batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 8.2009

    No i tak to

    1 komentarz

    wróciliśmy.
    Wyjazd był podporządkowany niby pokazom lotniczym, na szczęście nasza potrzeba wykorzystania tego czasu dla siebie była tak silna, że już od piątku intensywnie łapaliśmy wszelkie okazje do zwiedzania. Najpierw GPS głosem Marzeny poprowadził nas na Warszawę przez Grunwald. Jakoś nigdy tam nie byliśmy z m, więc się zatrzymaliśmy. Kupiliśmy dla syna sąsiadów miecz i szmatkę z kapturem i orłem na piersi (wielbiciel wszystkiego, co rycerskie). Zrobiliśmy sobie zdjęcia łąk i pól i przyrzekliśmy sobie, że w przyszłym roku musimy tam być na obchodach 600lecia. Już tam budują jakiś amfiteatr. Potem dłuuuugo jechaliśmy do Lublina. Przed Lublinem zatrzymaliśmy się na pierogi w starej Cegielni (podobno najlepsze pierogi w województwie, tak wyczytałam w internecie). Owszem, były dobre i niedrogie, ale sama restauracja pozostawia wiele do życzenia – kibel śmierdzi jak na dworcu – a jest na samym wejściu, więc wrażenie pierwsze takie sobie. Sam budynek rzeczywiście był cegielnią i ciekawie to wyglądało. Zdjęcia będą później.
    Do samego Lublina niestety już nie dojechaliśmy, najpierw zahaczyliśmy o kolegę, u którego mieliśmy nocować i zrobiła się 19.00. Majdanek przeszedł nam koło nosa, jak również żydowska restauracja na Rynku. Ale za to na 21.00 pojechaliśmy na pokaz balonów do Nałęczowa. To było bardzo widowiskowe – ciemno, muzyka J.M. Jarre’a, dziesięć olbrzymów stojących na trawniku parku zdrojowego i rozbłyski ich palników gazowych. Mam fajny film, jak świecą w rytm muzyki. Skończyło się to ok. 22.00 i nagle okazało się, że jesteśmy dwadzieścia parę kilometrów od Kazimierza Dolnego. Pojechaliśmy więc zobaczyć rynek i starówkę. Pogoda była wspaniała – cieplutko, gwar ludzi siedzących w kawiarniach, Wielki Wóz wiszący nad czarnymi falami Wisły… Ale ze mnie poetka.
       Spotkanie po latach z kolegą było trochę zaskakujące i trochę smutne. Poznałam jego i m równocześnie, w Sylwestra 20 lat temu. Przyjaźnili się dość mocno w czasach liceum. A dzisiaj – nie wiem, dlaczego, ale mieliśmy wrażenie, że ich kompletnie nie interesowaliśmy. Owszem, byli bardzo mili i gościnni, ale to trochę dziwne ani razu nie zapytać „co robisz”, „gdzie pracujesz”, „ile masz dzieci” itp… O sobie owszem, opowiadali, ale byli zupełnie zamknięci na otoczenie. W te wakacje mieliśmy już do czynienia z jedną taką parą – zupełnie inne losy, ale takie samo skupienie tylko na sobie. Ten kolega spod Lublina akurat zawsze był nieco… dziwny – jeśli mówił cokolwiek, to mówił o samolotach, broni, ogólnie o militariach. I tak mu zostało. Jak stwierdziliśmy z m – jego 14 letni syn musiał zainteresować się tym samym, jeśli chce mieć jakiś kontakt z ojcem :-) Niemniej bardzo nam było smutno, tym bardziej, że G przeszedł w zeszłym roku potworną chorobę.
    Potem już trzeba było się położyć, żeby rano wyruszyć do Radomia. Nie muszę chyba mówić, że pogoda była jak dzwon. W piątek słoneczko, cieplutko. W niedzielę troszeńkę chłodniej, ale słonecznie. Za to jak zaczęliśmy się zbliżać do Radomia – pokazała się lekka mżawka, stopniowo narastająca i chwilami przygasająca. Nie muszę chyba również wspominać, że nie wierzyłam Jarkowi Kretowi i nie zabrałam parasola ani kurtki. Zresztą stwierdziłam, że jak ma padać, to i tak mam w dupie cały ten „ChujShow” *
    Za parking na trawie pod jabłonką ściągnęli z nas 10 zł. Czy przedstawiacie sobie, ile to jest forsy? Za te setki samochodów?
    Weszliśmy na lotnisko. Mam sporo zdjęć tego, co stało na ziemi i parę razy przeleciało nad głową. Napiliśmy się kawy i poszliśmy przyjrzeć co tam ciekawego na płycie lotniska. I wtedy lujnęło. Wszyscy biegiem ruszyli pod parasole i do jedynego otwartego hangaru. Prawie dwie godziny staliśmy w ścisku, przemoczeni, czekając, że może się coś zmieni. W końcu powędrowaliśmy do samochodu. Na pamiątkę kupiłam dla Deedee różową chińską różdżkę – świecącą na 4 sposoby.

