batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 2.2009

    Muszę (bo się uduszę) jutro wyjśc gdzieś z rodziną, myślałam najpierw, że pojedziemy na jakąś wiochę, zwiedzimy jakiś skansen albo pospacerujemy, a potem zjemy chłopskie jadło w jakiejś karczmie. Niestety, nie zapowiada się, zeby przestało padac, więc potrzebuję jakiegoś miejsca, najlepiej poza Gdańskiem, gdzie można zjeśc, a dzieci (w wieku 7 i 3) mogłyby się pobawic. Oczywiście najbardziej zależałoby mi na miejscu położonym od Gdańska w stronę Starogardu, Kościerzyny.
    Może przychodzi ci coś do głowy? W końcu nawet masz takiego bloga o waszych wędrówkach :-)
    HELP

    Słoneczko prześwitujące przez rolety w pracy skłania mnie do refleksji nad tym, co można by zrobic w weekend (który zaczyna się już JUTRO), żeby znowu nie gnuśniec. Na porządki w ogródku i garażu jeszcze za wcześnie, piwnicy nie mam jak druga-mama, nie mam też resztek farby do wykorzystania (a może…?) Ale jak zacznę dokopywac się do resztek farby, to po drodze uporządkuję schowek i już mi się nie będzie chciało malowac. Co by tu…?
    Wyszłabym z domu, tylko dokąd? Do muzeum to już by było zboczenie. Kino – łeeee.
    Zaczęłam firankę dla siostry, do jej nowego domu (kupują sobie dom całkiem niedaleko od nas, taki myśliwsko – ludowy, ale najbardziej cieszą mnie te jabłonie, śliwy, orzechy…) Firanka będzie z kółek, które składają się z kółek. Zrobię zdjęcie, to pokażę, co tu dużo gadac.

    Właśnie sobie porozmawiałam z m, jego też nosi, więc jest szansa, że gdzieś wyjdziemy w sobotę.

    Jutro dostanę wagę kuchenną, bo już mi sił brak do tego liczenia, ile ważył kurczak w mojej chińszczyźnie albo fasola w fasolce po bretońsku itp.

    Dexter wkur…zył mnie rano, bo nie dośc, że dostaje kieszonkowe i to niemałe, to jeszcze ciągle próbuje zagrań typu „czy możesz mi dac 2 zł, bo muszę oddac koledze” albo „kup mi coś słodkiego czy do picia albo najlepiej jedno i drugie” To jakiś absurd, żebym mu ciągle tłumaczyła, że właśnie na takie rzeczy dostaje kieszonkowe!

    Idę i podzwonię do znajomych, może ktoś nas zaprosi :-)

    I znowu mignona dała mi do myślenia…

    Po pierwsze – jest cieplej
    Po drugie – jeszcze pięc poniedziałków (a pamiętam, jak niedawno było dziesięc)

    Tekst miesiąca:
    Siedzimy z kumplem w piątek wieczorem, z DVD lecą sobie teledyski George’a M, rozmawiamy, szydełkujemy, czytamy gazety (nie, on nie szydełkuje)
    W pewnym momencie patrzę na ekran, a tam wygląda to tak, jakby płyta się zacięła. Po chwili okazuje się, że to był tylko koniec teledysku.
    Ja: A to co?
    Ja: A, koniec teledysku,już myślałam, że płyta zniszczona.
    On: No tak, bo ty tej części płyty to chyba na trzeźwo jeszcze nie widziałaś.
    :-D

    Jak już zostało udokumentowane, wędzenie się odbyło, ofiary w ludziach też były, bo m musiał nieźle się „rozgrzewac”, żeby w temperaturze -8C coś uwędzic i nie przymarznąc do wędzarni. Trwało to 12 godzin, od 10 do 22.
    O 22 POŻARLIŚMY te ryby, wygłodzeni jak psy w warzywniaku, z dipem koperkowo czosnkowym, grzaneczkami i sałatką ziemniaczaną. O drugiej w nocy moja wątroba obudziła mnie i powiedziała coś w stylu „żarłaś na noc? to teraz wstawaj, bacznośc!”
    Ale to i tak nic, bo za to m spał, ale całą noc szukał kotów po supermarkecie.

