batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 5.2010

    jakby przez moje życie przeszedł huragan.

    A to była tylko pierwsza komunia święta.

    Jak przestaną mnie nogi boleć, to coś skrobnę, a i zdjątko dam.

    PS: Ale z pogodą to mieliśmy farta nieprawdopodobnego!

    bo wsiąkłam w gry online, a zwłaszcza taką jedną, hoduję strusie i zajmuje mi to cały wolny i zajęty czas.

    Ponieważ dzisiaj m nie wraca do domu, rodzina postanowiła urządzić mi imieniny wczoraj. Dostałam piękną lilię, tort bezowy (to chyba bardziej prezent od m dla m ;-)) i Sherlocka. Obejrzymy sobie w weekend. m stwierdził, że Robert Downey podoba mi się dlatego, że jest podobny do House’a. Owszem, intelekt liczy się najbardziej :-)
    W pracy nie bardzo mi się chciało wyprawiać party, ale niestety w tym roku akurat szefowa spojrzała w kalendarz i się nie wykręcę. Za dwie godziny pojadę po ciasto.
    Byłam wczoraj z Deedee w gimnazjum, które jest w sąsiedniej wsi, na przesłuchaniu do szkoły muzycznej. Poszłyśmy zupełnie „na pałę”, wiedząc tylko, że przesłuchują i tyle. Szkoła istnieje od paru lat, okazuje się, że nawet uzyskała w tym roku status publicznej. Było niewiele dzieci, po przetestowaniu Deedee potwierdzono, że dostanie się, pozostaje kwestia, czy chce i na jakim instrumencie. To znaczy, ona zawsze i wszystko chce, tylko, że ja mam dylemat. Bo postanowiłam w jej przypadku być bardziej konsekwentna i jeżeli ona coś zacznie, to ma to doprowadzić do końca. A nie jak z Dexterem – a to keyboard, a to rycerstwo, a to łuki.
    Nie wiem, na ile sama jestem gotowa pociągnąć tyle na raz – Dexter wymaga naprawdę sporo wysiłku teraz, ja i m mamy swoje kłopoty, moja mama też wieczna nie jest, lada chwila mogą zacząć się kłopoty z jej zdrowiem, a nie wiadomo, jak rozłożą się te cztery lekcje tygodniowo w szkole muzycznej. No i instrument – JAKI??? Jakoś nigdy nie przepadałam za gitarą, Deedee też nie kwiczy na tym punkcie. Sama wymieniła skrzypce i flet. Ze względów gabarytowych to nawet bym za tym była. No i ładniej wygląda dziewczyna ze skrzypcami, niż na przykład z akordeonem :-)

    Dopisek 21 maja
    Jesteśmy po wizycie u specjalisty od Dextera, zaczął brać leki, zobaczymy, co będzie dalej. Pali papierochy, a ponieważ jego wyjścia „na boisko” zaczęły się zagęszczać, musieliśmy to ukrócić. Ucieka się do różnych sposobów, na przykład wychodzi z pokoju z komórką przy uchu, umawiając się na boisku, a po spojrzeniu dokąd dzwoni, okazuje się, że… dzwonił do mnie do pracy :-)))

    Czyż te oczy mogą kłamać? Oj, mogą!
    A tutaj po wizycie u fryzjera:

    Zac Effron we własnej osobie ;-)

    Z wizyty w Holandii, jak już mówiłam, dostałam tulipana w puszce (dalej trzeba poczekać na zdjęcie), a także m.in. cukierki. Spojrzałam na pudełeczko i skarciłam żartem m, że takie rzeczy wyciąga przy dzieciach. Deedee spojrzała na pudełeczko i z nonszalancją stwierdziła:
    - Ja wiem, co to jest! Psia kostka!

    Takie to mam mądre dziecko!

