batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 9.2010

    Chłopca

    3 komentarzy

    w pasiastej piżamie nie obejrzałam, bo nagrała się tylko pierwsza minuta. To samo z Coco Chanel. Okazało się, że wierzba mandżurska w naszym ogrodzie zasłoniła zupełnie antenę i trzeba było przenieść antenę, chociaż ja bardziej optowałam za ścięciem wierzby. Na nią też przyjdzie czas. W każdym razie 40 dychy kosztowało, ale teraz będzie już ok.

    Za to obejrzałam „Całe życie z wariatami” – smutne, ale może być, tylko to zakończenie – nic zaskakującego i trochę ściągnięte z Woody Allena.

    Byłam z Dexterem u endokrynologa. Mamy umówione badania w szpitalu (w połowie stycznia jego mać!), pod kątem cukrzycy i innych takich tam. Okazało się (według tabelki), że jest otyły – ale tak na zdrowy rozum, to z 12 kilo mógłby schudnąć. Zwołałam zebranie rodzinne wczoraj wieczorem i zapowiedziałam nowe nawyki żywieniowe, zmianę w jadłospisie i pewne ograniczenia. Wszystkim się przyda (poza Deedee). Chociaż ona też musi się nauczyć jeść warzywa. A co do Dextera, to przede wszystkim koniec z zupkami Noodle Knorr itp oraz z colą. Oczywiście, nie chcę przedobrzyć, bo się zbuntuje i nic z tego nie będzie. A w domu muszę przeprowadzić rewolucję w szafkach, szufladach i zakamarkach, w których mamy takie zapasy, że zimę moglibyśmy spokojnie przerwać.
    Ja, zupełnie nieświadomie, schudłam 1,5 kg – chyba od tego układania drewna i przewalania ciuchów Deedee.

    No i byłam wczoraj na zakupach kosmetykowych, zahaczyłam o Ross… w Galerii P., nie ma lepszego dopalacza :-) niż zakupy dobrych kosmetyków. Wreszcie kupiłam coś z Bourjois – kiedyś była dla mnie za drogie i zbyt luksusowe. Kupiłam też spinkę do włosów – bo nie wiem, czy mówiłam, że zapuściłam włosy – ale było to wyrzucone 7 zł, bo teraz to robi się takie g…, że nawet nie zdąży się zapiąć, a już się rozpina. Mam stare, obdrapane spinki tego typu i na pierwszy rzut oka widać, że teraz zapięcia w tych nowych są z tak cienkiej blaszki, że nawet mój nie za gruby kitek nie daje się spiąć. Kupiłam różne odżywki do włosów (wygląda na to, że to moje nowe hobby – mam tych odżywek obecnie… siedem), głównie jedwab, bo po jedwabiu wyglądam jak trochę mniej wkurzony Chopin. W ogóle to fryzjer się kłania – mnie, Dexterowi i Deedee.

    Ach, no i znowu koniec miesiąca mamy – wypłata itp przyjemności!

    Do zobaczenia w październiku.

    i to jakie. Bo taka dobra jestem i postanowiłam w sobotę trochę pomóc poukładać drewno. I proszę zgadnąć, gdzie miałam najgorsze zakwasy – chociaż nie, nie będzie zagadki. Otóż w udach, Z TYŁU. No cóż, starość. Za to w niedzielę resztę poukładali m z Dexterem, kończyli jak już było dawno ciemno i zimno, w sumie okazało się, że słusznie, bo w poniedziałek od rana deszcz, a nawet ulewa. Ja po południu skończyłam porządkować swoją garderobę w sypialni i usiadłam do komputera, pograć. I nagle, czyli WTEM uświadomiłam sobie, że nie bardzo mogę grać, bo cały czas opędzam się od czegoś przed nosem. Jak zapaliłam światło, na suficie i oknach zobaczyłam jakieś trzydzieści komarów. Nie przesadzam, naprawdę. To samo w kuchni i sypialni. Oni układali drewno, było ciepło, drzwi na taras otwarte, ale jak się wieczorem zrobiło zimno, to te cholery od razu znalazły drogę. Wczoraj wieczorem jeszcze z dwadzieścia utłukliśmy. Ktoś wie może, co się stało, bo przez ostatnie 7 lat nic takiego się nie zdarzało, jakiś festiwal mają?

