batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 1.2011

    Wieczór sobotni był zupełnie niespodziewanie wieczorem Johna Cusacka.
    Najpierw „Facet do wzięcia” – świetna komedia romantyczna, o której wcześniej nie słyszałam, a ubawiłam się po pachy. Potem na Ale Kino… cholera, nie pamiętam tytułu, muszę pogrzebać.
    Już mam – „Tożsamość”, z wieloma dobrymi aktorami – również świetny film.
    Wczoraj kawałkami oglądałam i jeszcze nie skończyłam „Temple Grandin” – całe szczęście, że wspomnieli o tym filmie przy okazji Złotych Globów, bo inaczej bym go przegapiła, a bardzo mi się podoba. Claire Danes jest rewelacyjna w tej roli.
    Za to przed snem (lub w czasie basenu Deedee) nadal żyję historią „Służących” – dawno już nie miałam książki, od której nie mogę się oderwać. Co zaowocowało dzisiaj potwornym niewyspaniem, w czym bardzo pomógł m i jego chrapanie oraz awaria w jego wytwórni i telefony w środku nocy.

    I cały czas męczy mnie pewien temat, a nawet kilka i muszę to sobie jakoś poukładać, bo zwariuję.

    A Dexter zgubił legitymację i trzeba robić nową…

    2 szkl mąki

    1 torebka suszonych drożdży

    3 łyżki oleju

    ¾ szkl wody

    sól

     

    Do wody drożdże, rozmieszać, oliwa do tego, zalać tym mąkę, wyrobic, poczekac aż wyrośnie, rozwałkowac na blachę.

     

    Ciasto posmarować Fixem do Napoli, albo ketchupem

    Postanowiłam dać z siebie wszystko, a przynajmniej wiele, aby dzieci się tak strasznie w domu nie nudziły w te ferie.
    Tak więc przedwczoraj m wziął Deedee na narty (wrócił spuchnięty z dumy), za to po południu zabraliśmy starsze dzieci – G i Dextera – na lody, a potem do kina. I o dziwo nawet nieźle się nasza cała czwórka bawiła, chociaż wcale się nie spodziewałam niczego szczególnego po tym filmie – „Polowanie na czarownice”. Wybór był Dextera, ja z dwojga złego wolałam „Turystę”, tyle, że sensacje też już dawno mi się przejadły. Nicolas – stary, dobry Nicolas – był całkiem strawny, bo nie mazał się tak jak w niektórych produkcjach. A także stare, dobre czarownice i diabły (no, może nie takie dobre tak naprawdę) też były dobrą odtrutką na serie superbohaterów, magów, elfów itp Potterów.
    Wczoraj z kolei już oboje – ja i m – zabraliśmy Deedee do Przywidza, aby szlifowała swoje umiejętności narciarskie. Kiedy kończyła 10 zjazd, nie czułam już palców u nóg. Za to czułam, że jestem zajebistą matką ;-)
    Po powrocie szybki obiad i znowu wyruszyłam – zabrałam G i Dextera, żeby pospacerowali sobie po Sopocie i porobili zdjęcia, za to w tym czasie kumpela z Deedee weszły do Aqua Parku na godzinkę. Ja natomiast odżyłam w tamtejszej kawiarni, po wypiciu pysznej kawy i ogrzaniu wszystkich członków w tropikalnych temperaturach tego przybytku.
    Dzisiaj zrobiłam sobie urlop od urlopu i wróciłam do pracy na jeden dzień, ale po pracy jadę odwiedzić mamę i zostałabym u niej chętnie na noc, ale jutro z samego rana muszę zawieźć G na pks. Potem planuję poszwendać się po sklepach, może coś dostanę ciekawego – zwłaszcza na Dextera, bo jak ostatni obdartus już łazi. Sobie zrobię prezent w Yves Rocher, z okazji bycia zajebistą matką.
    Kumpela namawia mnie, żebyśmy wróciły na cycling. A mnie się tak strasznie nie chce… Że o braku kasy już nie wspomnę…

    Przeczytałam wszystko, co moja biblioteka ma do zaoferowania z Pratchetta i teraz cierpię. Trochę to cierpienie ukoiła książka, którą wczoraj zaczęłam i bardzo mi się na razie podoba – „Służące” K. Stockett. Skończyłam też smerfną czapę dla sąsiadki i dalej lecę z „łapaczami snów”.

