batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 7.2010

    Następnym razem pamiętać – urlop NA KOŃCU wakacji, nie w połowie ani tym bardziej na początku. Teraz już tylko mam w głowie początek roku szkolnego, wizyty u lekarzy i strach przed zimą – a przecież to dopiero połowa!
    Urlop był fajny, w miłym towarzystwie, nie chlejącym, więc kulturalnie. Kwaterę mieliśmy boską, czułam się jak w domu, czyściutko, jedzenie też wspaniałe. I niedrogo, co przecież najważniejsze. Deedee i Camille bawiły się świetnie, poznały wiele dzieci, w tym najważniejszy był 13-letni juhas, który pasł owce i kozy dookoła naszego pensjonatu. Przesiadywały ze stadem całe wieczory.
    Codziennie coś ciekawego robiliśmy, więc dwie książki, robótka i krzyżówki na wiele mi się nie przydały. Trochę poszydełkowałam w korkach.
    Deedee spytała, co według nas jest symbolem Tatr – świstak, niedźwiedź? Jednogłośnie stwierdziliśmy, że parkingowy. Wszędzie tylko „daj daj daj!”.
    Ale po kolei.
    Droga upłynęła nam całkiem miło, dwa postoje w McDonalds, w Łodzi i w Krakowie uszczęśliwiły dziewczyny. Dexter jechał z D i A, którzy zabrali jego oraz syna kuzynki, M. I znowu jakiż ten świat mały – córka A chodzi do pierwszej klasy w liceum, z którego Dexter wyleciał, oczywiście go kojarzy – aaa, ten, co spalił rolkę papieru!
    Przyjechaliśmy do Murzasichla w niedzielę wieczorem, na miejscu byli już B i P z synem. D dojechał późno. Zainaugurowaliśmy urlop piwem w pobliskiej „Willi Koliba”, ale króciutko, bo Deedee i C zostały same w pokoju i C trochę się bała. Trzeba przyznać, że tak grzecznych i kochanych dzieci, jak Deedee i Camille to chyba nikt nie miał.
    W poniedziałek poszliśmy na spacer zwiedzić okolicę. We wtorek Dolina Kościeliska z Jaskinią Mroźną. Fajnie, tylko droga do Jaskini uświadomiła mi, że taternikiem nie zostanę. Kamienne schody stromo pod górę – to nie jest coś, co wejdzie w kanon moich rozrywek. W kolejce do Jaskini czekaliśmy godzinę, pod koniec dostawszy niezłą głupawkę. Puściliśmy w obieg plotkę, że to kolejka do kibla. W samej Jaskini fajnie, przynajmniej zimno i nie da się iść szybko. Biedny m miejscami musiał się przeciskać na kolanach. Na szczęście było czysto – sama woda. Po wyjściu z Jaskini upał uderzył na odlew w twarz – nie było czym oddychać. Droga w dół,, znowu po kamiennych schodach okraszona była dodatkowymi atrakcjami w postaci niezłych grzmotów, więc dziewczyny dwa razy o mało nie pospadały, tak się spieszyły na dół.
    W środę rozdzieliliśmy się – wyczynowcy poszli nad Morskie Oko, a ja, m i dziewczyny zaliczyliśmy Zakopane – Krupówki, Gubałówka (na górze Camille przejechała się na koniku, co ją uszczęśliwiło). U stóp Gubałówki wesołe miasteczko – to uszczęśliwiło je najbardziej. Potem dłuuugi spacer Krupówkami do muzeum Makuszyńskiego (zdjęcie dziewczyn całujących Koziołka Matołka – świetne). Po wyjściu – ulewa, na szczęście krótka. Tymczasem naszą drugą grupę złapała burza po drodze do Morskiego Oka – obawialiśmy się, że Dexter przeklnie nas, bo wypchnęliśmy go z nimi na siłę. O dziwo, wrócił USATYSFAKCJONOWANY. Chociaż brudny i przemoczony, z porwanymi spodniami.
    W czwartek – spływ Dunajcem, razem, tylko P odłączył się z dwoma chłopakami i pobili rekord w wejściu na Kasprowy – 2 godziny 10 minut. Ci to mają zdrowie. Flisak tradycyjnie dowcipny, pogoda super, spaliłam sobie od słońca czubek nosa, Deedee oczywiście dorwała się do kija (wiosła?) i nie oddawała, dopóki flisak nie poprosił. To jest kobieta, która żadnej pracy się nie boi. Po zejściu z tratwy – tradycyjna ulewa, przesiedzieliśmy w kawiarni. W drodze powrotnej – zamek w Niedzicy i poszukiwanie duchów. Dexter był pod wrażeniem skór niedźwiedzich – rzeczywiście imponujące. Wyszło zabawnie, bo on był w grupie „pośpiesznej”, czyli z Di A, którzy jeszcze mieli zarezerwowane bilety do Teatru Witkacego, więc zwiedzali biegiem. W pewnym momencie mijali nas, Dexter mówi „widzieliście tą wielką skórę niedźwiedzia?!” po czym spojrzał ponad naszymi głowami, zobaczył jeszcze większą, która nad nami wisiała, machnął ręką i poszedł.
