batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 3.2009

    Okazuje się, że zupełnie niechcący napisałam dziś notkę o snach, czym dopasowałam się do tematu debaty – sraty.

    Chciałam jeszcze dodać, że po wywiadówce tradycyjnie – komputer zahasłowany, kieszonkowe wstrzymane i szlaban. I tak dobrze, żeśmy Dextera na kawałeczki nie poszatkowali, bo m też rzucił palenie. On tak już ma – sam nic nie zacznie, będzie tylko marudził, że jest źle. Ale żeby zacząć coś z tym robić, to już ja muszę. I wtedy on się ochoczo dostosowuje. Taka z niego papuga.
    Papużka moja.
    Nierozłączka.

    Na pewno wszystkich to bardzo interesuje, nespa?

    Ponieważ rzuciłam palenie, wszystko szybko mnie nudzi bądź wkurwia. Najlepszym lekarstwem jest rozdarcie kota bądź pójście spać. Ponieważ kotów mam tylko dwa, z czego jednego całkiem lubię, wybieram spanie. Niestety, nie lubię się za bardzo wysypiać, bo wtedy na bank coś mi się śni. Standardowo są to całkiem miłe sny, niestety, nagle może być jeb! i Stephen King w najlepszym wydaniu. Dlatego nie lubię się wysypiać, poza tym szkoda mi czasu – cała ja.

    Ale na razie są to bardzo fajne sny, na przykład w zeszłym tygodniu byłam w NY, w Central Parku i okolicach, przymierzałam bajeczne kapelusze i do szczęścia brakowało mi tylko spotkać Woody Allena. Więc spotkałam. O mało nie narobiłam w gacie z wrażenia.
    Dzisiaj w nocy za to jeździłam wypasionym oldskulowym samochodem (który zresztą wolał skręcać w prawo niż w lewo, cokolwiek to znaczy), a potem biegałam sobie po obwodnicy (dla zdrowia) i wyprzedziłam dwóch panów na quadach (nawet się nie zasapałam).

    A teraz sobie zaglądam w kamerkę i sprawdzam, co tam słychać na Times Square, bo według mnie nie było tam tak tłoczno, jak nam to stardust próbuje wmówić ;-) Fakt, o czwartej rano nawet tam nie jest tłoczno.

    Ale ja tam byłam o 14.00!

    i wracam do żywych.

    Nie mam za dużo do powiedzenia, próbuję rzucić palenie, mija drugi dzień i poziom adrenaliny strasznie mi rośnie. Jakby ktoś pytał, to idzie mi nieźle, dopóki mnie coś nie wkurwi. A wkurwia mnie prawie wszystko. A najbardziej pochwały i komplementy i przytulanie i głaskanie, więc bardzo proszę nie komentować.

    A dziś po południu dzień otwarty w szkole Dextera, będę miała okazję się wyżyć na kimś.

    na wadze :-)
    Nie mam czasu nic więcej napisać, bo siedzę i wysyłam zdjęcia do wywołania do empiku. Stay tuned do poniedziałku.
    Uchylę tylko rąbka tajemnicy, że w ten weekend będzie wieczór hiszpański – krewetki, kalmary, ostrygi. Aż żal, że nikt nie chce wpaść do nas na wyżerę.

    I coś dla mojej imienniczki, bo czuję, że to może poprawić jej humor:

    tak, mam wreszcie ććććććććććććććććććć
    niestety, inserta nadal nie ma i nie wiadomo, kiedy wróci.

    Za to wrócił Dexter z rekolekcji (oczywiście chory), gdzie nazwano go narzędziem Szatana. Ksiądz go tak nazwał. Ksiądz egzorcysta zresztą, naprawdę.

    Trzy podejścia do zadowolenia podniebień rodziny ciepłymi bułeczkami były różne.
    Za pierwszym razem zrobiłam bułeczki, „które rosną gdy śpisz”. Przepis wzięty oczywiście od majany :-)
    Owszem spałam, owszem, nie urosły. No, może trochę.

    Ale i tak były bardzo smaczne.

