batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 11.2009

    I już.

    3 komentarzy

    Północy jakby trochę nie pamiętam, bo była najpierw 19, dotarliśmy do D., dostaliśmy pyszną kolację, zaczęły się tańce, a potem nagle była 3.00 i nawet jeszcze zdołałam założyć piżamę, zanim padłam. Ale było bardzo miło, dobrze się bawiliśmy, poznaliśmy nową osobę, bardzo sympatyczną kuzynkę D, Izę oraz odnowiliśmy znajomość z B i P, z czego bardzo się cieszę, naprawdę. W styczniu pewnie u nas będą. W każdym razie, nie „posunęłam” się aż tak bardzo, jak zapowiadałam :-)

    Dzisiaj muszę wyjść wcześniej, do jadę z Deedee do przychodni w Wielkim Mieście.

    Z okazji moich urodzin moja fura dostała weekend w spa – został wymieniony pasek rozrządu, pompa wodna, filtry, zakonserwowane podwozie (mnie też by się przydało, hłehłe) i ogólnie wszystko zostało sprawdzone.

    Deedee męczy ciągle, żeby wejść na basen i popatrzeć, jak ona sobie radzi, tym bardziej, że ma to bezpośredni związek z pojawieniem się w naszym domu świnki morskiej. A na basenie nie wpuszczają osób postronnych, tzn. nikogo poza dziećmi i instruktorami. W sumie to nie wiem, dlaczego, przecież na przykład na Arce są normalnie trybuny i nikomu nie przeszkadza obecność rodziców przypatrujących się z góry. W każdym razie – nie ma z kim nawet pogadać, bo oczywiście nadrzędnym organem jest pani „basenowa”, czy szatniarka czy jak to się tam nazywa, która nosi d… wyżej od głowy. Po 3 minutach przypatrywania się zza rogu, dosłownie, zostałam pogoniona. Pokaz w czerwcu raz w roku musi mi wystarczyć jako nagroda za ładne parę stówek wrzuconych do wora. O ile akurat Deedee będzie zdrowa i będzie brała udział w zajęciach pokazowych.

    Czy Wam też jest tak niedobrze po jajkach na miękko? Nie wiem, może na kolację nie powinnam ich jeść. Ale o ile pamiętam, to jak zjem na śniadanie, to też potem się męczę.

    Życzenia w samym dniu urodzin dostałam od trzech koleżanek (w tym jedna, której się wcale nie spodziewałam – dostała na NK niezapominajkę, to zadzwoniła). Rodzice są za bardzo zajęci swoją drogą przez mękę, jaką stała się dla nich ich starość, siostra nigdy nie pamięta, kiedy mam imieniny czy urodziny (i do tego próbuje za każdym razem mnie przekonać do swojej koncepcji, bo zwykłę „sorry” nie przejdzie jej przez gardło – typ osoby nieomylnej), więc zadzwoniła dzień później i świrowała, że daty się jej poprzesuwały, bratowa przysłała smsa też dzień później (brat jak zwykle w morzu, ale nawet gdyby był w domu to i tak by nie pamiętał).
    A moja własna rodzinka złożyła mi życzenia już dwa dni wcześniej, w obawie, że potem nie będzie czasu. Całe życie z wariatami.

    A prezent? To już w ogóle była historia. Zamarzyła mi się torba, ale jak to wmówić m, a do tego jak on ma wybrać coś, co mnie się spodoba? Dzwoni do mnie kumpela i mówi, że m pyta ją o radę. I że on jest za koncertem Madonny, tym ostatnim. No więc ja w krzyk, że nie, nie podoba mi się wcale ten koncert, ani jej najnowsze piosenki, ale że chcę torbę.W końcu po pracy poszłyśmy razem po sklepach, wybrałam dwa egzemplarze, potem ja pojechałam do domu, a wtedy m zabrał kumpelę na zakupy i kupił jedną z tych toreb. I tak to mam, co chciałam :-D
    A piszę „torba”, bo tym razem przerzuciłam się na naprawdę duży wór, największy, jaki mogłam wziąć nie narażając się na śmieszność. Znowu będę kląć za miesiąc, umęczona wiecznym szukaniem czegoś w tej torbie i dźwiganiem jej na ramieniu. Ale jest ładna :-)

    kiedy m może przelecieć kobietę trzydziestoparoletnią ;-)