    Obejrzałam „Enen”, dobry film. Zaskakujące zakończenie, co rzadko ostatnio się zdarza. A dla porównania, wczorajszy teatr, świetny, tylko krótki i plejada naszych najlepszych aktorów. I jakoś tak ostatnio Krzysztof Stroiński rzuca mi się w oko często. W „Enenie” był ciekawy, ale jak go zobaczyłam w „Głośnej sprawie”, padłam na kolana. Zresztą jego żonę też brawurowo zagrała Daria Trafankowska. A Jungowska! Jezu. Zresztą wszyscy byli bezbłędni.

    A teraz niech mi się tu która przyzna, gdzie ja przeczytałam o „kupkach belzebubkach”? Dla niezorientowanych – taki ciasteczka. Trafiłam na nie w piątek skacząc od bloga do bloga, a że w sobotę Deedee miała jechac do koleżanki po sprzątaniu swiata, to na szybko, bez pieczenia, wydały mi się bardzo odpowiednie. No i zrobiłyśmy te kupki. Ja nie wiem, ale jakbym taki przepis zamieściła w necie, to bym się pod ziemię chyba zapadła. Wyszły mi kleiste kupki surowych płatków owsianych, nie zastygły wcale, były za słodkie i za gorzkie od nadmiaru cukru i kakao, a pogryźć też się nie dawało, zresztą kto lubi surowe płatki owsiane? Tylko koń pewnie.
    Ja jestem upośledzona i mnie trzeba wszystko dokładnie tłumaczyć. A tam stoi tak:
    „Rozpuścić cukier w rondelku (sam się tak rozpuści?), dodac mleko, masło, kakao- jak zacznie się „pienić” wsypać płatki owsiane (może ugotowane?) i dodać olejek (ile czasu tak gotować, bo tu wygląda tak, jakby od razu wyłączyć). Układać łyżką małe 


    okrągłe porcje ciasta na pergaminie do pieczenia.
    Zostawić do zastygnięcia. (nie zastygły)”
    Koniec tematu.

    No i podsumowanie wizyty Amerykanina. Przyjechał, zjadł z nami quiche, popróbował grzybków marynowanych, dostał słoiczek dla żony, na deser ciasto drożdżowe i piwo. Pogadaliśmy, pośmieliśmy się, Deedee oczywiście go zawojowała, bawili się chomikiem, potem uczyła go polskiego i nawet skleciła parę zdań po ang. W ogóle, jako statystyczna rodzina wypadliśmy nieźle, bo nawet teściowa, chociaż wstydziła się odezwać, to sporo rozumiała, a więc można powiedzieć, że wszyscy gramotni. A Dexter nawet perfect :-).
    W sobotę m i Dexter przegonili go po Starówce, zaciągnęli na wieżę Mariacką i na ratuszową. W sobotę jedziemy wszyscy zobaczyć muzeum Solidarności, bo podobno rewelacja.
    Ja byłam szczęśliwa, bo okazało się, że jednak z moim angielskim nie jest tak źle, jestem w stanie uczestniczyć czynnie w konwersacji na różne tematy. Okazało się również, że warto było zapłacić za dodatkowe lekcje ang dla Dextera – w tym przypadku potrzebowałam się upewnić.
    Poza tym gość okazał się osoba przemiłą, otwartą, obytą i bezpośrednią i muszę zrewidować swoje zdanie o Amerykanach. Wczoraj przysłał do m i jego przełożonych maila z podziękowaniem za miłe przyjęcie i szczególne podziękowania dla m i Dextera za wspaniały dzień w Gdańsku. Nawet na pożegnanie dał Dexterowi wizytówkę i obiecał pomóc, jeśli młodzieniec zechce studiować w USA, bo był pod wrażeniem jego wszechstronnej wiedzy i doskonałego akcentu. Zaraz pęknę, więc koniec tematu. Deedee dała mu na pamiątkę rysunek, na którym jej chomik (Little Eugene :-)) robi niuch niuch czyli naf naf.
    Jak sobie potem uświadomiłam, że ten człowiek jest wiceprezydentem jednej z największych firm na świecie, to chciało mi się chichotać przez cały dzień.

