batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 3.2010

    No właśnie, dlaczego nie przepadamy za świętami wielkanocnymi? Według mnie bardziej radosne wydają nam się Święta Bożego Narodzenia, ponieważ jednak fajniej jest cieszyć się tym, że pojawia się niemowlę, które ma przed sobą całe życie, niż tym, że zmartwychwstał ktoś, kto przedtem umierał w wielkich mękach. Całe to przeżywanie męki, droga krzyżowa, ciernie – trudno w sobie znaleźć radość. Poza tym pozostała mi trauma z dzieciństwa, kiedy to musiałam w poniedziałek iść sama do kościoła, a po drodze starać się umknąć „chopakom” z wiadrami – durna tradycja, nigdy mnie specjalnie nie bawiła. No nie mam chyba poczucia humoru w takich przypadkach, nic nie poradzę.
    Za mazurkami i babkami też nie przepadam, zresztą jak słusznie zauważono na blogu zgagi – co dom to inny mazurek. Raz w życiu jadłam taki, co rzucił mnie na kolana, niestety, miałam wtedy 17 lat i nigdy potem podobnego nie spotkałam, nie pamiętam nawet, jaki to był. Z kolei m jest fanem tego czegoś mazurkopodobnego ze sklepów – zawsze na święta tego nakupuje i potem nawet zje z dziećmi, teraz też już czeka 40cm baranek i parę mazurkowych „pisanek”, niech im będzie, co będę chłopa ograniczać, jak lubi. O, i jeszcze lukru nie znoszę!
    Jak będę miała gest, a Dexter mi umyje samochód, to specjalnie dla niego zrobię kruchy spód, na to wyleję masę kajmakową z puszki, posypię migdałami i to będzie mój cały wkład w ciasta. No i jeszcze zamierzam kupić w znajomej cukierni paschę – nigdy nie jadłam, ale lubię wszystko, co z serem, a cukiernia jest bardzo dobra (zgago – koło delikatesów Fart stoi taka budka, nazywa się Want czy Wanta, naprawdę warto spróbować ich ciast). M uparł się piec babkę, muszę tylko szybko kupić mu formę silikonową, żeby obyło się bez masakry przy wyjmowaniu.
    Wczoraj przyjechała kumpela, musiałyśmy obgadać ostatnie dni, kiedy to się nie widziałyśmy, a było o czym – u niej był Norweg, za to u nas nieustające przeboje z Dexterem. Nie piłyśmy. A jak rano wstałyśmy, to obie czułyśmy się tak, jakbyśmy jednak i piły i pół nocy zarwały – stwierdziłyśmy, że chyba z przyzwyczajenia.
    Do Deedee przyszła paczka z Chicago – obiecana sukienka komunijna – w sumie to nie była potrzebna, tyle, że jej kuzynka miała komunię rok temu i obiecała Deedee, że jej przyśle swoją sukienkę. No i przysłała. Sukienka jest prześliczna, zresztą zdjęcia będą, a najważniejsze, że są również rękawiczki oraz prześliczne spineczki do włosów z cyrkoniami – takie „sprężynki” do wkręcenia w kok lub po prostu w warkocz (ja mam pomysł na rozpuszczone włosy) Do fryzjera się nie wybieramy, bez przesady. Oczywiście, tę sukienkę założy dopiero na przyjęcie, w kościele alby.
    Wczoraj okazało się, że jednak w pierwszy dzień będziemy mieli tylko dwa i pół gościa, jedna rodzinka odpadła. No i dobrze. Zdążę spokojnie i posprzątać i ugotować, i odwiedzić mamę i cmentarz. I jajka mężowi pomalować :-)
    Co jeszcze ze smakołyków świątecznych?
    Musowo jaja faszerowane – tradycja rodziny mojej teściowej – w tym roku teściowa ma to z głowy, bo ciocia przywiezie własnoręczne jaja. Mięsa pieczone przez moją teściową – karkówka, schaby z dzika, piersi kaczki. Żurek – nie chwaląc się – mój i mojej siostry żurek to najlepszy żurek na świecie. Z nowości – paszteciki francuskie z szynką i żółtym serem. A co.
    Aaaa, sos jajkowo – chrzanowy mojej teściowej – do mięs (re-we-lac-ja).
    Deedee ma też zadanie – zrobić pastę kanapkową ze szprotek i jajek.