    Jutro przewiduję nagłe obsunięcie się dupy, cycków i policzków oraz spodziewam się pojawienia stu nowych zmarszczek…

    Albo przynamniej trzęsienia ziemi.

    powinnam była napisać „zeszłoroczna ?Asina? Ortografii”, czyli Deedee.
    W tym roku pisze dyktanda beznadziejnie. Nie rozumiem nic. Przecież dalej czyta dużo książek (teraz drugi raz kończy Dzieci z Bullerbyn, do snu czytamy drugą część „Karolci”, z tatą do snu czyta „Bromba i inni”, a jak jej się nudzi po południu, to ma „Ble-ble” Musierowicz)
    Oj tam.
    Tak przeżywała tę jedynkę, że jak przyszliśmy z pracy i zobaczyła naszą reakcję (nic się nie stało itd.), to chciała nam dać po dwuzłotówce z wdzięczności, że jej nie okrzyczeliśmy :-))) A panią skomentowała, że trochę przesadziła – za 5 błędów jedynka?!
    :-)

    Co poza tym?
    Zakupoholizm m doprowadził do tego, że na jakiś czas postanowił odstawić Kerfura (nie mam cierpliwości do pisania tej nazwy poprawnie) i przekazał pałeczkę mnie. A ja już trochę nawet tęskniłam za łażeniem po marketach, więc dzisiaj dokonałam inauguracji. Po odstawieniu Dextera na dworzec jestem w pracy o 6.50, co czasami jednak jest przesadą. Do tego dzisiaj zapomniałam kluczy od pracy i musiałabym czekać pod firmą 15 minut. I wtedy oświeciło mnie, że Tesco jest chyba otwarte całą dobę czy cóś. Podjechałam. Całą dobę nie, ale od 6 rano :-D
    Cudnie robi się zakupy, kiedy w sklepie jest troje klientów i 11 osób obsługi.
    Co prawda, nie wiem, czy zaoszczędzimy dużo, kiedy ja będę robiła zakupy, bo na przykład okazało się, że mają fajne sportowe staniki, a ja spiningując czasem zauważam, że cycki mi w tyle zostają. Obok wisiały fajne gacie w gwiazdki (ale też jestem usprawiedliwiona, bo naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio kupiłam sobie gacie).

    I tak to jestem już po upierdliwości cotygodniowej, czyli zakupach.

    M wczoraj poza kolejką pojechał na siłownię, bo dziś nie może przyjechać i dorwał tam wreszcie instruktora na dłuższą pogawędkę o sporcie i odchudzaniu. Wrócił w lepszym nastroju, z głową pełną informacji. Za tydzień dostanie wszystko na piśmie. Generalnie, instruktor jest za zamiennikami – wprowadzać stopniowo w jadłospis nowe rzeczy, eliminując stare – zamiast masła Benecol, jeśli smażyć, to na oleju z pestek winogron itp. (kupiłam :-)) O aktywności fizycznej też pogadali.
    M był już załamany, bo chodzi i ćwiczy i nic mu nie ubywa, chociaż przestał kupować słodycze, nie objada się na noc, w ogóle mniej je. Teściowa zaczęła coś przebąkiwać o metodach operacyjnych, więc się chłop wystraszył.
    Teraz jesteśmy lepszej myśli i w lepszych humorach.

    Hmmm

    3 komentarzy

    Zeszłoroczny As Ortografii dostał jedynkę z dyktanda…
    O co kaman?

