batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 10.2009

    Znowu mam fotkę

    7 komentarzy

    z fotoradaru.
    Kur… żesz jego niedop… w du… kopana, w te i nazad z wiaderkiem węgla przez most Poniatowskiego ganiana MORDA!
    A wszystko przez durnego kurdupla w kapturze, który jechał Passatem 45 na godzinę – w wioskach i pomiędzy. Jak w końcu był kawałek szerokiej, prostej drogi, to go wyprzedziłam i dostałam w zamian fotkę.
    Czy oni myślą, że ja naprawdę nie wiem, jak wydać te dwie stówy? Doskonale wiem – przydałby się fryzjer na te moje odrosty, żeby 41 roku życia nie witać jak mietła.
    Albo spódnicę fajną bym kupiła. I jakieś nie za wysokie szpileczki. I pończochy :-)

    Na sobotni wieczór jestem umówiona z Deedee i jej kolegą na pieczenie paluchów wiedźmy. I będzie dynia masakrowana. A w przyszłym tygodniu zupa dyniowa i placuszki z dyni.

    Teściowa wyjeżdża na weekend, chata wolna, oj będzie bal!

    Dexter chodzi jak w zegarku, bo 9 listopada znowu połowinki, tym razem jego szkoły. No, ręce po prostu opadają – mam wrażenie, że oni teraz w tych liceach to są tylko po to, żeby imprezować. Nauka się za bardzo nie przyjęła. Na razie nie daliśmy mu nadziei na udział w imprezie. W dodatku ta data – z poniedziałku na wtorek, kiedy we wtorek jest zwykły dzień roboczy, szkoła itd. Paranoja.

    Deedee dzisiaj bierze udział w szkolnym konkursie – dzieci mają się przebrać za swoich patronów i opowiedzieć krótko o nich. Oczywiście, w przypadku świętych, zawsze niezawodnym strojem będzie babcina spódnica, zapięta broszką. Atrybuty też niewyszukane – książeczka, krucyfiks, różaniec (chociaż w czasach tej patronki różańce jeszcze nie zostały wymyślone). A w ogóle to patronka Deedee urodziła się w północnej Afryce, kto zgadnie, temu konia z rzędem :-) Idiomkę od razu wykluczam z konkursu ;-)

    Wpłaciłam zaliczkę na przyjęcie komunijne – odbędzie się w pięknym hotelu, niedaleko, a dokładnie na terenie hotelu, w ogrodzie jest taka chata, zwana biesiadną, jest rzeczywiście niezbyt elegancka, bo cała drewniana, ale liczę na wystrój odświętny – świece, obrusy i kwiaty, a przede wszystkim na piękną pogodę (30 maja to chyba rozsądna data, żeby się spodziewać przynajmniej 18 stopni, co?) Przy chacie jest  duży taras, z ławkami, stołami i parasolami, dookoła urocze alejki wśród modrzewi i nawet jest coś w rodzaju placu zabaw – huśtawki i takie tam. A jak nie będzie pogody, to dzieci moga się bawić na półpiętrze chaty, gdzie jest sporo miejsca do biegania. Z obmyślaniem menu wstrzymam się jeszcze na jakiś czas. M wspomina coś o wędlinach z dziczyzny, że może załatwić na kolację. A niech się chłop stara, co mi tam.

    Ze swoją wielką, tłustą d… nadal walczę, zważę się w środę (staram się nie ważyć zbyt często), na razie 2 cm w talii tylko ubyło. Chodzimy na spinning, a po siłowni m się kąpie pierwszy, a ja jeszcze robię brzuszki, póki mięśnie rozgrzane.

    W czwartek skoro świt, a nawet w nocy, wyjeżdżamy do Poznania. Takie małe, 4-dniowe wakacje, zabieramy Deedee, bo ona może opuścić szkołę, Dexter zostaje (zresztą, i tak by się nudził). Jakby ktoś tu zaglądał z Poznania, to proszę o info, co fajnego ma się wydarzyć w przyszły weekend. Do Imaxa bym chciała pójść. W zeszłym roku byliśmy w muzeum Arkadego Fiedlera, fajnie było.

    PS: Tym przekleństwem na początku narobiłam sobie smaka na Autobiografię Chmielewskiej. Po raz dwudziesty szósty. A Neskavka narobiła mi smaka na grochówkę. Ale grochówka, z wiadomych względów, odsunięta na później.