    Weekend zaliczam do wygranych, bo udało mi się nie pić.

    Dawno mnie już nic tak nie rozbawiło :-)

    poniżej, bo jak jest zasłonięte częsciowo, to nie wygląda za bradzo. Zjedzie niżej, to będzie ok.
    A żeby zjechało niżej, to trzeba coś napisać, więc piszę :-)

    Dyskusja u ds o cechach Polaków rozgorzała, i Kamenari spowodowała u mnie rechot swoim komentarzem:

    rzadko zdarza się, żeby ktoś na uśmiech nie odpowiedział, no chyba, że ropucha na poczcie, albo piastująca bardzo ważne stanowisko w urzędzie pani w punkcie xero”

    i tutaj od razu przypomniała mi się ostatnia wizyta w niedalekiej pasmanterii.

    Ale może zacznę inaczej.

    Po przeprowadzce z wielkiego miasta na wieś odcięłam się od bogatego wyboru różnych produktów, które co jakiś czas muszę kupić – jak na przykład artykuły pasmanteryjne. W pobliskim, niewielkim mieście (kto mnie czyta, i tak wie, jakie to miasto, ja pieszczotliwie nazywam je Zapyziałą Dziurą po kilkuletniej bliższej znajomości – w skrócie ZD) są właściwie dwa takie sklepy. Jeden to box na pięterku centerku handlowego (bo to maleństwo jest takie), gdzie wybór niewielki, bo miejsca brak, ale pani sympatyczna, zorientowana i chętna do ściągnięcia wszystkiego, co by było potrzebne. Trochę mi do niej nie po drodze, ale czasem zajrzę, pogadam, pooglądam. No, kojarzy mnie w każdym razie.
    Za to drugi sklep – duży, w centrum, są tam i kanwy do krzyżyków, włóczki, muliny, garnitury nawet (w drugiej części sklepu); jest kącik decoupage’u i trochę damskich ciuchów.
    Ale za to pani za ladą…. kryste. Tak antypatycznej osoby to ze świecą szukać. No owszem, ktoś może mieć zły dzień. Może być małomówny. Ale toto przechodzi ludzkie pojęcie. Byłam w tym sklepie jakieś dwadzieścia parę razy, bo nie mam często wyjścia, a poza tym ja wierzę w ludzi. A trzeba jeszcze wiedzieć, że ZAWSZE wchodzę do sklepów z szerokim uśmiechem na twarzy, ZAWSZE rozmawiam z obsługującymi mnie osobami uprzejmie i wręcz wesoło, bo wierzę w to, co kiedyś usłyszałam,a Kamenari potwierdza, czyli „uśmiech rodzi uśmiech”.
    I ANI RAZU się nie zdarzyło, żebym nie wyszła z tego sklepu jak zbity szczeniak, z jedyną myślą kiełkującą w głowie „czemu ja śmiałam zakłócić tej pani jej rytm, przecież mogłam sobie poradzić bez tej durnej włóczki czy szydełka, czy guzika, kim ja w ogóle jestem, żeby wkraczać w te progi?!”
    Jest to typ „zimnej blondynki” – nie uśmiecha się, chyba, że ironicznie, jeśli za długo zastanawiasz się, czy dana włóczka będzie lepiej wychodziłą z tym czy z tamtym szydełkiem. Nie wdaje się w niepotrzebne dyskusje o wyższości frywolitki nad haftem angielskim, ona jest tu tylko po to, żeby uronić nam maluczkim swej łaski kasując od nas forsę – czasem większą, czasem mniejszą. Przypuszczam, że jest właścicielką tego sklepu, bo panie za ladą zmieniały się nie raz i nie dwa, a ona trwa. W każdym razie nazwanie ją ropuchą byłoby dużą ujmą dla ropuchy.
    Ale co ja się będę rozwodzić, podam ostatni przykład. Szukam, na prezent, okrągłego obrusu z gipiury. Wiem, że u niej raczej nie będzie, ale najpierw obchodzę sklepy z upominkami, firanami (wszystkie trzy ;-)) OK, przechodzę koło tej nieszczęsnej pasmanterii, myślę wejdę, może będzie inna pani, zagaję, może mi coś podpowie. A może blondyna będzie miała dobry humor?
     ż byłam ciekawa, jak mnie tym razem zetnie. Wchodzę, jest niestety tylko blondyna, sama, ani ekspedientki, ani klientki, nikogo, przekłada te swoje suwaki czy druty. Stanęłam przy drzwiach, rozejrzałam się i zagaiłam uprzejmie:
    - Szukam obrusu z gipiuNIE MAMY TAKICH OBRUSÓW.
    Tak wyglądał nasz dialog. Nawet na mnie nie spojrzała. Prychnęłam, bo mnie to rozbawiło tym razem, i wyszłam mówiąc do siebie z rozbawieniem „coś nieprawdopodobnego”…
    I powie mi ktoś, jakim cudem ten sklep jeszcze dycha? Bo nie tylko mnie traktuje z góry, widziałam, jak inne klientki stawały się przy niej malutkie.

