batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 2.2011

    Przez chwilę miałam dylemat – po pieczołowitym nakremowaniu rąk maścią z witaminą A wzrok mój padł na jabłko, które właśnie zamierzałam schrupać, ale… zapomniałam umyć. Dałam radę, trzymałam za ogonek :-) Strasznie suchą skórę ten mróz generuje.

    Teraz o teatrze – POLECAM. Ubawiliśmy się wszyscy po pachy, w przedziale wiekowym 17 – 66 lat. Kiedy czekaliśmy na przedstawienie, oglądałam sobie zdjęcia aktorów i zaciekawił mnie jeden pan, o intrygujących oczach. Grał w tej sztuce, niestety miał najmniej barwną rolę. Za to na pierwszy plan zdecydowanie wybił się niejaki pan Gzyl, Grzegorz, który… no co ja mam napisać? To trzeba zobaczyć. W każdym razie będę na niego jeszcze polować… Podobały nam się stroje (suknia Karoliny Piechoty – mmmmmm…), scenografia (tzn. na scenie była sofa, krzesło i stolik, ale za to rolę tła pełnił ekran, na którym były wyświetlane animacje komputerowe), świetna część, w której tańczyli wszyscy aktorzy do piosenki Kylie Minogue (oczu nie mogłam oderwać od policjantki – czyżbym jednak była bi?) no i brawurowy monolog pana Gzyla na koniec.
    Jeszcze dziś śmieję się sama do siebie, jak sobie przypomnę „bum bum, palancie!” :-D
    Obiektywnie to myślę, że gdybym to oglądała w telewizji, może nie byłoby to takie zabawne. Wspaniałe jest za to obserwowanie żywych osób, które robią wszystko, co potrafią, aby cię zabawić przez półtorej godziny. Wyobrażam sobie czasem, jak sama bym to próbowała zagrać, a jak świetnie to wychodzi tym przede mną :-)
    Ręce mnie bolały od klaskania.

    Mam jeszcze wielką chęć napisać coś o uczeniu się języków, ale tego już nikt nie strawi, trzeci raz pod rząd.

    :-)

    Uczę się zajadle… Ciężko tak się uczyć, bez sprawdzenia, czy dobrze, ale mam plan. Najpierw wszystko, co dostępne w sieci, potem kupię sobie słownik i jakiś kurs na płytach, żeby się nauczyć rozumieć, co do mnie mówią. Potem, jeśli wystarczy zapału, może zapiszę się jeszcze na kurs, ale już dla zaawansowanych albo indywidualnie, żeby nie tracić czasu na to, co już wiem i umiem. Trzeba przyznać, że chociaż podobno jest to jeden z najłatwiejszych języków, to nie jest łatwo zapamiętać tylu nowych słów, które nie są dla mnie podobne do niczego (czyt. – do angielskich). Najbardziej przeraża mnie ta odmiana czasowników – przez czasy, osoby, nawet czasowniki zwrotne mają swoją odmianę… To tak, jakby w polskim było:
    ubieram się
    ubierasz siem
    ubiera sie
    ubieramy siesiem
    ubieracie siesio
    ubierają siesi
    Nieźle, co?
    Ale z drugiej strony – wiele słów już znam, najczęściej z piosenek – uczę się słowa, a za chwilę łapię się, że nucę piosenkę z tym słowem – na przykład cuando („tell me cuando, cuando, cuando”) albo vamos („vamos a la playa lalalala”)
    Dżizas (a raczej Hesus ;-)) jak ja się lubię uczyć języków!
    Jeszcze wczoraj wieczorem przeszukałam telewizję i znalazłam bardzo fajny hiszpański kanał, gdzie są ciekawe programy, a do tego niektóre z napisami dla niesłyszących. Okazało się, że już sporo słów znam. Niestety, jak zawsze, szwankuje u mnie zrozumienie języka mówionego…
    A jakby ktoś chciał wiedzieć, to jest świetna strona do nauki angielskiego, niemieckiego i hiszpańskiego, gdzie jest rewelacyjny programik do nauki słówek – w taki sposób nauczę się stu słów na tydzień. A podobno wystarczy 600, żeby się porozumiewać.
    Ale ja nie chcę się porozumiewać, ja chcę się kłócić po hiszpańsku, więc jeszcze daleka droga przede mną. Chcę być jak Penelope Cruz w „Vicky Cristina Barcelona” ;-)

    Dobra, wystarczy na ten temat.
    Dzisiaj w końcu nadszedł ten dzień – idziemy do teatru. Nie mogłam się już doczekać. Kumpela za to wyjeżdża do swojego Norwega, na dwa tygodnie – ależ jej zazdroszczę. Nie Norwega, ani wyjazdu, tylko tego, że dwa tygodnie będzie schowana przed wszelkimi problemami, może siedzieć w domu, czytać, uczyć się, szydełkować (tutaj akurat wstawiłam na jej miejsce siebie, bo ona to tylko będzie czytać i może trochę się pouczy angielskiego). Nikt jej nie będzie dupy zawracał, choćby chciał. I do tego jeszcze stan szczęśliwości związany z zakochaniem. No bajka po prostu.