    Nasrał u babci w kable za tv, nasrał na kanapę, poszedł za babcią na różaniec i już nie wrócił. Znalazł sobie inny dom :-)

    Mamy psa

    3 komentarzy

    Kiedy wczoraj teściowa wysiadła z Deedee z autobusu (wizyta w przychodni No 2, ponieważ soczek malinowy i miodek jak zwykle NIE pomogły), w stronę domu ruszył za nimi mały, rudy pchlarz. Który zakotwiczył na naszym podwórku i ani myślał wrócić skąd przyszedł. Pod wieczór teściowa nie zdzierżyła i dała mu pić i coś tam jeść. M oczywiście od razu zaczął snuć plany.
    Ponieważ znają moje stanowisko w sprawie psów w naszym domu, spoglądali na mnie spod oka co chwilę. Żeby im uzmysłowić, że NO FUCKEN WAY – wrzasnęłam stanowczo, że po moim trupie.
    Poza tym psina, roboczo Funia, ma obróżkę, z kwiatkami, dość sfatygowaną, co oznacza, że gdzieś tam pewnie szlocha jakaś dziewczynka.
    Chcieliśmy sprawdzić, czy na obroży nie ma czasem jakiegoś napisu, ale Funia była cała za a nawet przeciw – nie zbliżała się do teściowej na wyciągnięcie ręki.
    Kiedy wychodziliśmy na cycling, siedziała dalej przed domem. Przykucnęłam, przyszła do mnie. Wzięłam ją na ręce, odpięliśmy obrożę, niestety nie ma podpisu.
    Noc spędziła w pokoju teściowej, a dzisiaj zostanie odprowadzona w miejsce, z którego przyszła. Rozesłałam smsy do ludzi we wsi, niestety, nikt nic nie wie.
    Funia ani razu nawet nie pisnęła. Cieszy się cała sobą do każdego, ale jak się nad nią pochylić, to od razu poddańczo kładzie się na grzbiecie. Do kotów nawet nie podchodzi.
    Kiedy rano wyszłam z łazienki, przywitały mnie dwa obrażone koty, siedzące pod drzwiami łazienki i patrzące mi prosto w oczy z wyrzutem.

    A, jeszcze odnośnie przychodni – pan doktor, który zawsze zaleca miodek i soczek, wczoraj też już był chory, w związku z tym druga lekarka (jedyna na kilka wsi) siedziała sama od rana do wieczora. Zastanawialiśmy się z m, czy pan doktor teraz sam się będzie leczył miodkiem i czy pozwoli mu to wrócić do pracy przed wiosną?

    Piątkowe ważenie

    3 komentarzy

    wpłynęło na moje ego bardzo pozytywnie ;-)
    Pomału będę teraz odzyskiwać swoje ciuchy, które smętnie wiszą w szafach, bo nie włażą na d… W każdym razie na imprezie bawiłam się bardzo dobrze, czułam się piękna, nawet miałam czas i zrobiłam sobie loczki a’la Meg Ryan.
    Najśmieszniejsze jest to, jak widzą nas inni – czasem słyszy się narzekania, że jak sobie środowisko upatrzy kogoś jako osobę nieatrkacyjną – brzydką czy grubą, to choćby nie wiem co ta osoba zrobiła ze sobą – i tak pozostanie „grubą” w ich oczach.
    U mnie jest odwrotnie :-)
    Tak się chwaliłam swoim schudnięciem dwa lata temu, że teraz wszyscy myślą, że dalej jestem szczupła. Naprawdę, nie widzą tego, że przytyłam. Trochę wynika to z tego, że sposób ubierania się pozostał mi lepszy – już wiem, że nie ma co ukrywać „krągłości” pod wielkimi swetrami, nosić obszerne ciuchy, próbując się w nich utopić. Trzeba właśnie nosić bardziej dopasowane, tym bardziej, jeśli ma się talię, a przynajmniej jej cień.
    Tak samo biodrówki – nienawidzę ich, ale dupa wygląda na mniejszą, taka jest prawda ;-)
    Powinnam też nosić spódnice, niestety, do tego chyba się nie przełamię. Chociaż kto wie? Ostatnio mam ochotę sobie jakąś kupić…

    No właśnie, kupić. W zeszłym tygodni napisał do mnie Fashion House, że z okazji swoich urodzin zaprasza mnie serdecznie w weekend na wielkie obniżki. Powiązałam to z faktem, że Dexter od paru miesięcy cierpliwie czeka, aż go zabiorę na ciuchy, bo już naprawdę ma niewielki wybór z tego, co nosi. W sobotę wstałam raniutko, wyszykowałam się, zabrałam Dextera, kumpelę i pojechaliśmy.

