batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 5.2009

    dzisiaj będą w Operze Leśnej odbierać odznaki – Deedee jak na pierwszaka przystało – brązową (zdaje się, że będzie to maskotka – lew)

    Dopisek w poniedziałek:
    Przyszłąm z pracy, a Deedee wybiegła z pokoju z dumnie wypiętą wątłą klatą, a na niej przypięta maskotka – lew. Powiem Wam, że Miasto Gdańsk się nie wysiliło za mocno – takiego badziewia to bym nawet za 10 groszy nie kupiła w kiosku. Oczko już mu odleciało. Kto to szył, rumuńskie dzieci?

    … Deedee wyszła z łazienki i znacząco stukając palcem w dolną powiekę mówi
    - Mam wory…

    że obiecałam komuś pokazać swoją bidę z nędzą (ogródkową znaczy się) i będę musiała jeszcze raz pójść do ogrodu z aparatem.
    Na zdjęciach, które mam dziś, widać tylko kawałek rododendrona w tle wielkiej gwiazdy, Hanny Montany:

    jak widać, ten jeden krzak postanowił w tym roku wypuścić parę smętnych kwiatków, liście mu brązowieją, drugi krzak taki sobie, za to pozostałe trzy nawet od ziemi nie odrosły i marnieją w oczach, nie wiadomo, dlaczego. Tylko powiewające plakietki świadczą o kolorze domniemanych płatków.

    Dexter dostał mundur (bluzę i czapkę) – tu widać tylko czapkę, koszulka jest stara

    Nasza kolekcja słodyczy Hersheya topnieje w oczach (dieta poszła w piz…)

    Zwracam również uwagę na moje specjalne zamówienie – kultową zupkę Campbella :-)

    Komunia odbyła się w kościele Św. Jacka na słynnym Jackowie:

    No i jezioro Michigan:

    oraz taksówka z bardzo ciekawym kierowcą:

    na zbliżeniu byłoby widać jej kolczyki:

    ach, nie za ładnie wyszło, w każdym razie są to dwa motyle.

    Więcej nie zdążyłam przenieść. Jestem ciągle w przysłowiowej czarnej dupie ze wszystkim.
    Dzisiaj na przekór wszystkiemu (zwłaszcza ulewie) idę do solarium. A co.
    A jutro do fryzjera.
    A pojutrze do Orsaya – po sukienkę. I niech mi ktoś stanie na drodze…

    Przyjechał, buty pasują (alleluja!), perfumy też dostałam, więc jestem spokojna ;-)
    Deedee dostała walizę ciuchów po kuzynce i gadżety Hanny Montany, więc też spoko.
    Dexter – wiadomo, adidasy, dżinsy, kurtka, koszulka Chicago Bulls.
    Ale najfajniejsze fanty pokażę na zdjęciu (no właśnie, mój aparat dostał kartę 4 giga, więc teraz to poszalejemy) – ten wyjazd był trochę inny, bo m nastawił się na folklor amerykański, więc przywiózł mi głównie zdjęcia ulic, sklepów, przedmieść, wozów policyjnych, taksówkarzy. Mam zdjęcia kardynałków buszujących po ogródku, wpadł też skunks z wizytą – to było ekstra, niestety, byli zbyt zajęci unikaniem skunksa i nie zrobili zdjęcia. Pies potem śmierdział trzy dni spaloną gumą.

    Na rowerkach wczoraj poprzysięgłyśmy sobie z kumpelą zapisywać wszystko co jemy i wysyłać to sobie nawzajem. Może to coś da. Trochę trudno, kiedy w domu leżą tabliczki czekolady Hersheya. Właśnie wczoraj skończyłyśmy drugi karnet, czyli minęły dwa miesiące. Trener chyba wyczuł naszą frustrację, bo podszedł pod koniec do nas i pogawędził z nami. Rozwiał nasze złudzenia co do tego, że schudniemy bez diety. Pytał, jakie różnice widzimy po dwóch miesiącach. Cóż, łydki jak kamienie, no i kondycja zupełnie inna. Dupa dalej taka sama. Ile to się człowiek musi namęczyć.

    Planuję szturm na Orsaya, fajne sukienki mają.

    same szokujące nowiny ;-)

    Adin – 10 dni minęło jak z bicza trzasł i oto m zbliża się do Monachium, a ja o w południe wychodzę z pracy po niego.

