batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 6.2010

    Tak, powędziłam sobie beztrosko, przez calutką sobotę, sama, bo m miał jakieś sensacje żołądkowo – pęcherzowe, wtedy myśleliśmy, że przywlókł jakiegoś wirusa ze zlotu szkoły, wczoraj wyszło co innego, nie wiem, co właściwie. I pewnie się nie dowiemy, bo lekarze w naszej przychodni nie lubią szafować diagnozami.

    Dexter chce się przenieść do klasy mat-fiz od nowego roku. Właśnie wysłałam podanie do szkoły. Zobaczymy.

    A, nie chce mi się nic, a pisać najmniej.

    Przypomniało mi się, że przeczytałam te „Byczki w pomidorach”, niestety, prawdziwej Joanny tam nie widziałam. W ogóle byłam w drugiej połowie już zmęczona opisami, co jedli, co pili, kto prztyknął czajnikiem, a kto przyniósł zakupy i skąd. Moja teoria jest taka, że Chmielewska całe życie musiała uważać, na to, ile je (nie ukrywała swoich skłonności do tycia) i w związku z tym na starość coś jej padło na głowę i już nie może o niczym innym myśleć, jak o jedzeniu. Nawet z ciekawości zamierzam sprawdzić, czy w tej książce jest chociaż jedna strona bez wzmianki o jedzeniu.

    Obejrzałam tradycyjnie sporo filmów, w tym dwa słabe – „Gra dla dwojga” z Julią Roberts i Clivem Owenem oraz „Fanny Games US”. Julia nie starzeje się ładnie, zresztą mało kiedy podobała mi się, ale teraz to już naprawdę wygląda jak nasza szkapa. Film zawiły i przegadany. Za to ten drugi – zaczął się fajnie, można było się wciągnąć w napięcie, aż tu nagle wtem pod koniec zrobili jakiś przewrót w tył i przestało mi się podobać, zakpili z widza i po co?

    Obejrzałam też „Drzwi w podłodze” – to mi się podobało, zawsze lubiłam Jeffa Bridgesa, zwłaszcza od roli w „Bez lęku” i przede wszystkim – w „Fisher Kingu”. Dokończyłam oglądanie Hallmarkowego gniota o dzielnej matce chorej na raka – lubię czasem takie coś obejrzeć, chociaż na koniec zawsze się wkurzam na przesłodzenie. A już zwłaszcza jak widzę, jakie piz.. robią w tych filmach z facetów.

    Sorki, nie mam humoru, więc klnę. „Zemszczę”, jak by powiedział nasz znajomy z Sierpca.

    Żeby to dunder świsnął.

    Jeszcze raz.

    Dexter ma dziś urodziny, siedemnaste, które świętujemy od wczoraj, a skończymy jutro. Mieliśmy dla niego już od dawna najnowszą książkę Kinga, m nakupował mu wczoraj jego ulubionych napojów i słodyczy, ja zrobiłam mu ulubiony obiad – tortillę z kurczakiem i sałatą. Dzisiaj wstał we wspaniałym humorze, co nadal jest dla mnie nowością i dostał od Deedee jej prezent – CD Action i batony chałwowe. Też się ucieszył jak gwizdek :-) Po południu babcia będzie czekać z jego ulubionym ciastem rabarbarowym, przepis tradycyjnie od Majany.

    Deedee jest w trakcie produkcji aparatu na zęby, teraz ma przymiarkę.

    m pojechał na zjazd absolwentów swojej szkoły wyższej, wróci jutro. Dużo bym dała, żeby się dowiedzieć, ile pójdzie wódki przez te dwa dni, a raczej rumu, bo to wilki morskie :-) Paradoksem jest to, że na zjeździe większe szanse mają być ci, co nie pracują w zawodzie, niż ci, co pracują. Za to jak wróci w piątek wieczorem, to z kolei przyjedzie do nas Bob z dzieciakami, będzie się działo!
    Na sobotę planujemy wędzenie, trzeba będzie jutro zapolować na pstrągi, łososie i kurczaki i zasolić. Powiadomiłam już sąsiadkę, że można się dorzucić ze swoimi zwłokami, jeśli są chętni.
    Mam również sporą nadzieję na obejrzenie jakiegoś filmu, bo nagrywam ostatnio namiętnie, ale dysk już się zapełnił, a nie ma czasu albo nie ma z kim oglądać. Czeka „Australia”, „Wojna polsko-ruska” i wiele, wiele innych. Widziałam w końcu „Rewers”, nawet całkiem, całkiem, film bardzo dobrze zrobiony, poza pewnymi szczegółami w opowiedzianej historii, które nie trzymały się kupy – a mianowicie – po co albo czemu ona go w ogóle zabiła? Chyba tylko po to, żeby film powstał.