    A ponieważ zaczyna się zima i moje robótki nabiorą tempa, to zamierzam tam zaglądać jednak częściej, ale teraz to już dla samej obserwacji tego zjawiska. a po włóczki to ja:
    „DO BYDGOSZCZY BĘDĘ JEŹDZIŁA, A TU NIE BĘDĘ KUPOWAŁA!” – cytat taki mi się pcha na usta.

    I jest jeszcze kilka takich ciekawych egzemplarzy peerelowskich w ZD – kto tam robi zakupy, to wie, opowieści krążą. Czy ty, zgago, kojarzysz te panie, na przykład w obuwniczym, albo obok w księgarni?

    i wkleję:

    Tytuł mógłby brzmieć:
    ZADUMA NA KASPROWYM…

    Deedee była na festynie z naszymi sąsiadami. Wzięła ze sobą 10 zł, wróciła, pytam, co sobie kupiła, mając na myśli raczej napoje i słodycze. A ona dumnie wyciąga „Mikołajek i inne chłopaki”:
    - I tylko 10 złotych kosztowała? – zdziwiłam się
    - Nie, piętnaście, ale jak powiedziałam, że tylko tej brakuje mi do kolekcji, to mi pani podarowała te pięć zł.

    A nie wierzyłam jej, jak kiedyś powiedziała, że jej największym marzeniem jest dostać tę książkę.

    Dziękuję pani z festynu za spełnienie marzenia Deedee.

    Po drugie, kupiłam sobie lakier do paznkoci, który nazywa się „Lakier do paznokci najwyższej jakości”. Jak to zwykle z „mlecznymi” lakierami bywa, na niektórych paznokciach mam smugi. Trzeci raz nie chce mi się malować.

    Po trzecie, znowu z powodu noszenia portfela za własnym mężem zostaliśmy ukarani oboje – wczoraj dał mi portfel, jak szliśmy z Dexterem do poradni psych., a dzisiaj rano ruszył do pracy bez dokumentów. Nic by się nie stało, gdyby nie to, że akurat dzisiaj będzie wiózł Szefa wszystkich Szefów do Gdańska, więc będzie musiał zajechać do domu po ten portfel, co wiąże się z wizytą Szefa u nas, co wiąże się z jego wejściem do domu, co wiąże się z gorączkowym sprzątaniem. Jakie to szczęście, że wczoraj akurat Dexter miał chęć posprzątać i zrobił to dość rzetelnie, ale i tak trzeba lecieć z jęzorem i doszorować łazienkę, bo a nuż będzie chciał ręce umyć. Albo będzie po prostu chciał iść popuścić po podróży z m – bo m ma do pracy 110km i pokonuje ją w 40 – 50 minut, więc proszę sobie obliczyć średnią prędkość. Ja dwa – trzy razy z nim tam jechałam i owszem, droga jest szeroka i pusta gdzieniegdzie, więc drzewa po bokach zlewają się w jedno pasmo…

    Po czwarte, jest mi wstyd za nasz kraj. Wyobraźcie sobie sytuację, że drugi z Szefów, również Amerykanin, musi w sobotę dojechać z Gdańska do Poznania. Nie z Wólki do Krynicy Górskiej, tylko z Gdańska do Poznania.
    Samolotu bezpośredniego nie ma, PKSU bezpośredniego nie ma (zresztą wyobraźcie sobie Tony’ego w naszym PKSie pół dnia), a pociąg – jedynie Tanie Linie Kolejowe, dwa pociągi na krzyż, w tym jeden z przesiadką w Stargardzie Szczecińskim :-D
    Już go zaczynamy uczyć:
    - Tony, listen and repeat: star gard szcze ciń ski!