    Impreza udała się przewybornie, co po dużej części było zasługą B, który jak zwykle postanowił jednak przyjechać do nas, więc m odbierał go z dworca o 20. Solenizant nie mógł więc pić przez pierwszą połowę imprezy, co znacznie wyrównało nam start.
    I pogadaliśmy; i pośmieliśmy się; i potańczyliśmy; dzieci urządziły konkurs karaoke, Dexter bezapelacyjnie wygrał. Tak, Dexter. Wziął, stanął na środku salonu i zaśpiewał, najpierw po polsku, potem po rosyjsku (nie zna rosyjskiego, ale słucha czasem pieśni radzieckiego chóru wojskowego). A głos to on ma. Ale dotąd słyszałam go tylko, jak byliśmy sami. A tu bez żadnego zażenowania zaśpiewał przed grupą bądź co bądź obcych osób. Szok.

    Co jeszcze? Kolana mnie bolą. Pewnie ze śmiechu, bo od czego? Chyba nie od tego, że większość imprezy spędziłam na niebotycznych jak na mnie obcasach. I w spódnicy, normalnie nie poznaję siebie!

    Ja również załapałam się na prezenty, bo większość gości pamiętała, że moje urodziny są tydzień później, co prawda już raz obchodziłam, ale z przyjemnością przyjęłam podarunki, zwłaszcza serię kosmetyków z Avonu, bo większość z tego bardzo mi się przyda.

    No i już jesteśmy zaproszeni na piątek, na oblewanie kuchni u kumpla, po pięciu latach mieszkania w końcu dorobił się :-) Nie wiem, on chce, żebyśmy nocowali, nie wiem, nie wiem… Ja już chyba za stara jestem na to wszystko… A na pewno będę za stara w sobotę.

    Deedee zasygnalizowała coś o pływaniu żabką i na plecach, trzeba będzie w niedzielę się wbić na basen, popatrzeć. No i świnka morska coraz bliżej, już za rogiem słychać kłi kłi.

    Imynyny

    5 komentarzy

    Po zakupie prezentu dla m w Douglasie wyszłam z naręczem „prezencików” dla mnie, więc możecie sobie przedstawić, ile kosztował ten prezent…
    Powiem tylko, że wyciąg z karty kredytowej powinnam przed nim schować, w obawie wylewu.
    Ale przynajmniej będzie mi pachniał…….. nieziemsko.

    Co poza tym? Idę się zważyć, aczkolwiek nie liczę na zbyt wiele…

    Teściowa

    6 komentarzy

    wyniosła się na weekend (zawsze ma parę psiapsiółek, u których można przenocować w mieście), w ten weekend również zapowiada brak obecności.
    Oby tak dalej i święty spokój.
    A ja popełniłam wczoraj straszliwie suche naleśniki. Naleśniki były kukurydziane, bo mam od dwóch lat mąkę kukurydzianą w szufladzie (nie wiem, może chciałam piec jakieś tortille), a akurat wpadł mi w oko przepis. A nadzienie było z przypadkowych składników, znajdujących się w lodówce, czyli gotowanego kurczaka zmielonego z podsmażoną cebulką i marchewką z rosołu, wymieszanego z ryżem. Dlaczego z ryżem? Bo tak. A raczej – bo lubię ryż. Ale stanowczo połączenie nie było szczęśliwe – wszystko razem było strasznie suche. A nie wiem, dlaczego miałam opory przed dodaniem do nadzienia choćby jajka.
    Deedee nie dojadła, ale to normalne. Dexter nie dojadł, co już było nienormalne przy jego spuście. Dzisiaj rano wyznał, że jakieś gorzkie były (może ta stara mąka?). M zjadł jednego, nie powiedział nic (spróbowałby, kurna!).
    Ja zjadłam trzy, w ramach odchudzania – bo uwielbiam naleśniki, uwielbiam ryż i kocham farsze z gotowanego mięsa.
    Ale nic to, przynajmniej deser był zaje.