    A na drugi dzień idziemy do mojego siostrzeńca – jego żona rzuciła się zrobić wielkie przyjęcie dla całej rodziny. Pewnie teraz żałuje, bo jej mama właśnie sobie złamała kostkę wysiadając z autobusu…

    Wczoraj Deedee poszła do kolegi na podwórko. Wraca do domu, a na brzuchu w bluzce dziura. Co się stało – pytam. „A pies mi wyszarpał!” stwierdziła nonszalancko. Zaglądam pod bluzkę – a tam dziura w podkoszulce. Odwróciłam się na chwilę, patrzę, a ona podnosi podkoszulkę i zagląda, czy w brzuchu też jej zrobił dziurę :-D
    I tym wesołym akcentem kończę i smacznych świąt życzę!

    Wiadomo, znowu ta bezsensowna zmiana czasu. Pozornie dłuższe dni. A tak naprawdę to długi wydaje mi się ten dzisiejszy poranek, bo marzę tylko o tym, żeby czas płynął szybciej i żeby można było iść już do domu i spać. Noc była niezwykła, bo najpierw próbowałam się przed snem „wyciszyć”, a więc przeczytać parę stron książki, niestety, emowi zebrało się na pogaduchy i ciągle mi przerywał czytanie i musiałam odliczanie rozpoczynać od nowa ;-)
    Potem chciałam zasnąć, to on zaczął pochrapywać. Udało się zasnąć. Niestety, wkrótce znowu mnie obudził, tym razem już udając trąbę. Jerychońską. Straciłam cierpliwość i wyniosłam się do drugiego pokoju.
    Nie było mi dane pospać długo, bo nie domknęłam drzwi, więc za jakiś czas obudziło mnie dziwne szuranie. Kot próbował wleźć do plastikowej siatki, w której na oknie stał posypany cukrem pudrem baranek. No żesz kur….!
    Rano – jeszcze wczoraj była to piąta rano, dzisiaj nazywana szóstą wstałam wkurzona jak sto piorunów.

    Jeśli chodzi o pierwszą część tytułu – w sobotę umówiliśmy się ze znajomym do kina. Na 16.45. Zawsze jesteśmy bardzo punktualni, zazwyczaj przyjeżdżamy przed czasem. A w przypadku rezerwacji miejsc na seans to już w ogóle – wyjeżdżamy wtedy z domu godzinę wcześniej. Z kolei znajomy należy do osób zawsze spóźnionych. Spokojnie się szykowaliśmy, m poszedł jeszcze wziąć prysznic, wsiadamy do samochodu, aż tu nagle wtem! na zegarze 16.25 - wtf???! Okazało się, że zegar, który liczył nam czas od ślubu postanowił dokonać żywota i spektakularnie zwolnił, zamiast się zatrzymać. No i tak wielki szacun – wytrzymał prawie 18 lat :-)
    Na film zdążyliśmy, nawet mi się podobał, chociaż za Chiny nie miałam na niego ochoty – wolałam iść na
    Scorsese, jak już. Niestety, znajomy był napalony na Kwiat pustyni jak Arab na kurs pilotażu (uwielbiam to powiedzenie!). Ale wyszłam zadowolona – pomimo braku wielkich gwiazd film dał się jak najbardziej obejrzeć no i jego główna zaleta to autentyczność wydarzeń. A ukoronowaniem – uroda głównej bohaterki – nie mogłam się na nią napatrzeć. Chociaż z rozpaczą patrzyłam na to, jaka ona jest chuda. Nie dlatego, że też tak chcę wyglądać, tylko dlatego, że mam córkę i już teraz martwię się, jak ją ustrzec przed anoreksją w tym chorym świecie.

    Po wizycie u psychologa jakoś tak dziwnie zupełnie nie miałam ochoty w ten weekend zaszaleć :-) M też.
    I dobrze. Obejrzeliśmy z Dexterem „Człowieka z marmuru”, a w niedzielę „…z żelaza”.
    Zaszalałam za to kulinarnie i w sobotę była chińszczyzna, a wczoraj pizza i pasta, a więc Italiano :-)
    M, zachęcony słoneczkiem, postanowił sobie ugrillować kiełbasę i kaszankę. Nie muszę chyba wspominać, jak zmarzł na tym naszym wygwizdowie?
    Dla Deedee tym razem zrobiłam osobną pizzę – w większej kokilce umieściłam ciasto, plasterek szynki i ser, bo to jest wszystko, co ona z pizzy zjada. Grzyby odpadają, salami nie za bardzo, cebula i pieczarki błe, pomidory to już w ogóle…
    Zdjęcie mini pizzy – później.

