batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 12.2010

    Planowo spóźniłam się do pracy, na miejscu jeszcze pomalowałam pazurki (oby te dwa pęknięte dotrwały północy!) na złotko – a co.

    Jedyne zmartwienie, to że dzisiaj wypłata (też mi zmartwienie, co?) i nie wiadomo, o której szefowa wyruszy do banku po forsę. To się wiąże z tym, o której odpijemy pracowego szampana i o której w związku z tym wyjdę z pracy. Bo w domu jeszcze trochę do ogarnięcia zostało. Zwłaszcza ja :-). Skrzydełka się marynują, żurek się mrozi na tarasie, bigos dla odmiany się rozmraża. M dostał od jakiejś firmy woreczek pełen specyjałów – smalec, wędzony schabik, wędzony pstrąg, jakaś ryba w zalewie (wygląda mi na szczupaka), kiełbasa z dzika itp. Będzie więc dziś baaardzo po polsku; i dobrze, bo przecież dziś honorowym gościem będzie Norweg. Niech popróbuje wszystkiego. Teściowa nawet upiekła faworki (sama, nie zmuszałam!), a jej faworki to mistrzostwo świata – są tak kruche, że ciężko je donieść do ust (bez urazy, zgago ;-)). Sąsiadka odgraża się, że przyniesie surówkę (wtf, pomyślałby kto, ale ja ją rozumiem – pracuje na poczcie, dziś koniec miesiąca, więc do domu dotrze o siódmej, jak dobrze pójdzie; zmachana jak koń po westernie. Ale ma tego swojego thermomixa, więc zrobienie surówki zajmie jej 10 sekund). Kumpela robi sałatkę i kupiła sery i słodkości. To by było menu stałe. Menu płynne składa się z absoluta emowego, mojego bacardi, oprócz tego czeka żubrówka, parę gunessików – zostały po pierniku (trzeba przyznać, majano, że piernik nadal jest wilgotny, jednak robienie polewy ma sens…)

    Deedee jest trochę nieszczęśliwa, bo jej koleżanka z osiedla robi u siebie imprezkę z noclegiem (?!), a ja nie pozwoliłam jej iść. Noż kur…, żeby 10latki Sylwestra wyprawiały to już jest lekkie przegięcie. Trzeba było widzieć minę i nóżkę na nóżkę Deedee, jak mi tłumaczyła, że M robi pizzę, zapewnia nocleg itd, kiedy wyraziłam wątpliwość, czy ktokolwiek tam przenocuje, skoro do domu mają nie więcej niż 100 metrów. Owszem, jej udział w naszej imprezie jako jedynego dziecka też nie jest najlepszym pomysłem, ale wolę, żeby jej strzegła o północy wlasna pijana matka, niż obca.

    Koty nadal wojują, już trochę mniej zajadle, ale wczoraj parę razy pazury poszły w ruch. Zwłaszcza, jak kroiłam skrzydełka :-)
    Gienio „zaiwania” w swojej kulce po domu, ale nie puszczamy go na długo, bo skąd mogę wiedzieć, czy to akurat nie jest pora jego drzemki albo kolacji?

    Ciekawa jestem, jak się ta impreza potoczy. Nie wiem, czemu, ale mam jakieś głupie wrażenie, że to impreza poniekąd pożegnalna – jeśli chodzi o mnie i kumpelę (chociaż do jej wyjazdu jeszcze pół roku). Poza tym martwię się, żeby Norweg nie czuł się znudzony, jeśli go zaniedbam jako jedyna posługująca się w miarę swobodnie angielskim. Nic to, parę drinków i wszyscy będą władać biegłym norweskim :-D

    Czytam kolejnego Pratchetta – tym razem „Prawda”. Nie wiem, czemu zawsze jakoś omijałam tę książkę po przeczytaniu okładki – okazuje się, że to jedna z najlepszych. Za to „Klara”, którą sama sobie kupiłam pod choinkę po obejrzeniu trailera – niestety rozczarowała mnie. Nie przepadam, kiedy książka składa się z samych dialogów, poza tym sama treść tych dialogó to zupełnie nie moja bajka. Owszem, czytam, ale tylko przy ostatnim papierosie i to raczej, kiedy jestem nabąbana. Wtedy samo wchodzi. A więc jest szansa, że dziś nad ranem skończę…

    Dexter pojechał do swojej G, jechał 13 godzin, na jednej kanapce, bo nie chciał nic na drogę. Odechce mu się chyba na jakiś czas wojaży.