    * Taki tekst wymsknął się spod nosa emowi, kiedy wracaliśmy skacząc przez kałuże i grzęznąc w błocie do samochodu.

    Potem już tylko jechaliśmy do Warszawy trzy godziny – bo korki, bo wszyscy wracali z air show, bo czteropasmowa droga została w połowie wyłączona z ruchu, bo deszcz… Nie pomogły mi na nastrój nawet dwa porządne drinki, które po drodze wypiłam.

    W Warszawie przenocowaliśmy u K i A, oczywiście popiliśmy, pogadaliśmy, wyspaliśmy się i w niedzielę ruszyliśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego, które to jest bardziej wystawą multimedialną niż muzeum. Ale bardzo mi się podobało – że można wszystkiego dotknąć, pokręcić, przymierzyć się, posłuchać, obejrzeć. Zbieraliśmy kartki z kalendarza, a w tym czasie w Radomiu samolot się rozbił. Wszystkie atrakcje mnie ominęły.

    Kanały w muzeum nie podobały mi się. To według mnie (i m) jest robienie z poważnej sprawy infantylnej rozrywki. Uważam, że jeśli już chcieli, to powinni zrobić „okno” do prawdziwego kanału, z błotem, gównem i szczurami. A nie korytarzyk do zabawy w małego powstańca.
    Bardzo duże wrażenie robi monument i odgłosy z kanałów, których można posłuchać przez otwory porobione w monumencie. Na pewno jeszcze jak będę miała okazję, to tam wrócę. A teraz bardzo bym chciała przeczytać książkę, która była moją ulubioną w dzieciństwie. No i mam pomysł na prezent dla m.

    Co jeszcze? Jeszcze zahaczyliśmy o B, który właśnie znowu się pożarł ze swoją kobietą. W piątek zamienili jego dom w ruinę, ponoć była to największa jak dotąd jazda z jego udziałem, pogotowie itp. W sobotę wizyta byłej żony w domu. W niedzielę znowu kłótnia, obje wypili, pokłócili się, ona wsiadła w samochód i ruszyła do domu (do Trójmiasta), pod Płońskiem zaczęła do niego wydzwaniać, on zabrał się z nami i ruszył na białym koniu ratować ją spod tego Płońska. Boszz.
    Jeszcze raz uświadomiliśmy go, że jego widujemy bardzo chętnie, ale kiedy są we dwoje, to niech się trzymają od nas z daleka.

    I to by było na tyle. Koniec wakacji, jutro znowu muszę się zwolnić, żeby być z Dexterem na rozpoczęciu roku. Jeszcze podręczniki Deedee dotrą i będzie prawie wszystko gotowe.

    M mi kupił

    2 komentarzy

    na wyjazd 8 buteleczek różnych Breezerków :-)

    Oj, będzie się działo.
    Szkoda, że kumpela się kafelkuje, bo tak jechać samej na tylnym siedzeniu, z takim nabojem…

    I mam ambitny plan czytelniczy w czasie tej podróży!

    Życzcie mi, żeby czasem w Radomiu nie latali nisko i powoli :-D

    Majanko, jagodzianki w końcu zrobiłam, ja nie jestem zachwycona, ale nieudawany zachwyt Deedee i paru innych osób świadczy o powodzeniu eksperymentu. Zdjęć nie robiłam, bo i tak takich ładnych jak Ty nie potrafię.
    Ja też pamiętam, jaka byłam i w głowie mi się nie mieści takie nachalne latanie za chłopakiem. Ech, dzisiejsza młodzież :-)

    Neskavko – Slumdoga POLECAM. Zawszeć to coś innego.
    Meble są oczywiście porządne, ale jak na dokończenie przedpokoju to nadal spora sumka. Zastanawiam się. Zresztą mam jeszcze dużo czasu, bo nadal czekamy na prowadnicę do drzwi przesuwanych – zamawiałam 1,80; Leroy zamówił u producenta 2,70, a dostaliśmy przy odbiorze 1,50. Reklamacja miała być załatwiona do końca tego tygodnia, wczoraj okazało się, że zmienili sobie na zamówieniu termin na 15 września.
    Rozmawiałam z mamą tej dziewczynki kiedy chciałam wybić im z głowy wizytę u nas. Bardzo sympatyczna kobietka, w moim wieku, nic do dodania. Wszystko fajnie, tylko czy ona sobie naprawdę wyobraża, że oni tylko by się za rączki trzymali?! Z tego. co widzę, młodzież gimnazjalna uważa się za baaardzo doświadczoną i dojrzałą, a oni byliby u nas w domu nie do upilnowania – poszliby na „spacer” i tyle byśmy ich widzieli. A jeszcze do tego musiałaby przez pół Polski wracać sama pociągiem. Nie wiem, mnie się to w głowie nie mieści.

