batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 6.2009

    Po pierwsze – Dexter dostał się do drugiego wybranego przez nas liceum i w sumie chyba najlepiej się stało, bo do niego jest najlepszy dojazd, a liceum coraz lepsze z roku na rok. Ale jeszcze próbuję się dowiedzieć, jakie są szanse na tamto liceum, bo jest trzeci na liście rezerwowej. Chociaż tak naprawdę, nie jestem pewna, czy chcę go tam wepchnąć, bo będzie jednym z najsłabszych i co, jeśli sobie nie poradzi i powtórzy rok? (update: dzwoniłam, rozmawiałam z wicedyrektorem, poradził złożyć podanie i czekać. niech los zdecyduje, jak zadzwonią do września, to przeniesiemy go, jak nie – niech chodzi do tego liceum)

    Po drugie – Deedee na koloniach – cytuję – „nie uroniła jeszcze ani jednej łzy”.

    Po trzecie – nie ma już Michaela, nie jestem jakąś szczególną fanką, ale trochę szkoda, że największe talenty tego globu mają takie nieszczęśliwe i krótkie życie.

    Po czwarte – z tego wszystkiego dopiero teraz dowiedziałam się, że również wczoraj umarła Farah Fawcett – mój boszz, ja sobie w ósmej klasie przez nią grzywkę obcięłam i wyglądałam jak cocker spaniel, bo chciałam się do niej upodobnić. Trzeba przyznać, że do końca była piękną kobietą, a ten uśmiech…

    Po piąte – ten weekend będzie całkiem cichy i prawie bez gości, co jest u nas prawdziwym ewenementem, tylko dzisiaj przyjedzie mój brat z rodzinką na kawkę – przywitać się po powrocie z morza.

    Po szóste – jeśli ktoś jeszcze nie próbował, to koniecznie niech spróbuje zrobić ciasto kruche z truskawkami ze strony tej kobiełki – re-we-la-cja! Wyszło idealnie – nic się nie przypiekło, urosło co miało urosnąć, żadnego zakalca i nadaje się do różnych owoców i marmoladek. Mam nawet zdjęcie, jak przyniosę to pokażę. (Za taką reklamę to ja oczekuję dostawy trzech pudeł tiramisu na dziś, kobiełko ;-))

    Po siódme – właśnie mi perlla przypomniała, że nie palę już trzy miesiące :-)

    Jako że są wakacje, niektórzy muszą gdzieś upchnąc swoje dzieci, a niektórzy - zabrać je do pracy.
    Ja akurat nie muszę, ale mój kolega z pracy owszem. A ten kolega to też jest ciekawe zjwisko. Otóż – mój rocznik – 69. Zupełnie przypadkowo pracujemy razem, ale kiedyś to on studiował na jednym roku z moim m. I opowieści, jakie o nim krążyły, wydawały mi się wtedy mocno przesadzone. Niestety, okazały się prawdą. W sumie to on jest dla mnie nieszkodliwy, a nawet stara się być dobrym współpracownikiem. Ale jego rozmaite (ulubione słówko mojej teściowej) przywary dostarczają wielu akceleracji bicia serca. Na przykład – na swoją rodzinę (żona i trójka dzieci) mówi „darmozjady” – żona pracuje na pół etatu w budżetówce oraz na dwa etaty w domu – przy dzieciach i ma swoją działalność związaną z zawodem. Na swoich dwóch synów mówi „burki”. Jak przez telefon tłumaczy żonie, gdzie ma coś tam w domu przełączyć, żeby np. woda leciała jak trzeba, to robi to z taką niechęcią i pogardą w głosie, że nóż się w kieszeni otwiera. Dodam, że żona jest psychologiem, więc może to jej pomaga wytrwać z tym człowiekiem. Tylko dzieci szkoda.
    Dziś rano przyprowadził najpierw jednego „burka” do pracy i po obowiązkowej wiązance tekstów o darmozjadach wręczył mu segregator starych papierów do pocięcia i niszczarkę. W pewnym momencie była dłuższą chwilę cisza, więc F. wyszedł do magazynu i huknął „nie słyszę maszyny, pewnie się OPIERDALACIE!” (bo już doszedł drugi, młodszy „burek”). W końcu (co było do przewidzenia) wrzucili w niszczarkę za dużo lub papier ze spinaczami i zaczęła jazgotać. Poszedł naprawiać i huknął „Michu, ty to zawsze coś popsujesz!” 
    I teraz właśnie słyszę ciszę – naprawia pewnie :-)

