batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 4.2010

    Z ciężkim sercem podzielę się tajnym przepisem na sałatkę, która pasuje świetnie do grilla (bo ziemniaczana) ale i poza sezonem wspaniale wchodzi.
    Gotujemy ziemniaki (najlepiej sałatkowe, ale ja robię każdy rodzaj) i kroimy w dużą kostkę (zresztą jak kto lubi, ja preferuję mały ziemniak przekrojony na cztery, duży na sześć lub osiem), kroimy ogórki konserwowe, jajka na twardo w ósemki, trochę cebuli w półkrążkach. Cała tajemnica polega na sosie – majonez wymieszany z torebką przyprawy do sałatek – mnie najbardziej smakuje „Zioła ogrodowe” – pamiętać – nie mieszamy z wodą ani oliwą, tylko od razu do majonezu!
    I już.

    Mam lekkie poczucie winy, że dałam się obrobić jak dziecko, nawet nie wiem, kiedy, dlatego typuję drogerię, bo w drogerii zawsze jestem zakręcona, zwłaszcza, jak wybieram kolor lakieru do paznokci. Jedyne, co dobre w tym wszystkim, to że nie noszę ani gotówki ani nie trzymam w portfelu dokumentów. W związku z tym poczuciem winy zgłosiłam się wczoraj na ochotnika, że zamiast grać w gry online podczas gdy m będzie na siłowni, to ja zrobię zakupy w Tesco, a on potem przyjedzie tylko zapłacić, bo ja chwilowo jestem niepoczytalna finansowo – tzn. ukradli mi wszystkie karty kredytowe. Czyli chytry plan polegał na tym, że ja niby się będę rehabilitować, a przy okazji kupię wszystko, czego bym jemu nie wytłumaczyła i na co miałam ochotę, a on przyjedzie i za to zapłaci :-)
    Przeżyłam chwilę grozy, bo jak przyjechał, to musiał skoczyć do toalety i zostawił mi swój portfel z kartami, na których jak byk stoi Bożydar Iksiński, więc miałam już przed oczami scenę, jak się tłumaczę przed kasjerką i ludźmi w kolejce, że mnie okradli, a mąż siedzi w toalecie. Na szczęście zdążył w ostaniej chwili.

    Rano suszę sobie włosy, Deedee myje zęby, proszę ją, żeby zdjęła mi włosy z bluzki na plecach. Ona pyta:
    - A ty włosy obcinałaś?
    - Nie, po prostu wypadły, nie słyszałaś nigdy o tym, że włosy wypadają?
    - Słyszałam, ale nie wiedziałam, że aż tyle.
    Żmija. A wcale mi włosy nie wypadają w porównaniu z tym, co kiedyś było.

    No właśnie, o tym miała być notka, a nie napisałam ani słowa. Sprawa jest prosta – m przetarł szlak do Amsterdamu po raz drugi, przy okazji stwierdził, że Berlin jest tak blisko, że aż szkoda byłoby nie wpaść tam na weekend. Tym bardziej, że mamy tam u kogo przenocować… A więc pozostaje tylko kwestia, kiedy. I co tam warto zobaczyć – wie ktoś może?

