batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 4.2009

    zagotować się od rana ze złości.
    Co jest?!
    Dlaczego od kilkunastu dni szarpie mną taka kurwica?!
    Każde słowo, gest, oddech ludzi dookoła doprowadza mnie do furii.
    I jeszcze m – nagle dziś rano w drodze do pracy go trzepło, że musi jechać do brata w odwiedziny. Wszystko ok, niech bierze Dextera i jedzie. Do Chicago. Bo bratanica ma komunię. A m jest chrzestnym.
    Pominę fakt, że jesteśmy zadłużeni po uszy i nie mamy pieniędzy.
    Przez parę lat teściowa wierciła dziurę w brzuchu, żebyśmy posłali paszporty dzieci, żeby im wbili wizę do USA. Potem przestała. Teraz okazuje się, że
    a żesz kurwa, nie chce mi się nawet o tym pisać.
     W KAŻDYM RAZIE WYSZŁAM ZA CZŁOWIEKA, KTÓRY WPADA NA ŚWIETNE POMYSŁY ZA PIĘĆ DWUNASTA I CHCE MIEĆ WSZYSTKO ZARAZ JUŻ. OCZYWIŚCIE, SAM NIE RUSZY PALCEM, TYLKO JA MAM RZUCIĆ WSZYSTKO, OLAĆ PRACĘ I SZEFA W SĄSIEDNIM POKOJU I WYDZWANIAĆ NA INFOLINIĘ AMBASADY, I TO W JAKIEJ SPRAWIE – CZY MOGĄ DAĆ WIZĘ ZAOCZNIE DEXTEROWI I POWIADOMIĆ O TYM TELEFONICZNIE BABĘ W OKIENKU WIZOWYM NA LOTNISKU O’HARE, KIEDY MOI CUDOWNI MĘŻCZYŹNI BĘDĄ WYSIADAĆ Z SAMOLOTU.
    Tak, już się rzucają do telefonów i przekładają terminy porodów swoich żon w tym czasie na jakiś lepszy termin.

    Miało być ładnie i składnie, ale pozostaje mi tylko wypunktować to, czego nie chcę zapomnieć.

    1. Kiedy już mieliśmy opuścić domostwo i wyruszyć na wschód na święta, okazało się, że alarm nie działa i to już chyba dosyć dawno. Trzy dni i parę stówek później jednak wyruszyliśmy. Pozostała jeszcze kwestia kotecków, które niestety nie są kompatybilne z alarmem. Musiały również opuścić domostwo na te 4 dni.

    Babcia usłała im legowisko w garażu, do którego koty mogą wejść spokojnie, a sąsiadka miała je raz dziennie dokarmić.

    Po przyjeździe do rodziny m ciągle męczył mnie, żebym zadzwoniła do sąsiadki, czy wszystko w porządku, czy alarm nie wyje itp. Teściowa co chwilę zastanawia się, co też biedne kicie sobie myślą o nas (obstawiam za: „zauważyłaś, że klamka od lodówki gdzieś zginęła?”)

    Ja tam raczej jestem stoikiem – jak nie dzwoni, znaczy wszystko ok.

    Ale w końcu zadzwoniłam, pogadałam, wracam do pokoju, gdzie wszyscy siedzą i wspominają dzieciństwo. Przechodzę koło m i rzucam:

    - Wszystko w porządku, dom się spalił ale koty żyją.

    2. Tydzień poświąteczny był chujowy, ale nie będę się wyrażać, więc powiem – beznadziejny.

    a) Deedee zderzyła się w szkole na podwórku z koleżanką, w wyniku czego tamta straciła pół zęba, stałego. Didi bardzo to przeżyła, chociaż jej winy było w tym niewiele (obie biegły nie patrząc przed siebie). Dałam jej książkę „Historia dla dzieci”, bo chciała coś tej dziewczynce sprezentować.

    b) W szkole Dextera wynikła afera, o której mówiono nawet w tv, ogólnie rzecz biorąc gorliwi katolicy przypuścili szturm na dyrekcję, bo przestało im się coś tam podobać, szkoda tylko, że nie zaczekali do wakacji, a rozpętali piekło na tydzień przed egzaminem. Dwa razy do szkoły wkraczała policja, jakaś furiatka – dewotka wypędzała dzieci ze szkoły, za co o mało nie została rozszarpana przez rodziców na strzępy. Szkoda gadać.

    c) z niczym nie mogliśmy się wyrobić, chociaż nie biegaliśmy, a fruwaliśmy.