    Okazało się, że nie tylko ja dostałam to zaproszenie. Pół Trójmiasta również.

    Ale nie zraziło mnie to, zaparkowałam grzecznie na końcu parkingu i podreptaliśmy w deszczu do pierwszego z brzegu sklepu, na U (nie będę co chwilę robić reklamy za friko, prawda?) i kupiłam Dexterowi trzy porządne ciuchy za cenę jednej pary bigstarów. I mogliśmy wracać. Ale nie, kobiety tak nie postępują. Kobiety, chociaż nie mają zamiaru nic kupić (to jeden ze znanych oksymoronów), postanawiają rzucić tylko okiem na parę ulubionych sklepów, żeby się upewnić, że nie ma w nich nic wartego uwagi. I tak Dexter tylko przesiadał się z ławeczki na ławeczkę pod w/w sklepami, a my się upewniałyśmy. W tłumie podobnych nam desperatek. Ja i tak miałam dobrze, bo moje dziecko w tym czasie nie darło się spocone w wózku, tylko z rezygnacją popijało colę.
    W końcu złapałam się na tym, że patrzę na spódnicę, której ani nie chce mi się przymierzyć, bo kolejka do przymierzalni jak sto piorunów, ani tym bardziej za nią potem nie zapłacę, bo kolejka do kasy jak…
    No nie miało to za dużo sensu, więc pojechaliśmy do kumpeli na kawę, potem do domu, gdzie nakreciłam sobie tych loczków na głowie (muszę sobie kupić mocniejszą piankę).

    A niedzielne, smętne, deszczowe i ponure popołudnie można było spędzić tylko w jeden sposób – przy kominku, gdzie z zasmarkaną i kaszlącą Deedee malowałyśmy farbkami akrylowymi obrazki do jej pokoju. Sama nie miałam takiego czegoś, jak byłam mała, więc również z przyjemnością malowałam.

    A dzisiaj znowu cycling wieczorem. I naprawdę nie mogę się już doczekać. Tym bardziej, że po dwunastu dniach 3 kilo mniej na wadze :-D

    że żyję, nadal choruję i nadal chodzę do pracy.
    Mało tego, taki ze mnie mocarz, że w piątek i tak wypiłam sobie pod „Rybkę Wandę” trzy drinki (bez lodu, z Colą Zero, która o dziwo nie jest aż takim ścierwem, jak myślałam!), w sobotę rano, pomimo mrozu, powiozłam Deedee i jej koleżankę, na religię do kościoła, odebrałam je, zrobiłam obiad (pyszny kurczak w sezamie mi wyszedł), namalowałam na ścianie w przedpokoju dwie róże w kolorze „czekolada gorzka” (równie dobrze mógł być jakikolwiek ciemny kolor, przy lampie, jaka tam jest zamontowana). O 17.00 miałam już wolne.
    A w niedzielę zawiozłam Deedee na basen, potem pojechałyśmy do Multikina na „Odlot” (nawet fajny film, nieźle się bawiłam).
    Poniedziałek – praca, potem biblioteka, wieczorem rowerki – nadal fajnie, właściwie to już czuję się jak wtedy po 6 tygodniach ćwiczeń – czyli kondycja dobra. Mało tego, po powrocie do domu, w oczekiwaniu na wolny prysznic, robię sobie jeszcze „brzuszki”, korzystając z rozgrzanych mięśni.
    Dextera wdrożyłam do robienia kanapek do szkoły i pracy w te dni, kiedy my z m się pocimy w klubie (dla m włożył nawet gruszkę do jego siatki!). A Deedee została zobligowana do samodzielnego położenia się spać, bez poganiania. I tak nawet było, o 20 leżała w łóżku umyta, czytając książkę. Niestety, miała problem z zaśnięciem i w końcu o 23 musiałam ją wywalić z mojej połowy łóżka z powrotem do jej pokoju, bo też chciałam iść spać. W nocy do wiwatu dał mi katar, coraz bardziej gęsty i zielony, wstałam z bolącą głową (od smarkania). Teraz już jest lepiej, po zażyciu tabletki przeciwbólowej.
    No i jeszcze nigdy chyba nie oglądałam jedengo filmu na więcej niż dwie raty! A „Alice” Woody Allena oglądałam w niedzielę, wczoraj i dalej nie skończyłam. Dzisiaj mam nadzieję, że się uda. I czekają już trzy następne Alleny :-).
    Dietę dalej trzymam, w swoim internetowym pamiętniczku odchudzania skrupulatnie notuję, co zjadłam i ile to ma kalorii, wróciłam do systemu sprzed dwóch lat. Ale pierwszy raz RÓWNOCZEŚNIE stosuję dietę i ruch. Na razie się nie ważę – zobaczę po dwóch tygodniach, czyli w piątek. Masakra kaloryczna jak dotąd była raz – w piątek (te niszczęsne 3 drinki). Teraz pewnie będzie w sobotę, bo idziemy na imprezkę do znajomych. Całonocna rozpusta. Pójdę z Colą Zero pod pachą :-D
    O, kurka, ale jestem głodna. Zrobię sobie jogurt z muesli, to trochę potrzyma.