    Wyciągnęłam aparat i położyłam na stole w salonie, bo ciągle zapominam o robieniu zdjęć.

    zamiast kupić i rzucić się w otchłań nowego Kinga, ja oczywiście triumfalnie rozpoczęłam lekturę jego poprzedniej książki, która jak dotąd czekała grzecznie na półce. Trzeba przyznać, że od razu akcja rusza z kopyta, a temat jest przerażający, że aż nie jestem ciekawa, co będzie dalej, bo się po prostu boję, że to, co od dawna mi w duszy gra.

    Inna sprawa, że we własnych domowych pieleszach jestem świadkiem i uczestnikiem równie przerażających scen. Jak mnie się strasznie nie chce wychowywać własnych dzieci, dżizas.

    Robię na szydełku…
    Nie, nie żółty szalik, tylko letnią sukienkę dla Deedee. Po ośmiu latach zorientowałam się, że pod ręką mam wdzięczną modelkę, brawo dla tej pani.

    Co do szalika – byliśmy wczoraj u psychologa od uzależnień. Porażka. Baba antypatyczna (bo co innego terapia szokowa, a co innego chamstwo, nie chciałam wcale głaskania po główce, chciałam rzetelnej opinii, czy mamy problem, czy nie, a pani psycholog kręciła się w kółko i nie miała nic konkretnego do powiedzenia na tematy około). M mówił, jak mu jest na trzeźwo, ona na to „przestać pić”. No bardzo proszę – idziesz do lekarza, żeby pomógł ci przestać pić, a on na recepcie pisze „przestać pić”.
    Jak później przeanalizowaliśmy rozmowę, to doszliśmy do wniosku, że ona nie bardzo poradziła sobie z nami. Gdbybyśmy mieli „czerwone nosy”, to od razu wiedziałaby, co z nami zrobić – terapia, leki itp. A w naszym przypadku… my wiemy, że mamy problem, chcemy usłyszeć, jak z niego wyjść, wiemy zresztą, jak, chcemy usłyszeć, czy to jest w ogóle możliwe. Niech każdy z nas rzuci kamieniem i sprawdzi, czy przypadkiem nie trafił w osobę pijącą w swoim otoczeniu… Spróbujcie sobie wyobrazić święta, imieniny, urodziny, wesela lub zwykłe kolaacyjki ze znajomymi i zero alkoholu. Wiem, są tacy, ale co z tego.
    No nic, spróbujemy gdzie indziej.

    m jedzie do Amsterdamu za miesiąc. A ja co, biedny miś? Za karę będzie musiał mi coś przywieźć… Tylko co?

    Byłam wczoraj z Deedee u okulisty, zez ma się świetnie, możemy sobie podziękować za zaniedbanie. Astygmatyzm mniejszy. Okulary pora wykupić (na poprzednich usiadła). Na ćwiczenia zapisać – albo za darmo nie wiadomo kiedy, albo za 2 stówy.

    Obok był Rossmann, więc wiadomo, znowu jakieś głupoty kupiłam, tym razem świecznik i świeczki magnoliowe do niego. Szczotkę do włosów. Kawałek prezentu dla koleżanki z pracy. A, kupiłam też Kremik Neutrogeny „reparation intense” – bo na jednym kłykciu co za słowo skóra najpierw mi wysychała, a wczoraj popękała, co mnie już zaczęło dość niepokoić. Oczywiście Neutrogena pomogła od ręki :-)

    Z moją firmą współpracuje pewien polski Grek. Wiecie pewnie, skąd się wzięło pokolenie polskich Greków, zresztą nieważne. Facet jest takiego typu, który lubię, to znaczy mam łatwość nawiązywania żartobliwej konwersacji z tego typu mężczyznami. Jak dzwoni, zawsze żartobliwie o coś tam zapyta, ja jak mam dobry refleks, to coś dowcipnie odpowiem. Wczoraj przyjechał do nas, mojej szefowej nie było, a ja miałam mu coś oddać w jej imieniu. Wziął, po czym ucałował mą dłoń i zaglądając głeboko w oczy zapytał o plany urlopowe. Odparłam, że owszem, wyjeżdżam już w lipcu. „Sama?” „Z mężem, niestety” westchnęłam. Zaskoczyło go to trochę, ale ciągnie dalej „ależ dlaczego niestety?” „bo pan pyta…” odparłam…
    Spłoszył sie trochę, ale w tym momencie poczułam, że coś już tego dnia spożył, więc się trochę przestraszyłam, bo wtedy nigdy nie wiadomo, jak takie rzeczy mogą się skończyć. To znaczy, nie wiadomo, jak on to wszystko może zrozumieć. Teraz nie mogę przeżyć własnej głupoty, zawsze się z takimi facetami wkopuję w jakieś dziwne sytuacje. Ja ich traktuję jak miśków, a oni mogą sobie pomyśleć, że z nimi flirtuję. Kończę z tym. Idę na odwyk od flirtowania.