    Za drugim razem zrobiłam te „rogate”, mleczne, ale się przekonałam, że zastąpienie mąki pszennej mąką razową nie było najlepszym pomysłem – nie urosły, za to były tak twarde, że jak już chyba pisałam, jednym uderzeniem można było zabic kota. Gdyby ktoś chciał zabijac kota. Np. stardust :-)
    Zdjęcia nawet nie robiłam, bo po co. Ale jak były jeszcze ciepłe, to całkiem całkiem smakowały z masełkiem.

    No i w piątek przez całe popołudnie walczyłam o trzecie bułeczki na kolację, tym razem to były francuskie półdupki.

    Tu już nie kombinowałam z mąką, dałam zwykłą, ale za to przekombinowałam z blachą – zamiast posłuchac mądrej kobiety, ja położyłam je na pergaminie, do którego przywarły na amen. Po krótkiej histerii poszłam po rozum do głowy, zmoczyłam pergamin wodą i jakoś je oderwałam.

    Gdyby nie to, że konsumpcja nastąpiła po 21, to byłaby pełnia szczęścia. 10 bułek zniknęło zanim przestały wrzec w środku. Najlepsze były z serkiem topionym, który się tak pięknie rozpływał…
    Tak więc przepis na bułeczki już mam, teraz pora na chleb.
    W najbliższym czasie wypróbuję gotową mieszankę z Carrefoura, chleb słonecznikowy. Potem znowu zajrzę do specjalistki, po przepis na chleb żytnio – pszenny. Ciekawe, co wtedy spierniczę.

    W sobotę z racji pięknego słoneczka zachciało mi się naprawdę zmęczyc, więc wzięłam kumpelę do kuchni i popełniłyśmy chińskie danie. Przepis znalazłam w necie, pod wiele obiecującym tytułem „wyszarpane od kucharza Chińczyka”. Po trzech godzinach było już po wszystkim. Rzeczywiście, Chińczycy nie tyją, bo więcej spalają podczas gotowania, niż potem mają siłe zjeśc.

    Makaron był o wiele smaczniejszy drugiego dnia, kiedy zdążył przejśc sosem sojowym, warzywa na mój gust za bardzo słodkie, za mało kwaśne, ale ujdą. Za to kurczak – omatkobosko! Niebo w gębie. To były kawałki piersi, marynowane w czosnku i sosie sojowym, potem moczone w gęstym cieście z jajek, mąki ziemniaczanej i sezamu (ja bym dała jeszcze chilli) i smażone na głębokim oleju.
    W niedzielę po basenie znowu zaczęło mi się nudzic, więc wpadłam do kuchni i ugotowałam zupę słodko – kwaśną. Przepis sobie wyguglałam, trochę wspomógł mnie opowieściami m, który ostatnio jadł taką zupę w restauracji. Wyszła inna, niż on jadł, ale dla mnie bomba. Kaloryczna również, bo jest w niej 5 łyżek cukru i ananas i czego tam jeszcze nie ma?

    I kurczak i kiełki soi i makaron sojowy i papryka i chilli i tabasco i grzybki mun. I ocet winny. I bulion.
    Ta zupa wejdzie do mojego repertuaru na stałe zwłaszcza, że na starośc coraz bardziej lubię dania pikantne (inaczej mówiąc wypalające język aż po samą dupę).

    W trakcie poszukiwań lodówkowych znalazłam hodowlę zapoczątkowaną przez moją teściową (nie wiem, może chciała to posadzic w ogródku?)

    Szkoda tylko, że Deedee jest uczulona na pleśń. Za to z wielką uwagą dziecko obejrzało sobie wczoraj to zdjęcie.

    W niedzielę wieczorem znowu zaczęło mi się nudzic, a że co chwilę ktoś zagajał „masz coś słodkiego, masz coś słodkiego?”, to wzięłam Deedee i upiekłyśmy ciasteczka cynamonowe:

    To z ogonami to nasze koty :-)
    A tu dumna autorka:

    Oczywiście nie obyło się bez posypki, wszystko należy posypywac, nawet kanapki, gdybym jej pozwoliła.
    Mogę bez wyrzutów sumienia takie słodkości robic, bo dzięki niewiemkomu mam takie chude dziecko, że nawet baba Jaga by go nie zauważyła.
    A tu, żeby Wam już zupełnie ślinotok uruchomic:

    babeczki czekoladowe, o których kiedyś już wspominałam. To zdjęcie powinno byc zakazane, prawda?