    Dzisiejsze zerknięcie na blog Idiomki skończyło się dla mnie nagłym zejściem.
    Ci mężczyźni to jednak wielkie penisy są. Boże, co za niedojrzałość! Nieprawdopodobne. Można być obrażalskim, ale trzeba miec również jakiś dystans do siebie. A ten to ma dystansu mniej niż 16latek mieszkający w moim domu.
    Tyle na ten temat.
    Torba na laptopa kupiona, mama dowieziona na czas, a wieczorem jak mnie rozbolało gardło, tak teraz to mam wrażenie, że połknęłam kaktusa. No żesz fak!

    Przedwczoraj nie było prądu od 7.30 do 18.00 – bo konserwacja czy ch.. wi co.
    Wczorajszy wieczór urokliwy – od 10 rano do 21 bez prądu, zrobiłam przepiękną instalację świeczkową i kontynuowałam porządki gazetowe – nic mnie nie zrazi. Potem nawet wzięłam się za robótkę. Dexter jak wrócił, to się o 17 położył spać i wstał dziś o 7 rano. Ledwo wstał. Nie ryzykowałam wyjazdu z domu o wpół do siódmej (niech kto inny ściąga drzewa z drogi), więc z premedytacją spóźniłam dziś Dextera i zawiozłam Deedee osobiście do szkoły, żeby sprawdzić, czy aby lekcje się odbędą. I miałam nosa, bo w szkole zimno i ciemno, powiozłam Deedee i jej dwóch kolegów z powrotem na wiochę.
    M unieruchomiony w swojej fabryce od poniedziałku, dzisiaj ma dermatologa umówionego na 12.00, ciekawe, czy przyjedzie.
    Co za tydzień.
    A, no tak, w klubie fitness nie odbierali wczoraj telefonu, więc chyba rowerków nie było i nic nie straciliśmy.
    Dzisiaj wychodzę w środku dnia z pracy i wiozę mamę na rehabilitację, przy okazji mam nadzieję, że wreszcie kupię szefowej torbę do laptopa, bo w przyszłym tygodniu ma święto.

    Bardzo przepraszam

    1 komentarz

    czytających za wygląd poprzedniej notki, jak komuś zależy, to można sobie skopiować i przeczytać po powiększeniu w Wordzie – ja na razie ni chu… nie moge zwiększyć czcionki.



    HAHAHAHAAAA!!!!
    Jak ja się w poniedziałek bałam, że nie dam rady i że będę na siebie wściekła, że znowu coś zaprzepaściłam – tym razem 4 miesiące chodzenia na rowerki. I że będę miała straszliwe zakwasy, a na tyłku nie usiądę przez tydzień.
    A tu niespodzianka – dałam radę, nie mam zakwasów, tyłek nie bolał (dzisiaj trochę boli) – tak, jakbym prawie wcale nie robiła przerwy. Jakże się cieszę! Było fajnie, jak zwykle. Pogoda co prawda nie zachęca do wyjścia z domu, ale jak wraca się potem z poczuciem zrobienia czegoś dla siebie, to jest bosko!

