batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 9.2009

    Autogrzyby

    4 komentarzy

    Matiz – błyszcząca prawienówka :-)

    i nędzne grzybobranie (ale zawsze!)

    te kurki są takie duże, a nie kozaki takie małe!
    A w miskach – maślaki.

    gdyby nie ta migrena.
    Matiz opity, będzie jeździł chyba równo :-)

    Grzybobranie słabe, ale za to jaki spacer, jakie powietrze, zapach – liści, igieł, mchu…
    A i tak jestem królową grzybobrania – 2 prawdziwki myślały, że jak będą sobie rosły na samym widoku, jeszcze przed lasem, to ich nikt nie zauważy.
    Co jeszcze?
    Chyba jeszcze nie pokazywałam efektu naszych męczarni:

    po lewej stronie, są to dwa skrzydła, jedno z lustrem. Efekt przekroczył moje oczekiwania.
    I mój przystojny morderczy potomek

    A tu na chwilkę powieszę, bo nie mam zgody na publikację, zdjęcie jednego z fajnych chłopaków, którzy nam pożyczyli powyższy sprzęt:

    Ze sporym opóźnieniem, ale w końcu – zdjęcie śliwkowca, przepis od Majany:

    i zbliżenie

    Nasz żywy inwentarz cały czas próbuje nam udowodnić, że nie na darmo te puszki karmy i torby suchego żarcia dostaje:

    Obie przynoszą codziennie po myszy, potem je zjadają lub nie.

    A od wiosny siedziałam m.in. nad dużą serwetą:

    niestety, musiałam większość spruć, bo wzór ładny, ale spierniczony opis i wychodziły góry i doliny:

    Teraz siedzę i dłubię te róże od nowa, nie wiem, co wyjdzie. Najgorsze, że straciłam serce do tej robótki, a serweta jest obiecana i muszę ją zrobić.

    W piątek przyjeżdżają znajomi, od których pożyczyłam „W oparach absurdu” Woody Allena. Rok temu. Co przypomniało mi, że wypada oddać. A jak oddać, to najpierw przeczytać. I muszę przyznać, że nawet jak na tak senną niedzielę, udało mi się pomiędzy drzemkami przeczytać połowę. I nawet mi się podoba. A jak już mowa o Allenie – spróbuję kupić tę jego kolekcję filmową z Wyborczej, tylko dlaczego tak dziwnie zostały wybrane te filmy? I nie ma tego, na którym mi najbardziej zależy – „Przejrzeć Harrego”.

    Popełniłam też wczoraj dorsze smażone na głębokim oleju, w cieście, ale w całości – które zresztą wczoraj pichcono w „Dzień dobry TVN”. Tak mi się spodobały, że musiałam. A m dorzucił ze swojej strony frytki w swoim nowym garnku do frytek. Jeszcze jeden grat w domu.
    I tak to wczorajszy dzień sponsorowało CH jak cholesterol.

    I muszę tego mojego dziada odchudzić, bo mi chrapie. Kurka wodna, jak nie kot o piątej rano (miauczący, żeby go już teraz zaraz wypuścić za potrzebą), to o piątej trzydzieści włącza mi się agregat chrapotwórczy w sypialni. Dzisiaj dostanie na obiad gotowanego kurczakja i sałatę. Oj, będzie zły.

    Wiadomość z ostatniej chwili – mamy pierwsze oceny licealne – 5 z kartkówki z biologii i 4+ z pracy klasowej z historii. Wcześniej były dwa czy trzy plusy z fizyki. CHWILO TRWAJ!

