batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 1.2010

    1. W czwartek do kumpeli przylatuje Norweg. Jak się dowiedział, że u nas jest -20 stopni, to powiedział, że musi wziąć więcej ubrań, bo u nich jest -5. ”No, bo w samych sandałach może mu być chłodno” skomentowałam wczoraj na rowerkach.

    2. Ostrzeżenie – nie jedzcie przed snem orzechów włoskich, bo to się rano kończy rewolucją październikową w kibelku. M tak miał przedwczoraj, więc wczoraj ja postanowiłam to sprawdzić. Całe szczęście, że miałam Stoperan w domu.

    3. Dzisiaj, w dniu wywiadówki semestralnej synuś postanowił dla odmiany dać się przyłapać na paleniu w szkole. I nie, nie byłby sobą, gdyby nie zrobił tego spektakularnie, a mianowicie podpalając rolkę papieru toaletowego. Mam nadzieję, że kiedyś będę się z tego śmiać. Na razie mam własnego dziecka tak dosyć, że marzę o tym, żeby się wreszcie wyprowadził i dał mi święty spokój. „Ja palę?! Przecież wiesz, jak was zawsze zwalczałem z tym paleniem, jak nienawidzę papierosów”
    Zakłamana gnida.

    Oczywiście na oficjalnych zdjęciach ani widu tych uszu. Ale zrobię wam zdjęcie z filmu, to zobaczycie. Ludzie nie mają takich uszu.

    A teraz coś z zupełnie innej beczki:

    ZIMA

    Czatowałam wczoraj z aparatem, bo warunki zdjęciowe były wymarzone.

    Koty zaszywają się gdzie mogą i udają, że nie wiedzą, gdzie się chodzi na kupę

    Kuweta co chwilę jest pełna. Tutaj akurat ta durniejsza z naszych kiciuniek myśli, że jak się nie będzie ruszać, to jej nikt nie zauważy w wózku dla lalek.

    Mnie też się udało – wczoraj nie wystawiłam nosa z domu. Machnęłam ręką na basen i zaszyłam się na kanapie. Ćwiczę robótki na drutach. W sobotni wieczór uczyłam się ściągacza fantazyjnego, pół niedzieli robiłam tym ściegiem szalik, po czym się pomyliłam i wszystko sprułam. Kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.
    Ale za to wypróbowałam drugi z kilkunastu programów w mojej super wspaniałej maszynie do chleba – program do wyrabiania ciasta. Wymieszałam składniki na bułeczki śniadaniowe, wsadziłam do maszyny, za półtorej godziny wyjęłam pięknie wymieszane i wyrośnięte ciasto, uformowałam bułęczki, upiekłam i voila!

    Przezornie zrobiłam z połowy składników i wszystko zostało pożarte na ciepło z powidłami śliwkowymi. Nie rozumiem tylko, jak to niektórzy robią, że mają te nacięcia na bułeczkach takie zgrabne? Ja nacięłam i co, popękały i tak. Ale były dobre :-)

    Jakiś czas temu kupiłam sobie kokilki. Nie wiem, po co, ale mam. Cztery. Bo tyle było. Resztę dokupię za jakiś czas. Ja po prostu uwielbiam wszelkie naczynia do zapiekania.

    Mają jakieś 6 cm średnicy. Na śniadanko ze zdjęcia upiekłam jajecznicę z szynką, serem i bazylią. Oczywiście tak wyglądały zaraz po upieczeniu, po wyjęciu z piekarnika natychmiast opadły smętnie :-D Ale i tak były dobre. A następnym razem będzie quiche.

    Zrobiłam sobie również nastrojową dekorację i nawet wieczorami pamiętam o zapaleniu

    W niedzielne popołudnie było już tak nudno, że dzieci odeszły nawet od komputera i Dexter robił Deedee zdjęcia:

    Szkoda, że nie kazał jej umyć dzioba po kisielu jagodowym, byłyby ładniejsze zdjęcia

    Jeśli chodzi o zdjęcia, to byłoby tyle.

    Nałożyłam embargo emowi na alkohol, więc z nudów w wieczór sobotni wysprzątał schowek pod schodami. Skończył o pierwszej w nocy. Grunt, że ma chłop zajęcie.