    I tyle na ten temat.

    A w dzisiejszym metrze dużo fajnych artykułów – ku pamięci – przeczytać Michała Witkowskiego – Lubiewo, Fototapeta, Margot. Idę sobie poszukać na jutubie, może znajdę Charlotte z Johnnym w scenie z tamtego filmu.

    W piątek nie musiałam jechać do rodziców, wróciłam więc do domu i z nadmiaru szczęścia odechciało mi się robić to wszystko, co ciągle odkładam ze względu na brak czasu. Ale potem pozbierałam się w sobie, kumpela zaesemesowała, że jedzie do nas autobusem, więc wyszłyśmy z Deedee na przystanek i na lody przy okazji. Po drodze wkręcałam Deedee, że ma przyjechać pewna pani i ją obejrzeć, czy nadaje się na córeczkę dla niej. Taka duża panna, a jednak niepewność miała wypisaną na twarzy :-) Namawiałam ją, a ona nie chciała słyszeć. W końcu mówię:
    - No weź, wiesz ile ona chce zapłacić? Garaż sobie za to wykończę. A córeczkę zawsze mogę urodzić następną.
    Na co Didi groźnym tonem:
    - Nigdy więcej tak nie mów.
    Za chwilę przed nami zatrzymała się samochód i zaczęła się z niego gramolić stara, gruba, wielka baba. Żebyście widziały minę Deedee – bezcenne :-D

    Potem wrócił m z zakupami i przywiózł 7 kg pomidorów. A więc cały weekend jedliśmy pomidory – faszerowane jajkiem, faszerowane mięsem i ryżem, jajecznica ze szczypiorkiem i pomidorami… Pychota.

    Sobotę postanowiłam spędzić aktywnie – zabrałam Deedee i kumpelę, żeby się popluskały w Aquaparku, bo mi się karnet zmarnuje, który dostałam na 40tkę. Trochę byłyśmy skacowane, więc było to spore wyzwanie. W sumie zajęło nam wszystko 7 godzin. Oprócz Aquaparku zahaczyłyśmy sklepy meblowe – kumpela załatwiła sobie transport kanapy do domu, a ja szukałam szafki i wieszaka do przedpokoju. Znalazłam, ale sumka niezła – za jedną szafkę na buty, kuferek na kapcie i wieszak wyjdzie ok. 1500. Muszę to jeszcze przemyśleć. Wypożyczyłyśmy też filmy na wieczór – Sikorskiego dla m i dla nas – Slumdoga (no jeszcze tego nie widziałam, co poradzę). Skatowane wróciłyśmy do domu. Sikorski okazał się totalną nędzą, żeby nie m, to poddałabym się po 10 minutach. Wszystko dzieje się albo w nocy albo w podziemiach – słabo oświetlonych. Chyba żeby nie było widać nędzy ujęć i gry aktorskiej. Temat niby znany, a jednak za cholerę nie można było zrozumieć połowy scen – kto to jest, co robi, o czym mówi i jaki to ma związek z Sikorskim.
    Za to potem……… Wbiło nas w fotele. Slumdog jest… inny. Zrobił na nas wrażenie, prawie takie, jak „American beauty”, a to jest naprawdę komplement. Świetnie zagrali, ciekawa historia, niezwykłe widoki i bardzo zgrabne nawiązanie do Bollywood. No i muzyka. Muszę mieć. Wystarczy powiedzieć, że zapomniałam jak od drugiej po południu marzyłam o położeniu się spać.

    Na tym nie koniec.
    Niedziela zaczęła się leniwie – rodzinka w kościele, my z kumpelą jemy śniadanie i omawiamy kolor ścian. Potem m jedzie po Dextera, który wrócił z tygodniowej wizyty u koleżanek w BP. W drodze powrotnej zabierają od kumpeli fotel i biurko, których ona chce się pozbyć przed remontem. Ja chcę upiec jagodzianki, ale zasyfiona podłoga (teściowa robiła przetwory) mnie dobija, więc się biorę za sprzątanie. M nauczony doświadczeniem, że nie warto siedzieć, kiedy ktoś inny zasuwa, postanawia umyć cokół w meblach kuchennych – tę taką listwę na dole. Wszystko idzie gładko, dopóki się nie bierze za listwę pod wyspą – taką szafką na środku kuchni, na której mamy płytę ceramiczną. Szafka się zawala, na moich oczach na m zjeżdżają gary z obiadem, na szczęście zimne. Pokrywka szklana ocalała, o dziwo, płyta również. M zabiera się za naprawę, skrzynka z narzędziami okazała się być złośliwą i została u kumpeli. Ale że my niczego nie wyrzucamy – jakoś tam sobie radzi. O 22 padł – znaczy się usnął nad książką (dałam mu Pratchetta – spodobało mu się, o dziwo!). Ja już miałam podążyć jego śladem, kiedy niechcący włączyłam Ale Kino! i trafiłam na film.
    No i wsiąkłam. Charlotte fascynuje mnie już od dość dawna, a ja trafiłam na scenę, gdzie ona i Johnny Depp słuchają piosenki. Scena tak przejmująca, że wtedy już musiałam obejrzeć to do końca. Świetny film. Polski tytuł: „I żyli długo i szczęśliwie”.