    Tak straszyli tym mrozem, a okazuje się, że to wczoraj było najgorzej – jak jechałam rano do pracy, to termometr w samochodzie pokazywał -24,5; za to dzisiaj marne -19, phi. Musiałam otworzyć okno :-)

    Przyszedł też pierwszy rachunek za gazzzzzz…. Za dziesięć dni 318 zł, hm.

    Co do mojego permamentnego odchudzania – wczoraj myślałam, że dostanę szału, jeśli nie zjem czegoś tłustego i czegoś czekoladowego. To pewnie przez temperaturę na zewnątrz. W efekcie, chociaż miałam ugotowaną zupkę jarzynową na kurczaku i zjadłam jej dwie miski, to i tak zmieściłam w siebie kawałek golonki, a na deser budyń czekoladowy (oba dania były błe, więc już mi przeszło – golonka gotowa, w folii, z dziwnymi przyprawami, a budyń taki ekspresowy, gorący kubek)
    I tyle w kwestii odchudzania, kurtyna, gracias.

    Na sobotę zostaliśmy zaproszeni do znajomych, w ramach karnawału. Nawet mam ochotę. Tylko z kolei m się zaparł, że jeśli będą tam pewne dwie osoby, to nie idziemy. Aż tak bardzo mi się nie chce, żebym nalegała ;-) Zresztą niedzielne baseny skutecznie mnie zniechęcają do balowania w soboty.

    Nadal trwa masakra zwana „nauczaniem Dextera matematyki” – w poniedziałek o mało się nie pozabijali (ojciec z synem). Dexter robił wszystko, żeby wyprowadzić m z równowagi, a kto zna m, to wie, że nie jest to trudne (to i tak duży eufemizm, poziom cierpliwości m wynosi jakieś minus 22). Dzisiaj po teatrze odstawiamy Dextera do mojej siostry, na dalszą naukę, trzydniową.
    Za to ja nadal morduję Deedee ćwiczeniem ortografii, co już nie jest aż taką masakrą. Dobre, jeszcze nie zepsute dziecko, które robi to, co trzeba.
    Udało mi się w końcu wypożyczyć „Feniks i dywan”, więc po „Basi” będziemy kontynuować przygodę z Piaskoludkiem. Jeszcze tylko bardzo bym chciała dorwać gdzieś „Pożyczalskich” – pamiętam, że bardzo mi się podobało, więc chętnie też przeczytam z Deedee.
    A co do filmów – świetny film widziałam – „Parnassus”. Genialny. A, oglądałam też dobry, polski film, co już naprawdę mnie zszokowało – nazywał się „Hel”. I jeszcze niezłą komedię romantyczną z Catherine Z-J, ale nie pamiętam tytułu.

    Idę wkuwać słówka. No i trochę popracuję ;-)

    number one – Dexter w XVIIwiecznym image, jeszcze przed obcięciem włosów

    i number tu – Deedee – w stroju na bal karnawałowy, niestety, nie docenionym przez jury

    na porę pisania notki :-)

    Oznacza to, że piszę z domu. Wyjątkowo. Ale jakoś tak fajnie, że karta sieciowa mi się jednak nie rozkraczyła i że nadal mam net w swoim kompie.
    Ale weszłam tylko po to, żeby powiedziec, że w najbliższym czasie mogę zaglądac rzadziej, bo właśnie dzisiaj naszło mnie na realizację swojego skrytego marzenia – naukę języka…  jakiego?
    ahora, cuando, ella es mi amigo…
    Lubię się uczyc języków. I nie wiem, czemu tak mało umiem do dziś. Gupia ze mnie ciotka. Gdybym w czasach młodości chciała się uczyc jakiegoś języka, rodzice umożliwiliby mi to bez żadnego ale. A skorzystałam tylko z ich pomocy, żeby uczyc się angielskiego; a i tak nie zdałam na filologię. A mogłam pójśc i powiedziec: od dzisiaj chcę się uczyc francuskiego / hiszpańskiego / niemieckiego i też by mi pomogli. Teraz budzę się po czterdziestce i dziubię z o wiele większymi trudnościami, bo głowa już nie ta.
    Na razie trafiłam bardzo sympatyczną stronkę, z której uczę się podstaw. Podpieram się książką, która została z czasów, kiedy m uczył się na studiach (i zapamiętał tylko „esta papa en casa?”) Potem sobie kupię jakiś kurs na płytach. A potem pojadę TAM. I będę cwiczyc :-) na plaży.