    że jeszcze dziś nie pójdzie do szkoły ze względu na przeziębienie, więc miałam dużo wolnego czasu rano. Dokończyłam oglądanie filmu, który mną wstrząsnął filozoficznie i moralnie. POLECAM.
    A wczoraj na kolację – ku ogólnemu zaskoczeniu – grzyby. Rydze i kanie (tym razem rasowe kanie).
    I tak się zastanawiam, że skoro tyle osób sobie chwali i chudnie na tym Dukanie, to może by spróbować? Chociaż wiem, że to wszystko ściema, po prostu nie żryć tyle, ale jakoś się nie mogę do tego zabrać, aż mnie przeraża własny brak jakiejkolwiek woli, że o silnej nie wspomnę. Frotka chudnie, gogenzola łapie spodnie spadające z tyłka, a ja co? W czarnej dupie. I do tego grubej. A przydałoby się odzyskać parę ciuszków, skoro się te większe dwa lata temu wyrzuciło… Zgaga i Stardust też się trzymają, ech…
    A jeszcze przecież czeka mnie w przyszłym roku panieński wieczór kumpeli, a potem może i pojadę na ślub do Norwegii?
    Szkoda, że zaprzepaściłam to, co tak pięknie udało mi się zrobić wtedy. Wszystko z powrotem pomalutku wróciło, jakiś czas po rzuceniu palenia. A teraz i palę, i żrę, i tyję.
    Nie wiem, może schować tę notkę? W końcu jestem przecież perfekcyjną panią domu i kobietą u szczytu swoich możliwości…

    PS: Do grona moich idolek dołączyła dzisiaj babcia frotki, za tekst o dupie.

    A dzisiaj

    2 komentarzy

    przeczytałam w Metro:
    „nasze społeczeństwo podzieliło się na dwie grupy: wciąż powiększającą się liczbę osób nieczytających w ogóle i nieliczną grupę czytelników kupujących coraz więcej, powyżej 12 książek rocznie”

    A JA?!

    Nie kupuję książek prawie wcale, ale jestem cały czas zaczytana. No nie, parę książek rocznie to rzeczywiście kupuję, na prezenty dla m, teściowej, Dextera. Mam mnóstwo książek własnych, jeszcze niektóre nie przeczytane, mam mnóstwo książek od mamy, która jest stałą klientką Świata Książki i obdarowuje nas wszystkich z okazji i bez okazji. No tak, moja mama wyrabia roczną normę za kilka albo i kilkanaście osób. Wiem, że czasopisma to nie to samo, ale na przykład blogi? Nie ma dnia, żebym nie przeczytała nowych notek u kilkunastu ulubionych pamiętnikarzy, a raczej pamiętnikarek. To nie jest czytanie? No i biblioteka – nie rozumiem, o co chodzi, przecież za każdym razem, jak jestem w naszej bibliotece miejskiej, to jest tam kilka osób, a jak pożyczają, to zazwyczaj o wiele więcej niż te ustawowe 3 egzemplarze. A w naszej bibliotece gminnej – owszem, zawsze pusto, ale moja teściowa bierze za każdym razem pełną TORBĘ – ledwo to można unieść. M bez przerwy coś czyta – jak nie ma Pratchetta pożyczonego przeze mnie, to swoje własne, o okrętach, wojnie, ubootach, samolotach, pancernikach, albo podarowane mu przez moją mamę historyczne. Dexter co chwilę przynosi do domu coś pożyczonego od rówieśników – np. ostatnio „Bóg urojony”. Albo od nowa czyta serię Mrocznej Wieży Kinga (też muszę do tego wrócić).
    No właśnie, King miał wczoraj urodziny – 63. Muszę mu złożyć życzenia.
    Tak więc na moją rodzinę przypada rocznie nie więcej niż 10 książek kupionych (nie licząc mojej mamy, tylko nasz dom), a cały czas ktoś coś czyta.