    PS: W opisie hekatomby kuchennej pominęłam oczywiście opisy dźwiękowe, jakie towarzyszyły temu wszystkiemu :-)

    A co do piosenki – parę godzin wcześniej kumpela powiedziała, że nie miała z kim jechać na koncert Radiohead (słuchamy zupełnie różnej muzyki). Mnie się ta nazwa obiła czasem o uszy i spytałam, czy znam jakąś ich piosenkę. Stwierdziła, że musiałam parę słyszeć. A tu proszę – wieczorem patrzę na Charlotte i Johnnyego, jak w obłędnej scenie słuchją „Creep” i pokazują sobie okładkę (tę pośrodku). I już wiem, że tę płytę również muszę mieć.

    I tak to sobie spędziłam weekend.

    Osobnym zupełnie tematem okazał się wyjazd Dextera, na którym to przeżył (i nadal przeżywa) swoją jak dotąd najgorętszą miłość. W piątek trochę zaskoczył mnie telefonem i pytaniem, czy może zaprosić do nas na parę dni koleżankę. Na szczęście rękę na pulsie trzymali nasi przyjaciele, u których Dexter przebywał. Po rozmowie z nimi i z mamą tej Gabrysi (na drugi dzień) ustaliłam, że ten ostatni tydzień wakacji jest już niestety zaplanowany inaczej i nie bardzo jest w tym wszystkim miejsce na wakacyjny romans. Dlaczego na szczęście? Bo dziewczyna jest tak egzaltowana i niepoczytalna, że nie wiadomo, jak by się to skończyło. Ma 15 lat, a już przeżyła „wielką miłość” z próbą samobójczą. Jest koleżanką E i P, do których pojechał Dexter, a po kilku godzinach znajmości już się całowali i nie mogli bez siebie minuty przetrwać (zwłaszcza ona, z tego, co słyszałam). Dexter czuje ogromną potrzebę porozmawiania z kimś o tym, zaczął w samochodzie z m, ale m (jak to on) z właściwą sobie delikatnością pokazał mu za oknem, ile „tego kwiatu” chodzi po ulicach.
    A potrzeba była tak ogromna, że przyszedł w końcu i do mnie. Pokazał zeszyt, który ona przez całą noc przed pożegnaniem zapełniała wyznaniami, opowiedział, co o tym wszystkim myśli i zapytał o radę.
    Rozmawialiśmy (w przerwach między podawaniem m młotków i śrubek) i na szczęście okazało się, że doradziłam mu to samo, co B – czyli mama E i P, czyli poczekać i zobaczyć co będzie. Dać sobie czas.
    Niestety, ona mu za bardzo tego czasu nie daje, szlocha w słuchawkę, bombarduje smsami. Nie wiem tylko, czego ona oczekuje? Że Dexter rzuci szkołę i dom i będzie ją trzymał za rękę? Pewnie tak. Pewnie ja też byłam taka w tym wieku.

    że następnego wieczoru postanowiliśmy to powtórzyć. W wyniku tego mamy pomalowany przedpokój i wszelkie inne potrzeby zaspokojone ;-)

    Niestety, co się polepszy, to się popieprzy. Następnego ranka okazało się, że tacie całą noc ciekło spod płytki, jakoś sobie to tam zabezpieczył, bo ja mogłam wyjść z pracy dopiero o wpół do trzeciej. 3/4 doby z odchodami na skórze zrobiło swoje – utworzyły się małe ranki, które trudno umyć i ponownie zabezpieczyć przed przyklejeniem następnej płytki. Skóra nie oddycha i nie ma jak się zagoić. Błędne koło.
    Wszystko udało mi się bardzo sprawnie wymienić, pierwszy raz w życiu. Niestety, przed wyjściem zobaczyłam, że znowu to samo. K..wa. Za drugim razem pieprzyłam się z tym godzinę i wyszłam przekonana, że i tak mi się nie udało tego zrobić jak trzeba.
    Miałam rację, dzisiaj znowu to samo. Niedługo ma przyjść pielęgniarka, może ona coś poradzi. Jeszcze do jutra muszę sobie radzić sama, potem wraca siostra.
    I tyle, nie jest to przyjemny temat, ale piszę, żeby pamiętać.