    Z wielkim trudem wyciągnęłam m na tę sobotnią wyprawę, po czym już w drodze okazało się, że każdy ma inne oczekiwania co do celu wyprawy. Babcia uznała za jasne, że skoro ją wieziemy w tę, to i zabierzemy z powrotem (z sobotniego kursu komputerowego dla opornych senoorów). Ja myślałam, że skoro wychodzimy o 11.30, to o 15.30 dawno już będziemy w domu. M w ogóle się wypiął, że żadnych ciuchów w ten weekend kupować nie będzie (z powodu jednego i prozaicznego), ale w związku z tym mogliśmy wyjść z domu spokojnie o dwie godziny później. Z trzeciej strony – w planach było zahaczenie o bank i o teatr, żeby wykupić zarezerwowane bilety, więc późniejsza godzina odpadała, bo banki przecież w sobotę itd…
    Jeden bank – zamknięty. Drugi – zamknięty. Teatr – od 14.00. Nosz k…
    W końcu góra Gradowa. Parking. Drogowskazy. Wystawa „Człowiek i pocisk” OK – idziemy oglądać. Zimno, piździ, ale przynajmniej słońce wyszło. Spacerek. Godzinka. Zaczynamy szukać tego budyneczku z wystawą „Niebo piekło energia czy cośtam”. Obeszliśmy wszystko jeszcze raz. Obeszliśmy wszystko znowu, w kółeczko, jak wskazują drogowskazy. Przy czwartym kółeczku m wyciągnął z zamkniętego biura wystawy za wszarz ochroniarza, który oczywiście „nie był stąd i nic nie wiedział”. Inni ludzie z dzieciakami się zjeżdżają i pytają nas, gdzie to może być. Gdyby nie to, że mieliśmy nadmiar czasu, to już bym dostała histerii i wróciła do domu.
    W końcu ktoś tam coś mniej więcej wiedział, poprawiliśmy kondycję hotdogami i kawą na stacji i podjechaliśmy samochodem na drugą stronę tej piekielnej góry, zaparkowaliśmy na dziko, przedarliśmy się tyłami sądu i więzienia i już byliśmy na miejscu. Samo wejście też wyglądało jakby tylko było tylnym ewakuacyjnym, ale akurat ktoś wychodził, więc udało nam się wejść, uiścić wstęp i rozpocząć zwiedzanie. Sama wystawa – rewelacja, będziemy tam ciągnąć wszystkich gości, którzy zjawią się u nas z dziećmi (bez dzieci jakoś tak głupio…) Pusto, więc można sobie spokojnie wszystko obejrzeć, pomacać, włączyć. M na początku był trochę nastroszony, jak to on, ale jak się rozkręcił, to trzy razy nas ciągnął do silników i magnesów, żeby nam wytłumaczyć, jak to działa i skąd ten prąd. Nawet pojęłam zasadę działania elektrowni jądrowej (oczywiście nie na długo, nie ma obawy, za tydzień będzie można mnie o to już nie pytać).
    W sumie babcia się jeszcze naczekała na nas po kursie, bo było tak fajnie, że nie chciało się stamtąd wychodzić.
    Zdjęcia mam.

    Po szybkiej konsumpcji krupniku walnęłam się na półgodzinną drzemkę, a potem poszliśmy do sąsiadki, na pyszne capuccino z termomixa. Miała też słodkie bułeczki świeżo pieczone, miała i wiśnióweczkę, więc jak się wiśnióweczka skończyła, to poszliśmy do nas, bo mieliśmy rum. Niby chcieliśmy oglądać jakiś film, ale w końcu m zapuścił laptopa i znajdował stare dobre kawałki – puszczał nam Yazoo, Ultravox, Alphaville (ich najnowsza piosenka – super). I jakoś tak się fajnie zrobiło :-) że rozstaliśmy się o… 2.20. Wytańczyliśmy się, pośmieliśmy, nawet teściowa trochę z nami poskakała :-D Deedee z J. w tym czasie przeszli kilka misji Starcrafta, w końcu Deedee padła, a J czekał, aż jego mama się z nami wyszaleje. Fajnie było.
    Kumpela w ten weekend nas nie odwiedziła, bo po ostatnich baletach zrobiła sobie szlaban na chlanie. Siedziała w domu i miała się uczyć angielskiego oraz polenić na kanapie. Co jej z tego wyszło, jeszcze nie wiem, bo nie było czasu na ploteczki.