    Moje długie włosy zaczynają być uciążliwe i wydają mi się raczej marne. Chyba się zetnę. Jak Ola :-)

    jest pierwsza rocznica najgorszego dnia w moim życiu.

    Do kasi eire – przypomniało mi się tylko jedno ale co do tego filmu – bardzo dużo dialogów toczy się po francusku, kaszubsku, niemiecku, a do tego jeden z głównych bohaterów „zacjąga” z rosyjska. Można dostać kota, bo co się człowiek wsłucha w kaszubski, to za chwilę walą po francusku. Oczywiście można się domyśleć, o co chodzi, ale jednak te francuskie rozmówki między Foremniak i Polkiem chciałabym mieć przetłumaczone.

    do kojota – ja w życiu żadnego przepisu z pamięci nie powiem, co innego gdyby ktoś mnie spytał o numery kont, NIPów, peseli, telefonów – wtedy proszę bardzo :-) Ale postaram się zamieścić, bo naprawdę warto spróbować.

    do majany – chętnie bym zobaczyła; zarówno Spamalot, jak i Ciebie z synkiem na łyżwach. Kiedyś w końcu na pewno się spotkamy gdzieś w Trójmieście :-)

    Jakoś nie chce mi się pisać; bo minusy przeważyły plusy. Oczywiście o tych minusach jak zwykle będzie niewiele, bo ja niepoprawna optymistka jestem.
    Przyjechała do nas tydzień temu dziewczyna Dextera, nadal jest. W czwartek po pracy zabrałam całe grono, a nawet winogrono na lodowisko. Była Deedee, był syn naszych sąsiadów, był Dexter i była G. Poradzili sobie świetnie z logistyką kaskowo – łyżwową (nadal nie dociera do mnie, że Dexter jest prawie dorosły – przynajmniej metrykalnie), weszli na lód i ssssięęęę zaczęęęęło – Dexter zapomniał, jak się jeździ, więc dreptał przy bandzie, cały wściekły na siebie i świat, bo mu było głupio przed dziewczyną. Deedee i J. jeździli sobie w kółeczko, G. próbowała Dextera rozruszać. Żeby nie patrzeć na to, pojechałam w tym czasie kupić prezent dla babci i po bułeczce maślanej dla łyżwiarzy (przypomniały mi się czasy, kiedy do pracy dojeżdżałam z Gdańska i wtedy rano na dworcu często kupowałam sobie takiego wielgachnego pączka z twarogiem w środku…) Po łyżwach pojechaliśmy jeszcze odwiedzić moją siostrę, miała przepyszny bigos – naprawdę wart odnotowania.
    W piątek pogoniłam towarzystwo do mojej mamy do Gdyni (szczególnie nie trzeba było ich gonić, bo po pierwsze dzień babci, po drugie wyraźnie Dexterowi kończyła się kasa, po trzecie dla Deedee przejażdżka pociągiem to atrakcja), żeby się nie nudzili, a poza tym w domu było zimno jak w psiarni, bo właśnie przechodziliśmy z gazu butlowego na ziemny (i teraz mam tak ciepło w domu, że muszę zdejmować z siebie wszystko, ha!).
