Słoneczko prześwitujące przez rolety w pracy skłania mnie do refleksji nad tym, co można by zrobic w weekend (który zaczyna się już JUTRO), żeby znowu nie gnuśniec. Na porządki w ogródku i garażu jeszcze za wcześnie, piwnicy nie mam jak druga-mama, nie mam też resztek farby do wykorzystania (a może…?) Ale jak zacznę dokopywac się do resztek farby, to po drodze uporządkuję schowek i już mi się nie będzie chciało malowac. Co by tu…?
Wyszłabym z domu, tylko dokąd? Do muzeum to już by było zboczenie. Kino – łeeee.
Zaczęłam firankę dla siostry, do jej nowego domu (kupują sobie dom całkiem niedaleko od nas, taki myśliwsko – ludowy, ale najbardziej cieszą mnie te jabłonie, śliwy, orzechy…) Firanka będzie z kółek, które składają się z kółek. Zrobię zdjęcie, to pokażę, co tu dużo gadac.

Właśnie sobie porozmawiałam z m, jego też nosi, więc jest szansa, że gdzieś wyjdziemy w sobotę.

Jutro dostanę wagę kuchenną, bo już mi sił brak do tego liczenia, ile ważył kurczak w mojej chińszczyźnie albo fasola w fasolce po bretońsku itp.

Dexter wkur…zył mnie rano, bo nie dośc, że dostaje kieszonkowe i to niemałe, to jeszcze ciągle próbuje zagrań typu „czy możesz mi dac 2 zł, bo muszę oddac koledze” albo „kup mi coś słodkiego czy do picia albo najlepiej jedno i drugie” To jakiś absurd, żebym mu ciągle tłumaczyła, że właśnie na takie rzeczy dostaje kieszonkowe!

Idę i podzwonię do znajomych, może ktoś nas zaprosi :-)

I znowu mignona dała mi do myślenia…