    Deedee wróciła z Gdańska zadowolona, miała koleżankę, dzisiaj przyjedzie na cały dzień następna, klasowa. Była na wieży widokowej w Oliwie, na Mozartianie, oglądała rzeźby na plaży. Jak na dwa dni, to nieżle. A, podcięła sobie grzywkę u fryzjera.

    Nikt się nie przyznaje do wizyty na airshow 2009? Wiem, że ci, co mają blisko, z Płocka, to akurat będą świeżo po szpitalu, ale może kto inny? Kupiłam stopery do uszu :-). Może uda mi się nawet książkę poczytać?
    A co do lektury – stare dobre czasy po części wróciły – czytam równocześnie „Rio Anaconda” Cejrowskiego, „Worek kości” Kinga, „Dogonić tęczę” F.Flagg i „Gonić króliczka” Zaczyńskiej.
    Zamierzamy również zobaczyć w piątek Lublin. Ile to jest kilometrów? Dżizas – prawie 500. 6 godzin jak nic. Muszę wziąć więcej książek. Aparat opróżnić i naładować! Świniom, kurom dać…

    a zaraz echo po wsi się niesie…

    Ja chcę więcej takich wieczorów!
    Ale było pięęęęęęknieeeeee….
    Kiedy wróciłam od rodziców, na stole czekały pięknie podane dania z chińskiej restauracji, wino i róże. Już to samo by wystarczyło :-)
    W domu cisza, tylko z przedpokoju dochodził miarowy szmer pędzla – m malował ściany. Pełnia szczęścia. No, prawie.
    Po degustacji wskoczyłam pod prysznic, potem wysmarowałam się czekoladową Sephorą. W oczekiwaniu na m zrobiłam kanapki do pracy, w stroju dosyć niecodziennym…
    A potem włączyliśmy sobie ChilliZet i robiliśmy różne fajne rzeczy…
    Fajne było również to, że potem sobie rozmawialiśmy. O tym, że pojedziemy na airshow do Radomia, przy okazji kogoś odwiedzimy, o książkach, które teraz czytamy, o serialach, które lubimy…
    A nie o dzieciach i śmieciach!

    PS: dzisiejszy wpis najwyraźniej sponsoruje sephora, bo jej galaretka do masażu również odegrała sporą rolę (polecam, ślicznie pachnie i fajnie się rozprowadza…)

    Szkoda, że taki dzień, kiedy w domu jesteśmy sami, zdarza się tylko raz w roku.

    kij wam w oko.
    Piszę do siebie.

    Na parapecie w naszej sypialni stoją dwie książki o wychowaniu dzieci (ciągle mam nadzieję, że je przeczytam w końcu). Jedna z nich to „Jak mówić, żeby dzieci słuchały…” itd.
    Któregoś wieczoru kończę czytać Deedee książeczkę, a ona pyta, czy może jeszcze trochę poczytać w naszym łóżku.
    - A co chcesz czytać?
    -A tam jest taka fajna książka o dzieciach. A rozdział drugi to moje marzeeeenieeee…
    Trochę mi zmroziło krew w żyłach. Zajrzałam – rozdział drugi – „Zachęcanie do współpracy”.
    Czyli nie krzyczymy „Ile razy mam ci mówić, żebyś zgasił światło w łazience jak wychodzisz?!” tylko opanowanym głosem „Światło, kochanie” (pierdu pierdu, ja jestem niezwykle cierpliwą osobą, ale…)
    No dobra. Poczytała, poszła spać.
    Na drugi dzień siedzi przy stole, stopy gołe, jak zwykle. Przechodzę, biorę kapcie leżące nieopodal i naśladując głos potwora z głębin ryczę „kaaaapcieeee!” i trzaskam nimi o stół.
    Pokręciła głową i cichutko:
    - Musisz poczytać ten poradnik…
    - Tak, a co powinnam powiedzieć? – sprawdzam, czy zrozumiała, co czytała.
    - Deedee, kapcie.

    Kurtyna.

