batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 2.2009

    to mnie wzmocni. Miejmy nadzieję. Dziś w nocy znowu godzinka walki.
    Jeszcze mnie pogodynka zestresowała, że będzie ślizgawica, bo niby miało byc -1 i deszcz. A było -5 i żadnych opadów, na szczęście. A już myślałam, że będę miała przymusowy urlop do 12…
    Po pracy zabieram dzieciaki i babcię i jedziemy do Gdańska, Dexter na badania, a Deedee i babcia zostaną do piątku u mojej siostry. Może uda się wypchnąc siostrzenicę na łyżwy z Deedee?
    A, jakoś nie mogę zebrac myśli. I zapomniałam znowu pomalowac pazury, a teraz już jest za późno i w każdej chwili szefostwo może wkroczyc do firmy.

    Przetrwałam weekend, i na diecie, i bez picia, było bardzo przyjemnie gdyby nie choróbsko – dziś nad ranem półtorej godziny kaszlu. Ale do wiosny jeszcze 7 poniedziałków (nie licząc dzisiejszego). Szydełkowałam zajadle, skończyłam bieżnik, zrobiłam małą okrągłą serwetkę, wczoraj wieczorem musiałam zwinąc ogrrromny motek w jeszcze większy kłębek, klnąc pod nosem, bo nie miał mi kto trzyma tego motka, więc musiałam wykorzystac wszystkie kończyny – potraktujmy to jako aktywnośc fizyczną, jedyną w ten weekend. Poza tym siedzieliśmy w domu, walcząc z katarami, kaszelkami, bólami gardła i gorączkami. Wczoraj rozłożył się Dexter – jak zwykle na ferie. Ale i tak nigdzie nie jedzie, więc niech leży i czyta.
    Dzięki szydełku nie ciągnęło mnie do lodówki, więc dzisiaj odnotowane pół kg mniej, chociaż w sobotę m i Deedee robili wszystko, żebym tylko zjadła krówkę i czekoladkę (zjadłam, ofkors). Ważę się w magazynie w pracy, więc w kurtce i butach, jakże przyjemnie będzie któregoś dnia zdjąc zimowe łachy i zobaczyc prawdziwą wagę!
    Nie piliśmy również, więc z piątku na sobotę spałam jakieś 6 godzin, po czym wstałam o siódmej i rozkoszowałam się samotnością i książką do dziewiątej. Jak ja lubię sobie posiedziec, kiedy wszyscy śpią i nikt dupy nie zawraca!
    Kot coś nam kaszle, trzeba będzie się wybrac do weta.
    Sobie pichciłam chude danka – typu kasza z cyckiem duszonym w szpinaku, za to dla innych wykonałam zupę grzybową i gulasz z polędwiczek z dzika, z prawdziwkami. Były też faworki (moja teściowa jest mistrzynią w robieniu faworków, niestety, nie zarobimy na tym nic, bo są tak kruche, że ciężko donieśc od talerza do ust, a co dopiero dotransportowac do cukierni)
    Oczywiście, Deedee nie pojechała wczoraj na basen z powodu kataru. Kumpela wyżywa się na nartach, więc lodowisko też odpada. Za to towarzyskie życie mojej córki kwitnie – jest ich troje na naszym osiedlu – Didi, koleżanka rok starsza i kolega dwa lata starszy, więc codziennie się bawią w cyrk objazdowy – trochę u nas, trochę u koleżanki, trochę u kolegi. I tak im dzień zleci. Przeczytałyśmy bajkę o Okruszku Lelonkiewicza, teraz na tapecie „Ranyboskie, Julek!”. Z ojcem poczytuje „Bon-ton dla dzieci”, bardzo fajne, dowcipne i pouczające opowiastki. Sama za to czyta sobie na koniec, we własnym łóżku „Dzieci z ulicy awanturników” A.Lindgren.
    W „Okruszku” straszliwie się jej spodobał jeden fragment, który odczytuje wszystkim, którzy chcą słuchac:
    „- Jeszcze nigdy nie miałem takiej interesującej przejażdżki.
    - Naprawdę? – spytał Robak
    - Tak, jeszcze nigdy nie wiózł mnie taki PASIASTY CYMBAŁ!”
    A ja skończyłam „Miłośc nad rozlewiskiem” (niezłe, chociaż jakoś podskórnie czuje się pośpiech i powierzchownośc, jakby Kalicińska chciała to czym prędzej napisac i wyremontowac za to kuchnię). Zaczęłam z kolei „Kiedy byłem dziełem sztuki” O.E. Schmitta – jak zwykle czyta się z zainteresowaniem, chociaż nie jest to opowieśc, która mogłaby się komukolwiek przytrafic.
    Nowa szafka, umywalka, lustro i kinkiety – zamontowane w górnej łazience (w łazience „do góry”, jak mówią w Wielkopolsce ;-)
    U m odnotowałam jakąś nadaktywnośc w ten weekend – w piątek montował to wszystko, jakby nie można było tego dokończyc w sobotę, ale wyjaśnił, że chciałby raz wstac i wiedziec, że nie ma NIC do roboty. W związku z czym wstał w sobotę i nie wiedział, co ze sobą zrobic. Coś tam próbował poczytac, trochę się pokręcił, w końcu wieczorem zaproponował nam truskawki z bitą śmietaną. W trosce o moją grubą dupę przypomniałam mu, że w garażu czeka jeszcze pół worka marchwi na sok. W złą godzinę to wymówiłam, bo okazało się, że marchew jakiś czas temu zaczęła dokonywac żywota, więc m uparł się, że ją odratuje i zrobi nam ten sok z tego, co uda się uratowac. W wyniku czego od 21 do 23 walczył w kuchni, zamiast posiedziec na dupie i pooglądac ze mną kabaret. A trwało to tyle, bo musiał potem kuchnię doprowadzic do stanu używalności, co nie było łatwe – na podłodze błoto i strzępy marchwi, na blacie porozlewany sok i strzępy marchwi. Jak to zobaczyłam, to moje zen pojechało na urlop. Żeby nikogo nie ukatrupic, poszłam sobie do drugiego pokoju pograc w pasjansa.
    Wczoraj z kolei na obiadek przyjechała rodzinka ema, wszystko szło dobrze, dopóki nie okazało się, że ciocia jest wielką fanką tenisa, a moja teściowa kibicem piłki ręcznej. M dostaje białej gorączki jak tylko słyszy głos komentatora sportowego w tv, więc udawał, że wielce go zajmuje konwersacja z kuzynką, tylko mu te mięśnie na żuchwie chodziły momentami. Ciocia wlepiła się w Federera, teściowa poleciała do siebie na górę obejrzec ostatnie rozgrywki Polaków, a ja szydełkowałam i udawałam, że wszystko jest ok. A łeb mnie nie bolał, tylko napierdzielał! Na szczęście wszystko ma swój kres, nawet Australian Open.


    • RSS