    Szfak, kurna i szlag
    Siedzę w kurtce od rana, bo pracowy piec z pierwszym dniem wiosny zawiesił działalnośc.
    Na zewnątrz wichura (Dexter pojechał pochrząkujący na rekolekcje, pewnie wróci w środę z gilem do pasa). Didi będzie w nieogrzewanym kościele trzy dni. Państwo kościelne się kurna zrobiło.
    W sobotę bardzo zadrościłam emowi, jak sobie pojechał na siłownię. Wrócił z takim powerem, że jeszcze wysprzątał od środka oba samochody, a mój nawet umył (nie wiem, po co, bo dalej pada, bo co ma robic, jak nie padac, no nie?)
    Ja za to uskuteczniłam przez cały weekend takie pyszności, że znowu się w jeansy nie mieszczę, ale co tam, warto było. Nic nie powiem, przyniosę zdjęcia to pokażę.
    Jak w sobotę przez chwilę było słońce, to aż mi się zachciało posprzątac. A potem robiłyśmy z kumpelą obiadek – 3 godziny w 2 osoby, troszkę to było pracochłonne, nieprawdaż?
    Kumpela tak się zmęczyła, że po konsumpcji musiała się zdrzemnąc (jej kanapowy charakter to temat na osobną notkę, swoją drogą)
    Idę popracowac, bo przeczytanie wszystkich ulubionych blogów w poniedziałek rano to trzy godzinki z głowy.

    wystawia moją cierpliwośc na duuuużą próbę. Jak pierwszy raz szłam na rowerki, była wichura i deszcz. Wczoraj śnieg padał poziomo. We wtorek spodziewam się co najmniej powodzi lub trzęsienia ziemi.
    Jeśli kogoś interesuje stan moich mięśni, to uprzejmie informuję, że po drugim cyclingu jest jeszcze gorzej (a wydawałoby się, że gorzej byc nie może?). Tzn. te mięśnie, które bolały, trochę się rozcwiczyły, za to te, które tak bardzo nie bolały, teraz załapały, o co chodzi. Wczoraj zajęcia prowadził instruktor, który woli bardziej dynamiczną jazdę, kumpeli to się podobało, mnie nie za bardzo, wolę z dziewczyną, która bardziej uważa na to, co robimy. Dramatyczny moment nastąpił, kiedy w połowie jazdy spadł mi ręcznik na podłogę, ale pocieszył mnie trochę fakt, że innej dziewczynie spadła za chwilę butelka z wodą. A tu jazda na maksa, z nogami przywiązanymi do pedałów (wszystkich gejów przepraszam, ale tak się to nazywa).
    Znalazłam w necie przepis na chińszczyznę (3-daniowy obiad) ponoc wyszarpany od kucharza z chińskiej restauracji – będę robic w sobotę lub niedzielę (w kuchni czeka makaron chiński, sos sojowy, tabasco, kurczak, sezam, chilli i takie różne inne składniki). Jak będzie mi się chciało, to jeszcze zupę słodko – kwaśną skręcę.
    Zaraz idę się zważyc, jak co piątek, ciekawa jestem bardzo wyniku.
    M kupił mi też mieszankę do wypieku chleba ze słonecznikiem, z przepisem na opakowaniu, a więc będzie podejście trzecie…
    Dalej czytam Pratchetta i marzę o posiadaniu smoka bagiennego, chociaż nie wiem, co na to moje koty. Dziś rano po wyjściu z sypialni zobaczyłam, że obie siedzą i obserwują, jak m odśnieża swój samochód.
    Aha, jeszcze jedna refleksja co do fitnessu – to nie ma sensu, jeśli się chodzi w godzinach 20-21, bo potem bardzo ciężko zasnąc, jest się tak pobudzonym, że serce mało nie wyskoczy z klaty. A potem śnią się głupoty.