    W piątek w końcu ruszyliśmy w stronę Kasprowego. Chociaż mówiono nam, że po południu nie ma kolejki, i tak uparliśmy się tam dotrzeć w największym szczycie. Od początku szło pechowo – najpierw droga na skróty do Zakopanego zamknięta, więc trzeba było się przebijać w korkach. Jeden z naszych samochodów odpadł – stwierdzili, że nie czują się na siłach, a Dexter został z nimi. My ze względu na dziewczynki MUSIELIŚMY. Już po dwóch godzinach byliśmy na miejscu (odległość – 20 km). W kolejce do kolejki czekaliśmy standardowo – 3 godziny. Byłam na to nastawiona – miałam Pratchetta, powiedziałam, że mogę stać. Niestety, nie byłam nastawiona na godzinną nawałnicę i potop. M schował dziewczyny w jednym ze sklepików, więc na szczęście nie zamokły ani trochę. Dla nas kupił parasolki. I tak sobie stałam na tym deszczu, część kolejki się wykruszyła, a ja dostałam wewnętrznego ataku, eksplodowałam, rozwiodłam się z m, napisałam testament i doczekałam słoneczka. Nawet trochę wyschłam, zanim wsiedliśmy do wagonika. Reszta towarzystwa dobiła do nas pod koniec oczekiwania. Na szczycie było bosko. Nie darowałabym sobie, gdybym tam nie dotarła. To jest naprawdę najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Pogoda dopisywała, dopiero jak zbieraliśmy się do powrotu, chmury zaczęły wpełzać na zbocza, zaczęło znowu padać.
    Na wieczór zamówiliśmy „kociołek” z jagnięciem, nawet żarty o tym, że owca Majka zniknęła z zaprzyjaźnionego stada nie powstrzymały dziewczynek przed spróbowaniem; i dobrze, bo bardzo im smakowało. Robi się toto dwa dni, kosztuje 350 zł (w międzyczasie podrożało do 400, ale jak zrezygnowaliśmy, to cena tajemniczo spadła z powrotem – jakoś nie chciało nam się wierzyć, że peiczarki zmieniły cenę o pół stówy ;-)) Przywieziono nam o 20 żeliwny kocioł pełen pysznego sosu, z papryką, pieczarkami i cholera wie czym jeszcze, w tym kawałki jagnięciny, pyszne to było. Powiesiliśmy kociołek nad grillem, podgrzewaliśmy i jedliśmy cały wieczór.
    W sobotę ruszyliśmy do domu. Już po trzech godzinach byliśmy w Krakowie (mówię Wam, ta Zakopianka to koszmar!), gdzie obowiązkowo należało odwiedzić Smoka Wawelskiego. M został w samochodzie, bo nie znalazł miejsca do parkowania (a naprawdę to chyba nie bardzo mu się chciało łazić), a ja obfotografowałam dzieci pod Smokiem, pod Wawelem, na Rynku. Już wracaliśmy, kiedy m zadzwonił, że Straż Miejska go złapała i nie puści, dopóki nie zobaczy dokumentów samochodu, które mam ja w torebce. Szszszfak! Po przebiegnięciu się przez połowę Krakowa znalazłam ich… po drugiej stronie Rynku. Drugi raz rozwiodłam się z m i już mogliśmy jechać dalej.
    Przed wyjazdem Camille zaczęła pokasływać, więc ratowałam ją czym się dało, szałwia, tabletki do ssania, Tantum Verde, w końcu włączyłam do roboty Zyrtec. Jakoś się trzyma. Dwa ostatnie dni Deedee zaczęły ropieć strasznie oczy, wyprosiłam Sulfacetamidum w aptece i po dwóch dawkach przeszło. M za to ostatniej nocy miał rewolucję żołądkową, nie wiadomo, po czym, bo wszyscy jedliśmy to samo. B też to miała, trochę dłużej. Całe szczęście, że go w drodze nie goniło, bo to byłby koszmar, nie podróż.
    Następny przystanek – Częstochowa. Dexter tym razem został w samochodzie, a my poszliśmy. I bardzo dobrze, bo tam przeżyłam największe wzruszenie tego wyjazdu. I nie, nie chodzi o Matkę Boską, chociaż też. Koło kapliczki ludzie pisali prośby, powiedzieliśmy dziewczynkom, że też mogą coś napisać, czego najbardziej pragną. Oczywiście podpatrzyliśmy. Deedee napisała, żeby nikt w rodzinie i wśród znajomych nie umarł w ciągu najbliższych 5 lat i że za to przywiezie MB serduszko. To uświadomiło mi, że jednak przeżyła pogrzeb dziadka bardziej, niż myśleliśmy. Jak zwykle zresztą.
    Za to liścik Camille doprowadził mnie do czarnej rozpaczy – co pomyślę, to płaczę.
    Nie wiedziała, co ma napisać, więc m podpowiedział, że może o zdrowie dla rodziny itp. A ona napisała
    PLEASE STOP MY MOM DRINKING.