    3. W poprzednią niedzielę zrobiłam sobie pierwszy chłodnik w tym roku. Biorąc pod uwagę moje uzależnienie od chłodnika litewskiego, jest to fakt godny odnotowania. Update: w sobotę zrobiłam następny i mam jeszcze trochę teraz w pracy do zjedzenia :-)

    4. Na poniedziałkowej wywiadówce u Deedee przeżyłam niemały szok i przekonałam się, że można pęknąć z dumy. Po raz pierwszy w życiu na jakiejś wywiadówce zostało pochwalone tylko jedno dziecko i to dwa razy – i było to moje dziecko.

    Moja radość była o wiele większa, bo jednocześnie uświadomiłam sobie, że nareszcie znalazłam chociaż jeden szczegół łączący mnie i Deedee – poza DNA. A mianowicie – zaczęła wcześnie czytać i już w pierwszej klasie nie robi błędów ortograficznych (podejrzewam, że ma to coś wspólnego również z dobrą pamięcią wzrokową).
    I dlatego z wywiadówki wracałam jak pijana – ze szczęścia.

    5. Dwa ostatnie weekendy spędzone na walce z naturą – nawet nie miałam siły zrobić wczoraj zdjęcia, ale efekt jest spektakularny - lwia część trawy pod tujami (wzdłuż ogrodzenia) została wyrwana, agrowłóknina położona, posypana korą. Truskawki – wszystkie wykopane, ziemia przetrząśnięta i odchwaszczona, agrowłóknina położona, truskawki z powrotem posadzone. To jeszcze nie koniec!

    6. już miesiąc, jak nie palę. jeszcze kilka lat i może przestanie mi brakować fajki podczas krótkich przerw w codzinneym biegu. muszę przyznać, że życie bez fajek jest naprawdę nudne. oby mi to przeszło. kiedyś.

    7. przydługi weekend jak zwykle zapowiada się towarzysko – w piątek znajomi u nas (grill), w sobotę my u znajomych (grill), w niedzielę urodziny pięciolatka i odwiedziny u rodziców

    8. na fitnessie wypróbowałyśmy z kumpelą: body pump, pilates, fat burning. Najmniej podobał mi się fat burning, bo nie lubię i nie nadaję się do jakichś układów tanecznych w rytmie latino, w dodatku coraz szybszych. Body pump (ze sztangami) lubię – przynajmniej czuję, że jakieś mięśnie mi powstają. Pilates – trochę zbyt usypiający, ale z kolei bardzo dobry na uda, tyłek i brzuch (wadą pilatesa jest średnia wieku uczestniczek – bo im starsze, tym bardziej klimat jak w maglu czy u fryzjera). Szkoda, że nie udało mi się zaliczyć BPU, bo jestem naprawdę ciekawa, jak by mi się podobało. Od środy znowu mamy wykupiony cycling (pon i śr), za którym się stęskniłyśmy, bo to jedyne zajęcia, na których czujemy, że się naprawdę zmęczyłyśmy. M dalej zasuwa na bieżni, 3 razy w tygodniu. Spadło mu raptem 3 – 4 kilo, co przy jego rozmiarach jest zupełnie niezauważalne. W niedzielę wchodziłyśmy z kumpelą po schodach na 3 piętro i uświadomiłyśmy sobie, że po raz pierwszy od dawna robimy to z łatwością, bez zadyszki :-)

    9. Dexter znowu chory, szfak.

    10. Jedyny plus przydługiego weekendu to wolna chata – teściowa wyjeżdża na 3 dni!!! Zamierzam znowu upiec chlebek ze słonecznikiem, a przede wszystkim zrobić wieeelką michę (albo i dwie) sałatki ziemniaczanej, która znika, zanim wjedzie na stół. Część będzie dla nas, część zawiozę na grilla w sobotę. Poza tym nie zamierzam się przemęczać. Od maja w naszej rodzinie rozpoczyna się ciąg imprezek, kończący się w styczniu, więc będę miała okazję do popisów kulinarnych.