    Udało się

    1 komentarz

    Pojechałyśmy, Matiz odpalił, z lekką niechęcią, ale odpalił.
    Byłam tak przerażona perspektywą wjeżdżania na to małe podwóreczko swoim samochodem, podpinania tych kabli, ściągania sąsiada do pomocy itp., że jak weszłam za kółko, to od razu zaczęłam kręcić kluczykiem. Za czwartym razem udało się, żeby nie zgasł „gazowałam” tak, że cały blok chyba wie, że zabrałam Matiza. Dopiero wtedy zaczęłyśmy szukać, gdzie się zapala światła, zapinać pasy itd. Ja szukałam włącznika świateł pośrodku, kumpela po mojej lewej. Kazała mi przycisnąć pokrętło do wysokości reflektorów, nie chciałam, w końcu jak przycisnęłam, wpadło do środka i zniknęło :-D Uzgodniłyśmy potem, że to nie był istotny szczegół, w końcu kumpela nie musi widzieć po ciemku.
    Jakiś starszy pan był na parkingu, siedział na ławeczce, a my przed jego nosem gazowałyśmy i pękałyśmy ze śmiechu.
    W końcu udało się zapalić światła (pierwszy raz jechałam samochodem, w którym światła włącza się kierunkowskazem, a nie chwaląc się z dwadzieścia marek samochodów już prowadziłam). Nawet to gupie Megane z kartą plastikową zamiast kluczyka.
    Co jeszcze?
    Na obwodnicy zostawiłam ją w tyle, bo 10 po siódmej miałam być u weterynarza i zapłacić za szczepienie i odrobaczenie naszych kotów, które dowiózł tam m z Deedee.
    Za pracę domową, dopilnowaną przeze mnie, Deedee dostała 5.
    U rodziców zaś miałam okazję zobaczyć pierwszy list Deedee z kolonii (do nas i do mojej siostry już nie zdążyła napisać). Mój bosz…
    Trzeba przyznać, że w dobie komputerów osobistych i drukarek domowych sztuka pisania umiera. „Za moich czasów” nikt by mi nie pozwolił po pierwsze tak nagryzdolić listu, po drugie go wysłać. Teraz już się nie zwraca uwagi na takie rzeczy.
    Będę musiała zrobić zdjęcie tego listu, bo moja mama mi go nie odda – wszystkie listy, rysunki i wierszyki od wnuków i prawnuków podpisuje i przechowuje w pudełkach. Ja mam to po niej. Za to po moim tacie odziedziczyłam sposób zbierania grzybów i innych darów natury, kiedy jestem z moim dzieckiem – „naprowadzam” dziecko na trop, podpowiadam tak, żeby się nie domyśliło, że już tego grzyba czy kasztana zobaczyłam wcześniej. Tak mi się jakoś zeszło na temat moich rodziców…
    I samochodów – pierwszym samochodem Taty była Warszawa z demobilu – jak jechaliśmy na wakacje, to z tyłu leżałam ja (o pasach nikt nawet nie myślał), walizki i pierzyny, które się nie zmieściły do bagażnika oraz ponton. Nadmuchany.
    Potem była seria maluchów, a ostatni Matiz. Od lutego Tato nim już nie jeździł. Niech teraz służy kumpeli na zdrowie, oby jak najdłużej.

    Są postępy

    4 komentarzy

    Wczorajsze popołudnie było równie twórcze i pracowite – aż się sama sobie dziwię. Po miesiącach stagnacji nagle taki zryw? Wiję gniazdo??? Tfu, przepadnij!
    A nie, sprawdziłam – po prostu przekuwam PMSa w coś bardziej pożytecznego niż wkurwianie się na wszystkich dookoła. Chociaż m-owi i tak się nieźle dostaje :-)

    I po kolei:
    - nagrałam zdjęcia dla Kasi,
    - sprzątnęłam swoje włóczki w garderobie w sypialni, bo już nie można było tam stopy na podłodze postawić,
    - poukładałam książki na regałach, przy okazji kilkanaście wyniosłam do samochodu (nikt nie zauważy ich braku na półce, a może komuś się przydadzą w bibliotece?), kilka oddałam do szkoły Deedee,
    - co się dało to dałam na makulaturę (nie, nie książki, inne szpargały, np. Goście Niedzielne od mojej mamy),
    - włożyłam ten nabój do samochodu, razem ze słoikami dla mojej mamy, żeby miała w co nam pakować swoje pyszne zupki oraz ciuchy po Deedee do oddania tradycyjnie koleżance, która pracuje w opiece społecznej,
    - dopilnowałam, żeby Deedee wkuła Antyfonę (trudne słowo),
    - wypiłam po drodze piwo z sokiem :-)

    A dzisiaj po pracy do rodziców, po Złotą Szczałę dla kumpeli :-D (zwaną przez niektórych Matiz „złoty medalik”). Na wszelki wypadek poddałam się ekspresowemu szkoleniu w magazynie mojej firmy, jak odpalić jeden samochód od drugiego i pożyczyłam klemy.

    Odkryłam Fox Life – kanał z niezłymi serialami, będzie jak znalazł na długie jesienne wieczory (Desperate Hwvs, Chirurdzy…) Bo już mi trochę Comedy Central wychodzi bokiem – w kółko te same odcinki oglądam, jednocześnie słysząc w reklamach „Od września nowe odcinki!!!” No jakoś nie.

    Robię jeszcze porządki w swoich zakładkach i założyłam drugiego bloga. Stay tuned.

    Wczorajsze oczywiście.
    Zawzięłam się i zaplanowałam wyposażenie wnętrza naszej nowo zabudowanej wnęki w przedpokoju.
    Teraz mam już wszystko w głowie i na kartce, tylko poczekać na przypływ kasy i zajechać do Castoramy czy Leroya, potem użyć m do przecięcia szyny na dwie części i przykręcenia jej do ściany. Resztę załatwię z ogromną przyjemnością sama.