    do fitnessu stwierdzam, że nie jest tak źle.
    Kiedy 19.00 na zegarze była blisko, byłam nieźle przerażona. Spotkałyśmy tam koleżankę, która była dwa razy na cyclingu i powiedziała, że niezły wycisk. Jak instruktorka zaczęła nam tłumaczyc, co i jak, nogi zaczęły się pode mną uginac. Jak wsiadłyśmy na rowerki pomyślałam sobie, że nie jest tak źle.
    Po 10 minutach zaczęłam się modlic do zegara. Po 20 minutach tyłek bolał mnie tak, że chciałam jechac na stojąco. Po 2 minutach jazdy na stojąco musialam usiąśc i już sama nie wiedziałam, co gorsze.
    Do tego dochodzi fakt, że nie byłam w stanie kręcic pedałami tak szybko, jak reszta, no ale w końcu jestem od nich 8 lat starsza, no nie?
    Po 50 minutach zeszłyśmy z rowerków i były cwiczenia rozciągające. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Żeby oprzec stopę na siodełku musiałam po prostu podnieśc nogę rękami :-)
    Jak szłam do szatni, kolana uginały się zupełnie niezależnie od tego, co chciałam zrobic. A najgorsze było wyjście do samochodu – fitness jest na pięterku, a zejście na dół to schody – kręcone i bez żadnej poręczy. Naprawdę nie wiedziałam, jak zejśc, bo kiedy stawiałam nogę na niższym stopniu, to ta noga uginała się i w żaden sposób nie mogłam jej z powrotem wyprostowac, żeby na nią przenieśc ciężar ciała. Kumpela szła pierwsza, więc ją ostrzegłam, żeby zeszła mi z drogi, za chwilę schodził na dół jeden z instruktorów, więc powiedziałam, żeby szedł przodem, ja się najwyżej na niego sturlam. Pocieszył mnie, że to znaczy, że dobrze wykonywałam cwiczenia.
    A co do pozostałych szczegółów – moje śliczne trampeczki niestety nie nadają się do rowerków, bo mają miękkie podeszwy, a spodnie mają za szerokie nogawki i haczyły mi o uchwyt na bidon. Trzeba będzie znaleźc inne buty i zakładac gumki na nogawki.
       No i najważniejsze – m był zadowolony! A tak się martwiłam, że wyjdzie stamtąd wkurzony, że brzydko, że ciasno, że tłoczno czy coś. I że co wtorek i czwartek będę wysłuchiwac, jak mu się nie chce i że bez sensu. A on nic – po naszych zajęciach wszedł na naszą salę, pogadkował z nami, z instruktorem – swoim - zamienił jeszcze parę zdań, potem zajrzeliśmy do wypożyczalni DVD na dole, zamiast leciec na zbity pysk do domu, normalnie szok (ktoś, kto go zna, wie oczym mówię). I jeszcze powiedział, że w soboty też będzie chodził! Oczywiście będę musiała go nieco zmotywowac ;-)
    Jednym słowem super!
    Gdyby ten tyłek tylko tak nie bolał… M powiedział, żebym w razie czego mówiła, że tak mi żubra wybatożył, że ujrzałam poprzednie wcielenie…

