batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 11.2010

    ZDJĘCIA

    5 komentarzy

    Sprawdziłam – od czerwca żadnych zdjęć. Wstyd.
    A mnie się wydawało, że mam trochę jakby fotobloga. Skafander to ja nie jestem :-)

    To teraz zaczynam nadrabiać zaległości. I proszę docenić, że  cofnęłam się sporo w czasie, co zabrało mi cenne godziny przeznaczone na robótki drutowe. W zamian oczekuję zachwytów i dozgonnej wdzięczności…

    Najpierw poprzednie robótki, z fragmentem oblicza stwórcy

    szlag mnie zaraz trafi, miało być bez tych czarnych pól, cholerny irfanview!


    To sukienka, którą Deedee pokochała i nie chciała zdejmować z siebie.

    Teraz KULINARNIE

    Tort urodzinowy mojego ciotecznego wnuczka

    Tutaj mamy wspomnienie z wakacji, zdjęcie Dextera, reklama żywcem wyjęta z naszego tarasu:

    ulubiony smakołyk dzieczyn w górach:

    Kolejne wspomnienie lata:

    małże z makaronem ryżowym i sosem:

    epizod dukanowski w życiu rodziny, czyli chlebek, bardzo dobry zresztą:

    Cztery dynie, które sukcesywnie przerobiłam na placki zupy i dżem, ta największa to był potwór 20 kg (lekko licząc):

    Ciasto śliwkowe

    ciasto… batumiowe:

    oraz coś, co robiłam tak dawno, że już nie bardzo pamiętam, co to było, chyba tarta z serem pleśniowym. Ale głowy nie dam

    A nie, sorki – to są brokuły.

    cdn (mam razem 48 zdjęć do wklejenia, więc radzę się spieszyć z oglądaniem)…

    Ale na razie

    5 komentarzy

    ustosunkuję się do obejrzanego wczoraj Millennium.

    M stwierdził, że Szwedzi nie umieją robić filmów. Może i nie umieją. Mają za to ABBę. Film – dla tych, co czytali – ok, chociaż ja bym tam bardziej wyeksponowała Lisbeth :-) Ci, co nie czytali… mają pecha.
    I poszukałabym mniej kostropatego Kallego.
    Widoczki skandynawskie – przepiękne.
    Film mocno okroił książkę, ale nie mam pretensji, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie wytrzymałby więcej; i tak jest to 2,5 godziny.

    Za to wieczorem wyczekiwany przeze mnie Dystrykt 9 – co za porażka. Gdyby nie to, że i tak byłam zajęta dodawaniem oczek w mojej bluzeczce, to chyba bym nie zdzierżyła. Nosz ludzie! Poza tym, że kręcone w konwencji dokumentu i śliczne zakończenie – ten kwiatuszek na wysypisku, to reszta opiera się głównie na rozpryskiwaniu różnych części ciała tak, żeby chlapnęły na kamerę. Ble.

    I to wszystko, co obejrzałam w ten weekend. Bo w piątek zasiadłam nad podpisywaniem 216 zdjęć, w tle puszczając sobie na okrągło Roxy Music na youtubie, a konkretnie jeden kawałek. Ten. Czułam ogromną potrzebę popłakania sobie nad własną, przeszłą, młodością oraz nad zmarnowaną młodością Dextera. Niestety, nie ma jak, bo Deedee, teściowa, m – każdy by się przejmował, pytał o co chodzi… Ale i tak chodziłam z czerwonymi gałami i zatkanym nosem.

    A skąd te 216 zdjęć? Byłam ogromnie zaskoczona, bo koleżanka znalazła, gdzie są najtańsze odbitki (10 groszy na zdjęciu to różnica), w środę posłałam zdjęcia i przelew, w piątek otrzymałam przesyłkę. Szok. Reklamy robić nie będę, ale jak ktoś będzie chciał, to dam namiar.

    niespodziankę. Soon…
    Stay tuned.