    a to już środa.
    Trzeci dzień kolonii Deedee. Pierwszego wieczoru mogliśmy dzwonić tylko na komórkę jej koleżanki, ale koleżanka nie odbierała. Doczekałam się tylko SMSa, że wszystko w porządku i że Deedee jest cały czas z Zosią.
    Rano zaczęłam od telefonu na numer podany na kartce, gdzie miało siedzieć dyżurne dziecko i wołać do telefonu. Okazało się, że był to sekretariat szkoły i że na pewno mamy nie dzwonić na ten numer.
    No dobra, znowu próbuję na komórkę. Deedee jest na gimnastyce. Za 20 minut – je śniadanie. Za 20 minut – po długich poszukiwaniach koleżanka ją znalazła. No i tutaj rozpadłam się na tysiąc kawałeczków – nie tylko nie płacze w kącie, ale dowiedziałam się, że jest super, że poznała nową koleżankę Weronikę, z którą jest w pokoju, że pisze pamiętnik, że właśnie nie ma czasu rozmawiać, bo wrzuciły z Weroniką kalosze chłopaków do śmietnika i patrzą, co będzie.
    :-)
    Wieczorem zadzwonił do niej tatuś, po życzenia, i dowiedział się, że wstała bardzo wcześnie, o 6 rano. Przeraził się, że chcą nam dziecko wykończyć na wakacjach, ale nie – po prostu Zosia spadła z łóżka i wszystkich obudziła. Aha, a na obiad była pomidorowa z pieczarkami i omlety z ziemniakami… ??????

    Dzisiaj też już z nią rozmawiałam (musimy coś kupić Zuzi w podziękowaniu, że codziennie będzie biegać z parteru na drugie piętro z telefonem) – swoje rzeczy ponoć jeszcze ma w jednym miejscu, pani Marta jest super, wszystko jest super, pisze list do nas (zapakowałam jej trzy koperty ze znaczkami i adresami do nas, do dziadków i do cioci) i już musi kończyć, bo idzie na śniadanie. Jak będą grzeczni, to pójdą kąpać się w jeziorze.

    Całe szczęście, że przynajmniej jako taka pogoda na Pomorzu. Ale swoją drogą, to już ręce opadają. Jeszcze takiego czerwca to nie widziałam – rano 14 – 15 stopni, po południu góra 19, jak nie pada, to piździ.