    W związku z wizytą Boba teściowa zapowiedziała ewakuację na weekend, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jak ogromną radość mi tym sprawi. Dzięki mojej „poker face” od …nastu lat nie wie, że jej wyjazdy z domu bynajmniej nie są dla mnie karą.

    Zaistniał też w tym tygodniu incydent z pralką – pralka się po siedmiu latach zepsuła, na moje ucho łożysko. Uparłam się ją naprawiać, w związku z tym jesteśmy w plecy sporo kasy, bo m chciał ją dać do naprawy znajomemu, ja się nie zgodziłam, wezwałam serwis, zapłaciliśmy 450, na drugi dzień dołożyliśmy jeszcze 170, bo AKURAT zepsuła się jeszcze jakaś pompka. Jak teraz nie pochodzi następne siedem lat, to się naprawdę wkurzę.

    W piątek był babski wieczór u Dagny – skończył się o czwartej rano, jak na 4 babki było sporo hałasu, a wszystko przez to nowe budownictwo i ściany z papieru. W każdym razie nie spalono nas na stosie następnego dnia, więc zamierzamy powtarzać, nie forsować. Dwie z nas mają głosy jak trąby jerychońskie, a gadają bez przerwy, więc naprawdę współczuję sąsiadom. A ostatnią godzinę przetańczyłyśmy. Skończyłyśmy o czwartej rano – to trzeba mieć zdrowie, osiem godzin imprezować. A i tak mamy niedosyt, bo wszystkiego nie obgadałyśmy.

    W niedzielę po basenie odwiedziłam mamę, dostałam „Byczki…” i teraz czytam, z ogromną radością, bo Chmielewska nawiązała w nich do „Wszystko czerwone”, od której to książeczki zaczęła się moja przygoda z Chmielewską. Trudno, późne jej książki nie są już takie fajne, ale i tak mam sentyment i nie będę wieszać psów. W końcu kobita ma 78 lat!

    Koniec na dziś.

    PS: Przypomniały mi się dwa kwiatki z naszego sabatu czarownic :-)

    a)
    M tańcząc rzuca w przestrzeń:
    - Moja specjalność to genialność!

    b)
    O drugiej rano ja i A wysyłamy smsy do swoich mężów „Jestem z Fernando, baw się dobrze, Bambo”. Za chwilę ja wysyłam sms do męża A, a ona do mojego: „To ja jestem Fernando, Bambo”
    :-)))
    Baaardzo śmieszne, jak na drugi dzień skomentował kwaśno m.

    A, za to wczoraj m kupił cytrynówkę, która rzeczywiście była niezła, przez całe popołudnie sączyliśmy aż wysączyliśmy. Przy nalewaniu któregoś kieliszka usłyszałam, że z góry schodzi Dexter, więc żartem syknęłam do m „chowaj, chowaj!”. Za jakiś czas przechodzę przez kuchnię i widzę, że flaszka zamiast w zamrażarce stoi w miejscu, gdzie segregujemy szkło i plastik, chociaż jeszcze pół zostało. Wyrażam zdziwienie, a m na to:
    - A, bo mnie tak zmyliłaś, jak krzyknęłaś „chodu!”
    I schował z powrotem do lodówki.

    Czy nie mogłoby byc tak cały rok? Chyba się jednak wyniosę do Hiszpanii. Dziś w nocy nawet odważyłam się mieć otwarte okno w sypialni, niestety poza świeżym powietrzem dostałam również w pakiecie udział w dyskusji panelowej o 4 rano o wyższości kości wołowej nad wieprzową.
    No nie polubimy się z pieskami, ani z ludźmi, którzy je lubią.
    Pies śmierdzi, choruje, szczeka, gryzie, jest upierdliwy w obsłudze i stanowi spory kłopot w razie wyższej konieczności. Przykro mi, ale zdania nie zmienię, choć próbowałam.

    Co poza tym? Ach, Dagny wróciła z Norwegii wczoraj wieczorem, zanim wylądowała, to już ustaliłam z dwiema innymi laskami, że dziś u niej babski wieczór z oglądaniem zdjęć z podróży. Ale będzie fajnie!