    Właśnie weszła do naszej firmy zakręcona kobitka i szukała urządzeń do tatuowania krów. wtf?

    W zeszłym tygodniu była promocja w Rajanie na loty m.in. do Hiszpanii. Można było polecieć w dwie osoby na weekend do Barcelony za 4 stówy. Tam i z powrotem oczywiście. Bu.
    Lubię wchodzić na strony lotnicze i sprawdzać ceny lotów do europejskich miast, a potem sobie wyobrażać, co bym robiła w weekend w Sztokholmie czy Walencji.

    Nie mówiłam, co na niwie filmowej w zeszłym tygodniu. Otóż, ku własnemu zaskoczeniu, z przyjemnością obejrzałam w sobotę film o Czyngiz-Chanie. Naprawdę mi się podobał. Zwłaszcza plenery – no bajka po prostu! I charakter mongolskich kobiet :-)
    Poza tym następne odcinki mojego serialu, na punkcie którego mam, delikatnie mówiąc, fioła.
    I durny film polski, Rubinowe gody, linka nie daję bo nie warto.
    Na fali Johnny Deppa – Sleepy Hollow, czyli po naszemu chyba Jeździec bez głowy – Tim Burton mnie rozwala :-)

    Wybrali Dextera do zespołu.
    Teraz to się zacznie, koncerty, fanki, wywiady…
    ;-D
    Na szczęście chyba mają jakieś wyczucie, bo próby w soboty do południa, więc przynajmniej nie będzie gnił w domu, a szkoła nie powinna być tym zagrożona.

    Piątkowe odsłuchiwanie koncertów bdb, zamiast mojito był rum. Sąsiadka przyniosła nici, bo obiecałam jej zrobić szal i chustę, oglądałyśmy wzory, m się wściekał, że śmiemy się rozpraszać, zamiast patrzeć nieruchomo w ekran. Padłam o wpół do pierwszej, m z kumpelą gadali jeszcze do trzeciej, aż ich pogoniłam spać. Gadać sobie mogą, ale m ma okropną skłonność do głośnego słuchania muzyki i filmów. Wszystko jedno co, byle głośno. A i tak w tym samym czasie gada, więc po co to hałasowanie?

    Przebojem piątkowej kolacji okazały się bułeczki czosnkowe, trochę późna była ta kolacja, ale po raz pierwszy wszyscy zgodnie przyznali, że to najlepsze jak dotąd bułki. Zjedzone oczywiście od razu na ciepło, z domową mielonką ze słoika oraz Almette ziołowymmmmm….
    Przepis można znaleźć łatwo, u Majany, w spisie treści pod bułkami. Oczywiście tradycyjnie już składniki wrzuciłam do maszyny na wyrastanie, a potem tylko uformowałam i upiekłam (zapamiętać – więcej soli i nie piec na pergaminie, bo się przykleiły!)