    Muszę się pochwalić najnowszym osiągnięciem.
    Otóż w weekend K pokazywał nam swój pistolet – na szczęście prywatny.
    Przy mnie go złożył, potem uczył mnie z niego mierzyć, a potem ja powiedziałam „dobra, to teraz go rozłóż, a ja złożę”.
    Rachu ciachu, złożyłam, pozostało tylko połączyć dwie części razem.
    Wsunęłam jakoś tak jedno w drugie, że krzywo weszło.
    K przyszedł, wziął toto ode mnie ze słowami „spoooko, to Glock, mam go 7 lat, jego nie da się zepsuć”.
    Zaczął się mocować, szarpie, szarpie i nic. Ja w tym czasie wpadłam na boku w panikę, bo myślałam, że może to jego służbowy.

    DWADZIEŚCIA MINUT się mordowali – K. i m. – żeby rozłożyć pistolet z powrotem.

    Już nigdy nie dotknę cudzego sprzętu ;-)

    Jeśli ktoś myśli, że będę narzekać, to się grubo myli. Powiedziałam sobie już dawno temu – wolę ciepło i basta!
    A wcale nie jestem z tych, co prażą się godzinami na plaży – wręcz przeciwnie. Moje łydki nadal świecą białością, jedyne co, to dekolt można nazwać opalonym. Ale zimna nie lubię i już. Po ostatniej zimie, trwającej do połowy czerwca – zwłaszcza.
    I dlatego wczoraj nawet mi nie było źle, kiedy stałam pod naszym salonowym wiatrakiem, prasowałam dwudzieste prześcieradło, a obok mnie wesoło hajcowały się w kominku papierzyska i kartoniki z ostatniego tygodnia.
    Bardziej mam dość komarów.