    Deedee pojechała dziś do Fromborka na wycieczkę. Rano wychodząc z domu ni z gruszki ni z pietruszki wypaliła, że rower jej koleżanki jest tak stary, że trzeba hamować nogami. Obśmiałam się jak norka. Poza tym powiedziała „głowa mnie swędzi, sprawdź, czy nie mam mszyc”. Wie, że powinna uważać, bo w szkole ciągle trąbią o tym, tylko nie wie, na co dokładnie :-)

    Druga wizyta u psychiatry z Dexterem zaliczona wczoraj. Teraz szykuję się do wizyty u psychologa z Deedee, bo w niej widzę tę samą drogę, co u niego.

    Z wielkimi bólami, ale udało się zarezerwować tydzień w pensjonacie w górach, bardzo tanio. Jeszcze nie wiadomo, czy Dexter chciałby pojechać i czy pojedzie, ale na pewno pojedzie Deedee i Camille …ski, czyli bratanica mojego męża – przylatuje do nas 1 lipca z Chicago i będzie 6 tygodni, co stanowi niejakie zbawienie dla nas, a konkretnie dla Deedee, która nie potrafi żyć bez towarzystwa. Bardzo się cieszę, będę miała dwie córeczki, 10 i 9 lat :-), a podobne do siebie!
    Może Deedee trochę się podszkoli w akcencie amerykańskim. Za to Kamilka na pewno musi się podszkolić w polskim.
    Koniec.

    w tym roku również pojechała na międzyszkolny konkurs ortograficzny, tym razem zajęła nawet miejsce na podium – TRZECIE

    Czy już mogę pęc? Z dumy, oczywiście

    Nie ma to jak szybki, gorący numerek o siódmej rano :-)

    Tyle się działo, a pisac się nie chciało… Szkoda.
    Ale ku pamięci trzeba.

    Przed komunią wypróbowane zostały 4 fryzury, między innymi:

    a w końcu były tradycyjne loki:


    Komunia wyszła świetnie, pogoda dopisała, w restauracji obiad bdb, w ogrodzie rozstawiona trampolina. Dobrze, że potem pojechaliśmy jeszcze do domu na ciasto i kolację, dzięki temu wszyscy czuli się ugoszczeni, dosiedzieli do wieczora, wygodnie. Zrobiłam m.in. sałatkę zgagi, z kurczakiem – rzeczywiście pyszna i trochę inna, więc warto. Będę częściej korzystać.
    Zgodnie z życzeniem wśród prezentów głównie była kasa na wycieczkę do Francji, ale niektórzy szarpnęli się jeszcze na prezenty. Moja siostra podarowała Deedee kolczyki i wisiorek z perłami i brylantami. Letka przesada, moim zdaniem, no ale stać ich. Dostała też dwa zegarki, jeden Stamp, a drugi Casio (róziowy ze światełkiem) i o dziwo cieszy się z nich ogromnie. Chyba już nadszedł ten czas, kiedy zegarek jest znowu atrakcją, bo nikt tego nie ma. Dostała również Cecylkę Knedelek – gruuubą i potwornie ciężką księgę kucharską, bardzo fajną. Moja mama nie przyjechała, jednak się mocno postarzała, od kiedy taty nie ma. Jak zwykle dała mnóstwo kasy (Deedee wie tylko o połowie) i oczywiście książki – Biblię, wiersze Twardowskiego. Od chrzestnego – gruby złoty łańcuszek i serduszko z napisem „Pamiątka I komunii”. Nosi, a jakże.
    To było 30 maja.
    1 czerwca był oczywiście dzień Dziecka – u nas bardzo skromny, bo wszyscy byliśmy wykończeni komunią, nawet dzieci. Kupiłam lody, które zjedliśmy dopiero wieczorem, jak wrócił m.
    2 czerwca w szkole Deedee był festyn rodzinny – poszłam na dwie godziny, bo bardzo jej zależało. To niesamowite, jak ona mnie kocha. Chyba bardziej, niż ja ją :-) Były oczywiście piosenki i wiersze, potem mamy dostawały swoje upominki (w tym roku pastele olejne na papierze ściernym, ciekawy pomysł). Deedee upiekła, w sumie to sama – ciasteczka maślane po raz drugi:

    Portrety mam wisiały na ścianie, mój pokażę,

    bo jestem zdziwiona, jak bardzo Deedee jest w tyle z rysowaniem – fakt, że nigdy nie lubiła kolorować i rysować, ale na tle klasy wypada jak przedszkolak. No cóż, nie we wszystkim musi być genialna ;-)
    3 czerwca wizyta u nas – przyjechał Building, który jak zwykle musiał wyskoczyć z czymś przed szereg – ponieważ zabroniłam mu tym razem kategorycznie przywozić nam wszystkim z osobna prezenty (facet nie wie, co z kasą robić – zazwyczaj przyjeżdża ze storczykiem dla mnie, bombonierą dla teściowej, ogromne czekolady dla dzieci i flaszka dla m), za przywiezienie żarcia na grilla również zagroziłam sankcjami, to wziął i kupił nam…

