batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 8.2010

    Moje dzieci

    3 komentarzy

    Mają jakiś talent do rozbawienia do łez.

    Wczoraj wysłałam smsa do Deedee, z zapytaniem, czy tęskni,, czy jest fajnie, czy ma jeszcze forsę, czy myje zęby itp.

    Przyszła odpowiedź (nawet mało błędów):
    „Cześć mamo. Bardzo za tobą tęsknię. Myję zęby, 2 razy zapomniałam. Dzisiaj byliśmy na wieży ajfla. Nie dzwoń bo rozmowy są drogie ale bardzo bym chciała. Jest bardzo fajnie. Dbaj o chomika.”

    Za to Dexter pierwszą noc w domu przespał całą, wstał wczoraj o 15 (tak, o trzeciej po południu), za to dzisiejszej nocy nie spał wcale, oglądał Soprano, obudził mnie talerzykiem brzoskwini pokrojonej w kostkę i głębokim basem „mamo, wstawaj” – o mało ze skóry nie wyskoczyłam. Za to m później przez telefon zrelacjonował „Jak wstałem, to zrobił mi jajecznicę i kawę, otworzył mi bramę i wycyganił na koniec dychę” :-)

    Pewnie mu się fajki skończyły.

    kiedy ja mam pisać, jak nie wyrabiam z czytaniem Waszych notek. No kiedy?
    Bo o czym, to wiem.

    Byłam w pewnym domku. Okoliczności, w jakich się tam znalazłam były, jak na mnie, niezwykłe – pojechałam pomóc pewnej znajomej zaopiekować się pieskami. JA. PIESKAMI. Jeden wilczur a drugi kundel, tyle, że jeszcze większy. Kto mnie zna, to wie, jak reaguję na pieski. Ale znajoma została sama z nimi, a wyprowadzić ich się nie da bez pomocy drugiej osoby. Zresztą, to nawet nie jej psy, tylko znajomej. Za dużo by tłumaczyć. W każdym razie ja czułam się zobowiązana jej pomóc, a jednocześnie nie wiedziałam, jak to zrobić, bo dla mnie zbliżenie się do dużego psa jest równoznaczne z samobójstwem. Równie dobrze mogłabym zamknąć się w klatce ze skorpionami.
    No ale pojechałam, z nastawieniem, że przez płot popatrzę na niedolę znajomej :-)
    Weszłam.
    W pierwszej chwili byłam załamana. Ale te psiny naprawdę nie były groźne. Jedynym mankamentem jest to wyprowadzanie, bo strasznie się rzucają do innych czworonogów. Zresztą m rano zobaczył je podczas spacerku i od razu powiedział, żeby nawet nie próbować mi wciskać smyczy, bo nawet rosły chłop ma problem z utrzymaniem takiego Miśka przy sobie.
    Koniec końców zadzwoniłam po kumpelę, przyjechała z flaszką i sobie pobalowałyśmy. Myślę, że o czwartej rano to już bardziej pieski były zmęczone nami, niż my nimi.
    Ja padłam o czwartej, a one dwie jeszcze o siódmej poszły na spacerek z psinami. Cud boski, że nie obudziłam się w obcym domu, sama, to znaczy z dwoma kotami (jeden biały i głuchy ale jaki pięęęękny) i że nie szukałam ich zwłok rozwleczonych przez Miśka i Leona po okolicznym parku.

    Ale do rzeczy. Chodzi o domek. No cudo po prostu. Przedwojenny, bliźniak, w starym ogrodzie, gdzie jabłka lecą na głowę. W środku urządzony bardzo klimatycznie, bez fajerwerków, ale po kobiecemu – bo mieszka tam kobieta po pięćdziesiątce i jej dwie córki, obecnie to córki bardziej w Anglii niż tu. Jest trochę starych kredensów, ale dominuje Ikea, dużo ładnych obrazów i wszędzie obecność kobiet – a to świeczuszka, a to korale, a to misa kosmetyków, a to chusta. No lubię tak :-)
    Ale najważniejsze – to wszystko w mieście, nie byle jakim, bo Sopot, ale na małej i ślepej uliczce, więc cisza, a przede wszystkim - DWIEŚCIE METRÓW OD PLAŻY. No bajka po prostu.