    Wczoraj obejrzałam „Obywatela Milka” – rzeczywiście Penn jest coraz lepszy z wiekiem, chociaż nadal go nie lubię. Zaczęłam oglądać też „Synekdocha Nowy Jork”, ale ciężko mi idzie – poza uwielbieniem dla P Seymoura nic nie rozumiem z tego filmu. Za to  ze 20 cm pleców w swetrze już mam! Ciekawe, czy uda mi się go zrobić.

    PS: A czy nie uważacie, że książki są za drogie? I będą jeszcze droższe.

    Skończyłam czytać „Pod kopułą” i bardzo się cieszę, że na końcu było parę słów od autora do czytelnika (czyli mła) – lubię to. King wie, jak pisać. Teraz czeka na mnie na stoliczku następny Pratchett, według m – najlepszy („Na glinianych nogach”).
    No i wzięłam się za druty. Sprułam stary sweter, który był z okropnie grubej nici robiony na szydełku, więc ciepły, ale sztywny – jednak na drutach to zupełnie inaczej wychodzi. Znalazłam wzór na najprostszy blezer świata i przypomniałam sobie, co to są oczka prawe i lewe. I wczoraj w czasie teatru TV zrobiłam już ściągacz od tyłu. Trochę to brzmi skomplikowanie, wiem.
    Co do teatru – nareszcie. Nareszcie coś nie o AK, nie o SB, nie o wojnie ani nawet nie o polityce. Alleluja. I GAJOS! Uwielbiam go niezmiennie od lat.
    Mało tego – wkrótce ma też być teatr TV z FRONCZEWSKIM, a potem z Olbrychskim. Powtórzę – nareszcie.

    Można mi wierzyć albo i nie, ale mam dość grzybów. Wczoraj od powrotu z pracy do 20 stałam na patelnią i smażyłam kanie. A idź pan z takim grzybobraniem – ja lubię zbierać, a nie przyrządzać coś, co m nazbiera. Do tego nie do końca byliśmy pewni, czy to aby na pewno czubajka kania, i słusznie, bo to była czubajka czerwieniejąca. Też smaczna :-) Przy okazji przypomniało mi się, jak to w zeszłym roku trąbili w tv, że czubajka czerwieniejąca jest praktycznie nie do odróżnienia i barrrrdzo trująca, hłe hłe hłe.

    Prawdziwki już naprawdę są bezczelne, zaczynają rosnąć w naszym ogrodzie, Dexter podczas koszenia miał gratis grzybobranie.

    Teściowa za to pojechała wczoraj z moją siostrą kosić opieńki. Nawet nie wspomnę, ile z tego wyszło słoiczków.

       Weekendowa impreza integracyjna udała się znakomicie – klimaty jak na weselu, że aż się człowiek odruchowo rozglądał za parą młodą. Byliśmy w gminnym ośrodku kultury, na ścianie serducho z druta i piórek, kelnerki (średnia wieku 60) w laczkach, za to dekolt jak z „Ogniem i mieczem”, zespół (organy elektryczne i panienka w mini) wygrywał nam „Agnieszkę” itp., ale najbardziej zaszokował mnie m – nie pił, a wytańczył mnie do cna, jakby go ktoś znał, to by wiedział, że on nawet po pijaku nie za bardzo tańczy. A tu prosz – człowiek własnego małżonka po tylu latach nie poznaje. I jestem bardzo z siebie dumna, bo wytrzymałam w moich szpilach. I tańczyłam w nich! Potem wracaliśmy wieczorem przez pola i lasy do pensjonatu, a w pewnym momencie m zatrzymał samochód, otworzył moje okno i mogłam sobie popatrzeć prosto w piękne sarnie oczy.
    Na drugi dzień pyszne śniadanko w „Borowej dolinie” (świeżo pieczony chlebek, twarożek, jajeczko, dżemik, herbatka z cytryną) i spacerek z papierosem po górce przy tarasie, a tam 6 prawdziwków. Postanowiłam tam zostać na zimę.

    Dawno nie było zdjęć, wiem, ale naprawdę nie mam czasu nawet spojrzeć w komputer w domu. A jak mam, to gram :-) Teraz to będę tylko dziergać i dziergać. Już zapowiedziałam, że w ten weekend nie chcę nikogo widzieć, do nikogo iść, nic nie będę robić, tylko oglądać filmy i drutować mój blezer (co za sformułowanie!). Zresztą, mam same zdjęcia stert grzybów, więc po co to komu.