    Ostatnio jestem trochę zakręcona – nie mogę się otrząsnąć z „Zakochanego głupca”, do tego stopnia, że nagrałam sobie jeszcze raz i nie wiem, czy się z nim rozstanę.

    Po drugie nie mogę się zdecydować, czy „Prawdziwe oblicze Charliego” podoba mi się, czy nie. Na pewno podoba mi się wygląd głównej bohaterki (mimo jej głosiku), za to nie podoba mi się Mark Wahlberg, nie pasuje mi kompletnie. Nie zachwyca mnie historia, ale zachwyca sposób robienia ujęć. A na kolana rzuca mnie ścieżka dźwiękowa, czyli soundtrack, jak kto woli. Którego nie da się kupić, co jest dla mnie niezrozumiałe, bo napotkałam wiele komentarzy o świetnej ścieżce dźwiękowej. Dobrze, że chociaż znalazłam spis tych piosenek, bo inaczej czekałoby mnie żmudne spisywanie z ekranu. O, i jeszcze pomysł z Charlem Aznavourem bardzo mi się spodobał. I Tima Robbinsa mogę oglądać nawet, jak robi pranie.

    Obejrzałam wczoraj „Kochanków” (pewnie znowu denne tłumaczenie oryginalnego tytułu, bo żadnych kochanków ani kochanek tam nie było). Nie lubię Krzywonosego Phoenixa, ciągle kojarzy mi się z dupowatym Rzymianinem, ale nawet na początku mnie zmylił, bo był całkiem sympatyczny. Na koniec okazało się, że miałam rację – dupek i tyle (no wiem, to nie jego wina, taka rola ;-)).
    Co miał ten film pokazać? Nie mam pojęcia.

    meg – odpowiedziałam w komentarzach

    Wczoraj poszłam do sąsiadki na ploty i zobaczyć wreszcie włóczkę, którą przywiozła dla mnie z Niemiec. Jakie miłe popołudnie – za oknem szaruga, a my siedzimy przy stole, nad stołem lampa, a na stole kawka i pełno gazetek i książek z robótkami. Córka sąsiadki (dorosła) też lubi dłubaninę, więc pokazała mi, jakie ostatnio zrobiła cudeńka na choinkę – w połówkach łupinek od orzechów włoskich małe figurki z jakiejś masy na f (fitti?) Zmieścić w łupince bałwanka to jeszcze pół biedy. Ale Maryję, Józefa, dzieciątko i dwa liście palmowe? Kto potrafi? I będzie to jeszcze malowała, a ja zaofiarowałam się, że jej te łupinki psiknę w pracy na złoto, żeby błyszczały na choince.

    Obejrzałam gazetki sąsiadki i oczywiście wyszłam od niej chora. Ręce aż mnie świerzbią, żeby podłubać te cudeńka. Przede wszystkim zachorowałam na szydełkowe bombki – dwadzieścia wzorów na szydełkowe siateczki na bombki (ze złotej nitki). W marketach sprzedają od paru lat te tandetne plastikowe bomki z plastiku – czerwone i brązowe. ALE GDYBY JE UBRAĆ w te złote koronki – wyobrażacie sobie? A robota żadna, bo nawet krochmalić nie trzeba. TAK, to jest mój target teraz.
    O, albo złote bombki w srebrnej koronce?!

    Oszaleję, jak będę dalej o tym myślała. Na razie robię tę bluzeczkę na drutach, nieźle idzie, tyle, że jeszcze nie doszłam do dobierania oczek na rękawy :-) wtedy może być gorzej.