    Dwa – Dexter został zbierzmowany bez większych problemów i muszę przyznać, że jak się chodzi do kościoła raz na półtorej roku to nawet jest się w stanie wysiedzieć te dwie godziny bez większego bólu. Bardziej współczuję tym, co stali. A Deedee została pogryziona zdradziecko w łydkę przez coś małego acz zjadliwego (w czasie mszy).

    Tri – BYŁAM W KINIE. Rzecz to niesłychana, bo od dawna plany kinowe kończą mi się na sferze planów – a tu proszę – chciałam i poszłam. A do tego film mi się podobał. Chociaż kiedy się skończył, musiałam przez chwilę się pozastanawiać, jaka jest moja decyzja. Były oczywiście momenty, kiedy byłam potwornie zażenowana, bo wulgaryzmów i  pornografii tam wciśnięto sporo, poza tym myślę, że mogłabym spokojnie żyć dalej bez znajomości szczegółów anatomicznych Szyca. Ale bardzo spodobało mi się to, że znalazł się wreszcie jakiś reżyser, który nie próbował przerobić książki na wszelkie możliwe sposoby, aby w końcu film nie przypominał niczego, a zwłaszcza tej książki. Przeciwnie – film dokładnie oddał książkę, a sama Masłowska podająca teksty autorom też mi się podobała. Tylko co ona ma z ustami?! Nie wiem, co to było, bo jej piękne zęby nie wskazują na jakąś dysfunkcję mowy. Mówiła tak, jakby ktoś jej przykleił górną wargę Kropelką do zębów.
    No i jestem już teraz na dobre fanką Sonii Bohosiewicz.

    Czetyrje – tak, to słowo również nie jest mi obce – weekend miałam bardzo udany. W piątek bierzmowanie i kolacja przebiegły w miłej atmosferze. Potem nagadałyśmy się przy drinku z kumpelą do 2 w nocy. W sobotę upiekłam rogaliki drożdżowe z dżemem truskawkowym i posypką (według przepisu Chudej) – byłyby wspaniałe, gdybym ich nie spaliła na końcu. Ja nie wiem, mój piekarnik chyba pali mocniej, bo zawsze jest ten sam problem – ostatnie pięć minut jest zawsze niepotrzebne. Potem miałam mały najazd Hunów w postaci mojego wnusia Nikosia, który pokazał, że jest nieodrodnym synem swojego ojca i że rozp… tu wszystko w drobny mak. Nawet jak już wyjeżdżał, to jeszcze na pożegnanie pizdnął kamieniem w samochód mojej siostry. No zły dzień miał, cóż zrobić.
    Na zakończenie soboty obejrzałyśmy z zapartym tchem Trainspotting – ja po raz drugi, kumpela miała to szczęście, że widziała ten film pierwszy raz. I znowu te same ciary po plecach w trakcie ostatniej sceny:
    „…Nie mogę się już doczekać. Będę jak inni. Praca, rodzina, zajebisty TV, pralka, samochód, kompakt, otwieracz do puszek, dobre zdrowie i żarcie, ubezpieczenie, kredyt, dom, sportowy ubiór, garnitury, teleturnieje, niejadalne żarcie, dzieci, spacery, etat, golf, czysty wóz, szafa swetrów. Święta z rodziną, emerytura, zwolnienie podatkowe, pogodna starość i życie… aż do śmierci…”

    Dobra, samolot z Monachium właśnie wyleciał zgodnie z rozkładem, za godzinkę wychodzę z pracy.
    A dzień będzie długi….
    Jeszcze mnie czeka zebranie w szkole Dextera, rowerki wieczorem, wyprawa do Miasta.
    Sukienkę sobie bym kupiła…

    Wczoraj miałam kontakt służbowo – telefoniczny z pewną księgową. Nie rozumiałam, co mówi, bo wystrzeliwała słowa jak z karabinu. Normalnie mogłaby w kabarecie występować. W życiu nie słyszałam tak szybkomówiącej osoby. Przy drugiej rozmowie zaczęło mnie to śmieszyć. A dzisiaj mamy znowu rozmawiać – z uwagi na to, że dziś piątek, obawiam się, że parsknę :-)))

    Dzisiaj wreszcie nadszedł ten dzień – o 16.00 przyjedzie biskup i skończy się to użeranie z Dexterem na temat kościoła. Chyba będę z radości przez całą mszę leżeć krzyżem (jak Szakal w Kilerze). Niech biskup przeze mnie przeskakuje, co mi tam.