    (sorki za ten obraz, ale to jest tak: ja piszę długą notkę, na wszelki wypadek kopiuję ją sobie do Worda, publikuję, a blog mi

    mówi, żebym się zalogowała, więc notka przepada. Wklejam ją z Worda, ale niestety, nie jestem w stanie ustawić odległości

    między linijkami tekstu i tekst robi się nieczytelny. Trzeba go sobie skopiować i przeczytać w edytorze tekstu.)


    imieninowy, który kupiłam sobie sama na allegro, przybył w piątek, w sobotę nie miałam czasu, a w niedzielę rano chciałam tylko zerknąc na parę pierwszych stron; i zanim m wrócił z kościoła, było już przeczytane i po ptakach. A co sobie kupiłam? Moją ukochaną książkę, którą znam prawie na pamięć, a jakaś (*&^%R$#@!  czyli tak zwana pipa grochowa, pożyczyła ją ode mnie dawno temu i nie oddała. Takich rzeczy się nie wybacza. Tyle, że nie wiem, kto to był. Pewnie jakaś chwilowa nowa koleżanka, pokrewna dusza, która przeleciała po moim firmamencie, w chwili uniesienia sama mogłam jej nawet wcisnąć tę książkę, polecając gorąco.
    W każdym razie teraz nie ma jej w sprzedaży, a na allegro były dwie, z czego jedną za dwadzieścia złotych, a druga za 66!
    Tę za 23 wylicytowałam po krótkiej walce JA.
    A dlaczego tak kocham tę książkę? Bo jest o takich maniakach czytania, jak ja :-) Bo przypomina mi się w trakcie lektury moje dzieciństwo, kiedy to kochałam się beznadziejnie w Stasiu Tarkowskim, a kiedy obliczyłam sobie, ile lat miał w tamtym czasie Tomek Wilmowski, to dostałam z płaczu gorączki. Ja miałam 11, a on był nad grobem! 57 lat!
    Albo jak moja mama dawała mi kawę w ziarnach i młynek, a ja mieliłam w czasie czytania, wtedy był właśnie Szklarski na tapecie. I kiedyś tak się zaczytałam, że otworzyłam młynek zanim go wyłączyłam. Proszę sobie teraz wyobrazić mój mały pokoik i mnie, ja miałam na sobie dla wzmocnienia efektu biały sweterek. Wszystko w mielonej kawie. Również „Tomek na czarnym lądzie”, którego miałam na kolanach.
    Albo jak ryknęłam wielkim płaczem, kiedy przeczytałam pierwsze słowa kolejnego rozdziału „Krzyżaków”, a tam było o tym, że Danuśka nie przeżyła. Dżizas, jak człowiek to wszystko przeżywał!
    Nawet „Nad Niemnem” i „Chłopów” przeczytałam, i nawet mi się podobało. A „Chłopów” to tak sugestywnie potem opowiedziałam koledze, że dostał czwórkę z odpowiedzi na polskim.
    Niewiele rzeczy pamiętam z dzieciństwa, ale te właśnie utkwiły mi w pamięci.
    Jedna z najzabawniejszych scen w książce Pruszkowskiej to taka, że mama woła na obiad, a z trzech miejsc w domu podnoszą się zaczytanie nieprzytomnie osoby i przez krótką chwilę walczą o podstawki do książek – ojciec jako najsilniejszy wygrywał najlepszą, czyli cukiernicę :-)
    Nas uczono, że czytanie przy stole to brak kultury. Ja za to teraz wyłączam Deedee bajki i każę właśnie przy jedzeniu czytać. M się oburza, a ja mu tłumaczę, że właśnie tego chcę ją nauczyć, żeby te dwie przyjemne rzeczy nierozerwalnie jej się kojarzyły – czytanie i jedzenie.
    W zeszłym tygodniu była chora i w tym czasie przeczytała swoje wszystkie Mikołajki, plus wiele innych gazetek i książeczek. A pewnego razu przyszła do mnie i w wielkiej tajemnicy powiedziała, że jakby ktoś mówił o prezencie na komunię, to brakuje jej jednej części – „Mikołajek i inne chłopaki”…
    Co do Pruszkowskiej, to jeszcze za każdym razem obiecuję sobie, że przeczytam te książki, o których ona pisze, a mnie wstyd się przyznać, że nie znam. Na przykład dzisiaj idę do biblioteki szukać P.G. Wodehouse’a. Może coś będzie.