    Byłyśmy z Deedee w kinie na świnkach morskich – dopiero w niedzielę. Trzeba przyznać, że Multikino nieźle sobie liczy za seanse 3D (dlaczego w Trójmieście nie ma IMAXa?!). Wyjście dwojga dorosłych z jednym dzieckiem i popcornik – stówka pęka. Byłam z kumpelą – m został w domu, bo nie chciało mu się. Zrobiłyśmy sobie zdjęcie – dwie lesby z nieletnią w okularach 3d :-D

    Cieszę się, że jednak nie byłam na koncercie Madonny – mam jej koncert londyński na DVD, a cała otoczka takich wydarzeń mnie odrzuca - tłum, brud, głód, zmęczenie, hałas, mozolny dojazd i koszmarny powrót do domu. To ja już wolę sobie włączyć w domu, na dużym ekranie, z drinusiem i w dobrym towarzystwie. I wszystko widzieć, co przy moim wzroście siedzącego psa też ma znaczenie. Znajomi byli i opowiedzieli mi szczegóły. Przypuszczam, że jak wrócili do domu, to czuli się podobnie jak ja – po nocy spędzonej na pogaduchach z drinkiem i kumpelą, po całym dniu w upale, z oczami na zapałki.

    M odwiózł w niedzielę wczesnym rankiem Dextera na pociąg – pojechało dzieciątko w odwiedziny do koleżanek w BP. Jutro za to babcia i Didi wyjeżdżają na trzy dni, więc chata wolna – w planach sex z krzykiem ;-) Daaaawno nie było okazji…

    M przynajmniej pomalował drugi raz sufit – nawet na tyle nie liczyłam.

    Szwagier w usa dostał stałą pracę – nareszszszcie… Może coś się jednak zmieni? A jego była pojechała na Florydę do następnego frajera – stary, łysy i brzydki – oby została z nim na zawsze.

    Siostra przed wyjazdem na urlop zmieniła tacie płytkę, więc na razie wymieniam mu tylko woreczki. Mam dużo szczęścia – za ostatnim razem przykleiła płytkę tak dobrze, że chyba dotrwa do wtorku – środy. Potem będzie masakra – zmienię pierwszy raz sama i nie ma zmiłuj – jak będzie źle zrobione, to trzeba będzie zmieniać i przyjeżdżać znowu. Siostra wczoraj dzwoniła, ale nie słyszałam, potem napisałam jej, że wszystko ok i ma odpoczywać. Niech nabiera sił na następne miesiące, bo wszystko jest na jej głowie. Odpisała, że mnie kocha :-) więc chyba rzeczywiście odpoczywa.

    Ten weekend zapowiada się spokojnie. Za to na następny kupiłam bilety na Airshow w Radomiu – dla nas i Dextera. Będzie się działo. Cholera, pamiętaj kupić stopery do uszu!

    Sprawa jest poważna, śmiertelnie poważna, zwłaszcza dla Deedee.
    Męczy od jakiegoś czasu, żeby jej kupić Sims 3.
    Ma 8 lat, gra jest od 12.
    Nawet jeśli m się zgodził, to i tak ja nadal uważam, że nie. (tak, z konsekwencją, lojalnością i podważaniem autorytetu plasujemy się na ostatnim miejscu – no, za nami jeszcze stoi niejaki Fritzl) I tłumaczę jej na okrągło, że jeszcze troszkę, że psychologia i w ogóle…
    Wczoraj męczyła m.
    Dzisiaj dzwoni do mnie.
    „Czy rozmawiałaś już z tatą na temat Sims3?”
    -Tak, rozmawiałam.
    „I kto wygrał?”

    Zarezerwowałam miejsca na Załogę G w 3D. A co.

    Jestem, jestem, nawet kolejne notki powstają w mojej głowie, tylko nie mam czasu ich przelać na papier. W czwartek i piątek wzięłam urlop – po trosze żeby odwiedzać tatę w szpitalu, a także, żeby zająć się trochę gośćmi. Udało mi się nawet troszeńkę poprawić solarnianą opaleniznę. Głównie na własnym tarasie. Fajna rzecz taki taras… Byliśmy też w Szymbarku, ale do odwróconego domku nawet nie próbowaliśmy wejść. Kolejka na dwie godziny. Za to złowiliśmy sobie pstrągi na obiad i zwiedziliśmy mnóstwo innych ciekawych miejsc. Trzeba przyznać, że właściciel ma łeb na karku i kocha swój region. Niektóre akcenty niewesołe (dom Sybiraka czy pociąg na Syberię), ale warto zobaczyć. Na pewno nikt się tam nie nudzi.

    Tatę w końcu zoperowano i założono woreczek, do którego conieco wpada. Trzeba te woreczki wymieniać, co nie jest wcale proste, owszem, można się nauczyć wszystkiego, ale moja refleksja jest taka – nie daj boże chorować w tym kraju. Nasza służba zdrowia coraz bardziej schodzi na psy.
    W poniedziałek wypchnęli go do domu (żeby nie moja siostra to wróciłby do domu z niezdjętymi szwami i receptą na zastrzyki przeciwzakrzepowe w ręku), zresztą na własny koszt, bo CHODZI (tak, jak się go postawi na nogi, to przejdzie 5 kroków).
    Wieczorem musiałam mu zrobić zastrzyk – może dla innych to pestka, ale ja to jeszcze przeżywam. Nie przypuszczałam, że wbiję kiedyś komukolwiek igłę i coś tam wtłoczę.