    Dobrze, że nie pada – i tak dzisiaj naszą drogę nieźle zawiewa z pól, jak jeszcze popada, to kumpela może mieć problem z dotarciem swoim matizkiem.

    Do siego roku!

    dwa paznokcie złamane, a więc wszystko w normie.

    Niech Wasze święta będą spełnieniem moich marzeń :-)

    Do wtorku!

    Wczoraj, w banku. Tzn pani, która mnie obsługiwała, odebrała prywatną rozmowę i zobaczyłam jej telefon – jakiś Samsung, zresztą, co ja będę długo gadać, na pewno znajdę go gdzieś w sieci
    No jest – właściwie prawie – model s7070, z tym, że był złoty a nie biały i jak dzwoni, to na tej poduszkowanej obudowie „płynie” świecący napis, np. WIESIEK, jak w przypadku tej pani. No czad po prostu. Co nie znaczy, że bym go chciała. :-)

    Poza tym Deedee odziedziczyła po mnie skłonność do oczekiwania na niespodzianki i prezenty – nie chce wiedzieć wcześniej, co dostanie. Oczywiście napisała list do Mikołaja, ale wie też, że my kupujemy nie swoim dzieciom prezenty, bo będziemy się z nimi widzieć w Święta. Wie, że to wszystko stoi i leży (i wisi) w mojej garderobie, więc sama pilnuje, żeby tam niechcący nie zajrzeć.
    Ja to już w ogóle jestem kopnięta – nie chcę wiedzieć, co inni kupili moim dzieciom, żeby mieć frajdę.

    A oto treść listu:
    „Drogi Święty Mikołaju!
    Jeżeli chcesz mi kupić prezent
    to bardzo prosze cię o:
    „Litles pet szop” zestaw z chomi-
    kiem, zestaw „Polly” obojętnie
    jaki, zestaw „Barbie” też obo-
    jętnie jaki i jakąś gre
    internetową.
    PS: Najbardziej bym chciała
    mieć zestaw „Lego”

    Wspomnienia kuchenne:
    Po przyjściu z pracy niezmiernie się ucieszyłam, że jest kapuśniaczek, pyszny, z gotowanym mięskiem. Zjadłam dwie miseczki. I nie wiem, czy to dlatego, że na pusty żołądek, czy że wcześniej zjadłam makowiec w pracy, czy po prostu starość – miałam taką rewolucję, że musiałam wziąć Enterol. Przynajmniej mam pewność, że nie przytyłam od tego makowca :-)
    Następnie obejrzałam „Julie & Julia” i potwornie zgłodniałam. Zjadłam dwie kanapki, a potem dobiłam się mlekiem w proszku. I napoczęłam następny film – „Zero” – który bardzo mi się podoba, przynajmniej na razie. Jestem pod wrażeniem. Trochę agresywna muzyka, ale pasuje. Dobrze grają i nie ma żadnych podobieństw do produkcji tvn-owych. Zdjęcia dobre. I sposób „przechodzenia” od wątku do wątku – może nie nowy, ale taki, jaki lubię.

    Wczorajsza wigilia pracowa – bdb. Zwłaszcza premia :-)
    I makowiec od Sowy dostałam!
    Więc nadal się waham, czy piec jeszcze piernik na Guinessie. Chociaż piwo już mam… I jestem ciekawa tej polewy.