    Czy zdajecie sobie sprawę, że już należałoby zacząć gromadzić prezenty świąteczne? Wczoraj m kupił prezent dla Deedee – będzie radości co niemiara, nie tylko jej zresztą – kupiliśmy płytę DVD z mikrofonem, a na niej m.in. „Jak anioła głos” :-)

    Dexter to dostanie od nas same ciuchy. A na razie trzeba mu kupić kurtkę jesienną, bo nie pochodzi już długo w bluzach dresowych z kapturem. Aura i tak jest łaskawa.

    w nowej notce:

    rekonesans sobotni zaowocował wiaderkiem maślaków – młodych ale suchych i jędrnych, w Kopciuszka zabawiła się teściowa, niestety zapomniałam, że jak ona je umyje, to będzie nam trochę piach strzelał w zębach ale oj tam.

    W sobotę pojedziemy na cały dzień pod Kościerzynę i będziemy tam zbierać grzyby, które ponoć się pokazały. Zaproszeni jesteśmy tam też na obiad, więc będzie chyba fajnie. Więc niech mnie tu Nigu nie wnerrrwia ;-)

    46 dorszy zmniejszyło się gdzieś do 30, albo i mniej – trochę dostali nasi sobotni goście, trochę zjedliśmy w cieście piwnym mniammm…, 5 sztuk stanowiło zapłatę dla sąsiada za ogromną pomoc przy montowaniu drzwi przesuwanych (tak, YES, przedpokój jest wreszcie ukończony!!!). Co się nadłubałam tego mięska do ciasta piwnego, to moje, ale warto było. Reszta zamrożona czeka na lepsze czasy.

    Namiot nie doszedł do skutku – dziewczyny nie przyjechały. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, rodzice im nie pozwolili…
     :-) Dexter oczywiście o mało nie rzucił mi się do gardła, kiedy wyraziłąm swoje zaskoczenie, że jednak nie tylko ja jestem taką zacofaną matką. Mój bosz, przecież ja dopiero co byłam pod namiotami zamiast w pieszej pielgrzymce… A tu już się użeram z własnym potomstwem o namioty…

    A na deser to było ciasto ze śliwkami mojej teściowej, bardzo smaczne. Za to wczoraj zawzięłam się i jednak zrobiłam tego śliwkowca z orzechami. Wyszło bardzo dobrze, tylko jak zwykle muszę wyłączać piekarnik o wiele wcześniej niż Majana, bo by się spaliło. Kawałeczki gorzkiej czekolady nie rozpuściły się, więc były wyraźnie wyczuwalne w cieście, co przypominało mi jakieś muffinki. Lubię wilgotne, ciężkie ciasta. I byłam bardzo zdziwiona, że nie było zakalca.

    Deedee postanowiła zatrzeć swoje dobre wrażenie z zeszłego roku i z dyktanda przyniosła 3. As ortografii…

    Wczoraj zostawiła Deedee na basenie i pojechałyśmy do kumpeli na kawę. Na światłach dostałam kasztanem. Na szczęście nie w głowę tylko w dach. No więc po basenie poszłyśmy z Deedee zbierać. Szkoda, że nie miałam aparatu. Był tak piękny dzień, że nie chciało się wracać do samochodu. Objechałyśmy miasto i zatrzymywałyśmy się przy każdym kasztanowcu. Deedee była zachwycona. Idziemy, szuramy liśćmi i słyszę jej rozmarzony głos „fajnie się z Tobą spędza czas…”

    No.

    Kumpela kupi w tym tygodniu samochód od mojego taty. Teraz jak będzie nas odwiedzać, to dzieci będą piszczeć „dziadziuś przyjechał”!!! Tak jak to zwykle się działo, kiedy dziadek jeszcze mógł kierować.

    Ciężki tydzień to był zaiste.
    Dzisiaj mam oczy na zapałki, bo w nocy wrócił m z Dexterem z dorszy. Udało mi się z powrotem zasnąć przed czwartą. I nie ma szans na popołudniową drzemkę, bo do Dextra przyjadą dwie koleżanki (na noc!), trzeba sprzątać, bo jutro przyjadą Cherki z wnukami (przyjaciele teściowej, ale przepadam za nimi, są bardzo ciekawi i fajni).
    Dzisiaj oczywiście m nie pojechał do pracy, będzie wędził dorsze i udka kurze, a potem z sąsiadem będą montować nieszczęsne drzwi przesuwane w przedpokoju (teściowa oczywiście już zdążyła popaćkać łapkami świeżo pomalowane ściany – to jest osoba, która nie przepada za myciem rąk).
    Bilans dorszowania – nie odrobiona praca domowa Dextera na dziś, totalne niewyspanie całej rodziny, przeszło pięć stów w plecy i 46 dorszy w lodówce. Dobre i to.
    I teraz przez weekend zamierzam zjeść: dorsze w cieście piwnymmmmmm, wędzone dorsze, smażone dorsze… A na deser kalmary.