    W związku z powyższym nie mam czasu zająć się własnymi dziećmi. Deedee jest potwornie stęskniona, za mną i m, wczoraj aż mi się serce ścisnęło, jak podjeżdżałam do domu i zobzczyłam ją jak stoi na środku drogi, moja chudzina zielono – żółta, i macha mi ręką, żebym nie przejechała jej mapy Polski, którą zrobiła na drodze. A na tej mapie – Sobieszewo, nasza wiocha, sąsiednia wioska, Warszawa i Kraków. Jak powiedziałam, żeby chociaż Gdańsk dorobiła, to się zmartwiła, że nie da rady. Przypomniałam jej, że niejakiemu B zajęło 7 dni stworzenie całego świata, ale chyba jej to nie pocieszyło. Po wieczornej porcji czytania i przytulanek spytała, czy dzisiaj też późno wrócę.

    Dexter miał przez weekend kuzyna, a w poniedziałek wyjedzie na tydzień do BP. Większość podręczników udało się kupić używanych. Byłam nawet zdziwiona, że nie protestował, bo spodziewałam się, że będzie się wstydził w nowej szkole pokazać z podniszczonymi książkami. Cóż, gdyby szanował je trochę, to nie szkoda by mi było forsy na nowe. Nadal nie wiem, czy jakieś ćwiczenia muszę mu kupić.

    Kumpela urządza swoje mieszkanko, które jest całkiem fajne. Najważniejsze, że ona tam się czuje dobrze Zamówiła kanapę narożną, ale jej zazdroszczę. Nasza kanapa ma już dziurę i zapadła się w dwóch najbardziej używanych miejscach. Też należałoby nową zamówić. Tylko za co?

    No właśnie – pieniądze. Ostatnio żywy temat w moim stadle. Szwagier pożyczył od naszego kumpla pieniądze, oddać nie ma jak a kumpel też forsą nie sra i trzeba mu  było oddać. Kiedy my się doczekamy – nie wiadomo. W tym samym czasie czlowiek znany emowi tylko służbowo zwrócił się do m z prośbą o pożyczkę. A potem się rozchorował i powiedział, że nie jest w stanie na razie oddać. Tylko my musimy być w stanie to przeżyć. Jeszcze jedna katastrofa tego typu i możemy ogłaszać bankructwo.

    Co jeszcze? A, no tak. Od maja w naszym przedpokoju zalegają drzwi przesuwane. Od dwóch tygodni w schowku leży torba z wszelkimi akcesoriami potrzebnymi do pomalowania przedpokoju, łącznie z farbami. Tylko chęci w narodzie jakoś nie widać. Ja to bardzo chętnie bym zrobiła, ale z kimś, kto się zna choć trochę na malowaniu. Dexter też odłogiem leży, mógłby pomalować. We dwoje szybciej, we troje jeszcze łatwiej. M kiedyś malował mieszkania, więc ma pojęcie, tylko w domu mało bywa. A poza tym to on najchętniej by komuś zapłacił i z głowy. Ale obecnie nie ma forsy…
     Wczoraj w końcu się wkurzyłam i zagoniłam dzieciary do wynoszenia z przedpokoju klamotów do garażu. Kto by pomyślał, że takie małe pomieszczenie zmieści w sobie tyle rzeczy? To było najłatwiejsze. Potem z Dexterem umyłam ściany i sufit. I się zmęczyłam. A potem m przypomniał mi telefonicznie, że żeby pomalować, to trzeba wyrąbać kawałeczek kafelka przy ścianie w dwóch miejscach. I ręce mnie opadli. Mamy takie pancerne kafelki, że przewiercić się przez nie nie można.
    Nic to, dziś wróci m i go zagonię do roboty. Musimy to zrobić, bo już kumpela się śmiała, że chyba prędzej ona będzie miała zrobione mieszkanie.

    Dobra, przetrawiłam temat wyrąbywania kafelka, potrzebuję teraz tarczy diamentowej. Ma ktoś?