    Aaaaa, w kwestii pieczywa to nie wszystko. Zupełnie nieświadomie przyłączyłam się do akcji „Piekarni po godzinach” i w końcu nastawiłam zakwas na mące żytniej. Postawiłam na lodówce, bo to jedyne stale ciepłe miejsce w naszym domu, ale było mu za zimno. Dopiero na kominku ruszył. Muszę teraz poczytać u innych, jak go utrzymać przy życiu.

    Obejrzałam parę filmów, ale nic nie polecę, bo raczej słabe.

    Idę, bo mi się wena skończyła.

    PS: Wszelkie zdjęcia zimowe zamieszczone w tym miesiącu zostały wykonane całkowicie bezpieczną techniką „przez okno”, bez narażenia zdrowia fotografa oraz życia baterii.

    Już dawno nie zdarzyło mi się, żebym oglądała film na stojąco.
    A było to tak. Do prasowania postanowiłam coś sobie włączyć. Trochę odrzuciła mnie na początku facjata Liama Neesona, bo po pierwsze brzydki jest niemiłosiernie (te uszy!), a po drugie jak Oskar Schindler może grać w filmie akcji? No sami powiedzcie.
    Ale.
    Chodziło o porwanie córki, tatuś były agent itd. Uznałam, że to będzie najlepsze do zapchania czwartkowego wieczora przy prasowaniu. Fabuła trochę dla nastolatków, wiadomo, tatuś wszystkim da nauczkę i będą żyli długo i szczęśliwie.
    Ale.
    Od pierwszej minuty zżyłam się z tym nieco żałosnym facetem, który walczy o kontakt z córką i z góry wiadomo, że nie ma szans przy nowym, bogatym tatusiu. Potem akcja ruszyła z kopyta i już nie miałam czasu zastanawiać się nad niczym. Skończyłam prasować, podeszłam do kanapy i już tak zostałam. Z jakąż precyzją rozprawiał się z niedobrymi panami! Jakie znał sposoby na odnalezienie tych, o których mu chodzi!
    Zazwyczaj sceny walki lub pościgu wykorzystuję na sprawdzenie, czy się nie pomyliłam w robótce. Tym razem robótki nawet nie wzięłam do rąk. Nawet nie mogłam usiąść na tej kanapie, bo tak mnie wciągnęło. Stałam, patrzyłam i czułam tylko że chyba mnie nogi bolą i że usiąść, ale zanim usiąść to coś tam, nie pamiętam co… i dalej stałam. Dziś lub jutro obejrzę to sobie jeszcze raz. I pokażę m, jemu też się spodoba.
    Dobry aktor z tego Liama. I reżyser chyba też niezły. Idę sprawdzić, kto to był.

    PS: Aha, film nazywał się Uprowadzona

    Dwa swetry, kozaczki, golf i spodnie. Na razie wystarczy.
    Kappahl zapunktował u mnie za spodnie ze zwykłym lub nawet podwyższonym stanem.

    Dzisiaj jeszcze kosmetyki do makijażu i spokój. A, jeszcze kapcie sobie kupiłam – miały być włochate czerwone, ale jak zobaczyłam zgrozę na twarzy Dextera, to odpuściłam. „I ty to będziesz przy gościach nosiła???”

    Dexterowi dostały się bojówki i t-shirt, zaś obie mężczyzny domowe zrobiły się bogate w skarpety, bo wiecznie wojna o te skarpetki. Kupuję im hurtowo, czarne, gładkie i jedną trzecią zjada pralka, a resztę wydzierają sobie z szuflad nawzajem.

    Jestem już dziś po porannych zakupach w Tesco i coraz bardziej mi się to podoba – jako jedynej klientce o tej porze ;-) Wszystko zostawiłam w bagażniku, pora roku ma tę zaletę, że nawet mrożonki mogę kupić i zostawić na cały dzień w samochodzie. Tylko bułeczki wzięłam, teraz mi tu pachną, kurka wodna.

    Po pewnych przepychankach słowno – erotycznych m wywalczył sobie większą antenę sat i nowy kabelek, dzięki któremu obraz nam się wyostrzył. Dzisiaj zamierzam się tym nacieszyć, chociaż zła jestem o te sześć stów niemożebnie.

    Fajny film zaczęłam oglądać, dzisiaj go skończę. Nagrywałam go zupełnie bez przekonania, a bardzo mi się podobał. Ten.