    Co do Dextera – sama mu powiedziałam, że jak poznam jego znajomych i zobaczę, że są godni mojej uwagi, to może mu pozwolę na więcej. No to zaprosił dwie koleżanki. Na noc. I chcą niby spać w namiocie. Razem. Uprzedziłam, że może być zimno – nie zrazili się. Powiedziałam, że jak zajrzę do nich i coś będzie nie tak, to pójdą do domu zanim uda im się powiedzieć słowo „fuck”. Na piechotę. I zapytam jeszcze raz: Kto jest zdolny wysłać swoją córkę na noc do chłopaka, o którym nic nie wie, w wieku 16 lat?!
    I nie mówcie mi czasem, że Dexter znowu coś kombinuje, bo on to robi po to, żeby zapunktować u mnie, więc nie spodziewam się żadnych wybryków. Będą palić kiełbaski na ognisku, nigdzie nie pójdą, bo na naszym zadupiu nie ma dokąd. Nie zapalą i nie wypiją, bo wie, że do nich zajrzymy, a do tego on jest tak zmęczony po tych dorszach, że uśnie pewnie pierwszy. A przede wszystkim to ognisko i namiot są w tym przypadku tylko jego wymysłem, bo on uważa, że na naszym zadupiu nikt z własnej woli nie będzie chciał go odwiedzić dla niego samego. Niska samoocena się kłania.
    Tak więc pewnie się skończy na spaniu w domu, bo im tyłki przy ognisku zmarzną.

    Kumpelka kończy urządzanie się w nowym mieszkaniu, kupiła sobie wieeelką szafę w Ikei, bardzo ładną kanapę narożną, duży prysznic, szafki do kuchni, kafelki łazienkowe położone, jeszcze trzeba pomalować ściany i z grubsza będzie ok.
    A ja nie mam nic innego do powiedzenia poza „jak ja ci zazdroszczę!” co 5 minut.

    I ja się jeszcze pytam, GDZIE SĄ KURNA GRZYBY?!
    Nawet pół muchomora w lesie nie ma.

    i jakże prawdziwe:

    - Synu, kiedy byłeś mały, byłeś takim słodkim dzieckiem, że miałem ochotę cię zjeść. Dziś żałuję, że tego nie zrobiłem.

    (Bałtroczyk)

    :-D

    Również omylne. Konkretnie chodzi mi o pożartą znowu notkę. Chyba zacznę pisać w Wordzie.
    Na dobrą sprawę minął tydzień szkoły. Minął jakiś miesiąc od ostatnich wybryków Dextera.
    I co?
    I w piątek miał jechać prosto po lekcjach do dziadków na weekend. Słuszne i chwalebne.
    Ale nie odbierał telefonu, w końcu o 20.00 oddzwonił. Z plaży. Gdzie „siedział” z koleżankami. Od razu usłyszałam, że plącze mu się język. Kazałam mu iść pod blok, w którym kiedyś mieszkaliśmy, m wsiadł w samochód i pojechał po niego. Ja zahasłowałam komputer Dextera.
    M zawiózł go na najbliższy komisariat – mieli zepsuty alkomat.
    W następnym komisariacie policjant był bardziej wystraszony niż Dexter (m jak się wkurzy, to wygląda groźnie). Poza tym, jak powiedział policjant „ludzie teraz różne rzeczy nagrywają”, więc nie był zbyt chętny do współpracy. Ale pozwolił Dexterowi dmuchnąć.
    Można obstawiać teraz, ile promilli „utargował” mój puchaty synuś, któremu zabrałam również komórkę - skoro jej nie potrzebuje do odbierania rozmów.
    Po sprzątnięciu domu pojechał do dziadków w sobotę. Miał sporo czasu na przemyślenia i zero kontaktu z „koleżankami”, więc wyszorował dziadkom kuchenkę, podłogę w kuchni, odkurzył, chodził po zakupy…
    Skruchę okazuje straszliwą, bo najbardziej boi się, że jednak z powrotem wyląduje w liceum w bliższym mieście.
    Najgorsze jest to, że on naprawdę był tam z dziewczynami. Co to za rodzice są, co o 20 w piątek nie przejmują się, że ich córki szlajają się z piwskiem po plaży?

    Zaczyna się

    5 komentarzy

    Wczoraj Deedee wręczyła mi kartkę do wklejenia w zeszyt od religii – lista modlitw i pieśni, które dzieci mają znać do Komunii.


    • RSS