    W sobotę u brata też fajnie, siostra jak zwykle zjadliwa, pożarli się chyba z W., bo przyjechała sama. Sami to noszą dupę wyżej nosa, nie daj bosz się spóźnić do nich na imprezę pięć minut. Ale jak oni jadą do kogoś, to nigdy nie wiadomo, o której będą i w jakim składzie. I bez słowa wyjaśnienia. Tym razem nie odpuściliśmy jej, bo nie wytłumaczyła się, dlaczego W. nie ma i śmiechu było co niemiara, jak co jakiś czas ktoś puszczał jakiś tekst o nieobecnym, a siostrze trochę refleks szwankował i nie dawała rady się odgryźć celnie i błyskotliwie. Pewnie nie chciała kłamać, żeby się za szybko nie wydało. Pod koniec imprezy m zaczął mnie wyciągać, bo miał już serdecznie dosyć (tym razem ja piłam). Wstaję od stołu i wołam „no co ty, W. jeszcze nawet nie przyjechał, a ty chcesz już wychodzić?!”
    Rodzinka mojej bratowej to zupełnie inna historia. Za każdym razem siadają rzędem przy stole, nie mówią prawie nic, siedzą i patrzą się przed siebie, od czasu do czasu tylko podśmiechują się z tego, co do nich dotrze z naszych „przekomarzanek” rodzinnych. Kontrast jest dla mnie tak zabawny, że pękam wewnątrz ze śmiechu. Zawsze wychodzą pierwsi, kiedy tylko można już uznać, że wypada. Różnica polega na tym, że oni nie nawiązują konwersacji z nami, tylko czasem między sobą rzucą parę słów; za to w naszej rodzinie nikt nie ma specjalnych kompleksów, więc rozmawiamy między sobą i z nimi, jakbyśmy nie zdawali sobie sprawy z ich zablokowania. Śmieszne.

    Ach, no tak, miałam napisać o żarówkach. Jak tydzień temu kupiliśmy lampy, to kupiliśmy do nich oczywiście żarówki. Razem mieliśmy trzy pary rąk, a w nich jeden wielki karton z żyrandolem Deedee, dwa mniejsze kartony z lampkami nocnymi, jedna wielka żarówa do zielonego pokoju, trzy średnie żarówki do żyrandola i dwie malutkie kuleczki do lampek nocnych. Przy kasie było małe zamieszanie, żaróki wrzucałam do swojej torby, resztę nieśliśmy w rękach. Przy samochodzie m włożył wszystko do bagażnika, pieczołowicie układając, bo szkło, wiadomo. Ja wiedziałam, że będziemy jeszcze łazić po wielu sklepach, więc wszystko z torby mu oddałam. Nie kojarzyłam tych dwóch żaróweczek w ogóle, ani w sklepie, ani potem, nie pamiętam, żebym je miała w rękach, ale u mnie to normalne, po wybraniu lamp temat przestał mnie interesować.
    Przyjeżdżamy wieczorem do domu, m jak to on od razu chce mieć efekt, więc pomimo zmęczenia bierze się za montowanie lamp. Na pierwszy rzut idą lampki nocne, bo z nimi najmniej roboty. Rozpakowuje, skręca, składa i bach, nie ma tych dwóch małych żarówek. Dwa razy leci do samochodu poszukać. Ja dwa razy przeszukuję moją torbę i teściowej. Skanujemy każde prawdopodobne miejsce położenia w domu. Nie ma. Szfak.
    Na drugi dzień kupuję dwie żarówki, tym razem już najtańsze, a nie energooszczędne i je wkręcamy.
    Po CZTERECH dniach wracam z pracy, jem obiad, wkładam talerz do zmywarki, mój wzrok pada na dwie energooszczędne żarówki, stojące na blacie.
    I NIKT, kurna, nie ma pojęcia, skąd się tu wzięły. Dexter się nie przyznaje (a to on odbierał od nas torby z zakupami, więc myślałam, że może rozpakował i gdzieś tam bezmyślnie włożył, a potem sobie o tym przypomniał. Nie). Deedee nic nie wie. Teściowa tak samo zdumiona, myślałyśmy, że może jednak m znalazł rano w samochodzie i przyniósł do domu. NIE. Choćby zarżnij, nikt się nie przyzna. I tak to było z tymi żarówkami.

    Mamy jakby wiosnę, tak? Niestety, nad morzem wiosna wygląda tak, że nawet jeśli zrobi się parę stopni cieplej, to dla równowagi zaczyna piździć i padać. W następny weekend ma być powtórka z rozrywki.

    Niech już będzie 29 maja, bardzo proszę. Komunia, biały tydzień, Boże Ciało i z głowy. Będzie można zacząć się cieszyć latem.

    jak wyżej – wczoraj godzinka w necie, znalazłam parę ofert wakacyjnych dla synusia i już jedna z nich została zaakceptowana, w dodatku ta najtańsza. Żyć nie umierać.

    Odebrałam z naprawy wieżę, poszliśmy do pokoju Deedee, przesunęliśmy jedną szafkę i oto córunia ma zestaw haj fi stereo i w kolorze, może teraz słuchać muzyki cały dzień i w łóżku.