    Ale kasy puściłam w tym tygodniu…
    A jeszcze w sobotę zamierzam zahaczyć o Klif…

    obejrzane. W tym drugi raz księżna i drugi raz Max Payne. I Skarb Narodów 2 – po raz pierwszy. Ujdzie.

    Również po raz pierwszy – Lektor. Ralph Fiennes chyba specjalizuje się w dłuuugich romansach… Ale za to w Lektorze zrehabilitował się wobec Kate Winslet za to, co zrobił Księżnej ;-)

    W niedzielę Deedee na basen, a potem wielkie suszenie i na ślizgawkę, wypróbować nowe łyżwy od Gwiazdora :-)
    Była bardzo zadowolona. Ja i kumpela mniej, bo w mokrych spodniach i butach stać na wietrze to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Ale zadowolona mina Deedee – bezcenna. W sumie dobrze wyszło, bo od wczoraj zmiana pogody, jak chyba wszyscy zauważyli. A w naszej dziurze to nie docenili za bardzo darmowego lodowiska, bo w niedzielne południe byłyśmy tam zupełnie same. Wczoraj nie było tam nikogo, jak jechaliśmy na rowerki.

    Za to dzisiaj – ho ho ho, nadejszła wiekopomna chwila i jadę kupić sobie coś na dupę. Wiem, wrócę wk… jak sto diabłów na swoją grubą dupę, ale MUSZĘ kupić jakieś spodnie, buty, sweter, bluzkę, bo już naprawdę nie wypada chodzić  do pracy jak dziadówa.
    Dexter potrzebuje butów zimowych i zgubił czapkę. Kosmetyki mi się pokończyły. Także ten. Zabieram po pracy kumpelę (bez niej w życiu nic nie kupię) i Dextera i jedziemy.

    Kończę, bo muszę jeszcze wyskoczyć na pocztę – wczoraj przez allegrowiankę nie wysłałam listów firmowych.

    Update:
    Udało się wysłać bez problemu tym razem. ufff.

    Jadę.
    Orsay i Kappahl – strzeżcie się! nadchodzę!

    że się zmobilizowałam wczoraj i wysprzątałam sobie WSZYSTKO. No, okien nie myłam. A jak skończyłam, to zadzwonili znajomi, że wpadną :-)
    A u mnie na stole świeczuszki się palą, wszędzie błysk. Herbatka się parzy. Chlebek dopieka.

    A jeszcze bardziej szczęśliwa będę dziś, jak wejdę do domu a tam błysk :-)))

    Bo teściowa i dzieciaki wybyły razem ze mną rano i niektórzy wrócą jutro, niektórzy pojutrze… Dzisiaj tylko ja, Deedee i m. Jaki spokój…
    Żeby tak jeszcze mnie łeb nie bolał, do tego zatoki zatkane i okres. Ale damy radę. W planach oglądanie filmów, czytanie, szydełkowanie. Nawet gotować za bardzo nie muszę, dzisiaj zrobię na szybko makaron z ziołami, na jutro żurek z kiełbasą i styknie. Jak będę miała humor, to w końcu zrobię tę karpatkę.

    Aha, słuchajcie, ktoś wreszcie zdołał to logicznie wytłumaczyć:
    tu

    RE WE LAC JA

    I tyle na temat warunków atmosferycznych.

    Ponieważ przedwczoraj nie miałam czasu, to obejrzałam tylko dwa filmy ;-)
    „Chłopcy z Chatham” – zabawny i czuje się taki powieściowy klimat, zresztą nakręcony na podstawie książki. Piękne plaże… Co prawda przez cały czas byłam przekonana, że to się dzieje w Angli lub Irlandii, ale co tam.
    „Pojedynek” – wielce czcigodny Michael Caine i Jude Law – mniej czcigodny i dziwny z urody, ale też nieźle gra. Błyskotliwy dialog dwóch aktorów, który się nie znudzi do samego końca, chociaż koniec mógłby być też zakręcony, a nie taki prosty. No i niesamowite wnętrze domu – mieszkać w takim czymś bym nie chciała, ale trochę pourlopować się – czemu nie? No i garderoba pani domu, mmmmmm…..