    Bosz, jaka jestem dziś niewyspana!
    Ale wczoraj byłam jeszcze bardziej niewyspana, albowiem postanowiłam po raz pierwszy skorzystać z „Night at the Museum” i pojechaliśmy do Malborka. Co prawda, mój plan był o wiele mniej skomplikowany – chciałam zobaczyć jakieś jedno muzeum w Gdańsku, w drodze powrotnej zahaczyć o Pruszcz i obejrzeć o 21 spektakl Teatru Ognia i Bębnów, czy coś w tym rodzaju i do domu. Ale m przypomniał mi, że już dawno nie byliśmy w Malborku, a ceny bletów są zaporowe dla pięcioosobowej rodziny. Z początkowej liczby 3 osób (ja, m i Dexter) zrobiło się dziewięć i nawet zadzwoniłam do kasy i zarezerwowałam bilety.
    Kto był, ten wie, kto nie był, niech żałuje, chociaż lekko nie było. Noc w Malborku odbywała się pod hasłem „Romantycznej…”, więc bilet wstępu (za 5 zł) to było ciasteczko z afrodyzjakiem. Ponoć. Jak staliśmy w kolejce, to syn naszych towarzyszy tłumaczył siostrze, że jak się zje, to się robi nam fryzura afro. Kupno tego ciasteczka, jak się później okazało, można było sobie spokojnie darować, bo wejście do zamku przypominało bitwę pod Grunwaldem. Po wejściu, a raczej po tym, jak mnie tłum wniósł do środka, poinformowałam m, że chyba jestem w ciąży. Potem była już kultura. Grupy po ok. 25 osób, każda miała przewodnika, nasz był bardzo sympatyczny i naprawdę starał się nam coś przekazać.
    Wizyta w Malborku była też okazją do poznania Norwega naszej kumpeli, którą od dziś nazywam Dagny. Norweg akurat był w ten weekend w Polsce i wreszcie była okazja do reprezentacji obu stron na neutralnym gruncie, tak jak wcześniej ustaliłyśmy. Przy okazji było to z naszej strony dość oryginalne powitanie go na polskiej ziemi :-) Wszyscy byliśmy potwornie zestresowani, z wielu różnych względów. M – bo w ogóle jest zakompleksiony,a zwłaszcza na punkcie swojego angielskiego. Ja – bo moje otoczenie uważa, że jestem świetna w angielskim. Norweg – bo miał być zaprezentowany najbliższym przyjaciołom swojej dziewczyny i do tego nie rozumiał, czy mówimy o nim i co. Jedynym wyluzowanym był Dexter, bo jest bardzo pewien swojego angielskiego, i jak się okazało, rzeczywiście ma świetny akcent i wymowę, duży zasób słów, tylko gramatycznie czasem kuleje, za to wcale się nie wstydzi mówić, a to jest najważniejsze, jak wiadomo. Wyluzowani byli również nasi sąsiedzi, którzy przyjechali drugim samochodem, zabierając moją teściową –  bo nie znają angielskiego wcale, więc mieli kłopot z głowy.
    Zresztą, po dwóch piwach wszystkim się języki rozwiązały, a mieliśmy czas na te dwa piwa, bo bilety trzeba było kupić do 19, a do zamku wchodziło się po 21. A Norweg okazał się być bardzo sympatyczny. Ale Dagny mu nie oddam, chyba, że to on przeniesie się do Polski.
    I powiem jedno – wędrówka po tak ogromnym i dobrze zachowanym średniowiecznym zamku nocą to jest niezapomniane wrażenie. Te stare mury, te wyślizgane milionami dłoni poręcze, te wąskie okienka obronne, te sklepienia malowane w kwiaty, winogrona, ptaki, te zakamarki w piwnicach, tajemne przejścia i konaty w niespodziewanych miejscach. Za rok chyba znowu tam pojadę. Ale z drugiej strony nie polecam takiej nocy, kiedy dziecko ma mniej niż 10 – 11 lat, bo to nie ma sensu. Naszą Deedee podesłaliśmy sąsiadom na noc ze względu na przeziębienie, i całe szczęście, bo by się umęczyła, znowu rozchorowała i nic nie zobaczyła.
    Napisałabym jeszcze parę rzeczy, ale pora popracować.
    No to pa

    tak dawno, że nie pokazywałam chyba nawet naszych pisanek, a więc jaja raz!