    Kakofonia wieczorna – Deedee słucha płyt u siebie, m dostał pocztą następne koncerty – Stinga (mmmmm…) i Sade, więc „przelatuje” je pobieżnie; zaś Dexter chce śpiewać w zespole rockowym, więc uczy się piosenek Alice in Chains itp, wyjąc niemiłosiernie do mikrofonu przy swoim kompie.
    Muszę kupić stoppery.

    Już nie wspomnę o tym, że Dexter dotąd nie przejawiał żadnego zainteresowania śpiewem, chociaż głos ma niezły. Co do słuchu, nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że powinien mieć też dobry, po mamusi zresztą :-) W każdym razie w sobotę przesłuchanie, więc wczoraj krztusiliśmy się ze śmiechu w łóżku, bo o 22 słyszeliśmy go jeszcze przez sufit i dwoje drzwi. „Czasami człowiek musi, inaczej się udusi” – podsumowaliśmy.

    Rano za pięć siódma stawiłam się pod wampirownią oddać krew, bo dawno się nie badałam. Swoją drogą, to jak się oddaje miesięcznie parę stówek na ZUS, to badanie krwi i moczu raz na parę lat nie powinno być problemem. Okazało się, że jednak. Moczu nie dali mi przebadać. Lekarka poskąpiła skierowania. Nie wiem, nie znam się, może to już niemodne.

    W piątek mam ochotę na Stinga (w pierwszej chwili napisało mi się „Stringa”), zaproszę kumpelę, sąsiadkę, a m będzie nam robił mojito.
    W sobotę brat zaprosił do siebie.

    Co do wyjazdu Dextera na kolonie – to nie nagroda, ale faktem jest, że dawno już nigdzie nie wyjeżdżał. Inna sprawa, że najszczęśliwszy jest w swojej norce, przy kompie. ALE tym razem doszli z koleżanką do wniosku, że to jedyna okazja pobyć trochę razem. Tak, to ta sama koleżanka, do której zapałał gorącym uczuciem w sierpniu, od tego czasu miał dwie dziewczyny, ale cały czas „przyjaźnią się” z G., a nawet momentami żyć bez siebie nie mogą. Normalnie Romuś i Giulia spod Wschowej ;-)
    Mam kontakt z jej mamą i współczuję jej, bo to ona będzie miała jakby co większe zmartwienie, ale muszę również jakoś delikatnie dać jej do zrozumienia, że na komputerze Dextera znalazłam zdjęcia jej córki w bardzo ładnej bieliźnie…
    I nie mówcie mi, że robię błąd, bo oni tak czy owak się spotkają i zrobią, co chcą. Niech już lepiej jadą razem na dwa tygodnie wypoczynku, jest szansa, że się sobie znudzą zanim pożegnalne ognisko zapłonie.

    W dniu jego powrotu z kolei Deedee wyjedzie do Francji.

    Wakacje zapowiadają się ciekawie, bo od pierwszego lipca my również wyjeżdżamy - w góry. A jeszcze ciekawiej będzie, jak emowi uda się plan i przyjedzie do nas na wakacje jego bratanica z USA i trzeba będzie to wszystko pogodzić.

    Na koniec kwiatek niedzielny – siedzę, szydełkuję, coś tam leci w tv, a m przegląda program i jak zwykle narzeka – tym razem na to, że jak już piszą w programie, że jest coś o samolotach, to mogliby napisać, o której konkretnie katastrofie i w ogóle i tak dalej, a nie tylko „tuż przed tragedią”. Zerkam na program i pokazuję mu palcem dopisek czerwonym drukiem „szczegóły str. 9″
    Cisza
    Wybucham śmiechem, po czym krzyczę „dlaczego tego nikt nie widzi?!”

    Po pierwsze primo – dlaczego nikt mi nie powiedział, że w księgarniach nowy King leży?! Pomijam fakt, że na obwolucie napisali „najlepsza książka S.K.”. Czyja to ocena? Drukarza? Wiem, wiem, uogólniam i wielki skrót myślowy, ale zawsze mnie to wkurza – jak można na nowości, której tusz jeszcze nie przysechł napisać, że to najlepsze dzieło autora tworzącego od np. 30 lat?

    Po drugie primo – znowu zafilmiony weekend, z dodatkowymi atrakcjami. W piątek „Kac Vegas”, zgodnie z oczekiwaniami bawiliśmy się świetnie całą (prawie, bo bez Deedee) rodziną. W trakcie mieliśmy przerwę na ugaszenie pożaru, zauważyłam przez kuchenne okno, że niedaleko nas, pod lasem, pali się drewniana buda, po ciemku nie było widać, czy pali się tylko buda, czy również las za nią, więc chwila grozy też była. Zadzwoniłam po straż pożarną, przyjechały dwa wozy, Deedee ze stołu w kuchni miała widok prima sort, niestety było na tyle ciemno, że strażakom było widać tylko… latarki.