    W sobotę wzięłam się za kucharzenie, przyjechała kumpela, a starsze dzieci (ładne mi dzieci) pojechały do kina, oczywiście nie zdążyły na 16.30, więc następnie nie zdążyły na powrotny autobus, a następny i ostatni był o 22.30 – ja kiedyś osiwieję doszczętnie. My za to obejrzeliśmy dwa filmy, potem m obejrzał już w samotności Avatara, natomiast ja i kumpela kontynuowałyśmy zabawę już bez niego, w drugim pokoju. Zabawa zaowocowała zaplanowaniem wyjazdu do Pragi, we wtorek po świętach wielkanocnych, na trzy noce. Jedziemy we czwórkę, samochodem – my i kumpela ze swoim norweskim narzeczonym
    Ups, poprawka, właśnie się dowiedziałam, że Norweg musi sprawdzić, kiedy dostanie urlop, być może pojedziemy w tygodniu przedświątecznym. No dobra, w takim razie chwilowo odpuszczam temat, nie będę się denerwować.
    W niedzielę z okazji ferii nie musiałam jechać na basen, i całe szczęście, bo i tak nie byłam w stanie – po tym planowaniu Pragi całą noc z kumpelą :-). Dexter i G dostali ode mnie zaproszenie na koncert, mógł być fajny, bo w Sali Herbowej i piosenki z musicali, śpiewane przez jakiegoś barytona – niestety, nie pojechali, bo pekaesy wyszły im chwilowo bokiem.
    Dzisiaj m wiezie Deedee na narty, najpierw godzina z instruktorem dla przypomnienia, potem ma zjeżdżać sama. Jutro ja również z nimi pojadę, dziecko będzie zjeżdżało a my będziemy mieli niepowtarzalną okazję porozmawiać we dwoje. Po południu zabieram Deedee i kumpelę do Aquaparku. W czwartek nudy panie, a w piątek znowu wezmę urlop i tak sobie myślę, żeby może pojechać z Deedee do mojej mamy na noc?
    Zobaczymy.
    Co do filmów – podobało mi się „Miasto z morza” – bardzo byłam ciekawa tego filmu, bo lubię Fleszarową. Zdjęcia przepiękne – specjalnie podkolorowali scenerię – jeśli morze było niebieskie, to w filmie było intensywnie niebieskie, jeśli niebo było granatowe – to w filmie było bardzo granatowe. Aktorzy też fajnie grali, a Foremniak bardzo miło mnie rozczarowała, bo chociaż raz zachowywała się tak, jak powinna. Zazwyczaj jak ją widzę, to szybko wyłączam głos.
    Obejrzałam też hiszpański „Cichy chaos”, jeśli już mowa o filmach, które mi się podobały. „Francuski łącznik” – obejrzany przeze mnie już głównie jednym okiem, bo akurat musiałam robić pizzę, a zaraz potem drugą, bo taka była dobra. Mam świetny przepis na cienkie ciasto drożdżowe, mówię wam.
    Za to pierwszy raz od dawna jeden film mnie tak wkurzył, że wyłączyłam w połowie i skasowałam. Polski film „Na boso”. Historia była ciekawa i naprawdę chciałam zobaczyć to do końca, aktorzy świetni (chociaż akurat tej młodej Sary nie znoszę). Niestety, nie dało się obejrzeć, bo bohaterowie tak cierpieli, że mówiąc ledwo otwierali usta, albo szeptali tylko coś do siebie na ucho, za to Chopin czy inny Bach w tle grzmiał tak mocno, że rodzina (w innych pokojach) nie mogła zdzierżyć. Niestety, straciłam cierpliwość.