    Ciasto upieczone (z rabarbarem, przepis oczywiście od Majany), a czy z zakalcem, okaże się. Zupka krem ugotowana – z cukinii, kalafiora i serków topionych. Szynka z dzika upieczona, karkówka również – od mięs jest moja teściowa, dzika zrobiła według Makłowicza, zobaczymy. Muszę przyznać, że sos wyszedł zaje. A nigdy nie smakowały mi sosy z czerwonym winem. Są w nim pomidory, cebula i coś tam jeszcze. Sałatka jarzynowa zrobiona, sałata z mozzarellą będzie zrobiona tuż przed. Dexter wczoraj dokończył koszenie trawnika tuż przed burzą. M nie mógł się do nas dodzwonić, pewnie przez tę burzę. W końcu zamieniliśmy parę słów przez komórkę. Kupił mi buty – WTF??? Co mu strzeliło, nigdy bym na to nie wpadła. Rozmiar 37, jak będą za małe, to się zastrzelę.

    Aaaa, odnośnie koszenia trawnika – nawet sobie nie wyobrażacie, jaką miałam satysfakcję kiedy okazało się, że w tym roku koszenie to dla mnie pestka. Mam taką kondycję, że skosiłam 2/3 ogrodu i lekko się spociłam. A trawnik nie należy do małych. W zeszłym roku jak spróbowałam, to po kilkunastu minutach padłam i nie mogłam dojść do siebie przez parę godzin. A teraz prosz – nawet się nie zdyszałam. Byłabym naprawdę durna, gdybym jeszcze kiedyś przestała uprawiać sport. Może uda mi się również wybronić przed cukrzycą, którą jestem obciążona ze wszystkich stron?

    Zapisałam Deedee na jej pierwsze kolonie – obóz taneczny 10-dniowy, 100 km od domu. Ciekawe, jak wytrzyma… Na pewno będzie miała kryzys, ale wytrzyma, ona jest bezproblemowym dzieckiem. A jeśli chodzi o towarzystwo, to dla niej jest to jak woda dla ryby. Najgorzej z samodzielnością – babcia ją czesze, ubiera, czasem nawet jeszcze karmi. Takie są uroki mieszkania z babcią. Wyjeżdża zaraz po zakończeniu roku szkolnego.

    No i na koniec – wczorajsza rozmowa z Didi. Myję jej włosy i mówię, że chyba jednak obetniemy. Ona oczywiście się nie zgadza:
    - Coś ty, wiesz, jak mi się przydadzą, jak będę dorosła?!
    - Do dorosłości to jeszcze sobie pięć razy zapuścisz. A do czego ci się przydadzą?
    - Nie powiem… – cwaniara już wie, że gadanie o chłopakach i mężu w jej przypadku doprowadza mnie do szału.
    - Pewnie, żeby zdobyć męża?
    - No…
    Nastąpiła pogadanka o tym, co jest ważne w życiu i o prawie do szczęścia dla wszystkich, a nie tylko ładnych.
    Pieprzona Hannah Montana, przez takie durnowate seriale te biedne dzieci tracą poczucie rzeczywistości. No i przez dobrobyt, bo nie da się ukryć, że obecnie można dostać wszystko i wiele z nich dostaje prawie wszystko. Lądowanie na własnym tyłku może być kiedyś bardzo bolesne…

    No i weekendowo – jeżeli ktoś jeszcze nie był u Bajki i tego nie widział, to niech koniecznie zajrzy (nie ukrywam, że chodzi głównie o kobiety. No i gejów).

    Kołowrót trwa.
    Wczoraj już mało brakowało, a nie poszłabym na rowerki, ale jakoś się przemogłam. I całe szczęście. W nagrodę jak wracałam wieczór był przepiękny – zachodzące słońce, powietrze przejrzyste po ulewie, tęcza i ciepło. I taki przepiękny odcień nieba. Jechałam sobie wolniutko, włączyłam Chillizet i kontemplowałam…

    Spodenki są super, przynajmniej tyłek miałam suchy, jak wyszłam, za to frotka powoduje, że jakoś wyglądam, za to jest mi tak gorąco pod nią, że nie wiem, czy nie lepiej zapuścić włosy i spinać w kitek. W lecie to już w ogóle wykorkuję. Salka z rowerami jest tak mała, że w połowie zajęć lustra są zaparowane od dołu do góry.

    M ma dzisiaj zadzwonić.

    Stawiam dziś w pracy ciasto imieninowe, w zamian oczekuję pięknego storczyka w przepięknej doniczce. I oby pasował do mojej sypialni.

    Deedee charczy, Dexter chrząka, kumpela straciła głos. Ja wczoraj jakieś rewolucje w pracy miałam.