    W sobotę wyjechaliśmy kupić emowi trochę ciuchów, które można dostać tylko w dwóch sklepach w Trójmieście. Wyjechaliśmy o 11, wróciliśmy do domu bez ciuchów, o 20.30, biedniejsi o tysiaka peelenów. Nie ma to jak spędzić weekend w samochodzie i puścić trochę forsy! Deedee miała w pokoju taki żyrandol, że włączenie światła niewiele zmieniało, biedne dziecko bawiło się w półmroku. Teraz za to oświetla jej pokój oraz połowę działki za oknem. Jakby obcy wylądowali nam na dachu. Ja i m dorobiliśmy się lampek nocnych, co prawda nie mamy jeszcze szafek, ale nie bądźmy drobiazgowi. Sypialnia jest na tyle duża, że ja mam szklany stolik, który normalnie powinien stać w salonie, koło kanapy, wymiary metr na metr (przynajmniej wszystkie książki mi się mieszczą, kosmetyki i czasopisma, lampa, storczyk i parę innych drobiazgów). Za stoliczek nocny u m robi stolik RTV. Nie pytajcie.
    Na co jeszcze poszła kasa? Ach, no tak, książka teściowej, parasol do samochodu dla m, legginsy dżinsowe Deedee (wygląda bosko!), dwa srebrne wisiory w podziękowaniu pewnym paniom, dwa wielkie halibuty, bo ostatnio moja rodzinka się nimi zajada. Pewnie nam brakuje jakiegoś składnika, który jest tylko w halibucie :-)
    Do sklepu z ciuchami dla m zawitaliśmy pocałować klamkę godzinę po zamknięciu.

    Wieczorem miałam już tylko siłę na dwa odcinki „Scrubs”.

     W niedzielę tradycyjnie basen, okazało się, że trzeba zapłacić 240 za następny kwartał, a myślałam, że mam zapłacone już do czerwca. Potem filmy i to dobre – „Droga do szczęścia” – czyli co by było gdyby Leo nie utonął na Titanicu :-) A tak poważnie, to mocny film, lubię filmy obyczajowe, niekoniecznie dobrze się kończące. No i Sam Mendes jest gwarancją. Wieczorem „Tatarak” Wajdy – to mnie rozwaliło. Już dawno nie widziałam tak poruszającego filmu, konwencja też oryginalna. I niezwykła. Muszę nagrać i pokazać kumpeli.

    Miałam jak zwykle napisać coś jeszcze, tylko (jak zwykle) zapomniałam.

    Od tych trzech słów ciary po plecach chodzą. Jak byłam w wieku przedszkolnym to były te zmory czarne z czerwoną obwódką, jednoczęściowe, rękaw 3/4, za to nogawek żadnych. Wszyscy z mojego pokolenia pewnie mają zdjęcie w tym koszmarze. Potem, w szkole, BIAŁE tenisówki, które przestawały być białe po pierwszych zajęciach. BIAŁE koszulki, których nie można było nigdzie dostać, albo co gorsza nauczyciel wymyślił sobie czerwone czy zielone i wtedy następowało farbowanie w garnkach i ogólny płacz i zgrzytanie zębów po otrzymaniu wszystkich możliwych odcieni oprócz właściwego.
    Na studiach był spokój z w-fem, bo studiowałam zaocznie, więc go nie miałam. Ale pamiętam jak koleżanki zgrzytały zębami wymyślając jakiś sensowny powód, dla którego lekarsz powinien je zwolnić zajęć na basenie, czy na sali (a dzisiaj płacą ciężkie pieniądze za aqua-aerobik, żeby zrzucić nadwagę i nie nadwerężać osłabionego kręgosłupa).
    A teraz dwa razy w tygodniu muszę pamiętać, żeby synuniek po pierwsze spakował siatkę na wf, po drugie zabrał z domu, po trzecie nie zostawił w bagażniku, potem modlę się, żeby nie posiał na przystankach, w kolejce, w autobusie i cało dowiózł z powrotem.
    Na przykład dzisiaj zapomniałam spojrzeć, czy wziął z bagażnika wysiadając pod dworcem i bach – otwieram klapę pod pracą, a tam sobie leży siateczka.
    Przypominam, że mówię o prawie dorosłym mężczyźnie, który za trzy miesiące kończy 17 lat i uważa, że seks drugs i alcohol jest właśnie dla niego.