    Jak się czyta Pratchetta.
    Wbrew pozorom jestem również mocno zestresowana tą siłownią. Śniło mi się, że tam byłam na tym cyclingu i oczywiście coś tam mi nie wychodziło. Z drugiej strony – nie mogę się doczekac. I bądź tu mądry. W każdym razie ręczniczek, dwie koszulki, spodnie i trampki gotowe. A, coś do picia – nie zapomniec.
    W piątek uczciliśmy szóstkę Deedee za pomocą babeczek Oetkera – bardzo dobre, zupełnie niespodziewanie, bo zazwyczaj te gotowe ciasta są za słodkie, a babeczki okazały się wilgotne, puszyste i w sam raz czekoladowe. Potem z kolei kolacja – tosty z krewetkami smażonymi na maśle z czosnkiem. Ja tam się za bardzo nie obżarłam, ale kumpela miała problem z zaśnięciem.
    Jak zwykle sobota spędzona w samochodzie, a już się wydawało, że chociaż raz nie trzeba będzie wychodzic z domu. Obowiązkowa wizyta na myjni (nie wiem, dlaczego, ale połowa ludności uwierzyła, że już wiosna i wszyscy chcieli myc samochody, w tym również i m).
    Babcia i Dexter poumawiali się w mieście – zupełnie przypadkiem wyszło, że babcia z babcią, a wnuczek z wnuczkiem. Wieczorem przeżyliśmy horror, bo Dexter nie zdążył dojechac tramwajem na ostatni autobus do naszej wiochy i znalazł się sam o 22 w sobotę koło dworca, a miejsce to nie należy do najfajniejszych. Chyba, że ktoś chciałby poznac klimaty najgorszej dzielnicy Ankh-Morpork – Mroków. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, Dziecko (rozmiar buta 45) dojechało do babci i nocowało z nią u jej koleżanki. Za to my sobie pobalowaliśmy, znowu zapuściłam Madonnę (mówię, wam, wiosna idzie), zadzwoniłam po sąsiadkę („widzę przez okno, że tak się snujesz od salonu do łazienki, to lepiej przyjdź do nas”), potańcowaliśmy i padliśmy o 2 w nocy. Deedee ma bardzo mocny sen, co się jej bardzo chwali.
    Dexter zostawił włączony Tlen na komputerze, więc sobie poczytałam archiwum. To jest jednak jeszcze duże dziecko – nie ma żadnego instynktu samozachowawczego. Nie usuwała archiwum od 1 grudnia, w związku z tym miałam okazję dowiedziec się, jak naprawdę wyglądała imprezka w naszym domu 6 grudnia (pisałam o niej, pamiętacie?). Nie ukrywam, że miałam sporą satysfakcję czytając, jak to kumple go błagali, żeby wziął wszystko na siebie. Zdaję sobie sprawę, że na pewno nie było tak, że on sam wypił 3 piwa, a starsi koledzy siedzieli i grali w Monopoly, ale teraz mam to czarno na białym :-))) Nie ukrywam, że sprawiło mi to dużą satysfakcję, chociaż Dexter nigdy się o tym nie dowie. W sumie nie ma się z czego cieszyc, ale jeśli już człowiek wie, to trudno. I z dużym rozbawieniem teraz obserwuję rodziców tamtych chłopaków, którzy z taką ufnością opowiadają, jak to ich pociechy dobrze się uczą i ciężko harują w szkole muzycznej, na zajęciach dodatkowych itp. Nie ja jedna taka durna :-)
    W każdym razie co bardziej smakowite kąski zachowałam sobie na pamiątkę.
    Rozbawiła mnie również rozmowa Dextera w sobotę po Sylwestrze, kiedy to urządziliśmy sobie poprawiny nieudanego Sylwka (ten złamany palec itd.) O godz. 0.30, kiedy to rozległ się po wiosce huk naszych rakiet, kolega zapytał go na gg, co tam u nas tak głośno, a Dexter na to „moi starzy nie zauważyli, że Sylwester się skończył”
    Następna moja refleksja nie jest już taka śmieszna – dziewczyna lat 14 pisze Dexterowi, gdzie można kupic bez problemu alkohol, bo fajki to wszędzie. Dzisiaj czeka nas dłuuuuga rozmowa. W wiadomościach trąbią o tym bez przerwy, więc jest od czego zagaic – a to 13 latek został ojcem, a to pół gimnazjum pijane.
    I jeszcze jedno – pamiętacie, jak się chóralnie zastanawiałyśmy, czy puścic Dextera do Wawy na Sylwka? No to Wam powiem, że stanowczo nie powinnam była. KROPKA
    I to, że był z kuzynem, którego ojciec trzyma tak krótko, że mało mułu nie zasysa, wcale a wcale nie zmieniło faktu. A raczej faktów.
    Aż sobie zajrzałam do archiwum, która to z Was tak mnie przekonywała – no tak, majana i nigu, trochę frotka. Nie mam nikomu za złe oczywiście, ale jakby co – nie puszczajcie potomstwa z domu na krok do skończenia 25 roku życia, mówie to wam ja – jarząbek batumi.
    PS: Rozwala mnie rechot jajek w wielkanocnej reklamie Biedronki.
    PS2: Nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że go inwigiluję, cieszę się tylko, że za naszych czasów nie było internetu i gg.


    • RSS