    Jak wracaliśmy w sobotę z grzybów, dostałam od Deedee SMS:
    „Czy mogę zagrać w grę od 12 lat? Zaraz przyślę Ci zdjęcie, dlaczego od 12.”
    Zdjęcie nie przyszło, za to za chwilę był drugi SMS: „Ze względu na seksumalność”

    Dexter spędził dzisiejszą noc poza domem, był na połowinkach innego liceum. Nocował u swojej dziewczyny (nie tylko on, całą grupą nocowali). Chyba zgłupiałam, żeby dziecku na takie rzeczy pozwalać – zwłaszcza po tym, przez co ostatnio przechodziliśmy. Do tego wszystkiego doprowadził mnie jeszcze wczoraj do szewskiej pasji – pogoda widomo, jaka była, on się umówił o 19, odpowiednio wcześniej wyszedł, jeszcze zastanawiał się, co mu będzie potrzebne (również na dzisiaj, bo dziś w szkole ma otrzęsiny). Po czym już z autobusu zadzwonił, że zapomniał wejściówki do klubu – została na stole. Chcąc nie chcąc i tak mu zawiozłam dupę do miasta, klnąc na czym świat stoi.

    Grzybobranie było bardzo przyjemne – zatrzymywaliśmy się w Borach kilka razy, ale tylko za pierwszym razem mieliśmy szczęście trafić na miejsce wysypu podgrzybków, w ciągu pół godziny kosz był pełen. Potem już prawie nic nie znaleźliśmy. O 18.00 przepyszny obiad w chińskiej restauracji w Świeciu. Wczoraj szukałam po sieci przepisu na marynatę, w której Chińczycy przygotowują mięso drobiowe, wieprzowe, wołowe. Coś tam znalazłam, trzeba będzie wypróbować. Tym bardziej, że od poniedziałku znowu jestem na diecie 1000 kcal – teraz równocześnie z cyclingiem, więc mam nadzieję, że dupa będzie nikła w oczach (bo już naprawdę nie mam co na tę dupę założyć, aaaaa!)

    Kumpela spędziła weekend w agroturystyce z towarzystwem z pracy. Z „wolnych elektronów” była ona, i dwóch facetów, reszta (czyli 3 kobitki i 2 czy trzech facetów) zaobrączkowana. Ale bez swoich współm. Wyraziłam zdziwienie, że mężowie i żony tak łatwo się zgodzili na wyjazd swoich partnerów do domku, na noc, z towarzystwem z pracy i wiadomo, że nie będą raczej przy herbatce rozmawiali o pracy. W każdym razie u mnie to byłoby nie do pomyślenia – m w życiu by mnie nie puścił. Poza tym to nie był wyjazd odgórnie zlecony z pracy, tylko sami sobie wynajęli domek, żeby się zabawić. Jeśli tak, to dlaczego bez małżonków?
    Kumpela stwierdziła, że właśnie u mnie to jest chore, że m by mnie nie puścił, bo tamci wszyscy pojechali bez problemu. Po czym wymieniła, co kto zrobił i powiedział, aby wyjechać. Troje singli – wiadomo. G. - dzwoniła do męża za granicę spytać, czy może, ale stworzyła wrażenie, że to wyjazd służbowy. I. –  skłamała, że jest na szkoleniu w Warszawie. A. – no ta się wyrwała, ponoć bez problemu. Jeden facet skłamał, drugi nie pamiętam, trzeci miał przyjechać z żoną, w końcu nie przyjechał wcale.
    No to rzeczywiście bez problemu się wszyscy zjechali :-)
    I następna obserwacja (kumpeli, nie moja): faceci piją i rozrabiają równo, zawsze tak samo, czy to impreza oficjalna, czy nie; za to kobiełki – jak spuszczone ze smyczy. Chyba mają rację ci mężowie, że swoich bab nie puszczają :-)

    Porządki w domu trwają – redukuję ilość czasopism, które przechowuję od lat (np. Super linia, najstarszy numer był z 98!). Teraz to będzie jeden segregator, z dietami i „chudymi” przepisami, żeby czasem się zainspirować (np. dzisiaj poproszę teściową o zupę z soczewicy). Mam też stosy Poradników Domowych, które moja mama prenumeruje namiętnie od lat – szkoda wyrzucić, ale nigdy się nie przydały – to jest dopiero dylemat.