    Dopisane po południu:
    Storczyk biały, szkoda, ale za to ma mnóstwo pąków i ładną doniczkę.

    Poczytałam, co u Was słychać i ostrzegam:
    JAK JESZCZE RAZ PRZECZYTAM „ZARZĄDAĆ CZEGOŚ” TO KURNA WYSIADAM Z TEGO AUTOBUSU.
    No nie mogę, już sama muszę się długo zastanawiać za każdym razem, jak powinno być napisane. Chyba nie ma słowa, które sprawiałoby więcej kłopotu Polakom.

    Jakoś tak wyglądał na tym lotnisku, że serce mi się ścisnęło, kiedy na niego spojrzałam odjeżdżając z parkingu…

    Szkoda, że nie mogę mu towarzyszyć. Zawsze to przyjemniej we dwójkę, a poza tym ja tak uwielbiam latać samolotami… To przyśpieszenie przy starcie wgniatające w fotel mmmmmmmmmm……

    Co poza tym? Standardowo znalazł się jeden (tylko jeden!) pasażer kompletnie pijany.

    Kumpela dała zadatek i teraz trzymamy kciuki, żeby dostała kredyt w ciągu 6 tygodni, bo inaczej przepada jej osiem tysiaczków.

    Update – jest w Monachium. Oby zdążył na tamten samolot.

    najlepsza jest wizyta w sklepie i kupno czegoś, bez czego mogliśmy spokojnie żyć, a kosztowało stanowczo za dużo :-)

    I tym sposobem mam nowe spodenki na rower, bluzkę do cwiczeń i najważniejsze a najmniejsze – opaskę na czoło – taką frotkę tenisistów, żeby mi pot nie zalewał oczu. Jak myślicie, nosić znaczkiem do przodu, do tyłu, czy z boku? ;-)

    No i najważniejszy news – kumpela kupuje dziś mieszkanie, to będzie pierwsza rzecz, o którą będzie musiała dbać i się troszczyć, dotąd nie miała nawet kota, tylko rower. Nie patrzyłabym na to w ten sposób, gdyby nie m, który ciągle wygaduje:

    „…ona nawet kwiatka w doniczce nie ma, bo musiałaby o niego dbać i się troszczyć, nie ma dzieci, męża, mieszkania, samochodu, kota, rybki i ma święty spokój…”

    I w sumie facet ma rację, z tym, że zależnie od nastroju przebija przez to zazdrość lub potępienie. Kiedy m wraca w sobotnie popołudnie z ogrodu, w którym pięć godzin zapieprzał, a kumpela w międzyczasie zadzwoniła, żeby się spytać, gdzie to takie dobre pstrągi można zjeść na obiadek, bo jej się nudzi i zjadłaby coś dobrego, no to wiadomo, że go szlag trafia. Kiedy za to on ją podwozi gdzieś, opowiadając przy tym, jakie sukcesy nasze dzieci ostatnio odniosły, to wtedy jej kładzie do głowy „no widzisz, no widzisz!”

    Z tym, że kto ma rację, to nigdy nie będzie wiadomo. W końcu przecież ona nie jest singlem z powodu własnego widzimisię, jakoś nie trafiła na „sfojom połufkę”, a brać byle co na bezrybiu to też nie jest wyjście, bo nikogo to nie uszczęśliwi, prawda?

    No ale skończy się wreszcie to gadanie, bo dzisiaj założyła sobie pętlę na szyję i już nikt nie będzie mógł jej powiedzieć, że nie musi o nic dbać. Będzie miała swoje kwiatki, wycieraczkę, zlew. A ja pozbędę się nareszcie połowy naczyń i sztućców, które zalegają mi w kartonach, hip hip hurra! I wazoników, ozdóbek, pierdółek i przydasiów. I teraz cały weekend będziemy planować, dobierać kolory, ustawiać, meblować i opijać cztery kąty!

    Mieszkanie nie jest duże ani nawet średnie, bo to kawalerka, ale najważniejsze jest to, że już stoi, można je obejrzeć i do niego wejść już dziś, jest w nowym bloku, pomimo malutkiego metrażu (38m2) ma dwa pokoje i przede wszystkim – jest nawet umeblowane. Właścicielka zabiera tylko telewizor i rower. A jakby kupiła od dewelopera, to dopiero za rok lub dwa lata mogłaby się wprowadzić w gołe mury. Przecież ona nawet łóżka nie ma! Dżizas. Trzeba tylko wykafelkować łazieneczkę. Ale fajnie :-))))

    I co tam jeszcze z niusów?
    Hmmm
    Jutro zawożę ema na lotnisko i święty spokój przez 10 dni…………. Nikt nie będzie wymyślał, co by tu jeszcze zrobić, żeby się zarobić i nie odpocząć.