    że znowu pół niedzieli spędziłam na prezentacji u sąsiadki? Tym razem już profesjonalnie przygotowana – składniki na pasztet, na placki, na likier przyniosłam ze sobą. Znowu zostaliśmy poczęstowani sokiem z zielonej pietruszki. W rezultacie mam pasztet sojowy na święta, wczoraj na kolację były placki ziemniaczane, a likier kukułkowy – gęsty, że łyżka staje – czeka na wigilię.
    Sąsiadka kupiła urządzenie, więc teraz będziemy testowały…
    Przypuszczam, że najlepiej nam będą wychodziły likiery i long drinki (już wymyśliłam, jak w tym zrobić mojito) ;-)

    satysfakcja gwarantowana.
    Pod warunkiem, że się nie zwraca uwagi na koszty :-)
    No coś za coś przecież.

    W każdym razie sobota była baaardzo owocna i nawet niezbyt męcząca, w ciągu pięciu godzin i tylko w dwóch centrach handl. kupiliśmy artykuły spożywcze (niewiele, ale zawsze) oraz wszystkie prezenty. Wszystkuściuśieńkie. Pomijam minę m przy kasie (jakby to jego znienacka wykastrowali, a nie tego czarnego sierściucha), poza tym jestem szczęśliwa. Najbardziej z tego, że z prezentami dla moich dzieci trafiłam w dziesiątkę.
    Jak wróciliśmy do domu, Deedee, nie zachęcana przez nikogo poszła i znienacka wyciągnęła swoje kartony klocków (odziedziczone po bracie i kuzynach) i zaczęła się nimi bawić na podłodze. W pewnym momencie powiedziała z westchnieniem:
    - Najbardziej to bym chyba chciała dostać zestaw Lego, bo zazwyczaj to widzę, jak inne dzieci dostają i pomagam im składać…

    :-D

    Nie muszę chyba mówić, że fruwałam pod sufitem, jak to usłyszałam.

    Inne prezenty też wypasione i naprawdę nie mogę się już doczekać weekendu, żeby zobaczyć te szczęśliwe buzie pod choinką.

    Mało tego, choinka (bardzo ładna, m się postarał) też już ubrana (też ładnie, to dzieło moje i Deedee), aniołki porozstawiane po domu, jeszcze tylko m musi powiesić lampki na zewnątrz.

    Kupiłam sobie książkę pod choinkę (w końcu trzeba jakoś podtrzymać tę średnią, co ostatnio o niej pisałam – 12 książek w roku, chłe chłe) – Klarę. Trailer podobał mi się bardzo, mam nadzieję, że książka nie będzie pusta jak te filmy, w których czasem zdarza się grać autorce (nie wszystkie oczywiście).

    Aaaa, no i do tego wszystkiego kumpela po zakupach pojechała do nas i wieczorem spakowałyśmy prezenty. Wszystkuściusieńkie.
    Teraz pozostaje mi tylko ogarnąć kąty, aczkolwiek nie za dokładnie, bo bardziej dokładnie trzeba będzie sprzątnąć przed następnym piątkiem, kiedy to nastąpi na nasze domostwo najazd Hunów. Zawsze to się tak samo zaczyna „co robicie w Sylwestra” „a nic w domu siedzimy” „to może wpadniecie na szampana” i nagle okazuje się, że w ten sposób znowu wyprawiam imprezę na 12 osób. Plus koty.
    Oczywiście nikt się nie chce zdeklarować, poza kumpelą, która ze swoim Norwegiem twardo przychodzi. Reszta się czai. Kij im w oko. Tak czy owak mam bigos, tak czy owak zrobię cztery kilo skrzydełek, tak czy owak się ubiorę, umaluję, upiję i będę tańczyć.

    dzisiejszej drogi do pracy.