    Fakt, że ten nasz stary grill był już mocno wysłużony. Razem z nim przyjechali B i P, oni byli u nas pierwszy raz, a że bardzo ich lubię, to naprawdę się postarałam wyprawić przyjęcie. Na początek była karkówka i szaszłyki – specjalność m. Trochę przypalone w wyniku zamieszania grillowego. Do tego sałatki – kijowska, ziemniaczana, serowo – ananasowa. Na deser – specjalnie dla Buildinga – tiramisu.
    Czwartego – urodziny Deedee, ale nie wyprawiane – bo moja siostra zaklepała wcześniej termin i wyprawiała imieniny swojego męża. Spóźniliśmy się godzinę, za co zostaliśmy przykładnie ukarani. Nawet sobie nie wyobrażacie, jaką jędzą potrafi być moja siostra. A równocześnie czasem jest słodsza niż miód. Ale rzadko. Żarełko jak zwykle super hiper mega pyszne i wypasione, między innymi jadłam nowość – ciasto zwane „mrowiskiem” – czyli wielka góra faworków, a zlepiona miodem rozpuszczonym z masłem, posypana makiem i rodzynkami. Słodkie jak pierun, ale jakie dobre! i weź tu się człowieku odchudzaj…
    Deedee dostała nową komórkę, wreszcie ma swoją pierwszą nową, a nie obdrapany rzęch po bracie. Ale się cieszyła! Naprawdę miło jest jej coś dać
    Piątego – znowu znajomi u nas – L i R z dziećmi. Uprzedzali, że się odchudzają (nowa dieta – Protal, podobno hit ostatnio), co prawda nie zauważyłam różnicy, ale ja w ogóle jestem w tych sprawach mało spostrzegawcza. Gdyby nie kumpela, która lubi potem mnie wypytać, jak kto wyglądał, to nawet nie byłabym w stanie powiedzieć, czy R była w spódnicy czy w spodniach. Serio, nie żartuję. Ale wracając do diety – ona schudła ponoć 3,5 kg (od 18 maja), on 8 kilogramów – no to już powinno być widoczne, i chyba rzeczywiście było. Trzymali się tej swojej linii mocno, w związku z tym mam teraz lodówkę pełną sałatek, szaszłyków, ciasta i nie wiem, co z tym zrobić, bo też chciałam od dziś zacząć dietę, wykorzystując fakt, że m się napalił na tego Protala. Uprzedziłąm go co prawda, że potem wróci mu wszystko z nawiązką, ale mi nie wierzy.
    Wieczorem obejrzałam na Ale Kino „Genialny klan” – dopiero na koniec przypomniałam sobie, że już to widziałam. A rano obudziłam się w trakcie rozkwitającego romansu z jednym z aktorów tego filmu, więc podstępnie wykorzystałam m do dokończenia wątku. Zresztą mu o tym powiedziałam…
    Kumpela, a propos – w Norwegii, wraca dziesiątego. Dostałam tylko sms, że dojechała i jest cudnie :-)
    Co do odchudzania – zawsze można spróbować, tylko już mi szkoda tego mojego m, jak pomyślę o efekcie jojo. Ale jeśli on sam jest chętny i deklaruje się nawet nie pić z tej okazji, to czemu nie?! Nasi znajomi wczoraj specjalnie przyjechali osobno – ona samochodem z dziećmi, a on motorem, żeby tylko się nie skusić. I dobrze. Ja co prawda spróbowałam wreszcie truskawek i jak co roku postanowiłam zacząć od diety truskawkowej (czyli nic poza truskawkami), ale jak mamy zaczynać tego Protala, to tylko razem. Tylko, że z kolei m wyjeżdża we wtorek do Poznania i wróci dopiero w sobotę, więc weź tu się człowieku odchudzaj – na szkoleniach i w hotelowych restauracjach. Więc pewnie będzie tak, że zaczniemy w niedzielę za tydzień (a do tego czasu truskawki, truskawki, truskawki… aż mi wyjdą bokiem!)
    I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś i bardzo się cieszę, że jednak zmobilizowałam się do opisania tego wszystkiego, bo szkoda by było zapomnieć.
    Nie wiem, czy mówiłam, że skończyłam szal dla sąsiadki:

    I jedno ze zdjęć Dextera, wiem, że plagiat i kicz, ale musiałam takie mieć:


    • RSS