    Wczoraj

    3 komentarzy

    Dexter pojechał do drugiej babci na noc, m w pracy (pracuje tak, że dwie noce w tygodniu spędza tam), więc w domu rządziłyśmy my trzy baby. Wracając kupiłam Deedee mały zestaw Lego w nagrodę za świadectwo półroczne (tak naprawdę to po prostu szukam okazji, żeby jej coś dać). Dałam jej dopiero wieczorem, bo jak przyjechałam, to chodziła akurat po ogrodzie wkurzona, że śnieg nie daje się ukruszyć bez łomu. Później doszło do niej troje dzieci, więc problem się skończył (czworo dzieci i kawałki drewna opałowego dadzą radę wszystkiemu). Ja zjadłam obiad i poszłam do siąsiadki na ploty, zrobiłyśmy sobie soczek z pietruszki (pycha!), przejrzałyśmy jej zapasy włóczek.
    Kiedy w końcu wieczorem Deedee uporała się z lekcjami, porządkowaniem zeszytów i tornistra, sprzątnięciem ze stołu śladów działalności, mogłam wreszcie jej dać to pudełko. Najpierw dostała książeczkę Lego na 2011 :-) Entuzjazm był średni
    - A czy kupiłabyś mi może jakiś mały zestawik do złożenia?
    I skrępowany uśmiech mówiący „wiem, wiem, bez przesady, takich rzeczy nie dostaje się na co dzień”. I właśnie dlatego warto było odpuścić sobie przez parę lat kupowanie wszelkich gówien! Jak postawiłam przed nią pudełko, tradycyjnie zaniemówiła, a potem usłyszałam, że jestem niesamowita.
    Ja za to zaczęłam trzeciego „łapacza snów” na szydełku. I nawet zrobiłam wreszcie zdjęcia – bluzki, czapek, serwetki zrobionej dawno temu…

    Weekendowa wizyta u K zaowocowała nową inspiracją.
    Otóż K nie chciała zazdrostki do kuchni (tak podejrzewałam, nie pasuje do jej stylu w nowym domu), ale za to umówiłyśmy się na podkładki pod talerze, bardzo w stylu ikeowskie oraz – przede wszystkim – na takie zawieszki do okien – czyli serwetka szydełkowa w obręczy, krótko mówiąc. Już mam prawie dwie (tzn. robię do przedostatniego okrążenia, jak już ich dużo narobię, to zmierzę średnice i wtedy dopiero kupię obręcze, hurtem i przymocuję).
    Przy okazji oczywiście narobię ich więcej i będę miała prezenty na różne okazje. Dla siebie też porobię i pozbędę się z domu zupełnie firanek – tylko trochę się zastanawiam, jak toto zawiesić na plastikowych oknach? Może przyszpilę do nadproża nad oknem? Ale wtedy się nie otworzy okna…
    Nieważne. Ważne, że dłubię, a robi się toto szybko, bo z założenia nie może być duże oraz musi być mocno ażurowe. Wykorzystam wszystkie kordonki i resztki, jakie mam w domu.
    I ciągle zapominam zrobić zdjęcie Deedee w czapie krasnoludziej. Czapa oczywiście spodobała się sąsiadce, więc mam co robić i w dalszej perspektywie. Ja chcę już być na emeryturze!
    W sumie to ta notka powinna być na drugim blogu i chyba ją tam skopiuję. Muszę tam tchnąć trochę życia.
    Oczywiście przy okazji poszukiwania wzorów znowu trafiłam na szydełkowe i drutowe eldorado, tym razem na chomiku.

    W swoich linkach umieściłam w końcu kasię eire, którą od dawna podczytuję z niemałym zachwytem.