    Cóż, nigdy więcej tam nie będę, ale było fajnie.

    Dexter wczoraj wieczorem wrócił wreszcie z wakacji, powitaliśmy go chlebem i solą, czyli pizzą i colą. Oboje z Deedee mieli tak intensywne wakacje, że aż trudno uwierzyć. Myślę, że odpoczęli i oderwali się należycie. Dexter był z nami w górach, a potem jak wyjechał pierwszego sierpnia, tak wrócił 23go. I okazuje się, że został łamaczem serc niewieścich, a przynajmniej jednego – myślałam, że będą siebie mieli z dziewczyną dosyć, powyżej dziurek w nosie, ale nie – ona była gotowa jeszcze jechać z nim do nas. Jej mama była wczoraj przerażona, że znowu w domu będzie miała gehennę, jak rok temu. Kto pamięta, ten wie.

    A Deedee? W piątek rano odstawiona pod autokar, pojechała i nawet znaku życia nie daje. Komórki jej nie dawałam, bo tylko by miała stres z pilnowaniem telefonu, a kontakt mamy, bo jako wychowawczyni pojechała moja koleżanka (ta od Fernando, jeśli ktoś pamięta). Pierwszą dobę spędzili w autokarze, rano w sobotę (dostałam tylko smsa, że dojechali) wysiedli pod parkiem Asterix i bawili się do wieczora. Wieczorem kwatera, zmęczenie – wszystko rozumiem. W niedzielę wyprawialiśmy urodzinowy obiad teściowej, ale bardzo kameralny, było bardzo sympatycznie. W końcu po południu dostałam smsa – od koleżanki, nie od Deedee – że jest super, kwatera świetna itd. Zapytałam, czy moja córunia skreśli parę słówek może do mnie.
    „Nie, nie ma czasu”
    I to by było na tyle.

    M nakupował filmów s-f, ja ponagrywałam następne, tylko kiedy toto oglądać? Nic, przyjdzie zima, może wtedy. Najbardziej cieszę się z „Bliskich spotkań 3go stopnia” – to mój ulubiony. Chociaż „Obcym” i „Predatorem” też nie pogardzę.

    Czytam w końcu „Hobbita” – bo Dexter mówi, że to jego ulubiona, a ostanio przeczytał też m i stwierdził, że to książka o nim – mój mąż hobbitem? Ja myślałam, że mnie to zanudzi, ale nawet nie – powiedziałabym, że to książka awanturnicza – to słowo najbardziej pasuje.
    Przedtem przeczytałam „Sprawę osobistą” Kenzaburo Oe – jak zwykle mogę powiedzieć to samo, co po każdej japońskiej książce – dziwna, ale podobało mi się. Jednak wolę Murakami.
    Co jeszcze czytałam?
    Jak była Camille, to czytałam im do snu najpierw „Olivera Twista” – bo sama nigdy tego nie czytałam, a potem „Pięcioro dzieci i coś” – moją ukochaną książkę z dzieciństwa. I muszę przyznać, że lektury z mojego dzieciństwa są zupełnie inne niż obecne – dziś dzieci są karmione papką disneyowską, gdzie nawet ubóstwo i choroba wyglądają ślicznie i zawsze dobrze się kończą. Ostatnim zmarłym był chyba w nowoczesnych bajkach król lew – obecnie nikt już nie umiera, wszyscy żyją długo szczęśliwie i wesoło. Za to stare książki – jakież to okrutne! Piaskoludek jest zgryźliwy i niechętny do wyciągania głównych bohaterów z opresji – niech sobie sami radzą, nawet jeśli tego nie przeżyją. Oliver za to zaczyna się od śmierci mamy, a potem pasmo niedoli aż do ostatniego rozdziału.
    Aż mi słowa więzły w gardle, jak zaczęłam im czytać tę książkę. No bo jak to? O śmierci? O nędzy? O okrucieństwie wobec dzieci? Sierocińce? Niepoprawne politycznie dzisiaj.
    Naprawdę uderzyło mnie to jak obuchem, bo przecież sama wychowałam się na tych książkach, a wspominam je czule. Za to Deedee i Camille bały się, że im się to przyśni.

    I tak to czas leci, głowa siwieje.