    Jeden dzień urlopu, ale jak wykorzystany! Tak to ja lubię.
    Jak wyszłam z moimi dwiema córkami ;-) o 9 rano, tak wróciłam o 19, czyli dziesięć godzin bez tv i komputera.
    Jak jechałyśmy z powrotem, to o mało nie zasnęłyśmy wszystkie trzy. Cam czytała, Deedee wpatrywała się w niebo, a mnie oczy się nad kierownicą rozjeżdżały co chwilę.

    ALE
    - włosy Deedee obcięte, przy okazji moja grzywka również
    - aparat nazębny Deedee odebrany
    - książeczki RUM odebrane (w tzw. międzyczasie kupiłam gumowe buty na wyjazd dla Deedee i japonki dla Cam, bo nie ma kapci, oczywiście nie oparłam się kolejnemu Inglotowi – będę miała teraz CIEMNOZŁOTE pazury)
    - buty w góry dla mnie i Deedee kupione (dzięki ci, Dectahlonie, że jesteś w Gdańsku!)
    - zdjęcia przez cały dzień pstrykane obu pannom
    - plac zabaw na Przymorzu zaliczony (dobrze, że wzięłam Pratchetta ze sobą)
    - przejazd na plażę i z powrotem – ciuchcią, bo już nam nogi w d… właziły
    - pół godziny na plaży, z czego 20 minut zajęło pochłanianie frytek, 10 min sesja foto i do domu.

    A W DOMU
    - goście już byli po obiadokolacji, obsłużeni przez m i teściową
    - siedzieli na tarasie, skubiąc bób i popijając piwko
    - czekając oczywiście na MECZ
    - w czasie gdy gość oglądał mecz, ja zabawiałam gościówę na tarasie, co skończyło się naszym lekkim zejściem – lekkim, bo w planach na dziś była moja praca, a jej plaża
    - na koniec obejrzeliśmy „Wojnę p – r” (już chyba nigdy nie odświeżę sobie końcówki tego filmu, dane mi było ją obejrzeć tylko za pierwszym razem, w kinie)
    - podobno przywieźli ze sobą 230 filmów (wot kakaja technika, kiedyś musieliby przyjechać kamperem, żeby przywieźć 230 filmów – właściwie, to dwoma kamperami) – będzie w czym wybierać, podobno napisy są w porządku.

    Dzisiaj pojechali na plażę, a wieczorem powtórka z rozrywki :-)

    Zauważyłam, że Cam, pomimo wychowywania się w polskojęzycznym domu, mówiąc po polsku tłumaczy sobie z angielskiego – np. „do końca wakacji” brzmiało „do koniec wakacji” – wiele rzeczowników mówi w mianowniku.
    Za to jak powie coś po „amerykańsku” – ten akcent zwala z nóg :-) Normalnie jakby Britney przyjechała i zasuwała w swoim narzeczu.

    Przyjechała Cam, spędzają z Deedee cały czas razem, w niedzielę zabrałam je na imprezę dla dzieci w Mieście, ale okazało się, że to jest „dla takich mniejszych dzieci”, więc bardziej spodobał im się plac zabaw, niż czwórka dorosłych ludzi robiących z siebie palantów na oczach dzieci.

    My z kumpelą za to umierałyśmy, z powodu kaca i skwaru.

    Dexter spędził 3 weekendowe noce w pracy, umowy nadal nie podpisał, co zaczyna mnie mocno denerwować. W sobotnią noc musiał wyrzucić jakichś pijaczków ze sklepu, a był jedynym „mężczyzną” na stacji. Na szczęście nic się nie stało.