    Robimy z m kanapki, odstawiam puste pudełko po margarynie w nasz „kącik recyclingowy”, odwracając się widzę kątem oka, że kot sprintem biegnie do tego kącika (jak zwykle czatował z wielką nadzieją), po czym podnosi łeb, zdziwiony rozgląda się dookoła, a z jego brody wisi paseczek folii do zamykania woreczków z chlebem. Biedula, nie dość, że się napaliła, że coś mi upadło dobrego, to jeszcze zniknęło tajemniczo po powąchaniu…

    Przedwczoraj – zebranie w szkole Deedee. Wychowawczyni mówi, że niektórzy próbują oszukiwać, niektórzy nie mówią rodzicom o uwagach czy gorszych stopniach. Jedna z matek wyraźnie oburzona:
    - Ja wiem, że on mi kłamie. To straszne, żeby dziecko w trzeciej  klasie podstawówki tak kłamało, co będzie później?!
    Komu ona to pytanie zadała? Sobie? Na kogo jest oburzona?

    Wychowawczyni tłumaczy, że w zeszycie lektur powinny się znaleźć lektury, ale mogą też być inne książki. Wymienia między innymi „Dzieci z Bullerbyn”:
    - Nie muszą całej książki przeczytać, wystarczą fragmenty z podręcznika.
    Deedee przeczytała „DzB” już ze cztery razy, jak nie więcej…
    A moją zasługą w tym roku szkolnym będzie właśnie zeszyt lektur – robimy go wspólnie, tzn. Deedee robi, a ja wiszę nad nią i pilnuję napisania każdej literki. Tym bardziej, że te zeszyty idą potem na konkurs.

    Martwi mnie jej słaba wyobraźnia, zero fantazji – na przykład w kwestii ilustracji do lektury – zanim coś wymyśli, to ja już mam z pięć przykładów. Do tego słabo rysuje i bardzo brzydko pisze. A w czwartej klasie, według wychowawczyni, będzie miała problem z nadążeniem za klasą – bo jest bardzo inteligentna, ale trzeba jej dać chwilę do namysłu. Nie pomaga też tempo jej pisania. Zupełnie jakbym słuchała o samej sobie w czasach podstawówki :-) Więc chyba nie będzie tak źle, skoro jakoś dałam radę?

    Chociaż z drugiej strony to jak to jest z tą fantazją, jeżeli potrafi wymyśleć wiersz lub piosenkę na każdy temat? Wczoraj nagrywałam jej płytkę z teledyskiem, który nakręciła moim aparatem – na scenie był Gienio, a ona śpiewała hiphopową piosenkę w jego imieniu.

    Moja robótka za wiele się nie posunęła, bo sprułam i zaczęłam od nowa – po pierwsze jak zwykle bluzka była za szeroka, po drugie i tak zabrakłoby mi ozdobnej włóczki, którą tam wplatam. Teraz, mam nadzieję, będzie ok. Tylko bardzo brakuje mi czasu na przykład na pociągnięcie dalej bloga robótkowego – po porażce z Nespoon zabrakło mi weny i tak sobie smętnie wisi ten blog. A tu rettmama mnie zmobilizowała do roboty – dostałam wzór na prześliczną serwetkę i pozostaje mi tylko nabyć dodatkową parę rąk, żeby tę serwetkę robić – bo aż mnie palce świerzbią. I jeszcze jedną parę rąk do robienia zdjęć, obrabiania ich i umieszczania na obu blogach. I ze dwa lata urlopu od życia… Ale by było fajnie – po moim powrocie z urlopu Dexter byłby już po maturze i na studiach. Chociaż kto to wie, co będzie za dwa lata…
    Pod bluzeczkę obejrzałam dokument o Polańskim – mocno tendencyjny, ale ciekawy. A potem połowę filmu „Kim jest Charlie” czy jakoś tak. Dziwne – fabuła zagmatwana i jak dla mnie niezbyt ciekawa (ale ja po prostu nie lubię kryminałów – wyjątek Millennium), za to obsada niezła, pomysły na ujęcia bardzo fajne, wręcz świetne zdjęcia i wspaniała muzyka. Muszę go obejrzeć do końca i spróbować wyrobić sobie zdanie – może zakończenie będzie przynajmniej zrozumiałe?