    Wczoraj za to już naprawdę nie było czasu na nic, ale czuję, że w weekend sobie odbiję!

    Jadąc do pracy widziałam temperaturę -19,5
    Jakby było -20, to bym wróciła do domu. Szkoda.

    Żeby dowieźć Dextera na pociąg wstaję o 5.50 (to na pewno kara za moje lenistwo, które z przyjemnością uprawiam od lat czterdziestu). Wczoraj z powodów wszystkim doskonale znanych – śniegu – spóźniliśmy się i tak. Wiedziałam, że będzie miał pierwszą, może drugą lekcję a potem idą do teatru. Po południu go odbieram i stopniowo dowiaduję się, że:
    - ponieważ się spóźnił 15-20 minut, to na pierwszą lekcję nie poszedł
    - ponieważ nie był na pierwszej, to na drugą też nie poszedł,
    - ponieważ ZAPOMNIAŁAM mu dać 10 zł, do teatru też nie poszedł
    - był u kolegi, oglądali filmy (kolega też nie poszedł?)
    Wstałam zupełnie niepotrzebnie.

    Dzisiaj wstałam 5.50, obudziłam go, umyłam się, umalowałam i wtedy przyszedł do mnie i powiedział, że wczoraj uderzył się w palec u nogi o jakiś krawężnik i że teraz go boli i nie bardzo może chodzić. Został w domu. Znowu wstałam niepotrzebnie. Poczytałam przez godzinę Millennium :-)

    Na rowerki jednak wczoraj poszłam, bo wiem, jaka byłabym na siebie zła, gdybym nie poszła. A ćwiczyło mi się świetnie.

    Kumpela pomału dostaje już głupawki związanej z przyjazdem Norwega. Jakby ją ktoś nakręcił :-)

    Obejrzałam następny film – „Niedźwiadek”, czeski. Bardzo mi się podobał. Czesi mają dobre filmy.

    Myślałam, że to się zdarza tylko w moich ulubionych komediach – sprzątasz po przerwie świątecznej i trafiasz na zapomniany pakunek. Aż tu sobie w piątek sprzątam, zaglądam w skrytkę, gdzie trzymałam słodycze świąteczne, a tam coś kolorowego. Paczuszka dla Dextera, z książką i czekoladą. To była pierwsza część Wielkiego Guslara, od nas, drugą dostał od kumpeli.
    A ja mu wmawiałam przez całe święta, że to świetne opowiadania i żeby zaczął od pierwszej, on bąkał, że dostał jedną, ja machałam ręką, że pewnie walnął gdzieś w pokoju i znajdzie za chwilę, zmienialiśmy temat i tak w kółko.
    :-)
    Grunt, że się znalazła.

    Czy już mówiłam, że wnerwia mnie coraz bardziej bałagan, chaos i niestety również syf narastający w naszym domu? Pewnie mówiłam. Fakt, że siedząc, szydełkując i oglądając filmy to nie można mieć wielkich pretensji, ależ do jasnej cholery, mogłabym codziennie odkurzać i myć podłogę i codziennie od rana znowu syf. Coś wychlapane, ślady kotów, kłaki z kotów, piach, igły z wywalonej już choinki, pestki z jabłek obieranych dla Deedee, złote gwiazdki, które kiedyś kupiłam Deedee razem z brokatem i nie wiedzieć czemu i jak ciągle się rozsiewają po domu (to byłoby akurat urocze, gdyby nie pozostały syf).

    I ten pieprznięty kot, za którego leczenie daliśmy 150 zł, a on dalej próbuje obsikać cały dom. Podsikane w kablach, w doniczkach, na schodach, w garderobie, za łóżkiem. Za to do kuwety sra. Żre i sra na zmianę.

    Można by pomyśleć, że jestem zła i słusznie. Ale nie jestem. Mam nawet całkiem dobry humor. Cieszę się, że dojechałam do pracy, chociaż na ostatnim zakręcie utknęłam, ale się jakoś rozbujałam i dojechałam do bramy tonącej w zaspie. Brama nie chciała się oczywiście otworzyć, wspólnymi siłami odsunęliśmy ją na pół metra i rozpoczęliśmy akcję dokopywania się do drzwi wejściowych. Dobrze, że coś mnie tknęło i założyłam dziś grube skarpety. Spodnie mam mokre, trochę mi zimno.
    Na wieczorne rowerki to chyba nie pojadę, szkoda, ale nie mam siły znowu przebijać się z wiochy na trochę większą wiochę i z powrotem. Tym bardziej, że białe gówno cały czas napieprza z nieba. W środę może już będzie trochę to wszystko opanowane.

