie m, spanikowany: „słuchaj, w radiu mówią, że oni dzisiaj piszą test mat-fiz!!!”
    Ja: No tak, i co?
    M: Ale on się wcale nie uczył wczoraj!
    Ja: Możliwe, nie zaglądałam do niego wczoraj, ale cóż z tego, co my możemy jeszcze w tej sprawie zrobić? Uczyć się za niego? Miejmy nadzieję, że zda do jakiegoś liceum, potem na jakieś studia, zostanie tym swoim wymarzonym dziennikarzem, a potem będzie żałował, że się więcej nie uczył, kiedy mógł
    ;-)

    Prunella!

    2 komentarzy

    Wysłałam do Ciebie dwa maile i cierpliwie czekam na hasełko :-)

    Wczoraj po raz pierwszy udało mi się zobaczyć na własne oczy ten cały zgiełk. Pojechaliśmy do Gdyni pospacerować, spotkaliśmy się ze znajomymi, Deedee była dość mocno rozczarowana, bo liczyła na jakieś konkursy, zabawy, a w Gemini można było najwyżej postać chwilę w tłumie i przez plecy innych obejrzeć występy panienek ok 13-14 lat, porozbieranych do granic przyzwoitości i tańczących jakieś „seksowne” układy. Dłużej się nie dało, bo upał panował tam przeraźliwy. Ale za to byliśmy na statku „Horyzont” (m skorzystał z toalety :-)), mam kolejne zdjęcie z budowy Sea Tower i parę innych fajnych zdjęć. Serduszek dostaliśmy mnóstwo, napiliśmy się grzańca, w sumie pięć godzin na mroźnym powietrzu. Gdynia pięknieje z miesiąca na miesiąc, zmiany przy plaży wprawiły nas w zachwyt. Nowe knajpki zwiedzone, w jednej z nich miałam lekki atak histerii, bo umęczona tym łażeniem i zimnem poszłąm z Didi do kibelka, w którym oczywiście musiałam ją trzymać w powietrzu, żeby czegoś nie złapała, a jej się zachciało… no, kupę. Muszę chyba trochę przypakować na siłowni ;-)
    Wróciliśmy do domu tak umęczeni, że już tylko ostatkiem sił padłam na kanapę i obejrzałam jednym okiem „Scoop” Woody Allena, drugim okiem skończyłam Cejrowskiego i poszliśmy spać. A w nocy zaczęło mnie coś męczyć i dalej trzyma – nie wiem, nawrót wirusa rota??? Chociaż bardziej bym stawiała na KFC – ten Longer to jakaś wielka ściema, a frytki to chyba pokrojony karton.
    Na dzisiaj mam ambitny plan pochowania ozdób świątecznych, ale nie wiem, czy dam radę. Wyciągnęłam również niedokończoną bluzkę szydełkową sprzed dwóch czy trzech lat, mam ochotę znowu podłubać.

    Scoop był w sumie taki sobie, ale wystarczy jeden tekst Allena „z urodzenia jestem hebrajczykiem, ale potem przeszedłem na narcyzm” :-D

    Najważniejsze, że chociaż jedną niedzielę udało nam się spędzić bardziej aktywnie, niż od kanapy w salonie do lodówki i z powrotem.

    PS: Deedee została wywieszona na tablicy w szkole jako „najkulturalniejsza uczennica miesiąca”

    Czytam jej wierszyk, w którym jest mowa o pomniku Mickiewicza. Tłumaczę, że to był taki polski poeta.
    D: – A dlaczego ma pomnik?
    Ja: – Bo to wielki poeta był… ;-)
    D: – Aha, zdobywał serca ludzi swoją poezją?

    Siedzimy na kanpaie, czytamy książki (każda swoją), m ogląda tv.
    D: – Ścisz to pudło, bo mnie do szału doprowadza!
    A za chwilę
    - Przepraszam, tato, bo pewnie dużo zapłaciłeś za to pudło…

    u Gaimana najbardziej depresjogenne zdanie w życiu:

    „nieustająca zima bez Gwiazdki”

    Czy ktoś jeszcze tak ma?

    No byliśmy na tym Sylwku, było bardzo miło dopóki nasz niezwykle inteligentny koleżka nie postanowił wracać bryczką na stojaka, więc wziął i wypadł i złamał palec. Szkoda, że nie skręcił karku, taka była moja pierwsza myśl nowego roku. Jakże oryginalnie byłoby zagaić w poniedziałek w pracy „co robiliście na Sylwka?” „a nic, w domu siedzieliśmy przed tv” „u sąsiadów” „a my na policji”

    Za to 2 stycznia poszliśmy do sąsiadów i było bardzo fajnie, w końcu potańczyłam, wystrzeliliśmy dzieciom rakiety o 21.00, a o drugiej nie było problemu z nocowaniem, taksówką itp pierdołami – po prostu się ubrałam, nakierowałam na światło w moim salonie i za chwilę byłam we własnym łóżku.

    3 stycznia z kolei towarzystwo zjechało do nas i zrobiliśmy poprawiny – przyjechał i sprawca nieudanego Sylwka ze swoim palcem i dziewczyną; przyjechało małżeństwo, które na Sylwku się na siebie poobrażało – pogodzili się i chcieli również poprawić wspomnienie balu; była też jeszcze jedna para z naszego stałego towarzystwa. Obejrzeliśmy sobie Lejdis, potem pogadaliśmy, o północy rakiety i koło drugiej znowu spokój.

    Dexter wrócił niezwykle zadowolony z warszawskiego Sylwestra, aż dziwne przy jego malkontenckim charakterze.

    Teściowa też się nieźle bawiła, w domu, z trzema znajomymi.

    Za to biedna Deedee miała też pecha – była u swojej kuzynki, bawiły się świetnie już od 11 rano, za to o 23.00 zaczęła wymiotować i wirus rota opuścił ją dopiero nad ranem (i tak szybko), przeszedł natomiast na kuzynki i ich mamę.

    Szampańsko było, jednym słowem.

    Marzy mi się cichy domek na wsi, pusty, z kominkiem, stosik książek koło fotela, ewentualnie jeszcze HBO i Canal+, jakieś szydełko i parę fajnych wzorów na serwetki.

    Zimno dość, co?


    • RSS