    Oprócz tego wszystkiego, będąc u rodziców chciałam przy okazji mycia naczyń troszkę opróżnić blat kuchenny z popierdółek. Skończyło się to tak, że zdarłam sobie skórę z dłoni, wyrzuciłam 3 worki śmieci i wywiozłam do siebie dwie siaty pierdółek. Chodzi o to, że moja mama nie jest brudasem, wcale a wcale, tylko z wiekiem pogłębiła jej się skłonność do nie wyrzucania czegokolowiek oraz zamiłowanie do wszelkich pudełeczek, pojemniczków, miseczek, podstaweczek, pokryweczek i chujwicojeszcze. I to wszystko jest porozstawiane po wszystkich możliwych powierzchniach. Na stole leży obrus, na nim cerata, na niej te takie prostokątne podkładki pod talerze, na tym wszystkim różne żaroodporne podstawki, na nich miski i pojemniki, słoiki, a w nich dopiero np. jabłuzko, wiórki kokosowe, wafelki, miód, itd.
    Albo na wszelkich haczykach poprzyklejanych do ścian torebki foliowe, a w nich – pozawijane w woreczki zresztą – przepisy na się nie starzenie, na kurację czosnkową, o zaletach wosku pszczelego, jak upiec pieczeń huzarską. Na to wszystko powieszone ściereczki, rękawice kuchenne itd.
    Albo: pod stołami i biurkami, za łóżkami i szafami, za firanami i pod parapetami, na szafach i w różnych pufach – książki, czasopisma, wycinki z gazet, akcesoria do szycia, zabawki starsze ode mnie, ściereczki, szmateczki. Gazety i czasopisma to osobny temat. Kupują np. po dwie Angory (dla siebie i mojego szwagra, swoje potem oddają mojej teściowej). Goście Niedzielne dla moich dzieci. Życie na Gorąco – jak są dobre rady (a zawsze są) to kupują jeszcze dla mojej teściowej i dla mnie, dla bratowej i siostry, z odpowiednią adnotacją na okładce „str. 9 Batumi przeczytaj koniecznie o skoliozie u dzieci!!!” Kolejne odcinki dodatków do Rzeczpospolitej i Wyborczej – przewodniki turystyczne, Piłsudski, wielkie bitwy, atlas kulinarny Pomorza……….
    No i członkostwo w Świecie Książki. Mają złotą kartę. A my mamy już niektóre egzemplarze po dwa. Ileż to pieniędzy! I nie wiem, co lepsze – mówić, że nic nie chcemy i nie potrzebujemy – to kupuje nam książki, których nie potrzebujemy (np. m dostał już chyba z pięć savoir-vivrów, ciekawe, dlaczego ??? ;-)) Jak zaznaczę, co bym chciała – dostanę to zaraz, bez żadnej okazji, a na urodziny i tak dostanę pińdziesiąty pionty poradnik albo wspomnienia z kresów. Jak już wybiorę z tego, co kupiła (np. ostatnio Bikini Wiśniewskiego, chociaż go wcale nie lubię, ale chciałam mu dać jeszcze jedną szansę, skoro już mi sam włazi w ręce), to się bardzo ucieszy. Ale co z tego, jak za jakiś czas widzę u niej następne egzemplarze Bikini – bo przecież jeśli Batumi to chciała, to to jest na pewno dobre i na pewno spodoba się też mojej siostrze i bratowej. No masakra po prostu.
    A teraz dojdę do sedna – ciągle kupujemy mamie mąkę, ryż, kaszę mannę, bułkę tartą itp. Wszystko to stoi na wierzchu. No nie ma gdzie talerza po zupie postawić w kuchni, bo wszędzie podstaweczki i słoiczki i maggi i keczup i butelka z wodą gazowaną, niegazowaną, rosołek, masełko, miseczki, spodeczki. W jednej z szafek cała półka z pojemnikami na sypkie produkty, popodpisywane i pełne, a jakże. Więc zajrzałam do jednej szafki z ciekawości, co tam jest?
    Ojezusiemaryjo co ja tam znalazłam. Cukier puder wyprodukowany w 1997!!! Ryże, makarony, kasze, mąki. Ale cukier puder to łącznie ze 14 kilogramów po różnych szafkach. A oboje mają cukrzycę. Wszystko oczywiście w pudełkach i torebkach oryginalnych, dla pewności pozawiązywane w woreczki i poukładane w miskach i pojemnikach oraz kartonach. Trochę wyrzuciłam, trochę zabrałam do domu. I niechcący zajrzałam do szafek w segmencie w średnim pokoju.
    Dżizaskurwajapierdolę. To samo. Plus pińcet półmisków, szklanek, kufli, spodeczków, miseczek na desery, pucharków. Naczyń żaroodpornych.
    A na stole nie ma gdzie szklanki z herbatą postawić.

    Ja nie jestem zła na nią. Ja rozumiem naturę chomika. Sama mam szufladę metr na 40cm z samymi przyprawami, a jak nie mam w zapasie mąki i cukru, to jestem chora. Trochę tylko panikuję na myśl o uporaniu się z tym. Teraz już będę miała co robić w trakcie każdej wizyty.

    PS: Jeśli ktoś się zastanawia, to moi rodzice mieszkają w trzech pokojach, razem 52 metry. I nie ma się jak obrócić.


    • RSS