    W niedzielę podniosłam się i spojrzałam, co tam za oknem. Muszę przyznac, że zabrakło mi słów powszechnie uważanych za obelżywe. M trochę mi podrzucił pomysłów. Na 12.00 pojechałyśmy z Deedee na basen, a w tle majaczyła wizyta w muzeum. Wahałam się do końca, ale wreszcie stwierdziłam, że w sumie podczas takiej pogody to nawet lepiej się przebic do miasta, zaparkowac, no i w muzeum nie będzie tłumów ;-) Rzeczywiście – nie było. Na mnie, kumpelę i Deedee przypadało po 6 osób z personelu. Dobrze, że nie chodzili za nami wszyscy na raz. Byłyśmy pod wrażeniem Didi, która czytała prawie wszystkie podpisy eksponatów i była zainteresowana nimi do końca wizyty.

    Za to my z kumpelą jakoś nie padłyśmy na kolana. Myślałam, że w muzeum, Narodowym bądź co bądź, będzie parę Picassów, jakaś dama z łasiczką czy chociaż bitwa pod Grunwaldem, a tu mnóstwo rzeźb świątków kościelnych, krzesła, fajans i obrazy. Po sposobie wyeksponowania (osobna sala, długi opis, no i rozmiar dzieła) domyśliłam się, że największym skarbem w tym przybytku jest Sąd Ost. Memlinga. Miałam tylko wątpliwości, czy dziecko powinno to oglądac, bo te diabły były przerażające indeed.

    Przy wyjściu dziecko me kupiło na pamiątkę pocztówkę, a za to, że obkomplementowała muzeum od góry do dołu, dostała jeszcze kalendarz z eksponatami złotniczymi.

    Jestem z siebie bardzo zadowolona po weekendzie.

    A teraz trzymajcie kciuki, żeby jutro znalazły się dwa miejsca na aqua aerobicu.

    i już je przyniosłam, jeszcze gorące, uwaga.

    Livańce, które zrobiły zawrotną karierę w naszej kuchni, bo już kilka razy były robione przez ostatnie dwa tygodnie, Majano, moje dzieci zmówią za Ciebie paciorek :-)

    w ramach staroci – częśc prezentu walentynkowego

    i kfiatki

    zima AD2009

    oraz jak zwykle genialne zdjęcie mojego syna. Tak spędza czas młodsza z naszych kotek, zdrobniale nazywanych zdzirami – na oknie u Dextera.
    Oraz Deedee ciężko pracująca nad swoją fryzurą (wyobraźcie sobie, co przeżywam po każdym basenie)

    Ale obciąc się nie zgadza.
    No i last but not least – kolacja sobotnia – 12 godzin wędzenia i TADAM:

    Widac sałatkę – pyszna, przepis dam później, pasuje zwłaszcza do grilla, ale i do rybki wędzonej. Widac również grzaneczki, Dextera dłoń nad pstrągiem oraz karty – pokerek towarzyszył naszym oczekiwaniom (pewnie, że wygrałam)
    I jeszcze dla uzupełnienia ślinotoku:

    zbliżenie pstrągów

    oraz łososia – skurczybyk miał 4 kilo.

    Opis weekndu dam jutro, na razie proszę się napatrzec.

    Powiem tylko, że z planu weekendowego nie wykonałam tylko bułeczek, ale nic straconego.

    Czy ktoś wie, czy mi powie? Założę się, że najprędzej Stardust będzie wiedziała, bo jest najdalej ;-)

    Pączków nie ruszyłam, na wadze trochę mniej, niewiele, ale zawsze. Przynajmniej życ się chce (do braku c z kreseczką można się przyzwyczaic) tym bardziej, że jak zauważyła Majana słoneczko świeci.

    Bardzom ciekawa, co nam się uda uwędzic przy tym mrozie, rano było -10. Ale przy odpowiedniej ilości środków dopingujących przypuszczam, że pożremy te ryby jutro wieczorem na pół surowe. Zawinę sobie w liścia z drzewa, co rośnie obok wędzarni i będę miała sushi :-) To znaczy, liście chwilowo przebywają pod śniegiem, ale coś tam sobie wygrzebię. Jakby co, to mam jeszcze wodorosty do sushi w zamrażarce, TEŻ ZIMNE JAK DIABLI.

    Ktoś za tę temperaturę beknie. I to grubo.

    Mam ambitny plan zawiezienia Deedee do muzeum, w ramach starań o brązową odznakę Gdańskiego Lwiątka, wydrukowałam sobie godziny otwarcia w weekendy i ze spisem w ręku ruszamy w miasto. Muszę też jej kupic okulary do pływania (bo rozdeptała), czepek (żeby jej w końcu nie oskalpowac) i klapki (bo zgubiła pół podeszwy). Ze swoim strojem kąpielowym zaczekam jeszcze chwilę, bo na razie nie ma miejsc na aquaaerobiku :-(((

    Ku pamięci – wezwaliśmy do Dextera egzorcystę, ma byc jutro rano…

    Dziś rano rozbawił mnie widok kota czającego się na drugiego kota zza tornistra Deedee. Szkoda, że nie da się życ, chodzic i spac z włączonym aparatem fotograficznym na szyi.