    A co do porannej prasy – jestem znowu wstrząśnięta. Nie miałam nawet pojęcie o istnieniu niejakiego Jimmiego Chou czy jakoś tak. A co dopiero mówić o tak palącej potrzebie posiadania czy noszenia ciuchów przez niego zaprojektowanych?! Żeby od piątej rano stać w kolejce? No ale to nie jest akurat moja sprawa. Mnie wystarczą 4 pary butów – kozaki na zimę, sandały na lato, półbuty do pracy i adidasy na siłownię i na grzyby. Czasem nawet mam zrywy i zaczynam planować, że zrobię sobie garderobę i ją zapełnię, ciuchami, apaszkami, butami, kosmetykami, perfumami. Po czym przechodząc koło wystawy dostrzegam cenę markowej pary butów czy bolerka i mi przechodzi. Ja tam wolę wydać na kolejny kłębek nici do szydełkowania, książki, kino, filmy, dobre jedzenie, dekorację domu. Jeśli już mam w ogóle jakieś nadliczbowe fundusze (dzisiaj poszła stówka na przegląd mojego rydwanu, po południu pójdzie 120 na fryzjera, bo nawet m już zauważył, jaka jestem siwa).

    Ale dalej mną trzęsie, jak sobie przypomnę, że jakiś Bartek i jakaś Magda stali od piątej rano w kolejce, żeby kupić sobie szare kozaczki czy szpile czerwone, i to niejedną parę, ale dwie lub trzy. Skąd młodzi ludzie mają tyle kasy?! Wspomniano o tatusiu, który przyszedł z córką i pozwolił jej kupić trzy pary butów. Ale nie moja sprawa, nie mój portfel.

    A propos portfela, m podliczył wydatki z weekendu i stwierdził, że na jakiś czas oddaje mi przywilej robienia zakupów, bo np. kupił trzy pudełka ptasiego mleczka, żeby Deedee dostała czapkę i szalik Milki (szalik nawet bardzo ładny, ale ona ma z 20 czapek i 10 szalików i 10 par rękawiczek!). Nie, nie kupujemy jej, dostaje po kuzynkach. Poza tym kupił jakiegoś tuńczyka w puszkach, bo hostessa była miła. A miał kupić tylko chleb w Bomi.
    Za to odnośnie poprzedniego akapitu – m był w 5-10-15 kupić dla Camille ciuszki pod choinkę, przy okazji Deedee naciągnęła go na spodnie i bluzkę (bo była taka słooodkaaaa, różowa z koliberkamiiiii). I tak rozpoczęła się era zakupów ciuchowych już nie dla mnie, a dla córuni królewny jedynej na nieboskłonie panującej tatusiowi miłościwemu.

    I na koniec, ku pamięci – SKOŃCZYŁAM WCZORAJ SERWETĘ, O KTÓREJ NIEDAWNO PISAŁAM, AMEN ALLELUJA ENTER!!!

    M upiekł ciasto.

    Musiałam zagrozić rozwodem, żeby doczekać się wspólnego pichcenia w kuchni.
    Będzie nawet zdjęcie, jak przyniosę. I naprawdę sam zrobił, tzn. z Deedee, a ja ograniczyłam się do wyjaśnienia, co to znaczy „zagnieść ciasto” i jaką blachę uważa się za średnią.
    Przepis wziął z kartki z kalendarza. Jakbym ja przeczytała ten przepis, to bym od razu go wyrzuciła, bo za pracochłonny (spód z ciasta, masa ciemna – budyń czekoladowy, masa jasna – z serków waniliowych, polewa) CZTERY WARSTWY! Jestem wstrząśnięta i zmieszana, bo wyszło, ani cienia zakalca, a jakie dobre. Teraz będzie musiał co tydzień ćwiczyć, żeby nie wyjść z wprawy.