    A propos piździawy – do Dextera przyjechał na dwie noce kolega ze szkolnej ławy ;-) – razem chodzili do szkoły w klasach 1 – 3. Wczoraj wieczorem poszli sobie zrobić ognisko przed domem, po drugiej stronie drogi. Wytrzymali przy tym ognisku pół godziny, bo wiatr wiejący z pola głowy im urywał. Trochę się bałam, że porwie to całe ognisko i rzuci nim o dom.
    Może już pisałam o tym, ale nie pamiętam – ten kolega był zawsze moją solą w oku, od pierwszej klasy podstawówki, bo to jest ktoś z rodziny bliskich znajomych mojej teściowej, mieszkaliśmy w mieście w tym samym bloku, Dexter i on bawili się razem pod balkonami. Kiedy skończyli pierwszą klasę, Dexter wypadł dobrze, ale bez wodotrysków, za to tamten z wyróżnieniami za wszystko – ładny zeszyt, konkursy matematyczne itd itp. Szlag mnie trafił dopiero, kiedy moja koleżanka, a jego mama z dumą powiedziała „właściwie to wszystko to moja zasługa i moja praca przez cały rok”.
    Wtedy uświadomiłam sobie, że byłam w błędzie przez cały rok, bo byłam dumna, że nie muszę ślęczeć nad zeszytami, pilnować robienia szlaczków, tłumaczyć, jak ułożyć zdanie z jakimś wyrazem.
    Przychodziłam z pracy, a lekcje już były odrobione i spakowane na jutro. Czaaaasem zajrzałam, żeby sprawdzić. Jeżeli szlaczek był krzywy, to kazałam zrobić drugi, prosty. A dwa szlaczki zamiast jednego to już był „niestaranny zeszyt”. Następne lata to już była moja totalna frustracja – kolega zawsze lepszy, zawsze wszystko na tip top, jego mama zawsze z zadartym noskiem i w kancik. Nawet po przeprowadzce zawsze docierały do mnie wieści, że znowu czerwony pasek i Kangury wygrywane. Potem chwila ciszy no i przejście do gimnazjum – my zostawiliśmy Dextera w tej szkole, w której był (nigdy się nie dowiem, czy słusznie), kolega musiał wybrać jakieś gimnazjum i poszedł do (ponoć) całkiem dobrego, a liceum już nawet wtedy zostało określone – piątka, czyli drugie w Metropolii. Bo jego mama też je skończyła.
    No i nadszedł koniec gimnazjum, egzamin i punkty. I jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Dexter uzbierał najwięcej punktów ze wszystkich swoich kolegów, papiery złożył do trzeciego w rankingu liceum, zaś ten kolega – nawet nie składał papierów do piątki, mimo że nie znał jeszcze wyniku egzaminu. Widocznie nie miał szóstek na świadectwie :-p
    Wiem, to bardzo niskie uczucie, ale jestem tylko człowiekiem i nie zawaham się użyć mojej podłej satysfakcji do poprawienia sobie nastroju :-)

    Swoją drogą, to tutaj psycholog miałby pole do popisu – może czyta mnie jakiś? Dlaczego zarówno w przypadku syna jak i córki znalazłam sobie kogoś do porównywania i moje kompleksy szaleją? Deedee pojechała na obóz z Zosią, czyli ta koleżanką, o której pisałam niedawno, że zawsze musi być we wszystkim najlepsza (cytat: „ja muszę się dużo uczyć, bo mama powiedziała, że muszę być najlepsza!”)
    Ale jak tu się nie wkurzać, jeśli ta koleżanka jest jeszcze do tego wszystkiego faworyzowana przez ich panią?! Od razu została gospodarzem klasy (pierwszego dnia, na rozpoczęciu roku tekst pani „no, chyba już wiemy, kto będzie gospodarzem, co, Zosia?”). Owszem, dziewczynka, jest bystra, mądra, wysportowana, ładna i pełna uroku, ale równocześnie tak się pcha do pierwszego rzędu, pierwszej pary itd., że chorobliwa ambicja jest widoczna bez lornetki spod Statui Wolności. Jeśli ja rozmawiam z Deedee i chwalę ją za coś, to natychmiast z boku słyszę „ja też najlepiej napisałam / ja też wygrałam / ja też byłam najlepsza…” Do tego dzisiaj rozmawiam z Deedee i mówi mi, że jest grupową, czyli zgłasza na apelu i przez telefon słyszę „ja też jestem!” Więc z uśmiechem acz przez zaciśnięte zęby pytam „o, to Zosia też jest grupową słyszę?” a Deedee mówi „tak, ja miałam być, ale Zosia tak bardzo też chciała być, że się zmieniamy”
    Międląc kurwy oddalam się do obowiązków służbowych.

    PS: JUTRO OGŁOSZĄ, DO KTÓREGO LICEUM KTO SIĘ DOSTAŁ.

    No wiecie co, jeszcze nigdy w życiu nie wyrzuciłam tak spektakularnie pół stówy w błoto!