    Gorąco, co?
    :-)

    Nie chce mi się coś pisać ostatnio. Ale, przy mojej pamięci, szkoda żeby przepadły wspomnienia.

    Czterdziestka kumpla była, trzy dni świętowaliśmy, wyspałam się za wszystkie czasy.
    I. oczywiście przyjechała, okazuje się, że nie tylko my postrzegamy ją jako „persona non grata”, całe jego towarzystwo jej nie trawi. Co za pech ;-)

    Królem imprezy został M, który najpierw pił, potem spał przy stole, równocześnie czkając, potem balował do ósmej rano, próbował się pobić z jednym z towarzyszy niedoli, po czym zasnął na motorze wystawionym przed garaż i obił sobie o niego nos. No wieczna desperacja z nim! :-) W południe poszedł do łazienki, chyba też przysnął, potem usiadł w salonie i zamknął oczy, niektórzy nawet z nim rozmawiali, ale raczej bez sensu to było.

    Ja żałuję, że tak wcześnie odpadłam, nie wiem o której, ale ominęło mnie ognisko, przyjazd I. (akurat tego nie żałuję), ale sądząc po zakwasach wytańczyłam się za wszystkie czasy.

    Wracając zabraliśmy do siebie ciocię I z Wwy, która siedziała smętnie w domu zamartwiając się rozwodem córki, więc postanowiliśmy ją trochę rozerwać.
    Swoją drogą, to takiego sk…. to ze świecą szukać, jak jej zięć. Jakbym go spotkała to bym mu dała w mordę, chociaż dzieli nas pół metra wzrostu. Od roku planował, że jak tylko dostanie spadek (bo pracować to mu się nie chciało, oj nie), to zostawi rodzinę.

    Na razie tyle, nie chce mi się nadal pisać.

    Ku pamięci:

    Julka, lat 10, na widok chomika biegającego po stole:
    - Tak, tak, puszczajcie go, spadnie i tak się ta zabawa skończy. (I do siebie:) Jezu, mówię już jak moja babcia.

    Poza tym nudy.
    Kot się zes… w kable za stolikiem RTV. M przyjechał o siódmej i do dwudziestej trzeciej prawie walczył z kablami, kurzem i wszystkim, co tam się kłębiło od dwóch lat. Teraz trochę mniej jest tych kabli i obiecał, że jeszcze dwa zamienią się w jeden, musi tylko pojechać na zakupy.
    A co kotu odwaliło, to nie mam pojęcia. W dodatku kupa była tak duża, że ciągle się zastanawiam, czy to czasem jakiś pies do nas nie wpadł (stolik stoi tuż przy drzwiach na taras) i nie oprotestował się tam w kącie. Albo, nie daj Boże, Lenka ;-)

    Sierpień biegnie długimi krokami, a szal dla córki sąsiadki nie skończony. Ale o czym ja mówię – od trzech dni nawet nie włączałam telewizora. To kiedy mam szydełkować? Zresztą, mnóstwo czasu pochłaniają mi gry online, ciekawe, kiedy mi obrzydną? Jak ja lubię grać! W życiu miałam kilka ładnych epizodów, kiedy to Dexter mógł biegać z Pampersem do kostek, a ja siedziałam i np. mordowałam dziki w Duke Nuk’em. Albo rozwiązywałam zagadkę Sherlocka Holmesa. Albo szukałam skarbów jako Indiana Jones. Ale Duke był moim pierwszym, największym fijołem. Był też epizod ze Starcraftem, Sim City, trochę Diablo. ale to już mnie tak nie wciągnęło. A jak nazywała się taka strategia z wioseczkami i rycerzami, kowalami itd? Na S chyba? Aż muszę sprawdzić. Mam, Settlers. Albo Civilization! A Twinsen, o matko, ile siwych włosów nabyłam próbując przejść tę grę. Mistrzem cierpliwości w LBA był m. Ja wygryzłam dziurę w biurku.
    O, jeszcze Syberia była świetna.
    A kto pamięta Quake’a?
    Zabijanki były świetne, jak się człowiek przejechał tramwajem ze śmierdzącymi współtowarzyszami – wtedy wracało się do domu i jeszcze przed zjedzeniem obiadu mordowało się z pięćset avatarów.
    To sobie powspominałam.