    I pomyśleć, że wczoraj nad ranem byliśmy prawie rozwiedzeni.

    co na froncie z Dexterem?
    Otóż po ostatnich połowinkach, na które go puściłam, zastrzegając, że to ostatnia, do jego własnych połowinek, impreza z nocowaniem poza domem, szybko okazało się, że już tuż tuż są jego połowinki, czyli jego szkoły ale ponoć to cała szkoła obchodzi, oczywiście w klubie, oczywiście całą noc. Pierwsza wersja była… na poniedziałek, czyli we wtorek prosto do szkoły, bo terminy, bo koszt. Ale że grypa rozłożyła szkołę, w tym Dextera już w czwartek, to impreza została podobno przełożona. Na jutro. Od wtorku Dexter pomału mnie „urabiał”, a że już nawet kupił bilet wstępu, a ci, co nie kupili dotąd, to już nie dostaną, a czy dam mu parę złotych, a czy już może dzwonić do Tomka w sprawie noclegu. Przy czym cały czas jeszcze nie powiedzieliśmy, że w ogóle pójdzie. Tym bardziej, że już nie jest z dziewczyną z klasy, któa według mnie mogła go wyciągnąć z towarzycha, w które wpadł. Było mi bardzo nie na rękę puścić go znowu. Miałam przeczucie, że tym razem może się skończyć zupełnie inaczej niż poprzednio, nie tak grzecznie.
    Wczoraj przyszedł do nas i po kilku pytaniach zrozumiałam z tego, że:
    - właściwie to ze względu na mał ilość chętnych to to już nie są połowinki jego szkoły, tylko on z gronem znajomych sobie sami zorganizowali takie połowinki,
    - na naszą żywiołową rekcję odpowiedział, że to są właściwie połowinki LO nr 12 (WTF?!), do którego chodzi koleżanka z gimnazjum
    - na nasze NO WAY dowiedzieliśmy się tradycyjnie, że jesteśmy zacofani, on jest załamany i już naprawdę nie wie, co zrobić, że to miał być najpiękniejszy wieczór w życiu (co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że go nie puszczę)

    Po czym zszedł na kolację, dostał od m butlę Pepsi Max, zeżarł pięć gorących bułeczek i poszedł do siebie. Dzisiaj nawet nie patrzył wilkiem, jak rano go obudziłam.

    Filmowo

    1 komentarz

    Obejrzałam w ostatnim czasie:
    „2012″ – świetny, dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam, plus Cusacka w bonusie.
    „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” – co za nudy! Muszę przeczytać książkę, żeby nie skrzywdzić Fitzgeralda.
    „Zapaśnik” – bardzo dobry, aż trudno uwierzyć, że to amerykańska produkcja, taki niezgodny z Hollywood.
    Gajosa i Szyca u Majewskiego – ich trio idące w delirce do sklepu sobie nagrałam :-)
    Kabaretowa Noc Listopadowa – nie wiem, kto to był, ale świetnie odegrał monolog z Dnia Świra, pod Chopina. Tyle, że ten monolog polonisty nigdy mnie nie śmieszył i odczuwam duży dysonans, kiedy oglądam to w kabarecie.
    „Generał Nil” – bez komentarza, bo mnie zadusi sama myśl o tym, co Stalin zrobił z Polską. Jedynie powiem, że Olgierd Łukaszewicz zawsze mnie odrzucał – zbyt wymoczkowaty, zbyt tragiczny. A tu niespodzianka – na starość zrobił się bardzo apetyczny i do tego zagrał tak, że na zawsze będzie dla mnie wzorem polskiego bohatera.
    A propos starości – żebyście widzieli minę Deedee, jak w śniadaniowym TVN pokazali Andrzeja i Kamilę Łapickich. I jej komentarz:
    - Wiesz, mamo, przed chwilą pokazali taką młodą blondynkę, świeżo uczesaną, taką młodą jak Ty (za to będę jej dzieci chować do śmierci) z takim dziadziusiem… mężem.
    A w kolejce czeka nagrany ostatnio film „Tulipany” Borcucha i już się nie mogę doczekać, bo wiele dobrego o nim słyszałam. Dotychczas mogłam się tylko powściekać, jak w niedzielę albo środę o 23.30 puszczali dobre kino, teraz mam dekoder z funkcją nagrywania i mogą mi skoczyć, że tak nieelegancko się wyrażę…
    Szkoda tylko, że cały czas się łapię na tym, że „obejrzę sobie z kumpelą, jak przyjedzie na noc”.


    • RSS