    Nie tylko ja jestem na diecie – cały dom. Nareszcie. Tylko Deedee z naszej piątki nie ma tego problemu – je na razie tyle, ile potrzebuje. I to będę w niej pielęgnować. Dexter ma mocną budowę ciała, ale to bardzo łatwo i niepostrzeżenie może przejść w ciągu najbliższych lat w nadwagę, a koło 40 w otyłość. Ma po prostu budowę m. Teściowa – ooooo, tutaj to już można by więcej powiedzieć. Zero silnej woli to słabo powiedziane. Ma cukrzycę, a nie przejdzie obojętnie koło niczego słodkiego. Zawsze gdzieś ma skitrane jakieś ciasteczka. Łasuchuje na maksa. Jak jechaliśmy na pogrzeb, to siedziałam z nią na tylnym siedzeniu, pomiędzy nami Deedee w foteliku. I ciężko było bardzo, chociaż samochód m to krążownik wśród osobówek.. Większość czasu fotelik był w 80% na mojej połowie siedzenia, chociaż moja dupa też ostatnio wyrwała się spod kontroli. I tu dochodzimy do tematu mojej diety. Dwa lata temu w styczniu zaczęłam dietę 1000kcal. Schudłam 15, w porywach 18 kilo. Trzymałam się rok, więc jojo uważałam za pokonane. Niestety, straciłam czujność pod koniec 2008, a w marcu 2009 rzuciłam palenie. I wtedy już było z górki – puchłam w oczach. Alkohol z Pepsi też nie pomaga. W rezultacie brakuje mi 3,5kg do wagi sprzed dwóch i pół roku. Znowu nie mam co na siebie włożyć i nienawidzę siebie. W podjęciu decyzji pomogło to, że od poniedziałku zaczęliśmy trening oraz to, że m w końcu też chce schudnąć (a ma z czego!). Jego to najtrudniej do czegoś przekonać na siłę, więc jeżeli sam mówi, że trzeba przestać kupować masło itp. to ja mu tylko szybko przyklaskuję.Wczoraj na obiad była odchudzona tortilla – czyli podsmażony kurczak wymieszany z pomidorami, sałatą lodową, cebulą i papryką. Tortilla posmarowana jogurtem nat. wymieszanym z keczupem, na to warzywa i voila!. Jedna porcja – 230 kcal.Dzisiaj będą również tortille oraz krokiety z kapustą i grzybami. Na czarną godzinę, czyli właściwie cały wieczór, kiedy to najchętniej wciągnęłabym lodówkę przez dziurkę od nosa – mam kapustę kiszoną i ogórki. Najgorsze są weekendy. Muszę sobie zaplanować duuuużo zajęć na weekend. Dobrze, że mogę również zająć ręce robótką.


    Ale mam dzisiaj wenę!



    Crespelle ripiene

    1 komentarz

    czyli po prostu naleśniki zapiekane, jak przypuszczam, ale nazwa imponująca, prawda?

    na ciasto naleśnikowe:

    - 4 jajka

    - 5 łyżek masła lub margaryny

    - 4 czubate łyżki mąki

    - pół szkl mleka

    - sól

     

    rozpuścić 3 łyżki tłuszczu. Rozmieszać mąkę z mlekiem, dodać sól, jajka, przestudzony tłuszcz. Rozpuszczać porcjami na patelni pozostały tłuszcz, smażyć 8 cienkich naleśników.

     

    na sos beszamelowy:

    - 3 łyżki mąki

    - 2 łyżki masła lub marg

    - ok. 1 szkl. mleka

    - sól, pieprz, gałka muszk.

     

    Rozpuścić 2 łyżki tłuszczu, wsypać mąkę, wyjdzie zasmażka. Wlać mleko, rozmieszać, zagotować. Doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową.

     

    na farsz:

    - 10 dag szynki, najlepiej wędzonej (nigdy nie dałam wędzonej, a ostatnio to nawet posunęłam się do batonu szynkowego i też było dobre)

    - 10 dag żółtego sera

    - 10 dag chudego twarogu

     

    Beszamel wymieszać z białym serem, szynką pokrojoną w kostkę i serem żółtym również pokrojonym w kostkę, doprawić bazylią, solą, pieprzem.

     

    Nałożyć farsz na naleśniki, zawijać i układać w naczyniu żaroodpornym posmarowanym masłem. Polać fixem do Napoli (nawet 2 fixy mogą być), posypać parmezanem albo żółtym serem i zapiec do 10-20 min w 225 stopniach (uważać, żeby nie przypalić – tak, ta uwaga to do mnie)


    • RSS