    Miałam epizod z paleniem, na razie walczę i staram się nie wciągnąć z powrotem, chociaż już mało brakowało. Tak to zawsze jest – jeden papierosek od kogoś na imprezie, następnym razem dwa, potem kupuje się sobie paczkę, żeby nie sępić, a potem to już z górki. Ale w niedzielę spaliłam, co miałam i teraz się trzymam. Nie da się ukryć, że w rzuceniu palenia pomagają straszliwe bóle głowy nękające przez dobę po imprezie.
    Do tego wczoraj Mig zmobilizowała mnie do rzucenia również żarcia, oczywiście nie aż tak drastycznie, jak ona, ale zobaczę, co się da zrobić. Tu akurat nie mam sprzymierzeńców, m to typowy dokarmiacz – kupuje różne likiery do spróbowania, robi koktajle truskawkowe, wciska mi lody. Ja z kolei nie mogę przejść obojętnie koło kawałka mięsa.

    Tekst Deedee do kuzynki, w niedzielę:
    „Szczęście, żeśmy się jeszcze nie pokłóciły, co?”
    Kuzynka zrobiła na to wielkie oczy, bo poziom kłótliwości obu dziewczynek wynosi jakieś minus trzy.

    Wczoraj przed spaniem zaczęłam im czytać Olivera Twista, bo sama jestem ciekawa tej książki – i trzeba przyznać, że co klasyka, to klasyka. Samo się czyta.

    Cam jest tak samo skryta i zamknięta, jak jej tata. Unika kontaktu wzrokowego. Jest rok starsza od Deedee, ale przetworzona żywność robi swoje – ma już staniczek, a buty mogę od niej pożyczać. Wygląda na 12, a nie 10 lat.

    No i największa bomba – sprzątając pokój Deedee, w nocnej lampce znalazłam wierszyk, który ona napisała na maszynie jakiś czas temu, dla siebie, bo nikomu go nie pokazywała. Dojrzałość z niego taka bije, że nie wierzyłam własnym oczom. Normalnie rośnie nam druga Pawlikowska :-) Zacytuję go, tylko muszę się dziś po południu przebić do kompa. No i pokażę zdjęcie, jakie mam córeczki ;-)

    Jutro biorę urlop i idziemy z Deedee do fryzjera – jej obetniemy włosy do ramion, a obu nam podetniemy grzywki. Jutro też prawdopodobnie przyjedzie K i A, może z rodzicami, może nie. Będzie wesoło.

    Wczoraj obejrzeliśmy z m „Ciacho”. Po przyzwyczajeniu się do żenującego poziomu oraz do niektórych drewnianych aktorów – a było w czym wybierać:
    Stenka – dziwna, ale może być
    Żak – nie wiem, co mu się stało, to przecież całkiem fajny aktor był
    Karolak – brzydki jak noc, ale ma mnóstwo czarującego wdzięku, no i jego teksty zwalają z nóg.
    Bosak – może być, chociaż jest tak jakoś obleśnie owłosiony
    Małaszyński – pierwsza połowa filmu to przyzwyczajanie się do jego świńskiego blondu, poza tym gra słabo, potem nadrabia poziomem śmieszności.
    Liszowska – jak zwykle ogłuszyła mnie. Za dużo jej jest.
    Trzebiatowska – na nią można patrzeć i patrzeć, ale nic więcej. Niech ona już lepiej pozuje do zdjęć, niż gra. Znudziła mnie już jej zatroskana mina, sugerująca jakieś wewnętrzne rozterki i przemyślenia.
    Kot – to najlepszy aktor ostatnich lat.

    No więc po przyzwyczajeniu się do żenującego poziomu tego filmu nawet się szczerze ubawiłam. Trzeba tylko przetrwać obrzydliwy początek i parę razy przymknąć oko w trakcie.

    Zobaczyłam też „Jana z drzewa” – pomysł ciekawy, ale aktorzy – dno. No, poza Szykulską oczywiście, a także bardzo podoba mi się gra Artura Dziurmana… a zwłaszcza jego głos – zniewalający…

    No proszę, myślałam, że nie chce mi się pisać, a jak zwykle wysmażyłam długawą notkę. Najgorzej jest zacząć.

    Zwłaszcza te wszystkie biedne jeżyki, które mijam co dzień na drodze.