    chodziła już tylko na takie wywiadówki, jak wczoraj….
    Rozmarzyłam się.
    Zgaga przypomniała mi pewną historię :-) Swoją drogą to jestem ciekawa, czy czasem już o tym kiedyś nie napisałam?
    Należy zacząć od tego, że m to pedant. ZWŁASZCZA w sprawach motoryzacyjnych. W jego samochodzie można jeść z podłogi. A jak jedziemy do kogoś i nawet nie ma szans, żeby ktokolwiek spojrzał na jego samochód choćby przez okno, to i tak wizyta w myjni jest obowiązkowa („to tak, jakbym szedł z wizytą w brudnych butach”).
    No dobra. Z moim samochodem jest trochę gorzej, bo m nie ma tyle czasu, żeby i mój oblecieć. A ja nie mam takiego ciśnienia. Jeszcze latem to pogonię Dextera (albo sam chce, jak potrzebuje kasy), a teraz to… lepiej nie patrzeć za bardzo w stronę mojej „szczały”. Kotecki też nie pomagają – na dachu miliony odbitych ubłoconych łapek, czasem na przedniej szybie widzę taki błotny ślad dokumentujący caaały pośliiiiizzzg…
    Pewnego razu m wziął mój samochód i gdzieś tam lekko przydzwonił parkując – zdarł lekko farbę z tylnego zderzaka. No ale jakoś się nie składało i tak z tym jeździłam. Aż pewnego razu sama też gdzieś przydzwoniłam, tymże samym zderzakiem i było już wgniecenie. Akurat m był w delegacji, więc postanowiłam załatwić szybko sprawę zamiast potem wysłuchiwać miesiącami.
    Pojechałam do lakiernika i jak to białogłowa mówię facetowi:
    -Trzeba polakierować tu i tu, ale TEGO nie ruszać.
    Chodziło o to, że otarcie poprzednie ma zostać nie ruszone. Facet pokiwał głową i nawet ze mną nie dyskutował, pewnie myślał,  że się przesłyszał. Oczywiście polakierował cały zderzak.
    Parę miesięcy później byłam świadkiem sceny, jak m idzie po coś do mojego bagażnika, przystanął jak wryty, a potem dobre pięć minut chodził, macał, oglądał ze wszystkich stron ten zderzak, obszedł nawet i obejrzał przedni :-D
    Bo jego uwadze nie ujdzie nic, a zwłaszcza rysa na furze. Lub jej brak.
    Faktem jest, że był pod wrażeniem mojej przebiegłości, kiedy już wszystkiego się dowiedział.

    Pół godziny wczoraj i śladu po świętach ni ma. Tak lubię.

    Wczorajsza wyprawa na lodowisko w połowie udana. Bo nie było tłumu, problemu z kaskiem itd.
    Za to kumpela po 15 minutach łyżwowania padła na kolana, tak nieszczęśliwie, że zrobiło jej się słabo i dalej Deedee jeździła już sama.

    Żeby nie było, że m nic nie robi – za moją małą zachętą pokupował składniki i wczoraj po powrocie z lodowiska czekała na nas jego słynna zupa słodko – kwaśna. Z rozpędu wyszła mu jeszcze micha sałatki z kurczakiem, ananasem, makaronem ryżowym, papryką, kukurydzą i grzybkami mun. Do tego dwie łyżki majonezu i reszta jogurtu nat. Piszę, żeby nie zapomnieć składników :-)
    A, jeszcze popełnił koktajl krewetkowy.

    Zaś środowy wieczór spędziliśmy we trójkę na tradycyjnym pijaństwie i nadzwyczaj fajnie nam się gadało. Oczywiście głównie obgadywaliśmy nn, ale też było sporo o życiu. W tle czekał na nas Max Payne na DVD, ale jakoś się nie doczekał… Pamiętam, że jeszcze tradycyjnie próbowaliśmy obejrzeć „Siekierezadę” o drugiej w nocy i tradycyjnie się nie udało :-) No ja nie wiem, m próbował z nami ten film obejrzeć już dziesiątki razy, za każdym razem nad ranem i po pijaku i wciąż się nie przekonał, że nie da rady. Ileż naszych gości było do tego przymuszanych – i co z tego, że obejrzeli, kiedy na drugi dzień nie pamiętali, że oglądali ;-) W każdym razie dla mnie czołówka tego filmu to sygnał, że impreza się kończy i można zalegnąć z ukochaną podusią w objęciach.

    Dziś za to wielka niespodzianka – zapowiedział się kumpel, dawno nie widziany. Ciekawe, co tam u niego słychać.

    Z nowej czapki pozostał mi ostatni rządek i będę ją dziś zszywać. Bardzo jestem ciekawa efektu. Zdjęcie obiecuję.

    A jutro na Kaszuby – zabieramy Deedee do kuzynek i z ich rodzicami będziemy pewnie gadać, pić, oglądać filmy… Zabiorę też wzory zazdrostek, bo K już dawno ma obiecaną firaneczkę do kuchni, niech sobie wybierze wzór.

    Strasznie rozrywkowe z nas człowieki.


    • RSS