    Co do filmów – dekoder się zbiesił i Coco Chanel nie nagrał wcale, Bucka Howarda – jedną minutę, a jakiś tam inny film – 20 minut. O mało się nie obraziłam na dobre. Mam jeszcze co prawda z dziesięć filmów nie obejrzanych, ale.

    Ach, i babcią zostałam jednak – Simka naszej Deedee urodziła synka, dostał nawet imię po mnie ;-)

    komplement mnie kopnął, pewien Rosjanin powiedział, że pięknie mówię po rosyjsku i odtąd będzie ze mną załatwiał sprawy :-) Służbowe oczywiście.
    No cóż, pokolenie gumy do skakania z majtek i rosyjskiego w szkole…

    Poza tym wczoraj było niefajnie, bo po kilkumiesięcznym oczekiwaniu na wizytę u specjalistki od dziecięcych kręgosłupków dostaje się skierowanko na ćwiczenia dwa razy w tygodniu, idzie się do pobliskiego centrum reh i prosze bardzo, można zapisać dziecko od zaraz, dwa razy w tygodniu, na czternastą. Kurtyna.
    Nie wiem, co ważniejsze, kręgosłup Deedee czy moja praca? Ktoś wie?

    Jakby komuś przyszło do głowy zbudować sobie śliczny domek na wsi, niech najpierw pomyśli o tym, kto będzie dzieci woził, na chore godziny, do lekarzy i na zajęcia dodatkowe. Albo walić prosto do mnie, to opowiem to i owo. Owszem, można PKSem, o ile babcia będzie miała siłę i zdrowie na to, nie wspomnę o cenie biletów (2 kilometry, a 5 zeta od głowy).

    Za to kupamienci:
    Moja mama przypomniała mi ostatnio jak to Dexter miał jakieś 7 lat i teściowa pojechała na dwa miesiące do Chicago, do drugiego syna. W tym czasie Dexterem zajmowała się nasza sąsiadka, ogólnie dobra, spokojna kobieta. Pod koniec pobytu teściowa zadzwoniła, że zostanie tam jeszcze trochę, nie pamiętam, dwa tygodnie, może miesiąc. Dexter, kiedy o tym się dowiedział, poszedł do swojego pokoju, strasznie zrozpaczony. Sąsiadka była z nim, więc go pyta pół żartem:
    - Ale o co tobie właściwie chodzi, przecież gotuję równie dobrze, jak babcia, tak samo na ciebie czekam po szkole, a do tego nie nakrzyczę ani klapsa nie dostaniesz, więc czemu taka rozpacz?
    - Pani nigdy nie dorówna mojej babci!
    - A czemu?
    - BO PANI MA INNE DNA!

    Miało być „Gówno, d…, ch..” ale już mi się humor poprawił, jak trochę poczytałam inne blogi. Przynajmniej niektórzy żyją tak, jak lubią i to jest pocieszające.
    A u mnie co?
    Nic nie idzie tak, jak bym chciała. Czuję się wmanewrowana w wiele spraw, którymi wcale nie chcę się zajmować, ani nie umiem. Marzę o tym, żeby Dexter był już w trzeciej klasie i zbliżał się wielkimi krokami do matury, żebym już nic nie mogła zrobić, to znaczy spieprzyć. Chciałabym mieć lepsze pojęcie, jak pokierować Deedee. Może jednak na inżyniera? Ostatnio z wielkim zainteresowaniem oglądała, jak robi się stalowe beczki i jakieś tam pierścienie zgrzewane.