    Przydałby się również jakiś klon mnie do uporządkowania wreszcie zdjęć – część mam wywołane, część nie, nic nie powkładane w albumy, tylko poukładane (przynajmniej!) chronologicznie w koszulkach. Jak mi się ktoś potknie o to pudełko, to chyba się pochlastam. Na wszelki wypadek wsadziłam pod własne łóżko.

    Na imieniny m dostał od Deedee piękną plażę z plasteliny, z kocykami o wymiarach 10x7mm, na nich ludziki w różnych pozach. Dexter też takie cudeńka potrafił zrobić z plasteliny. Do dzisiaj mamy jego osadę z wojownikami i machinami oblężniczymi – wszystko na kartce A4, palisada z zapałek. Do tego Deedee zrobiła dla m śniadanie z „Cecylki Knedelek”, którą wspólnie czytają – jajka sadzone w wydrążonych bułkach.

    Koniecznie muszę pójść z Deedee na „Zaplątanych” – i to w ten weekend. Tylko kiedy? W sobotę imieniny mojego brata, w niedzielę basen i urodziny koleżanki Deedee. Dżizas, poproszę o równoległe pasmo czasu, jeszcze tyle chciałabym zrobić! Zanim się kompletnie zestarzeję… Dzieci też nie będą czekały z dorastaniem…

    W imieniu Gienia

    1 komentarz

    dziękuję za wszystkie wyrazy uznania i obiecuję, że na pewno mu powiem o tym fanklubie :-)

    Ależ się wyspałam, jak dziecko! Nie słyszałam ani teściowej powracającej z „robót” – dziś rano jeszcze chrapała, ciekawe, o której wróciła? Nie słyszałamteż, jak m wstaje i ubiera się do pracy. SPAŁAM.

    Wczorajszy dzień również był jednym z najpiękniejszych w tym roku. Po tym, jak się poświęciłam i wstałam o 6.30, żeby zawieźć „członkinię komisji” do jej miejsca odbycia służby ojczyźnie, już się nie kładłam, tylko zaczęłam leczyć kaca bigosem i dużą ilością napojów. Wstała też kumpela, to znaczy przeniosła się z barłogiem na kanapę do salonu i zaczęłyśmy oglądać filmy. W sumie obejrzałam wczoraj cztery filmy w całości – i wszystkie bardzo dobre, takie jak lubię!

    Pierwszy był z de Niro. i takiego de Niro lubię – nie jakiegoś brutalnego glinę, tylko emeryta, grzebiącego w ogródku, złagodniałego wraz z wiekiem.
    Drugi był „Solista” - też Robertem, ale juniorem - Robercik oczywiście świetny, im starszy, tym bardziej pociągający, ale tu chyba oryginalna nie jestem, więc dam spokój. Przytułek i jego bezdomni – niesamowite, zwłaszcza dla kogoś, kto jeszcze biedy na własne oczy nie widział. Film mnie się podobał, kumpela większość przespała.
    Po krótkiej przerwie na obiad – bardzo krótkiej, bo jeszcze trochę po imprezie zostało, więc nie trzeba było się wielce natrudzić, żeby zjeść coś dobrego – tyłek już mnie bolał od siedzenia no i nie miałam co dłubać, więc wyciągnęłam z garderoby swoje wory z włóczkami (m przebudził się, widzi mnie, jak wlekę te wory: „wyprowadzasz się?”) i dobrałam kolory, żeby zrobić sobie taką fajną bluzeczkę na drutach (nie wiem, znowu chyba robię sobie za dużego ciucha).
    I wtedy naturalnie włączyłam następny film – francuski tym razem. Ten akurat na kolana mnie nie rzucił, aczkolwiek miał ciekawy sposób retrospekcji i powrotu do młodości – bohaterowie widzieli siebie samych, młodszych, w tym samym pokoju z dzieciństwa, też bym tak chciała…
    Wieczorem miałam dylemat, bo dwa filmy o 20 mi się nagrywały, a dwa inne jeszcze chciałam obejrzeć. Na szczęście wybrałam bardzo dobrze, chociaż za Craigiem nie przepadam (tyłek ma fajny). „Zakochany głupiec” – tytuł beznadziejny i bez związku, ale muzyka i sama historia – bdb. Jedna scena rozwaliła mnie tak, że dziś rano w samochodzie jeszcze mi łzy stawały w oczach. Teraz muszę wygrzebać z zapasó m płyty Briana Ferry i Roberta Palmera, do tego troszkę Davida Bowie i będę przeżywać.