    Miałam jeszcze o czymś napisać, ale nie pamiętam, o czym. Kurde!
    Może o tym, że zastanawiamy się z m nad wypróbowaniem wspomagaczy odchudzania, np. ja mogłabym spróbować się z Meridią, m nie może, bo… Po rozmowach z różnymi lekarzami chce spróbować Cambridge. Do tego w radiu usłyszał o Thermo Line i się napalił, a z tego, co widzę, to jest coś jak Meridia. Ja podchodzę sceptycznie, bo schudłam, to wiem co mówię, ale jak chce, niech spróbuje. Zawszeć to jakiś początek. Od roku biega na bieżni 3 razy w tygodniu i nic. To znaczy, przynajmniej nie przytył. O.

    Godz. 15.06:
    Już wiem, co miałam napisać. Wczoraj trafiłam na koncert Duffy i go sobie nagrałam :-) Trochę mi skrzeczy ten jej głos i nie mogę się zdecydować, czy go lubię, czy nie, ale trzeba przyznać, że śpiewać to ona umie, a „Warwick Avenue” będzie w moim top10 po wsze czasy.
    Poza tym oglądając ją w HD mogłam dokładnie skopiować sobie jej makijaż, kolor szminki i konturówki, sposób pomalowania oka oraz policzyć piegi – a ma tych piegów parę milionów, bo na całym ciele. I teraz zastanawiam się – dlaczego w prawdziwym życiu tak rzadko widuję osoby pokropkowane, za to w tv całkiem często? Czyżby kamera sprawiała takie złudzenia, czy też może osoby „nakrapiane” mają różne talenty i często zdobywają sławę?
    Muszę jeszcze raz obejrzeć i sprawdzić, czy włosy ma doczepiane, czy własne.

    Godz. 15.11:
    I na koniec pochwalę się, że Deedee wygrała szkolny konkurs karaoke, zajęła 2 miejsce śpiewając „Małgośkę”. Na pierwszym miejscu znalazła się dziewczynka z 6 klasy, a na trzecim – z piątej. Ha!

    Czas na wrażenia. Kupiłam sobie karnet na 6 wejść, wykorzystam go w 3 tygodnie, w poniedziałki i środy, jeżdżąc razem z m, on na bieżnię, ja w tym czasie na walcu :-)
    Gdybym nie była wyćwiczona na rowerkach, to pewnie bym sie dzisiaj czuła jak przejechana walcem. Ale czuję tylko lekko mięśnie z tyłu ud, jak siadam na krześle. Jak powiedziała moja „instruktorka”, walec jest rodzaju męskiego i lubi rozbierać, więc rzeczywiście przydaje się obcisłe i śliskie ubranie z długim rękawem. Na dół ubrałam rajstopy.

    Pierwsze zajęcia są instruktażowe, więc trochę krótsze, trwały ok 40 minut. Potem będzie po pełnej godzinie. Dzisiaj lecę do sklepu kupić sobie rajstopy mniej prześwitujące, żeby się lepiej w nich czuć i koniecznie jakiś lepszy balsam do ciała, ujędrniający na przykład, bo masaż przyspiesza wchłanianie i potęguje działanie takich balsamów.

    Podobała mi się kameralność tego gabinetu, fajna muzyczka w tle, atmosfera miła, są tylko dwa walce, więc tłumu tam nie ma szans spotkać. Popołudniami siedzi tam studentka, bardzo miła i wesołą dziewczyna, jak na mój gust trochę zbyt gadatliwa. Jak nie będę mogła zdzierżyć, to przeniosę się do gabinetu rolleticu, który jest w sąsiedniej wiosce, wtedy już w ogóle będę miała blisko.

    Mam już mniej więcej obmyślane, co bym chciała sobie kupić na przyjęcie komunijne, generalnie rzecz biorąc – wszystko. Buty, spódnicę, marynarkę, bluzkę. Uczeszę się w kok – tak, moje włosy stały się już wystarczająco długie. Nadal zapuszczam, chcąc sprawdzić, czy naprawdę trzeba płacić tysiąc złotych, żeby mieć długie włosy, czy też można w tym wieku też zapuścić włosy.


    • RSS