    No i jeszcze mam ambitny plan upieczenia nocnych bułeczek na jutro lub pojutrze rano, ale wiecie, że nie lubię niczego obiecywac…

    Zawzięłam się i mam zamiar wytrwac bezpączkowo do końca dnia (za to po zachodzie słońca… hihihi…)
    Nienienie, naprawdę.
    A niedaleko stoją dwa talerze pełne pączków i pachną. A ja coraz głodniejsza…

    No nic. Mam już dziś za sobą wizytę u alergologa z obojgiem potomstwa. Deedee w porządku, zdrowa i piękna :-)
    Za to Dexterowi wykupiłam pół apteki i ma to wszystko brac porcjami przez cały dzień, za dwa tygodnie do kontroli. I oczywiście ja będę musiała mu przypominac, pilnowac, czy wziął i jak wziął. Pięc razy dziennie.

    Ale już moje myśli zajął kompletnie inny temat, otóż bowiem doprawdy azaliż KURWA MAC mamy takiego dobrego, bliskiego kolegę. Który od pewnego czasu jest z pewną kobitką. No i ta kobitka nie bardzo mi pasuje neither wyglądem nor charakterem.
    Ale nic to, w końcu to nie ja z nią śpię. Niestety, kolega jest z kategorii takich, co to na dupie dłużej nie posiedzi, więc co chwilę nas próbuje wyciągnąc z domu – a to do niej, a to na spacer.
    A właściwie to nie chce mi się o tym pisac. Jedyna moja refleksja jest taka – dlaczego wcześniej go uwielbiałam i nie przeszkadzało mi jego obrażalstwo, a teraz jestem na niego najeżona i wszystko podwójnie odbieram? Zazdrośc? Tzn. w sensie, że wszystko jest dobrze, dopóki kumpel nie znajdzie sobie kobiety?

    PS Już się rozeszło po kościach, stanęło jak zwykle na tym, że przyjadą w sobotę do nas (bo nam się naprawdę nie chce do niej jechac, mieszka za górami za lasami, a to się wiąże również z nocowaniem, czego jeszcze bardziej chcemy uniknąc) i będziemy WĘDZIC RYBKI
    :-)))
    Tak to ja rozumiem.
    Idę sprawdzi, ile kalorii ma wędzony pstrąg.

    pada z nieba.

    Jak wczoraj zgasiłam światło, okazało się, że i tak jest jasno. Dookoła domu widac było tylko mleczną biel – tak gęsto śnieg sypał. Z duszą na ramieniu poszłam spac, myśląc o tym, czy wyjadę rano na drogę. Na szczęście nie było tak źle – napadało kilkanaście cm, wsadziłam dzieci do samochodu i rozpędziłam go od samego garażu aż na górę. A mamy spod domu ponad sto metrów pod górkę!
    No ale chyba nic nowego tu nie stwierdziłam, zdaje się, że cała Polska ma podobnie. A mogłam sobie siedziec w mieście, nikt mi nie kazał się wynosic na wieś. Za to w pracy – pół metra śniegu na parkingu. Właśnie kolega odśnieża i ustawił mi na dachu mojej raszpli pięknego bałwanka.

    Wczoraj w końcu postanowiłam nacieszyc się zmianami w naszej łazience i wyleżałam się w wannie. Zrobiłam sobie wszystkie możliwe maseczki i peelingi, nabalsamowałam się i teraz mam wrażenie, że z pół kilo naskórka mi ubyło. Tylko leżec i pachniec. Gdyby nie trzeba było wychodzic z domu do wiosny, ech…

    No i co tam jeszcze? Wypożyczyłam następnego Cejrowskiego, będzie znowu kupa śmiechu, jak to mówią. Wczoraj w końcu poszukałam co nieco o WC w necie, trochę żałuję, bo szkalują go tam strasznie.

    Poza tym śnieg pada, frank rośnie, życ nie umierac. Bajecznie.