    A mogłam sobie odkupić któryś kosmetyk, albo zawieźć dziecko na gokarty. Kurka wodna! Zachciało mi się przełamać stereotyp nudnej niedzieli i pójść z dzieckiem do kina. Tym starszym. Zresztą on wybrał. Nic nie zapowiadało katastrofy – tytuł zainteresował Dextera – „Antychryst”. Ja lubię horrory. Reżyser dobry (oglądałam jego dwa filmy i bardzo mi się podobały – chodzi mi o L. von Triera). Aktorzy świetni. Kumpela stwierdziła, że chyba też ma ochotę popodskakiwać w fotelu.

    Pierwsze ujęcie – walnęli po oczach zbliżeniem penisa wsuwającego się w pochwę. Lekko mną zatrzęsło – nie z powodu widoku narządów, tylko z powodu siedzącego obok mnie mojego SYNA. Ale myślę sobie – dobra, może tak na początek chcieli zaszokować. Potem małżeństwo, które właśnie się grzmociło (inaczej tego nie można nazwać) straciło dziecko – wypadło przez okno. On jest psychiatrą, postanawia osobiście poddać żonę terapii i jadą do obrzydliwej chaty w środku wstrętnego lasu. Temat całkiem ciekawy i można by z tego zrobić naprawdę fajny horror. No żesz rwał jego nać. Latanie z atrybutami płciowymi po ekranie przez dwie godziny, masturbacja, krew, pot i łzy, gwałt, wycinanie sobie tychże narządów.

    Trzy pary (z kilkunastu osób na sali) wyszły w trakcie, ja nie zdzierżyłam pod koniec i wywlekłam moje towarzystwo z kina. Kumpela zresztą już od pół godziny siedziała z zamkniętymi oczami.

    Wszem i wobec ogłaszam, że obłąkany Pan Reżyser stracił paru widzów, a na pewno mnie. A Willem Dafoe to chyba ma z sześćdziesiąt lat, czego nie widać, ale co go podkusiło grać w tym pornosie???

    I w sumie to można powiedzieć, że ten seans filmowy był ukoronowaniem ohydnego weekendu, w czasie którego spędziłam nudny piątkowy wieczór (dwa drinki i gapienie się w teledyski), taki sobie sobotni wieczór (do północy na tarasie u znajomych, zmarzłam jak sto diabłów), koszmarną sobotnią noc (tu już można spytać o szczegóły m). Jedynym światełkiem w tunelu było odkrycie kawiarni w naszym Wielkim Mieście Powiatowym, gdzie były takie desery, że jeszcze mi ślina cieknie, jak pomyślę. Przynajmniej tyle mogłam zrobić dla moich wczesnowakacyjnych dzieci. Deedee ostatni raz była na pływaniu. Potem w kawiarni, usmarowana gorącą czekoladą, wszem i wobec ogłosiła, że to piękny dzień, bo nie musi myć włosów. Dexter zapadł się pod ziemię :-)))
    A chodziło tylko o to, że zazwyczaj po basenie wracałyśmy do domu i trzeba było myć i suszyć te nieszczęsne włosy, a ona jest wtedy padnięta i marzy tylko o kanapie i bajkach.

    Potem do 22 pakowałam Deedee na kolonie. Dzisiaj m odstawia ją na autokar o 13.00. Strasznie długo się rano ściskałyśmy (wieczorem zresztą też). Spakowałam ją w dwie walizki, wiem, jestem stuknięta. Oby tylko wszystko dobrze szło.

    Nie płyną, bo pogoda.

    Ja pierdolę, wszystko już było załatwione, nawet Szwedka podobna do łysego Polaka.

    I babski wieczór w pizdu.

    I będę wstawała o siódmej i nie będę się użerała „załóż czapkę, kurtkę, komórkę zabierz, kanapki do plecaka…”

    M i babcia towarzyszą dziś Deedee w szkole na zakończeniu roku. W poniedziałek Deedee jedzie na 10 dni na obóz, nie wyobrażam sobie, żeby jej tyle czasu w domu nie było.

    jak zauważył wczoraj trafnie m, w domu przez weekend będą:
    dwie kotki – wiadomo
    dwie dziewczynki – do Deedee przyjdzie dziś koleżanka na „piżama party”, czyli malowanie paznokci i spanie
    dwie jeszcze całkiem sensowne babki – czyli ja i kumpela :-)
    oraz jedna matrona (czyli po mojemu stara baba, czyli teściowa)

    Męska część populacji wyjeżdża po południu i wraca w niedzielę nad ranem, mam nadzieję, że z kilkoma pudłami pełnymi dorszy. A w niedzielę na obiadek – dorsz w cieście piwnymmmmmmmm…….