    Zrobiłam sobie niedawno następną zazdrostkę do kuchni
    Ponieważ Deedee z pizzy to tylko ciasto, salami i ser, więc miała swoją osobną pizzunię w kokilce:
    M również od czasu do czasu coś upichci, ale najczęściej jest to jakiś deser:
    albo wspomniana ostatnio karpatka
    Rozpoczęto również sezon grillowy (te pierwsze w sezonie szaszłyki są zawsze taaaakie pyyyszneee…)
    nie wiem, czemu mi obcięło kawałek zdjęcia, podejrzewam Google Chrome o niecne zamiary…
    Na tarasie przybył nam zestaw wypoczynkowy
    A oto częśc kwiatów, które musiałam przesadzic:
    Deedee ma bardzo historyczne zdjęcie, kiedy to siadła do malowania flagi, bo nie mogliśmy znaleźc naszej prawdziwej:
    Na dziś wystarczy.
    Pamiętam, pamiętam, tulipan w puszce czeka na swój moment.

    albowiem walczę z aktualizacją Automapy do GPSa, którego kupiłam rok temu emowi na urodziny. Od kilku dni zabierałam się do tego jak pies do jeża, ale jestem w połowie. Kiedy robiliśmy „sekrety” ze szkiełka i kwiatów mniszka i zakopywaliśmy to w piachu, nawet nie przypuszczaliśmy, że technika pójdzie aż tak do przodu. Chociaż z telepatią i teleportacją dalej krucho…

    Poza tym byłam u fryzjera i mam inny blond, super fajnie się czuję w moim nowym look’u. A Dexterowi chyba zmienię ksywkę na Zac, bo ma fryz jak żywcem z gwiazdy High School Musical zdjęty.

    Update 13.26:
    Myślałam, że jestem w połowie zadania, kiedy to pier… aktualizacja Windows zrestartowała mi kompa i ściągam plik od nowa.
    Amen

    Deedee siedzi w domu sama pierwszy raz w życiu. Ma zakazane pod karą śmierci internetowej: odbieranie domofonu i telefonu domowego, pokazywanie się w oknach i gotowanie czegokolwiek.

    Zaiste.

    Poza tym byłam na zakupach; i to są te dodatnie plusy. Kupiłam sobie nieziemskie szpile (whatthef…?), nie wiem, po co, bo nie będę ich nosić. I mam już całą kreację komunijną, co niezwykle podnosi mi samoocenę. Sukienka skraca się u sąsiadki, czerwone majty są ;-), guzik w bolerku przeszyty, jeszcze tylko rajstopy porządne, ale to szczegół. Chyba wywieszę tu swoje zdjęcie potem. Nawet biżuty mam kupione na tę okoliczność, będę normalnie jak Jacqueline Kennedy. Obiad też już formalnie zamówiony, nawet zgodnie z życzeniem „komunistki” będzie posypka na deser lodowy.

    M upiekł karpatkę, no ja nie wiem, dlaczego – choćbym wylazła ze skóry i wlazła na własny szczyt możliwości – nie wyjdzie mi takie ciacho, jak jemu taka karpatka z pudełka Tesco. Zniknęła w 5 minut – z czego 4 kawałki zjadł Dexter.

    Obejrzeliśmy też najnudniejszy film sf, jaki udało się nakręcić w Hollywood – niestety Nicolas Cage był gorący, jak był młody, teraz jest tak smętny, że żal patrzeć.

    tym mniej mi się chce pisać. Moja wrodzona skłonność do optymizmu i zapominania wszystkiego, co złe, nie pozwala mi „złapać za pióro” i nawet o tym pisać, bo potem mogłabym tu zajrzeć i sobie przypomnieć. Może to i lepiej? W kązdym razie, im gorszy humor, tym mniej chce się pisać.