    Farba do włosó zakupiona, jutro jadę do kumpeli, będziemy sobie opowiadać, co się wydarzyło przez ostatnie trzy tygodnie i oglądać zdjęcia. Ale będzie fajnie! Cieszę się jak małe dziecko.

    I jeszcze ku pamięci:
    Wczoraj wieczorem m walczył z kablami, a na jego komórkę przyszedł sms. Biedny chłopina naprawdę nie ma powodów, żeby ukrywać swoje smsy przed rodziną, więc kiedy Deedee zapytała, czy mu go odczytać, zgodził się. I wtem cały babiniec zgromadzony w salonie (ciotka, mamusia, żona i cztery dziewczynki) słyszy „Cześć Janku, muszę z tobą koniecznie porozmawiać, w sprawie przyjacielskiej, liczę na pełną dyskrecję, Iwona”
    :-)))))))))))))

    Tłumaczyć okoliczności mi się nie chce, bo nie ma o czym zresztą mówić. Oczywiście udałam trochę durnej zazdrości, niech sobie nie myśli, że mam to w dupie. Czy ta małpa się od nas nie odczepi? Bosz.

    to w życiu nie miałam.

    Po pierwsze – Camille na pięć tygodni
    Po drugie – mnóstwo zwiedzania, odwiedzin u rodziny i atrakcji odpowiednich dla dziewczynek, towarzyszących pobytowi Camille.
    Po trzecie – wczasy w górach
    Po czwarte – wizyty innych kuzynek (dzisiaj mamy na stanie trzy baby – czyli ja, teściowa i bratowa teściowej oraz cztery dziewczynki – 4 lata, 9 lat, 2 x 10 lat; Dexter wyjechał już w Polskę, m w pracy)
    Po piąte – Camille wyjeżdża pod koniec tygodnia, a wtedy Deedee jedzie do K, do kuzynek z rewizytą.
    Po szóste – zaraz potem jedzie do Francji; Disneyland i park Asterix – strzeżcie się!

    Zresztą Dexter załapał się też na dwa wywczasy w ciągu jednych wakacji – chyba jeszcze nigdy tak nie miał.

    ZA TO JAAAAA…. ja mam piękny, wolny, babski wieczór w piątek, bo z powyższej rozpiski wynika, że weekend u nas będzie puściuteńki, więc z czystym sumieniem mogę się zresetować. W związku z tym już dziś mam powera i po powrocie do domu biorę się do roboty – sprzątanie, sałateczki itp. Plan kulinarny na najbliższe dni – ??? Coś bym zrobiła, ale nie wiem, co. Coś wymyślę.

    Czy już mówiłam, że z moimi kotami to jak z niemowlęciem? Czyli muszę wstawać co najmniej raz w nocy, żeby te sierściuchy wpuścić lub wypuścić, zależnie od tego, po której stronie drzwi tarasowych się znajdują. Bo jak nie, to w nieskończoność mogę sobie leżeć i próbować spać, a pod drzwiami:
    - Wpuuuuuśśśśśśśćććććććć, no wpuuuuuuść, czeeeeeeemuuuuu nie otwieeeeeeraszszszsz? No wstaaaaaań, co będziesz leżała, przecież noc jeeeeeest…
    W nieskończoność – próbowaliśmy już to przeczekać, nie dało rady.

    Z nudów dokupiliśmy jeszcze chomika. Bo jakoś tak pusto w domu i cicho… No więc teraz babiniec w domu, plus kociarnia plus gryzoń. Gryzoń dostał robocze imię Doktor Zło, nie wiem czemu, dla mnie ma raczej tępy wyraz pyszczka, niż złowrogi. Ale Deedee wybierała, bo to jej gryzoń, w nagrodę za opanowanie sztuki pływania.

    Nie muszę chyba mówić, że z tych wakacji mam tysiąc pińcet zdjęć, które pewnie kiedyś pokażę. Na razie wystarczająco dużo energii pochłania zmniejszanie i wysyłanie zdjęć do L w Chicago, który stęskniony za córką prosi o więcej.

    Czy Wy też już macie atak paniki przed nadchodzącą zimą?


    • RSS