    Problem świąt rozwiązał się sam. A mówią, że sprawy pozostwaione samym sobie zmieniają się na gorsze. Otóż nie zawsze. Nie chciało mi się nawet myśleć, kto kogo i kiedy, ale w końcu zadzwoniła kuzynka i zaprosiła. Była wyjątkowo uprzejma, bo zadzwoniła do m i stwierdziła, że jak nam pasuje – w pierwszy czy drugi dzień – mamy sobie wybrać. W tym roku wprowadzili się do swojego domu, więc w sumie spodziewałam się, że będą chcieli gościć wszystkich u siebie. Jeszcze im się chce :-D
    Oczywiście przez chwilę zrobił się problem, bo m do swojej kuzynki pojedzie bardzo chętnie, za to do mojej siostry nie za bardzo (no nie przepadają za sobą specjalnie, bo są podobni – dwa samce alfa). Z kolei jeśli pojedziemy do kuzynki, a siostrę odpuścimy, to się obrazi i po co mi to. W końcu zdecydowałam jak zwykle sama :-) i przedłużyłam oficjalnie święta, czyli ogłosiłam, że wigilia sami u siebie, pierwszy dzień u kuzynki, drugi u siostry, a poniedziałek weźmiemy wolny i odsapniemy. Howgh!
    W takim układzie musimy sobie tylko posprzątać i zrobić wigilię, a resztę mam gdzieś. Mam też już listę prezentów w głowie i jestem umówiona z kumpelą w czwartek na zakupy po pracy. Umordujemy się, ale w sumie to chcę odwiedzić trzy sklepy – perfumerię, księgarnię i zabawkowy. Chyba nawet uda mi się znowu ominąć z daleka Galerię B i bardzo dobrze.

    Coraz bardziej podoba mi się to, co powyżej.

    Postanowiłam też w tym roku zamknąć oczy i nie patrzeć na wyciąg z karty, tylko kupić moim dzieciom coś extra. Co roku jest to samo – chrześniakom trzeba kupić odpowiednio, bo nie będziemy dziadować, za to nasze dzieci zawsze ze średniej półki. A gówno. Prezent Dextera już dawno był ustalony, bo w lipcu ukazał się Starcraft II, który nie jest tani. Więc Deedee dostanie Lego Creator Dom – w końcu ma być inżynierem, tak?
    Jak byliśmy w październiku na urodzinach jego kuzyna, to właśnie ona wytrwale siedziała i składała jego główny prezent, czyli Lego Atlantis (ze sporą pomocą z mojej strony, bo też to uwielbiam). A jak napisała Chuda – kupcie im to, czym chętnie się z nimi pobawicie. W związku z tym będę musiała całą wigilię siedzieć na dłoniach, żeby się powstrzymać od samodzielnego złożenia tego domu :-)
    Słodycze już pokupowane, a z jedzenia został tylko karp i śledź – karpia symbolicznie, bo jemy go tylko ja i teściowa. Śledzia zresztą też :-) Będzie obowiązkowy barszczyk, kompot z suszu, pierogi i uszka, grzybowa (bo Dexter). I wystarczy. Do kuzynki pojedziemy z kaczką pieczoną. Do siostry nic nie wiozę, bo u niej zawsze jest wszystkiego mnóstwo, to co się będę pchała z drewnem do lasu.

    Jeśli chodzi o mamę, to na pewno odwiedzę ją w przyszłym tygodniu, a w święta nie wiadomo, kto wygra – mama czy siostra. Mama za żadne skarby nie chce nigdzie jechać, a jak odwiedzimy ją wszyscy, to będzie powtórka z rozrywki, czyli dostanie gorączki i będzie wymiotować z nerwów, że nie jest odpowiednio przygotowana. Czyli impas. Siostra planuje wysłać po mamę męża i córkę, żeby ją przywieźli.

    Robię tył swojej bluzeczki. A dziś przywiozłam do pracy stare zniszczone bombki i idę spróbować je pomalować na srebrno – zobaczymy, czy się uda. Jeśli tak, to będę miała do czego zrobić koronki na szydełku.

    Dobra

    4 komentarzy

    Humor mi się trochę poprawił, więc napiszę jak to Deedee wczoraj piekła ciasto.
    Ze słynnej Cecylki. Marchewkowe.
    Mnie się nigdy nie chciało, bo trzeba marchew utrzeć. Ale m musiał się zrehabilitować w oczach swojej królewny (nie odzywała się do niego od soboty wieczorem za „brzydkie odzywanie się do babci”) i zaproponował jej, żeby zrobili coś dobrego z przepisów Cecylki. Wybrała ciasto marchewkowe.
    No dopsz. Deedee zagląda do przepisu i szykuje składniki:
    - Babciu, czy mogłabyś poszukać cynamonu, bo ja tu jajka wyjmuję!
    - Babciu, podaj kubek, bo muszę nasypać mąkę.
    - Mamo, ubij pianę z jajek!
    - E, kierownik robót, to ty pieczesz to ciasto, czy ja i babcia? – odzywa się m, pochylony nad michą i tarką, ucierając marchewkę.