    W sobotę rano dostałam takiego zrywu, że dziś mało brakowało, a nie wstałabym z łóżka, taka jestem połamana. Miałam tylko przesadzić kwiaty. TYLKO. Ale kwiatów ci u nas dostatek – w każdym pokoju na każdym parapecie i podłodze. W garażu pomieszczenie z ziemią, doniczkami, osłonkami, kijkami i wszystkim, co do przesadzania potrzebne. Tylko rękawiczek lateksowych niet – Deedee zużyła akurat w zeszłym tygodniu na sprzątanie Ziemi.
    Jak w sobotę po śniadaniu wyszłam do ogrodu, tak wróciłam wieczorem. Ale prawie wszystko przesadziłam, oprócz skrzydłokwiata, który miał tak przemoczone i zbite korzenie, że nie było sensu z nim nawet zaczynać. M w tym czasie wyskoczył do supermarketu po ziemię do kwiatów, (bo się bałam, że 20 kilo mi nie wystarczy – i miałam rację) wrócił ze stolikiem, krzesłami i parasolem na taras. I kilkoma tujami, do posadzenia w miejscach, gdzie padło coś innego.
    Muszę przyznać, że bardzo ładny i porządny ten komplet tarasowy, za rozsądną cenę. Od razu wypiliśmy sobie kawkę do piernika kętrzyńskiego, postawiłam talerzyk z oliwkami i orzeszkami, fajnie, tylko mogłoby być o te dwa stopnie cieplej.
    W niedzielę Deedee miała w południe próbę z organistą, więc m powiózł ją i dwie koleżanki, a mnie odpadł wyjazd na basen. Więc polazłam znowu do ogrodu, skończyć ze skrzydłokwiatem. Oczywiście nie przesechł ani trochę. Co się z nim namordowałam, to wiem tylko ja i ten skrzydłokwiat. W rezultacie wylądowałam na tarasie z czterema skrzydłokwiatami. Jeśli ich nie zamordowałam, to dam emowi do pracy, bo aż piszczał (wyjątkowo wrażliwy na okoliczności przyrody facet mi się trafił – normalnie jak ten Leon Zawodowiec). Dwa metry i 130 kilo chłopa zakochanego w kwiatku doniczkowym.

    W międzyczasie kumpela niechcący wzięła w dłoń szmatkę do kurzu, żeby przetrzeć półeczkę w pokoju, w którym sypia, a skończyło się na generalnych porządkach wszystkich regałów z książkami. A że Dexter wyjątkowo nie miał ochoty na współpracę, to zagoniłam go do mycia okien w tymże pokoju. No przecież nie postawię pięknych kwiatków w cudnych doniczkach na brudnych parapetach, prawda?

    Rano, kiedy m otworzył żaluzje w naszej sypialni, żeby popatrzeć na swój wspaniały komplet tarasowy, okazało się, że niewiele widać, taka jest brudna szyba w tych drzwiach. No więc też umyłam… przy okazji przemyłam żaluzje – należało im się po 7 latach. Kumpela umyła sobie samochód. Zrobiliśmy przerwę na obiad – krewetki w sosiku maślano – czosnkowymmmmmmm i lody na deser, po czym przechodząc koło takiego jednego kwiatka, chciałam go poprawić. Skończyło się na kolejnym przesadzaniu – jak zaczęłam rozwijać te jego pędy, to w końcu okazało się, że to są TRZY pędy o kilkunastometrowej długości. Chwila, muszę poszukać jego zdjęcia lub nazwę, bo sama jestem ciekawa, jak on się nazywa.
    Już mam – scindapsus, na zdjęciu jest podobny, mam go też upiętego w ten sposób – na „kokosowym kiju”, tylko był trzy razy większy.

    Kończę, bo się za bardzo rozpisałam, a co kogo obchodzą moje zakwasy.

    A tej pindzie, co mi ukradła portfel w piątek w drogerii – niech cycki uschną.

    Deedee czesze się, pokasłując, i to dość mocno (jeszcze wieczorem wszystko było ok, czyżby zaszkodziła jej kąpiel i 19 stopni w domu?)
    Babcia:
    - Co ty tak kaszlesz?! Wychodzą te twoje… te…
    Ja:
    - Papierochy!
    Babcia:
    - …wchodzenia na drzewa.

    Rechot Deedee – bezcenny

    Dostałam tulipana. W puszce.

    Taki też był potem sex. W puszce.

    Nie no, żartuję, sex był ok (a nawet bardziej niż ok), a zdjęcie tulipana później. Jak zwykle obiecanki cacanki. Ale co ja poradzę, że co pójdę do komputera, to wpadam w jakiś amok i potem wyłączam komputer i dopiero przypominam sobie o zrzuceniu zdjęć.

    M przywiózł również Dexterowi koszulkę, ale to też trzeba zobaczyć, bo opisac ciężko. Deedee dostała fajny kubek. Poza tym mamy kilogramową kulę edamera w czerwonym wosku. I trochę holenderskich słodyczy. Oraz chleb dla singli – pudełko, w nim kromki różnych chlebów pakowane po dwie w folię, ważność do lipca. Dwie kromki słonecznikowego, dwie z siemieniem lnianym, dwie „fitness”, dwie pełnoziarniste itd… Dobry patent, jeśli ktoś nie przepada za kanapkami. Można pół kg jeść przez 3 miesiące.