    11. Dzisiaj Deedee pisze dyktando. Jeśli znowu (po raz trzeci) napisze bezbłędnie, zostanie Asem Ortografii pierwszej klasy.

    12. Czytam „Kosiarza” Pratchetta. Bill Brama rulez :-) Chociaż Windle Poons jest też zaje.

    I to byłby tuzin punktów określających moje życie w ostatnich dniach.

    PS: I nie rozumiem, dlaczego nikt mi nie powiedział, że dodatek do Dziennika Polska jest taki fajny (Magazyn Rodzinny czy jakoś tak się nazywa)?! Poza stroną z Muminkami, których nie znoszę.

    sobie piłam kawkę i rozkoszowałam chwilą spokoju zanim wszyscy wstaną. Niechcący przełączyłam na TV4 i rozdanie Brit Awards 2009. I zastygłam, poniosła mnie fala muzyki, osłupiałam i oniemiałam, bo zobaczyłam i usłyszałam artystkę, której ksywka nic mi nigdy nie mówiła, najwyżej tyle, że jest to ktoś, kogo nie mam ochoty widzieć ani słyszeć, a jakże się myliłam.
    Teraz nie mogę się oderwać, najgorsze jest to, że wykonanie jest równie dobre wizualnie, więc okupuję komputer Dextera o różnych dziwnych porach dnia i nocy, jak poczuję głód ;-) Na przykład dziś rano stwierdziłam, że można się malować patrząc na Duffy, a nie do lustra.
    No właśnie, idę sprawdzić, co sobie na twarzy namalowałam, bo może dlatego w pracy tak dziwnie się na mnie patrzą.

    PS: I jak ja mam napisać coś nowego, kiedy ciągle się nie wyrabiam z czytaniem Waszych nowych notek???
    Może zrobię jakąś selekcję, powypisuję http na karteczkach, wrzucę do Wisły w Krakowie i będę czytać tylko to, co wyłowię w Gdańsku? Może niech ktoś zwiąże ręce majanie, zaknebluje stardust i nigu, to wtedy będę miała szansę nadrobić zaległości?

    nie było tak źle na matematycznym. OBY.
    Co do humanistycznego, to nawet nie zadaliśmy sobie trudu, żeby z nim coś przećwiczyć, bo po pierwsze on jest naprawdę uzdolnionym humanistą o sporej wiedzy, więc co się będziemy wygłupiać. Po drugie, to CO mam z nim powtarzać? Pisanie rozprawek?
    Jeśli chodzi o nauki przyrodnicze , to m z nim troszkę testów przećwiczył, ale też muszę przyznać, że jak na uzdolnionego humanistę to naprawdę nieźle sobie radzi ze ścisłymi. Najgorzej chemia. No ale kto nie miał problemów z chemią? Do dzisiaj mnie trzęsie, jak sobie przypomnę.
    To teraz czekamy na wyniki i uważam, że to jest nieludzkie podawać wyniki po dwóch miesiącach od testów!

    uprasza się o trzymanie kciuków za Dextera, a jeszcze mocniej jutro, bo jutro są testy matematyczne.

    Oby mu poszło tak dobrze, jak ostatnio w domu, kiedy pisał testy z poprzednich lat.

    coś napiszę, niech się tylko trochę zatrzymam w biegu.

    Mogę liczyć na wyrozumiałość?