    Ale było dobre…

    Ale i tak się cieszę, że nie mieszkam na południu naszego pięknego kraju. Za to zazdroszczę tym, którzy mieszkają, na południu naszego kontynentu.
    Idiomko(jeśli tu zaglądasz), paczka wysłana, dzisiaj powinna dojść. Mam nadzieję, że te bezinteresowne gesty od obcych ludzi przywrócą siłę tej kobiecie i że wychowa szczęśliwe dziecko. W lecie jeszcze będę miała mnóstwo letnich ciuszków, więc jakby co, proszę o cynk, czy potrzebne.
    Deedee ma szczęście, bo ma dwie kuzynki starsze o rok i trzy lata i regularnie dostaje po nich ciuchy, buty, kurtki. Czasem mnie już szlag trafia, bo chodzi ubrana w guście tamtych rodziców, ale z drugiej strony zaraz sobie przypominam, jak bardzo lubię chodzić po sklepach i coś kupować i mi przechodzi. Ponieważ w mojej rodzinie są już tylko młodsi chłopcy oraz dziewczynka młodsza od Deedee o 5 lat, to nie bardzo mam gdzie oddawać tych rzeczy i najczęściej trafiają do mojej koleżanki, która pracuje z patologicznymi rodzinami. Niestety, często potem można te ciuszki kupić na rynku… Akurat latem i jesienią miałam akcję opróżniania pokoju Deedee i mnóstwo rzeczy pooddawałam, najbardziej żałuję, że nie miałam dla tej dziewczynki butów. Ale wiem, że pewien Dzidzia był szczodry :-)

    Kot ma się dobrze, babsztyl odezwał się wczoraj, że jednak bardziej to by chciał „malutkiego pusystego kotecka”, więc Vader zwany roboczo Czarnuchem vel Srajdą zostaje u nas. A może jednak ktoś by chciał?… Halo? alo? alo? lo?

    Wczoraj robiłam mu testy pokarmowe. Otóż je nadal chleb, je skórę z wędzonego śledzia, je makaron łazanki SUROWY, no, ogórka tylko oblizał. Szybko się uczy – rano już wie, że to ja idę obudzić Dextera i czatuje pod drzwiami, żeby prysnąć do kuchni. Wie też, że przy mnie wstęp na stół wzbroniony, bo dostanie po łbie. Oczywiście przy babci i Deedee robi, co chce. Agresji zero – nie ma nic w stylu „proszę, pogłaszcz, ale nie bądź zdziwiona, jak cię drapnę”. A są takie koty! Nie u mnie w domu, ale są. Widać, że jest stęskniony za swoim naturalnym środowiskiem, bo ciągle kombinuje, jakby tu się dostać do szafki z koszem na śmieci. Wyszedł już raz na zewnątrz, niestety wrócił ;-)

    Obejrzałam „Funny people” – ciekawy. Sandler trochę się roztył i nieładnie się starzeje. Postaci w tym filmie są bardzo niejednoznaczne, a tak właśnie lubię. Jeden tekst został mi i nie zawaham się go niedługo użyć (i to nie jeden raz): kiedy już wszyscy na siebie wrzeszczeli, Sandler podsumował „nareszcie czuć ducha świąt” :-)))
    Obejrzałam też „Killshot” z Rurkiem – zupełnie niespodziewanie niezły film. Za to „Winda” czy jakoś tak – dno. Krwawy i bez sensu. Kończę przód sweterka (ale jeszcze tył przede mną, bo robiłam w odwrotnej kolejności). Sąsiadka dba o to, żebym się nie nudziła i podrzuca mi materiały do kolejnych robótek. A ja zatęskniłam za szydełkiem i kolejną zazdrostką…


    • RSS