    Przy okazji został sprawdzony nasz GPS, sprawował się doskonale, tylko dwóch remontów Marzenka nie przewidziała (gupia cipa).

    M przyjrzał się, w jakim czasie mógłby dojechać do Berlina i planujemy tam wyskoczyć na któryś weekend. Podobno Zoo jest obłędne.

    Dexter rozpoczął wizyty w poradni ped-psych. Już na drugim spotkaniu pani mu zaleciła antydepresanty… Coś mi tu śmierdzi – nie za dużo tej depresji wokół mnie? Normalnie jak w Holandii.

    I ostania sprawa – Zafon. Pięć lat temu m kupił mi w prezencie „Cień wiatru” – bo wszyscy piali z zachwytu, jaka to cudna ksiązka. Ja oczywiście miałam pełno pozycji do przeczytania z bibliotek, więc się nie spieszyłam. M przeczytał, potem w końcu ja się zabrałam do lektury. No i opornie mi szło, ale to jak. Tyle, że był to okres, kiedy Deedee była mała, więc moja przerwa w czytaniu duża, a co za tym idzie – nadawałam się do czytania głownie etykiet na słoiczkach i ewentualnie Wysokich Obcasów. Przerwałam czytanie w drugiej połowie książki i stwierdziłam, że chyba nie czuję jej klimatu.
    Ostatnio założyłam sobie szlaban na biblioteki, bo zebrało mi się w domu mnóstwo własnych nie przeczytanych. W końcu sięgnęłam po „Cień wiatru”, bo już w kolejce czeka na nocnym stoliku „Gra Anioła”, również prezent od m.
    No i czytam i czytam i nie wzrusza. No nie zachwyca. Nawet nie jestem ciekawa, co dalej.
    W związku z tym, mam pytanie do szanownych czytelników – jeżeli Wam się podobała, to dlaczego? Zupełnie poważnie pytam, CO w niej widzisz, co Ci się podoba? Bo może ja przeoczyłam jakieś drugie dno, może np. powinnam czytać tylko pierwszy wyraz każdego wersu i wtedy odkryje się przede mną TAJEMNICA?
    Aż się boję sięgać po „Grę anioła”

    Za to mogę gorąco polecić książkę – wywiad z Wiesławem Gołasem – „Na Gołasa”. Starzeję się, więc zaczynam tęsknić za dawnymi czasami, za tamtymi ludźmi. Za spokojem.

    tak długo milczeć, ale nie chce mi się pisać. Wczoraj napisałam notkę, wieczorem, z domu, ale nie przeszła i mi się odechciało.

    Cieszyłam się jak GUPIA, że mam net w domu, a on mi postanowił udowodnić, że go jednak nie mam. To znaczy, miałam go cały czas, ale u góry, w pokoju Dextera, a teraz przenieśliśmy go na dół, do ogólnie dostępnego pokoju.
    I teraz muszę się przebić przez dwa access pointy (w tym jeden bezprzewodowy), żeby mieć dostęp do netu, więc zazwyczaj go nie mam. Postęp srostęp. Notkę napiszę, ale jej już nie wyślę, taka to technika.

    W każdym razie kupiłam sobie buty i to jest bardzo optymistyczny akcent w tym tygodniu.

    A m właśnie czeka na mnie w domu z tulipanami, które dzisiaj przywiózł mi z Holandii. Hmm…, jeśli ja się poczuję dziś kobietą, to powinnam chyba spowodować, żeby on poczuł się dziś mężczyzną, nieprawdaż?