    Walka na polu gazowym – trzeba do starostwa zanieść projekt przyłącza gazowego, do tego dołączyć wniosek o pozw na bud i oświadczenie o prawie do nieruchomości. Uwwwwielbiam wypełniać takie papiórki – czarna magia i numer buta pradziadka konia. Hłe hłe hłe

    Walka na polu leczniczym – żeby dostać się do specjalisty od dziecięcych kręgosłupków, muszę mieć najpierw skierowanie od lekarza na miejscu, potem wysłać skierowanie pocztą, umówić się, odczekać, pójść, dostać skierowanie na rehabilitację i wtedy już wydawałoby się – iść do ośrodka rehab na miejscu i umówić ćwiczenia dwa razy w tygodiu. Nie, ośrodek reh każe znowu iść z tym skierowaniem do lekarza rodzinnego, żeby przepisał to skierowanie. Lekarz mnie wyśmiał. Zadzwoniłam do ośrodka – nie ma takiej potrzeby. Jutro można przyjść do 18 – pójdę i niech mnie która spróbuje odesłać z kwitkiem. A lekarz rodzinny i ośrodek są w tym samym budynku. Jak się wkurwię…

    Następne pole – edukacyjne – wykupię Dexterowi pakiet trzech przedmiotów na dwuletnich kursach maturalnych. Nie, żeby była wielka potrzeba, ale niech chłopak się nie nudzi, bo mu głupoty w głowie. A jak trzy razy w tygodniu wróci złachany i głodny do domu wieczorem, to może się trochę wyprostuje.

    Pole leczniczo – edukacyjne: dzisiaj muszę wcześniej wyjść z pracy, żeby zabrać Deedee do ortodonty, a potem na złamanie karku do jej szkoły z powrotem, na zebranie. I niech mnie spróbują znowu wkręcić do Rady Rodziców. Może się nie będę tak spieszyć na to zebranie?

    Pole edukacyjne numer trzy: próbuję namówić nauczyciela od muzyki Deedee, żeby dawał jej lekcje gry na keyboardzie, zamiast tej szkoły muzycznej. Nie mogę się od niego dowiedzieć, czy tak, czy nie. No i wypadałoby zawiadomić szkołę muzyczną, że rezygnujemy. Ech…

    Dexter co chwilę zarywa noce, tak jak dzisiaj – po prostu nie kładzie się spać w ogóle. Nie ćpa, ale wygląda jak wampir. Muszę go zabrać do fryzjera, bo te kudły mu już wiszą, Deedee zresztą też już ma znowu za długie, więc podwójna wizyta nas czeka.

    Weekend był super – pojechaliśmy do znajomych, którzy zaprosili nas na grzyby, mają domek w sercu Kaszub, nazbieraliśmy podgrzybków, teściowa je teraz marynuje. Potem był grillek, wieczorem ognisko i kiełbaski. No bajka po prostu. Znajomi fajni, widać że i my i oni czujemy się dobrze razem. Zresztą, znamy się nie od dziś i wiemy, co kto ma za uszami.
    Potem pierwszy basen w tym roku, potem obiad u mamy i wspólna wizyta na cmentarzu, bo stoi już pomnik i chciałyśmy obejrzeć. Bardzo ładny. Jeśli tak można patrzeć na bądź co bądź grób.

    Dalej tkwię pod Kopułą – czytam w takim tempie, że sama się dziwię. Już mam pierwsze lęki i jestem strasznie ciekawa, jak King wybrnie z tego nagromadzenia wątków. Deedee zaś podsunęłam moją ulubioną książkę - „Gelsomino w kraju kłamczuchów” Mówi, że świetna, dopsz. Wspólnia z kolei czytamy „Tajemniczego opiekuna” J.Webster – ciężki język – dużo anachronizmów i rozbudowane, kwieciste zdania, w trakcie których urywa się wątek. Ale damy radę :-)

    O, a teraz muszę lecieć, bo przypomniało mi się, że już dawno nic nie nagrałam (zresztą również nic nie oglądałam, bo nie ma kiedy). Zajrzę do Cyfry, może coś ciekawego będzie. Gdyby tak „Różyczka” – ds mnie zaciekawiła swoją notką.

    PS: No ładnie, z dwadzieścia filmów mi się spodobało! Ale jak tu nie oglądać – „Dzieci Sendlerowej”, „Chłopiec w pasiastej piżamie”‚ „Hańba”, „Coco Chanel”… A także „Bruno” – z ciekawości, bo Borat jeszcze mi nie wywietrzał, takie to było straszne. Śmieszno i straszno, jak to mówią. I parę nowych horrorów, i stare polskie obyczajowe – Jak być kochaną, Pociąg, Cios…
    Muszę zwolnić na zimę, bo nie wyrobię na zakrętach.


    • RSS