    W ogóle miałam wczoraj płaczliwy dzień. W końcu, jak się wzruszyłam w czasie „Kuchennych rewolucji” (?!), to zaczęłam się zastanawiać, czy czasem nie jestem w ciąży. Nawet przez sen się spłakałam – chociaż akurat był to bardzo fajny sen, przypomniała sobie mojego tatę w sile wieku, roześmianego…

    O samej imprezie cóż mogę powiedzieć – jak zwykle było fajnie, pogadaliśmy, potańczyliśmy, świetne prezenty, dobre jedzenie.

    Deedee zajmowała się wczoraj kręceniem teledysku z Gieniem w roli głównej, tak go wymęczyła, że zasnął potem biedulek w pół kroku – przednia część ciała w kołowrotku, dupka już poza kołowrotkiem. Aż się przestraszyłam, że coś mu się stało.

    Bo ja, chociaż i tak wolę dni powszednie od wolnych i lubię swoją pracę, to w piątek rano wstaję jak po lampce szampana.

    Dodatkowo dzisiaj chomik dołożył od swojej strony radości.
    A było to tak.

    Wiem, strasznie was ciekawi, co ten chomik zrobił.
    Ale do rzeczy.
    Otóż klatka chomicza stoi w korytarzu, na piętrze. Gienio, jak to chomik, co wieczór zaczyna hałasować, a to kołowrotkiem, a to miseczką, ale ostatnio głównie gryzie pręty od drzwiczek („no przecież jakoś to otwierają!”). Pewnego razu Deedee wchodzi na piętro i w krzyk, że kto nie zamknął klatki – Gienio spacerował sobie po korytarzu. Wcale nie pomaga fakt, że jest tam nasza podręczna spiżarnia, nie zamykana, pełna kaszy i makaronu oraz tak z pięcset kartonów i worów. Gdyby chciał, urządziłby tam sobie niezły dom spokojnej starości i tyle byśmy go widzieli.
    Winowajca się nie znalazł.
    Wczoraj idę ci ja na pięterko, a tu co? Oczywiście Gienio spaceruje. Dexter go złapał, włożył do klatki i dogiął mocniej pręt do zamykania drzwiczek.
    Ale to jeszcze nic.
    DZISIAJ RANO idę ci ja obudzić Dextera, rzut okiem na klatkę – wszystko ok. Gienio śpi w domku, w swoich wiórkach, drzwiczki otwarte. OTWARTE. No jak on to robi?! Waży 130 gram i otwiera te drzwiczki tymi mikroskopijnymi łapuńciami? Może huknął w nie słoiczkiem na siuśki :-)?

    Brakowało tylko dymka nad jego łebkiem: „Nie będzie nikt mi mówił, czy mam mieć zamknięte, czy otwarte.”

    Wszystko fajnie, gorzej, jak się koty dowiedzą.

    Żeby nie zapomnieć (żeby minusy nie przesłoniły nam plusów :-))
    Cytat z wychowawczyni „Dexter z zapałem opiekował się grupą gości ze szkoły z Francji, żeby tylko opuścić trochę lekcji, ale na koniec pani dyrektor francuskiej szkoły stwierdziła, że jeszcze nie spotkała ucznia z angielskim na tak wysokim poziomie”

    :-D

    Zdolna matka, zdolne dzieci, co tu dużo gadać…


    • RSS