    Nadal czekamy, dzisiaj przyleci już na pewno, zadzwoniłam, dowiedziałam się.

    Ależ wczoraj był fajny dzień! Wróciłam do domu, ogarnęłam trochę, podlałam w końcu wszystkie kwiatki w domu (dobre pół godziny to zajmuje), m kupił przepyszną karkówencję na grilla i jakieś bekoniki itp, upiekliśmy, zjedliśmy, popiliśmi piwkiem z sokiem, obejrzeliśmy film, który kupił za 5 zł (nędza, ale na Bruce’a Willisa zawsze można popatrzeć), poszliśmy spać o 22, a rano znowu zaspałam. Wyłączyłam budzik i spałam jeszcze 40 min. I teraz siedzę i ziewam.

    Dexter idzie dziś do pracy na noc. A ja zamierzam obejrzeć całe mnóstwo filmów, poczytać, ugotować coś dobrego na jutro. O, właśnie sobie przejrzałam program cyfry i będę następne filmy nagrywać.

    A w niedzielę trzaśnie nam 18 lat razem. Właściwie to 21, ale od ślubu 18. Ale jaja, co? Nagle wczoraj uświadomiłam sobie, że wytrzymałam z nim dwie dekady. To chyba nie jest to taki zły chłop, co? Ale że on ze mną wytrzymał, to wielki szacun.

    Byle im tylko ktoś otwierał lodówkę co jakiś czas.

    Atino, oglądałam ostatnio brytyjski program o kotach i tam było, że jak w drzwiach jest klapka dla kota, to nie można stawiać mu miski w poliżu wejścia, bo inne koty będą się częstowały.

    Trochę dzisiaj mi się kręci w głowie, bo z okazji wyjazdu teściowej miałam wczoraj u siebie A, z którą trocheśmy posiedziały… do 1.30 konkretnie. No i po 6 godzinach snu to jakieś takie mam mroczki przed oczami (nie mylić z Mroczkami, broń boh).
    Pokazałam jej moje życie z ostatniego półtora-roku w zdjęciach, wychodzi na to, że mamy strasznie intensywne życie towarzyskie, kto by pomyślał ;-)

    Dzisiejszy dzień będzie pod znakiem oczekiwania na lądowanie samolotu Chicago – Warszawa, a najważniejsze – czy wysiądzie z niego ta 10-letnia osoba, o którą nam się rozchodzi :-) A nerwówka trochę jest, bo nie wiemy, czy jej mamuśce coś nie odbiło i czy ją wsadziła do samolotu.

    Dexter znalazł sobie pracę – i to od razu na umowę – zlecenie, legalnie, blisko domu, na stacji benzynowej. Oby to wypaliło. Nawet w sumie to ma farta ten chłopak – praca fajna, bo jeden dzień pracuje 12 godzin, a drugi dzień ma wolne (chyba, że chce popracować nadgodziny) i może sobie się wakacjować.

    W związku z pracą Dextera i nieobecnością teściowej Deedee została wywieziona do mojej siostry, chodzą na plażę, jeżdżą do Zaworów na działkę, do miasta na lody; jedyną rzeczą spędzającą jej sen z powiek jest bur..l w jej pokoju, który miała posprzątać w weekend na przyjazd kuzynki i odkładała to na później. A teraz dzwoni do mnie i delikatnie pyta, czy może już znalazłam chwilkę czasu, żeby ogarnąć jej pokój. No jakoś NIE.
    Niech się trochę postresuje dziewczyna, może następnym razem nie będzie odkładać na później.

    PS:
    Kurrrrrrrr…. tego to jeszcze nie grali! Jedna BABCIA drugiej BABCI przekazywała od dwóch miesięcy datę podróży. Tylko tamta podawała datę wylotu, a ta MYŚLAŁA o dacie przylotu. I dzisiaj cały misterny plan w pizdu. Przyleci JUTRO.
    O ile w ogóle wsiądzie do samolotu


    • RSS