    ;-)

    Muszę przyznać, że to była wspaniała podróż, w czasie i przestrzeni. Rodzeństwo mojego teścia to osoby dobre, gościnne, życzliwe i tak wesołe, że jeszcze mnie bolą policzki od śmiechu. Oczywiście nie pamiętam już ani jednego dowcipu, który tam usłyszałam.
    A nie, jeden pamiętam:

    Do francuskiej restauracji wjeżdża żaba na wózku inwalidzkim:
    - Co, smakowały żabie udka?!

    No i porcja fotek, ze względów zrozumiałych mocno okrojona, bo na każdej było mnóstwo ludzi, którzy niekoniecznie pewnie chcą być publikowani.

    Oto spotkanie dwóch pokoleń (oddalonych od siebie o 80 lat):

    Fajne zdjęcie, prawda?
    Kiedy prababcia była w wieku Deedee, był Wielki Kryzys. Teraz jest znowu, tylko nikt się z okna nie rzuca. A przynajmniej nic o tym nie wiem.

    I z tej jednej malutkiej osóbki o przepięknym imieniu Amelia powstała taka oto rodzina:

    Wszystkich jej dzieci oczywiście tu nie ma, mój teść już dawno nie żyje, jeden syn się obraził na resztę, jeden jest nieobecny duchem, a ciało w rozsypce. Są tu trzy córki, moje teściowa i jeden syn.
    Najmłodsza z zebranych miała 3 tygodnie i głównie spała albo jadła.

    Deedee nie miała czasu jeść przez te parę dni, za dużo się działo dookoła, za dużo emocji. Przy stole wielkanocnym wchłonęła tradycyjnie ziemniaczki z masełkiem i poszła do prababci, która siedziała sobie z tyłu, na wersalce. Didi popatrzyła na nią, pokiwała głową i westchnęła:
    - Mało jesz, jak ja…

    Byliśmy u tego obrażonego syna, bo mieszka w domu, w którym wszyscy się urodzili:

    Byliśmy też u drugiego wujka, który ma takie oto hobby:

    Naliczyliśmy tych cacek 13, a już następne sześć w przygotowaniu. Czego tam nie było – Junaki, BMW, AWD itp itd.

    Pewien ksiądz na podlaskiej ziemi ma z kolei inne hobby – hoduje kury z afro na głowie:

    a także pawie, dziwne kaczki itp. STRUSI NIE.

    Deedee głównie spędzała czas ze swoją ciocią, która pomimo swoich 23 lat na karku i rozmiarów Umy Thurman, jest niezwykle chętna do zabawy różnymi Barbiami, kucykami, czy w Twistera:

    Spotkaliśmy również psa, który bardzo nie lubił, jak mu się robiło zdjęcia:

    Jak tylko widział wymierzony w siebie obiektyw, to słychać było „spierrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr………………”

    I to by było na tyle.

    Najpierw fotki z pierwszego weekendu kwietniowego, kiedy to zrobiłam chałkę

    która smakowała tak samo świetnie jak wyglądała

    Były też kalmary na kolację

    a na obiadek grillowana karkóweczka, tzatzyki i chlebek ze słonecznikiem:

    a dzień wcześniej krewetki z masełkiem i czosnkiem

    No i jeszcze gdzieś tam wcześniej robiłam bułeczki, tylko już nie pamiętam, które to są:

    oraz piernik jabłkowy:

    który był dobry, ale niestety przekonałam się, że nadal nie przepadam za piernikami, nawet z Jamajki.
    Zresztą m słusznie zauważył, że trochę to jakby sprzeczne – piernik jabłkowy z Jamajki – albo Jamajka, albo jabłka, nieprawdaż.

    Wszystkie serwetki zostały rozdane, została mi jedna:

     którą dzisiaj zaniosę do biblioteki miejskiej, bo im obiecałam (biblioteka była niedawno remontowana i ma takie piękne meble w wiśniowym kolorze, między innymi okrągły stolik).

    I to by było na razie tyle, pozachwycajcie się trochę, a ja już szykuję następną notkę ze zdjęciami ze świąt i szerokim opisem :-)

    Po wnikliwej analizie mojego sposobu odżywiania się w te święta ze stuprocentową pewnością mogę stwierdzić:

    JESTEM DRAPIEŻNIKIEM.