    Na dzisiejszą piżamową kolacyjkę będą kanapeczki z szyneczką w kształcie serduszek, z powtykanymi parasoleczkami (które przydadzą się potem starszej żeńskiej populacji, do drinków)

    Trzeba przyznać, że ostatnio m bardzo się udziela, jeśli chodzi o opiekę nad dziećmi – dzisiaj poszedł na zakończenie roku, wieczorem zabiera Dextera na męską wyprawę, w poniedziałek zawozi Deedee na miejsce zbiórki kolonijnej (bo przecież kolonie muszą się zbierać o 13.00 w środku dnia roboczego). Potem pierwszego lipca będzie musiał postawić sprawy zawodowe na ostrzu noża, bo w robocie inwentaryzacja, a Dextera trzeba zawieźć do odległego o 70 km miasta do szpitala, na operację.

    W planach wieczornych – oprócz piżama party na pięterku u Deedee – oglądanie zdjęć z czterdziestki i obgadywanie wszystkich nieobecnych. Potem seans z „Diabeł ubiera się u Prady” i drinusie.

    Ach, no tak, miałam pokazać na chwilkę

    40latek w spódnicy

    batumi rogata

    oraz fikus mi zakwitł, zupełnie nie mając do czego nawiązać :-)

    Miłego weekendu.

    napiszę o Deedee. A raczej zacytuję dwie wypowiedzi.

    Wczoraj wieczorem myję jej włosy, a ona nachylona nad brodzikiem zwierza mi się.
    - A teraz powiem ci coś, co cię trochę zdenerwuje…
    - Noooo?
    - Mi trochę zależy na urodzie.

    Umarłam :-D Skąd to dziecko wnioskuje, że mnie to zdenerwuje? Z jednej rozmowy o brzydkim koledze ze szkoły???

    A drugi tekst dzisiaj rano. Ona myje zęby, ja się maluję.
    - A jak będziesz, mamo, starsza, to będziesz potrzebowała wszystkich tych kosmetyków?
    I widzę w jej oczach niepewność, czy czasem się nie obrażę za wspominanie o mojej starości a równocześnie zeza w kierunku półeczki z lakierami do paznokci.
    - Nie córuś, wszystko ci oddam.
    Ależ się przytuliła z wdzięczności.

    końca nie widać.
    Na 10 rano byliśmy umówieni do endokrynologa, przytyło się nadto synusiowi i teraz trzeba uważać.
    Nic dziwnego, jak się pochłania litry pepsi tygodniowo.
    Poza tym zostaliśmy potraktowani tak ekspresowo, że już bardziej nie można było. Dobrze, że zdążyłam przycupnąć na krzesełku i spytać o jedną rzecz z 10, o które chciałam zapytać.

    W tym samym czasie u Dextera w szkole rozdawali świadectwa, więc pojechaliśmy też odebrać. I tutaj znowu dał o sobie znać życiowy pech naszej rodziny – oczywiście na świadectwie był błąd, w dacie urodzenia, trzeba było czekać na nowe, potem na podpis Pana Dyrektora :-)

    Ze 145 punktów zrobiło się 142, bo moje syneczki były przeświadczone, że wystarczy po prostu powiedzieć „tak, byłem wolontariuszem” i już się ma 3 punkty.

    Ale i tak nie jest źle.

    urodził się w czwartek, ważył 4,55/62 cm. Obecnie 85/185
    Obyś w życiu miał dużo szczęścia, jak Twoja mama :-) 

    Ten, co jutro kończy 16 lat :-)

    uzbierał swoje punkciki do kupki, przeliczył trzy razy i wyszło 145

    Tak, proszę państwa, jestem bardzo z niego dumna.


    • RSS