    Dostałam od m w piątek „Slumdoga” (podobał mi się i chciałam to mieć) i „Bękarty wojny”. Trzeba przyznać, że utrzymany w konwencji tarantinowskiej – bez dbałości o jakąkolwiek prawdę historyczną, za to ze świetnymi dialogami, przetykane scenami tak odrażającymi, że nawet ja przymykam oczy. Przynajmniej za pierwszym razem. Brad Pitt…? Nie jest z niego de Niro, ale akcent ma boski :-) Także bez wodotrysków, ale może być. Nie pożałowane te pięć dych.

    Poza tym oczywiście obejrzałam parę innych filmideł, bo mi się dekoder zapełnił i wykasowuje mi starsze pozycje, a ja bardzo nie lubię, jak maszyna sama lepiej wie ode mnie, co ja bym chciała mieć i obejrzeć. Obejrzałam to – fajny filmik i to – super rozrywka na babski wieczór (dlaczego Meg Ryan w 2008 roku wygląda jeszcze lepiej?!) i bardzo podobało mi się to. Ach, no i wczoraj wieczorem jeszcze „Upadek”, ale nie rzucił mnie na kolana, nie mam ochoty oglądać tych chorych s….nów, nazistów, jak mordują innych, siebie i swoje dzieci. No jakoś nie.

    Następny tekst Deedee:
    W piątek wieczorem Dexter wraca do domu, a ona siedzi na swoim profilu na NK, który brat jej założył. Ma tam bidula troje znajomych, brata i dwie koleżanki. Wiadomo,  że jak brat wraca do domu, to robi jej ”wypad od kompa” z internetem. Ale nie zdążył jej jeszcze wyrzucić ze swojego pokoju, kiedy usłyszał:
    „Proszę cię, Dexter, nie psuj mi tej chwili, kiedy jedyny mój znajomy na NK jest aktywny!”

    Idę, zaproszę ją do znajomych, niech ma radochę.

    PS: Nie wiem, czy to normalne, ale pomimo tego, że to ja napisałam swoje notki, to zawsze je potem jeszcze czytam. I to z niemałą przyjemnością. Porąbana to ja jestem, nie ma co.