    Jeszcze sześc poniedziałków.

    jak pisała Skaf.
    Jako że wczorajsze popołudnie było nudnawe i długie, a nas się zebrały dwie pary, to postanowiliśmy wyrzucic stówkę i pójśc do kina. A ponieważ w tych dwóch parach było dwóch facetów, to Benjamin Button przegrał z Walkiriem Cruisem. Nie no, nie był to zły film, niczego nie można się było doczepic, jak się jest żoną m to nie sposób nie znac szczegółów wszystkich zamachów na Hitlera.
    Wyszłabym z kina nawet zadowolona, gdyby nie grupka debili, która musiała usiąśc oczywiście za nami. Była wśród nich jedna dziewczyna, która wybitnie się nudziła, więc latała po orzeszki a potem pracowicie nimi szeleściła. Ale to jeszcze można znieśc (tylko w imię czego?). Gorsi byli jej kumple – dwóch siedziało w miarę spokojnie, ale dwóch bez przerwy paplało do siebie. Papużki kuerwa nierozłączki. Najpierw na jakiś czas uspokoił ich m, pod koniec znowu zaczęli, to Dexter się wtrącił w ich konwersację. Nasi znajomi siedzieli przed nami i też mieli nerwy jak postronki. Jak film się skończył to m ostentacyjnie oznajmił, że „film niezły, tylko te pedały za nami nie mogły się nagadac”
    Piątkowa kolacyjka u brata bardzo pozytywna, byłam pełna podziwu dla m, który pozwolił mi wypic drinka i do 22.30 nie marudził, żeby iśc. W drodze powrotnej jeszcze kupił mi breezerka na stacji, żebym mu nie usnęła po drodze. Niestety, niewiele to pomogło – po wejściu do domu miałam jeszcze ambitny plan dotrzymania mu towarzystwa, niestety, w połowie drinka osunęłam się na poduszkę i tak już zostałam.
    Za to w sobotni wieczór poszłam jeszcze wcześniej spac, bo na Nat Geogr były pasjonujące filmy o tragedii Gustlofa, a potem Titanica, nie zdzierżyłyśmy z kumpelą i postanowiłyśmy sprawdzic, jak to jest się wyspac w weekend.
    Deedee wczoraj znowu pływała, jak przystało na córkę m – pływa jak uboot, czyli płynie zanurzając się stopniowo, wynurza się i znowu płynie w dół. Grunt, że chce i niedługo będzie umiała.
    A my z kumpelą postanowiłyśmy zapisac się na aqua aerobic. Ja i kostium kąpielowy, hahaha! Ostatni raz to się zdarzyło w liceum. Ale coś trzeba robic, nie? Żeby nie zgnuśniec.
    Jest jeszcze parę rzeczy, o których mogłabym napisac, ale jakoś tak nie mogę się przełamac. Jednak blog to nie jest miejsce, gdzie można wszystko napisac…
    Idę zobaczyc, co u was, zwłaszcza nigu zajmuje moje myśli.
    No a teraz rónież prunnella – czemu ja się do ciebie dostac nie mogę, już mnie nie lubisz?!
    PS: Zapomniałabym o najważniejszym – śnił mi się Jack Nicholson. I wcale to nie było o tym, że ja go chciałam, a on mnie nie :-) Warto pójśc spac w sobotę o 22.00 Mrrrr, najseksowniejszy facet na świecie, nawet teraz, wiem, jestem zboczona.

    to jestem, tylko trochę jeszcze choruję, więc do pracy chodzę jak się wyśpię i wychodzę jak zrobię, co trzeba. Tak to bym mogła pracowac :-) żeby mi tylko jeszcze tyle samo płacili. W sumie nie jest źle, kaszlę nadal, ale coraz mniej. Za to martwi mnie Dexter, który zanosi się kaszlem całe dnie, dziś trzeci dzień bierze antybiotyk, nie wiem, po co. Jak do piątku nic się nie zmieni, to pójdę z nim na kontrolę, a potem to chyba do szpitala. Czarownie, ferie się kończą, za dwa miesiące egzaminy, a temu się zebrało na chorowanie.
    Kończę bieżnik dla mojej siostry (już chyba dłuższej ławy to nie mogła kupic, półtora metra rwał jego nac) i zabiorę się za coś nowego, już się nie mogę doczekac.
    Od dłuższego czasu nie mogłam się doprosic, żebyśmy obejrzeli „Dzikośc serca”, którą kupiłam z jakąś gazetą. Dawno to widziałam, więc w pamięci miałam tylko, jak Sailor śpiewa Luli Presleya. Wczoraj postanowiłam sobie to w końcu zapuścic. Po pół godzinie przerwałam i dokończyłam oglądanie po 22. No doprawdy, tyle brutalnych scen i seksu to już dawno naraz nie widziałam. A że w domu były 2 dziewczynki i 4 chłopaków, to chyba słusznie przełożyłam to na ciszę nocną :-) I tak Deedee raz przechodziła do łazienki i słyszę: „fuj. całują się.”