    Dopisane po południu:
    A oto wczorajsza notka:
    Od razu lepiej :-))))) Nie było mnie od 16.00 do 21.30. Kupiłam 1 parę butów, książkę dla m i dwie osłonki doniczkowe. Nie za dużo, jak na mnie, ale jestem szczęśliwa, bo resztę czasu spędziłam z A, oplotkowałyśmy co się dało i kogo się dało, obeszłyśmy Ikeę, wypiłyśmy dwie pyszne kawy i zjadłyśmy pyszne krewetki. W domu czekała mnie oczywiście nagroda w postaci niezapomnianego dialogu z teściową: - I co, kupiłaś coś sobie?- Buty- TYLKO? A jakieś ciuchy na komunię?- Nie, za to byłam na kawie z A- Mogłaś powiedziec, że tak długo cię nie będzie, DZIECI CZEKAŁY NA CIEBIE… Takie to durne, że aż śmieszne. Dexter ma 17 lat, a Deedee 9. Dexter zagroził, że jeszcze raz go opuszczę, to będzie się kiwał w szkole :-)   

    A śmieszy mnie to tylko dlatego, że postanowiłam przestać się przejmować pierdołami, nabrać dystansu i nie dać się zwariować.”

    Co jak co

    4 komentarzy

    ale dzieci mam ładne :-)

    Wreszcie kupiłam Deedee nowe okulary, oczywiście w różowych oprawkach, do tego różowy berecik na bakier, rozpuszczone włosy do pasa i bagietka pod pachą – wyglądała jak wycięta żywcem z francuskiego żurnala.

    Przy okazji dokonałyśmy zakupu obuwia – jak potem podsumowałam, to wyszło, że jeszcze nigdy w życiu nie kupiłam sobie 3 par butów na raz. A jej tak.
    Jedne trampki na co dzień, jedne sandały na lato i jedna para białych komunijnych.

    Jeszcze półtora miesiąca, jeszcze półtora miesiąca…

    Codziennie rano mam nadzieję, że to był koszmarny sen, jeden z tych, których nie warto nawet opowiadać ze względu na ich nieprawdopodobieństwo.

    Chciałabym mocno przytulić Martę Kaczyńską, strasznie mi jej żal.

    Już mi przeszło. Lekiem na całe zło był – oczywiście – powrót do normalności. Poszydełkowałam, przepytałam Dexera z niemieckiego, zadałam Deedee parę zadań ze starych książek, uporządkowałam czapki i rękawiczki, obejrzałam „Doktorów”, m po pracy na siłownię, potem naprawił cieknącą rurkę w wiatrołapie, obejrzał swój program z „History”, poczytaliśmy przed snem i od razu świat wydał się piękniejszy.
    Kinga kończę, został mi ostatni rozdział (ostateczna rozgrywka z Perse) – nie mogę się doczekać wieczoru.
    Dzisiaj skończę wreszcie oglądać „Rodzinę Savage” – uwielbiam tego aktora. W jego wykonaniu mogę oglądać nawet reklamę środków na hemoroidy.
    Rzuciłam wszystko na jedną szalę i zostawiłam dziś furę w oponiarni. W związku z tym jutro możemy spodziewać się intensywnych opadów śniegu :-)
    Jak wczoraj wróciłam do domu, to u Deedee była koleżanka. Jadły frytki z jednego talerza i czytały na głos książkę o wychowaniu seksualnym. Trochę mnie przytykało podczas obiadu, kiedy docierały do mnie opisy jąder itp. Potem przeszły do tego, skąd się biorą rodzicom dzieci. Zosia ma troje rodzeństwa, więc w pewnym momencie słyszę:
    - Moja mama już cztery razy rodziła!
    Cisza, cisza, po czym słyszę przejęty głos Deedee:
    - Twoi rodzice muszą się BARDZO kochać, skoro mają już tyle dzieci!
    :-D

    Muszę jej wytłumaczyć, że miłość nie musi się przekładać na liczbę potomstwa.

    Odebrałam wyniki badań, które robiłam ostatnio, tak dla kontroli. Mam za wysoki cholesterol. Hmmm…

    Magiczny czas świąt… Czas rozważań, czas prawdy, czas powstrzymywania się od łez, aż do nieuniknionego wybuchu.
    Naprawdę, nie ma w tym kraju osoby, która bardziej ode mnie cieszyłaby się z końca weekendu, z końca świąt i z powrotu do dnia powszedniego. Dnia, w którym można się spodziewać tego, że będzie poranna kawa, będą pracowe maile i dokumenty wysyłkowe, będą zakupy po pracy, a wieczorem szydełko, film, szykowanie kanapek na następny dzień, w końcu dobra książka przed snem.


    • RSS