    Skończyłam „Cień wiatru”. Przynajmniej zakończenie całkiem niezłe – wszystko wyjaśnione do końca, każdy wątek zamknięty. I chyba wiem, co mi nie pasowało. Postaci były dla mnie nieczytelne. Nie mogłam dojść, jakim tak naprawdę chłopcem jest główny bohater, tzn. Daniel, ani czy Penelope była nieziemsko piękna, czy przeciętna, czy Nuria była uczciwa i dobra, czy też podła i podstępna. Czy Fermin był obleśny, czy szlachetny, czy jedno i drugie.
    Nie mogłam ich zobaczyć, wyczuć. Dopiero na koniec mi się poukładało, ale to już było za późno.

    Za to jestem pod wrażeniem Sławomira Shuty. No, rozłożył mnie na łopatki od pierwszej strony. Co za talent! Pożyczyłam jego zbiór opowiadań „Cukier w normie z ekstrabonusem” i odpadłam. Dzisiaj pewnie skończę i zachoruję na następne jego dzieła.
    O, właśnie trafiłam na jego powieść hipertekstową, cokolwiek to jest, tu macie linka, akurat to jest fragmentem jednego z opowiadań z tej mojej obecnej książki. Fragmentem mocno na czasie.

    No właśnie, komunia.
    We wtorek godzina (zegarowa, z nawiązką) majowego. W środę próba i majowe, razem 2 i pół godziny. Wczoraj – próbna spowiedź i majowe – prawie dwie godziny. Dzisiaj tylko majowe, więc sobie odpuszczamy, chyba że babcia będzie miała chęć z nią pójść do naszej wioskowej kapliczki w tę pogodę. Jutro tatusia nie ominie okazja do wykazania się – od 9.30 4 godziny prób z organistą i czegoś tam jeszcze.
    A komunia 30go. Daj Panie siły i cierpliwości.

    Wczoraj do kościoła wyciągnęłam z powrotem kurtkę zimową, już uprzednio wypraną i schowaną, jak się wydawało, do jesieni.

    Byłam z Deedee na „Jak wytresować smoka” – bardzo nam się podobało. Tylko dlaczego ostatnio ciągle w filmach dziecięcych trafiam na temat, jak to dorastający syn nie może się dogadać z ojcem, nie umieją ze sobą rozmawiać i jak już próbują, to następuje chwila krępującego milczenia? Ze względów… hmmm… osobistych jakoś mnie to przestaje bawić. To samo było w „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”. A córki i matki w dzisiejszych czasach nie mają żadnych problemów?
    Jak się tak zastanowić… to nie! :-)
    Za to problemem facetów jest to, że wyginą. Mówię wam, jak dinozaury. Szkoda trochę.

    Sprawa z internetem ustabilizowała się w domu – nareszcie mam śmigający internet w gabinecie na dole. Kto potrzebuje, siada i używa, nikomu nie przeszkadzając. Nie zrywa się, nawet w weekendowe wieczory chodzi przyzwoicie, chociaż wczoraj chciałam obejrzeć pierwszy odcinek Usta Usta, bo tak się wszyscy zachwycają, ale w połowie straciłam cierpliwość, bo przycinał.

    Wczorajsza próbna spowiedź udaremniła moją próbę dotarcia do fryzjera. A jest po co, bo odrost ze 4 – 5 cm, końcówki zaczynają przypominać starą miotłę, a odrośnięta grzywka tworzy malowniczego Kopernika tudzież spaniela, jak kto woli. Dexter też zapuszcza włosy, przeszedł już najgorszy moment, ale też trzeba to jakoś ukierunkować. Pójdziemy w przyszłym tygodniu. Dziś za to po pracy chcę iść z kumpelą po sklepach w naszej mieścinie, wypatrzyłam w takim jednym parę propozycji na moją kreację komunijną.

    Długi weekend jaki był, każdy widział, dobrze, że chociaż w sobotę pogoda dopisała. Byliśmy na grillowych urodzinach mojego bratanka, które skończyły się o czwartej rano u nas. Lepiej nie wnikać, w jaki sposób namówiłam towarzystwo i teleportowałam je o 50 km. Niemniej rano co niektórzy byli trochę skonsternowani po przebudzeniu, zwłaszcza sąsiadka mojego brata.


    • RSS