    Ilość zeżartego przeze mnie mięcha w ostatnich dniach jest przerażająca.

    cholera jasna, tyle rzeczy do opisania, a tu gonitwa, że nogi się plączą.

    Wyjeżdżamy w piątek, a tu jeszcze 100 tysięcy rzeczy do zrobienia.
    W wielki karton wpakowałam upominki dla rodzinki,
    w wielki kosz wsadziłam przezenty dla rodziny, u której mamy mieszkać (ciekawe, jak to się wszystko zmieści do naszej srebrnej szczały).
    Jeszcze wykrochmaliłam następny bieżnik,
    poleciałam na rowerki,
    wróciłam, wyprasowałam bieżnik,
    podzieliłam zdjęcia (dla kumpeli, dla prababci, dla rodziców, do pokazania rodzince itd.),
    zmyłam lakier z pazurów,
    dziś rano po odwiezieniu Dextera do szkoły miałam zamiar pomalować pazury w pracy, ale niestety, musiałam zawieźć syrenę od alarmu do wymiany baterii
    którą odbiorę po pracy
    przed chwilą wysłałam opłaty za nasze rachunki
    muszę jeszcze umówić się ze szpitalem w Elblągu
    powinnam również trochę popracować
    bo jutro już od 11.30 mam urlop do wtorku
    a przed wyjściem z roboty trzeba będzie jeszcze
    pomalować pazury
    potem jadę do drugiego miasta pomóc mamie i siostrze w dotarciu do przychodni na zabieg
    potem odwożę mamę do jeszcze innego miasta do domu
    potem wróce, będę pakować siebie i Deedee
    potem na 20 rowerki
    powrót do domu
    i w piątek rano pojedziemy na święta.
    NIE ZAPOMNIJ APARATU NIE ZAPOMNIJ APARATU NIE ZAPOMNIJ APARATU NIE ZAPOMNIJ APARATU NIE ZAPOMNIJ APARATU

    I ŁADOWARKI I ŁADOWARKI I ŁADOWARKI I ŁADOWARKI I ŁADOWARKI I ŁADOWARKI I ŁADOWARKI

    gdzie będę spać w nie swoim łóżku, słuchać nocnych Polaków opowieści, pilnować, żeby krowy nie zeżarły Deedee i przechodzić ekspresowo od stołu do stołu, od domu do domu, z wioski do wioski.

    WOW

    Ale sobie odpocznę

    Nie wiem, co gorsze – zostać w domu i sprzątać i gotować i gościć, czy jechać 428 km i być goszczonym.
    A do tego tak nie lubię świąt Wielkiej Nocy. Nawet prezentu nie dostanę żadnego z tej okazji. I ten okropny lany poniedziałek. Jakoś zupełnie inaczej go wspominam, niż nigu.
    Omatkobosko, i jeszcze będę musiała pójść do kościoła. Ale na szóstą rano nie dam się zaciągnąć!

    Ach, gdybym tak nogę skręciła i została sama w domu na te 4 dni. Mój bosh… To by był najlepszy urlop w moim życiu. Naoglądałabym się filmów, nasiedziała przy kompie, naszydełkowała do upadłego, naczytała książek i spałabym o najdziwniejszych porach dnia i nocy.

    A co do weekendu, to Wam powiem, że było fajnie. Przyjechał kuzyn, zainaugurowaliśmy sezon grillowy, karkóweczka rozpływała się w ustach i w sosie tzatzyki, znowu były kalmary, upiekłam na świadanie ogromną chałkę, która wyszła mi lepiej niż te sklepowe, a do grilla upiekłam chlebek słonecznikowy, który był… no nie wiem jak to nazwać. Idealny po prostu.

    Zdjęcia po świętach, bo nie dam rady.

    Lęcę.
    Pa
    Smacznego jaja.
    A kto nie dostał mailem, to niech sobie obejrzy tutaj, jak batumi będzie wyglądać po świętach :-)


    • RSS