    Jej pasja do skoków o tyczce nadal się rozwija. Wczoraj włączyła sobie dwójkę i z uwagą przyglądała się poczynaniom mistrzyni Polski, z miną mówiącą „no nieźle, nieźle, ale ja to im dopiero pokażę”. Nawet zna nazwisko tej mistrzyni (ja niestety nie pamiętam).

    Ale ale, najważniejsze – w piątek m przyniósł mi walentynkowy prezent (każda okazja jest dobra, żeby sobie coś kupic, nawet to kretyńskie święto) – „Mamma mia” na DVD. Jak zapuściłam w sobotę, to w pewnym momencie okazało się, że cała rodzina siedzi przed tv i ogląda, nawet Dexter. Didi za to aż dech zaparło – piosenki jej wyjątkowo podpasowały, a o wątek czasem się dopytywała. Trochę zabrnęliśmy w pewnym momencie, bo weź tu człowieku wytłumacz siedmiolatce, że babka nie wie, który facet jest ojcem jej dziecka. Nawet dziecko próbowało nam pomóc w docieczeniu prawdy, zadając pytania dodatkowe typu „no to który się z nią ożenił?”. Wtedy nie pozostało nic innego tylko zmienic temat.
    W każdym razie film się podobał, zwłaszcza mojej rozśpiewano – tańczącej córce. W poniedziałek odwiedziły ją dwie koleżanki i o mało nie spadłam z krzesła, jak podsłuchałam Deedee streszczającą im ten film. Wzięła okładkę do ręki, pokazuje im i mówi:
    „To jest super film, mówię, wam. To jest dziewczyna, to jej mama, a to jest jej trzech ojców. TRZECH. I potem ten się ożenił z tą, a ten z tą, a tamta już miała męża”
    :-)))))

    I co ja mam teraz wymyślec w rewanżu temu mojemu emowi (tym bardziej, że sam sobie kupił Indianę J z czaszką)? Może dla odmiany trochę sek su? ;-)

    Indiana też b. fajny zresztą.

    No tak, a w ramach odchudzania wczoraj popełniłam taki makaron z tuńczykiem, że rzuciło wszystkich na kolana. I jeszcze pastę jajkową do kanapek. Ach, no tak, Majanko, były też te Twoje livańce. Bardzo prosto się je robi – daje się przepis teściowej i wraca do kuchni za pół godziny ;-) Tylko bardzo Cię proszę, sprawdź, czy rzeczywiście dałaś tam tylko 5 dag mąki, bo jakoś mi się wierzyc nie chce.
    Ale tak naprawdę, to nadal twardo się odchudzam – niedługo wielkanoc i wyjeżdżamy do rodziny, trzeba się będzie pokazac po latach, co nie? Co ja na siebie włożę, o bosze, o bosze……

    Tak to ja lubię – wchodzę na wagę, a tam mniej :-) I to ponad kg.
    Do kaszlu dołączyło mi coś zielonego w zatokach i zatkany nos. Ale powtarzam wszystkim, że jest coraz lepiej i tej wersji będę się trzymac. Co innego mi pozostało?
    Miałam napisac o tym, jak to pojechałam na USG z Dexterem, naczekaliśmy się ponad godzinę i okazało się, że go nie ma na liście badanych. Ale już mi przeszło, tym bardziej, że prawdopodobnie to jednak ja się pomyliłam i źle zapisałam – czwartego na 17.20, ale czwartego MARCA.
    Wczorajszy dzień pracy zleciał mi błyskawicznie – też tak lubię, bo nie ma dwóch osób w biurze, co oznacza, że jest dwoje szefów i ja sama. Czuję się wtedy taka ważna, taka bizneswoman ;-)
    Jedną ręką rozsyłam maile, drugą wypisuję dokumenty wysyłkowe, trzecią odbieram telefony i konwersuję z klientami – z tym po angielsku, z tamtym po rosyjsku, a tych co mówią chińskim angielskim odsyłam na maila. Tych po polsku ignoruję :-)))
    No nie mam czasu trzeciej kawy wypic, no! Znowu ktoś dzwoni.
    Prawie nic nie czytam, bo szydełkuję. Jak gupia ;-)


    • RSS