    Tak jak Stardust wzięło mnie na porządki poświąteczne. Ale się trzymam, unikam wszelkiego wysiłku jak mogę. Wczoraj jedynie znalazłam wreszcie w kuchni miejsce na chlebownicę. Tylko teraz nie wiem, gdzie mam trzymać lekarstwa i jajka. Ale nic to, coś się wykombinuje – na przykład PO CO MI SZUFLADA 40x80cm pełna li i jedynie przypraw?! Ale przecież nie wyrzucę. Owszem używam sporo przypraw (a nie tylko vegetę jak teściowa), ale to i tak przesada. Lekarstwa będą musiały się pomieścić. Całe szczęście swoją drogą, że kazałam tyle gniazdek w kuchni porobić!
    Co jeszcze?
    Dzisiaj odwaliłam poranne zakupy w Tesco, dzięki czemu chociaż dzisiejsze popołudnie może będę miała w miarę spokojne.
    A propos spokoju – kumpela wyznała, że po długim weekendzie w naszym domu z radością skorzystała ze sposobności (czyli rwącego kaszlu) i poszła na zwolnienie. Autentycznie była wykończona po spędzeniu w naszym domu czterech dni. Ja też zauważyłam, że ostatnio nasze życie rodzinne to jeden jazgot i bałagan. Nie ma chwili spokoju, jak jeden się położy z książką, to drugiego nachodzi na sprzątanie, jak trzecie ogląda film, to czwarte wali garami.
    Nie da się ukryć, że głównym czynnikiem stresogennym jest teściowa wtrącająca się we wszystko, stale i konsekwentnie. Dodajmy do tego jej niespożytą energię od rana do wieczora, która nie może zimą znaleźć upustu w ogródku. I tego nerwusa, mojego m. Jedynie Dexter siedzi głównie w swoim pokoju, bo ma tam niezawodny azyl i najlepsze towarzystwo, jakie można znaleźć – komputer. Ja oczywiście jestem jedyną w tej dżungli polaną (bo przecież w dżungli nie ma oazy) spokoju i zrównoważenia :-)
    A tak na poważnie, to ja naprawdę jestem bardzo ugodową i spokojną osobą, która prędzej zgnije w środku niż uzewnętrzni swoją frustrację. Za to moja siostra to niezła hetera, której wszyscy się boją, jeżdżąca na kim się da jak na łysej kobyle. Nie zostawia jeńców za sobą. Co nie przeszkadza jej być człowiekiem na wskroś dobrym i szlachetnym, tego nie da się ukryć. Tyle, że straszny z niej nerwus. Od dziecka. Moja teściowa uwielbia moją siostrę, w tyłek by jej chętnie wlazła, podczas kiedy mnie zazwyczaj „lekce sobie waży”
    I w tym momencie wyobraziłam sobie, ile czasu wytrzymałaby na moim miejscu siostra :-D
    Daję jej jakieś dwa dni. Po tym czasie pomordowaliby się z m, a teściowa zostałaby zrównana z ziemią za jęki typu „co mam ugotować na obiad”, „jak ubrać Deedee do szkoły” „ile ziemniaków mam obrać na obiad” itp. Oj, wyobrażam to sobie :-))) Moja siostrzyczka nie zostawiłaby po niej okruszka za takie teksty.
    No dobra, za to weekend szykuje się lepszy, bo teściowa wybywa.
    Tato skończył piątego 83 lata. W niedzielę wybierzemy się z życzeniami. Co mu kupić????
    Mama po dwóch tygodniach u siostry wróciła do domu i wpadła w wir dalszych porządków. Wczoraj odmroziła zamrażarkę, dzisiaj szoruje na razie palniki od kuchenki. Nie wspominając o praniu, bo to standard codzienny.

    Ja również nadal mam chęć na zmiany, kupiłam sobie dziś pojemniki do szuflady, będę układać przyprawy. Wczorajszy dzień w pracy spędziłam głównie w Ikei online, szukając tego, co pomoże mi w ogarnięciu tego wszystkiego.
    Resztę dnia spędziłam na szukaniu jakiejś fajnej komedii w warszawskich teatrach w drugiej połowie lutego. No co, Lejdis mają Sylwestra w lipcu, a mnie co roku nachodzi zimą na teatr ze znanymi aktorami. Najbardziej to bym chciała zobaczyć Szyca, ale za bardzo nie ma w czym. Nic to, damy radę. Kowalewski też może być :-)

    Jeśli ktoś czyta drugą część Millennium (a wiem, że niektórzy na pewno będą ;-)), to radzę się zaopatrzyć od razu w trzecią, bo inaczej można pęc. Z niecierpliwości, co dalej.

    Wypada jeszcze wspomnieć o Sylwestrze – całkiem przyzwoity. Bardzo starałam się dotrwać do północy, dzięki czemu wszystko pamiętam do pierwszej w nocy. Przysiedliśmy nad smaczną kolacyjką, oglądaliśmy Dwójkę, która nieźle wypadła na tle innych stacji. Deedee zapewniła nam stronę artystyczną – występowała, a potem wymyślała dla nas różne zawody/zabawy, między innymi musieliśmy pobiec na piętro i drużynami szukać skarbu za pomocą mapy. Drużyna złożona z babci i jej bratowej miała lekki problem z wygramoleniem się zza stołu :-) ale potem już całkiem nieźle się sprawowały.
    Po północy zgodnie z przewidywaniami wylądowaliśmy u sąsiadów i tam w siódemkę rozpoczęliśmy tańce łamańce, z których ja wróciłam gdzieś około piątej rano, a m i kumpela z godzinkę później. Chyba było fajnie, w każdym razie wróciłam w bluzce sąsiadki i w butach sąsiada :-)
    Ale to jeszcze nic. Jak potem sąsiedzi oglądali zdjęcia, to sąsiad przeraził się w pewnym momencie, że całował sie ze mną – a wszystko przez to, że mamy z sąsiadką podobne fryzury i kolor włosów, do tego jeszcze ta zamiana bluzek…


    • RSS