    Jestem pełna podziwu dla mojego szwagra (tego amerykańskiego) bo okazało się, że przyjęcie komunijne robi u siebie w domu, jak na faceta niezłe wyzwanie. Oczywiście, większość żarcia przygotuje babcia, ale i tak żałuję, że nie zobaczę, jak m ze swoim bratem szykują imprezę. Niewątpliwie będzie to ciekawy widok. Z drugiej strony, gdybym tam pojechała, to wszystko byłoby na mojej głowie, więc nie będę zbytnio rozpaczać… Wystarczą mi zdjęcia.
    Zaraz, kurwa, jak to zdjęcia?!
    AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    No tak, nie skojarzyłam dwóch faktów – albo m bierze aparat ze sobą albo ja i kumpela robimy sobie fotki.
    SZSZSZSZlag
    Ale przecież chyba w tych USA mają też aparaty? To po co mu mój aparat? Zwłaszcza taki duży i nieporęczny?
    Jak tu teraz dyplomatycznie odebrać mu aparat???????

    A on jest taki kochany, jak zobaczył wczoraj na stacji benzynowej „Mgłę” Kinga załączoną do gazetki, od razu mi kupił.
    I są obopólne korzyści – ja mam swój ulubiony horror, on za to będzie miał co poczytać w samolocie – CKM-a.

    No i mam jeszcze bardzo ambitny plan na te 10 dni – pomalować przedpokój. Na razie nie mam nawet pojęcia, jak to się robi, ale od czego są google, nespa?

    No to znikam, bom się znowu rozpisała.

    PS: Jeszcze jedo – co myślicie o poniższej sukience – mnie się strasznie podoba, kupić ją?

    No nie mogę wejść na fotobukiet, więc o sukience pogadamy w przyszłym tygodniu

    co to jest, ale mamy takich znajomych, co to ich bardzo lubię, ale jakoś mnie męczą i nudzą. No nie wiem, o co chodzi. Oni nas lubią, my ich, ale nie pasują mi za cholerę. Nudy, panie.
    I tyle na temat soboty, która była nudna i skończyła się parszywie.

    Za to w niedzielę wyrwałam się do kina, to znaczy zawiozłam Deedee z koleżanką na Hannę Montanę, a sama przeczytałam sporą część „Morta” T.P. Pojechałam kupić ciasto, przy okazji nareszcie dorwałam kapcie nadające się do noszenia. Co to cholera się stało, że producenci stwierdzili, że należy nosić kapcie – łapcie z odkrytymi palcami?! Nienawidzę takich „laczków”, jak mam ochotę patrzeć na własne skarpety, to mogę chodzić bez kapci. Wkurza mnie to.

    Pod wieczór wpadli państwo F. na kawkę no i doszło do porozumienia w sprawie wspólnej imprezy czterdziestkowej. Taki to rocznik (bardzo dobry zresztą), że nasz krąg znajomych wkracza w strefę cienia Karwowskiego. W związku z tym wynajmiemy wspólnie z F. dom i obsługę pod miastem, zrobią nam grilla, a potem zwalimy się na twarz w owym domu, gdzie kto trafi – na podłogę czy na łóżko, czy w kominku. Mamy wspólnych znajomych, z rodziny zaprosimy tylko rodzeństwo. Oj, będzie się działo……

    I nie mogę się już doczekać piątku – odwiozę m na lotnisko, wrócę na godzinkę do pracy, zabieram kumpelę i jedziemy do domu, w którym będzie tylko echo i Dexter, bowiem mamusia z Deedee również wyjeżdżają na weekend :-D

    Zapowiada się wielkie lenistwo, jak będzie ciepło to na tarasie, jak nie będzie ciepło, to przed tv, żeby nie zgnuśnieć, poćwiczymy z hantlami i brzuszki, bo rowerki niestety niewiele dają jeśli chodzi o oponki. Wieczorkiem zrobimy sobie sesję zdjęciową, to już będzie jej trzecia, moja druga. Muszę trochę poszukać inspiracji, pewnie tym razem weźmiemy się i za akt. Dextera zamkniemy na klucz w jego pokoju, żeby czuć się swobodnie :-)


    • RSS