    W niedzielę otworzyłam kaprawą powiekę o 10 i zapowiedziałam, że mam wyjazd na basen w głębokim poważaniu. Tym bardziej, że zaprosiłam na obiad siostrę i szwagra. Okazało się, że m jest gotów pojechać z Deedee, niestety przechadzka po górze Gradowej wykończyła i ją – zakatarzyła się potężnie. No i dobrze. Na obiad była kaczka (chyba zostanę jednak wegetarianką, nie mogę patrzeć na te flaki, szyjki, skórę – ble). Siostra przyjechała ze swoim obiadem, bo od wtorku jest na diecie, którą zadała jej dietetyczka. Dieta jest o tyle specjalna, że chodzi o opanowanie szalejącego poziomu cukru u mojej siostry (a jest na insulinie) no i pozbycie się nadwagi. Więc nie było żadnej obrazy, że my tu obiad, a ona nie je. Szwagier natomiast bardzo się cieszył, że więcej dla niego :-)

    Dexter poszedł do fryzjera i jestem w szoku, jakiego mam przystojnego syna. O dziwo, odmłodniał również o jakieś 3 lata. Łatwiej mi go teraz ustawiać do pionu ;-) niż takiego starego dziada – bojówki obwisłe, bluza z kapturem i do tego na szczycie tych 183 centymetrów wiszące kłaki a spod nich spojrzenie próbujące mnie zabić. Możecie sobie spróbować wyobrazić, jak komicznie mogą wyglądać nasze dyskusje wychowawcze, gdy ja jestem od niego niższa o prawie 30 cm. Dobrze, że przynajmniej mam to swoje słynne mrożące krew w żyłach spojrzenie, którego boi się każdy.

    Za to walentynki upłynęły nam na procesach wychowawczych – m katował Dextera matematyką i sprawdzaniem zeszytów (kontynuuje dzieło mojej siostry z zeszłego tygodnia), a ja tłumaczyłam Deedee, dlaczego nie należy spędzać całego dnia przy komputerze, potem telewizorze, a następnie na patrzeniu, jak brat gra. Zaczyna mnie to doprowadzać do szału. Fakt, była chora, ale to nie znaczy, że dzień ma tak wyglądać. Potem trochę mi było głupio, bo pokazała mi zeszyt, w którym pracowicie wklejała zdjęcia aktorów i zwierzątek… Odrobiła też poniedziałkowe lekcje. Jeszcze kazałam jej sprzątnąć burdelik na biurku i pod nim. Ale za to potem długo jej czytałam „Awanturę o Basię”, bo obie się świetnie przy tym bawimy. A swoją drogą to dopiero jak się czyta na głos, to się widzi różnicę miedzy pisarzami zeszłego wieku, a obecnymi. Makuszyński stosuje tak kwieciste opisy, że czasem mi tchu brakuje w połowie zdania i zapominamy, o czym w ogóle mowa. Jeszcze do tego słowa, których Deedee nie zna i trzeba się nad nimi zatrzymywać…

    Uwieńczeniem wczorajszego dnia była lekka awanturka między mną a szanownym małżonkiem o święta wielkanocne, które on już zaplanował i to z wielkim rozmachem, ale już ani nie mam czasu ani chęci się o tym rozpisywać. Walentynki, rwał jego nać.

    A jutro

    2 komentarzy

    Wybieramy się z Deedee i sąsiedzkim synkiem (który pewnie jeszcze nie raz wystąpi, więc nazwijmy go J.) do Centrum Hewelianum. J już tam był, a Deedee zostanie dziś wieczorem  przygotowana teoretycznie. Przypuszczam, że m położy szczególny nacisk na stronę amunicyjno – fortyfikacyjną, ja zaś postaram się w swoim skromnym procencie przekazać coś o gwiazdach (ale co ja tam wiem…)
    A na stronce Centrum są dwie fajne gry edukacyjne – o drzewach i owadach. No właśnie, wczoraj Deedee poprosiła o kupienie jakiegoś pisemka na P, w którym jest dużo o zwierzętach – może to jest kierunek, który ją pociągnie? Co prawda, właśnie nam się wykształciła w rodzinie pierwsza pani weterynarz, ale nie mamy jeszcze zoologa (ani treserki lwów).

    Gdyby coś takiego jak Hewelianum było, kiedy Dexter miał 7 lat, ech… Wtedy przechodził okres „szału astronomicznego” – układ słoneczny nie miał dla niego tajemnic. Ale wtedy to szczytem szczytów było zdobycie plakatu na ścianę z układem słonecznym, albo plastikowy teleskop z Auchan, przez który nic nie było widać.

    Zamierzam również wykupić swoją rezerwację do teatru – nadal 10 chętnych, więc może jakąś zniżkę dostaniemy?

    Zrobię również drugie podejście do sklepu, w którym m kupuje sobie ciuchy – tydzień temu było już zamknięte.

    A dzisiaj w naszym ogródku dokonuje się dewastacja – wykopują zbiornik na gaz, który dziewięć lat temu wkopaliśmy, żeby nie straszył swoim widokiem i żeby było estetycznie. No, to teraz będziemy mieli niezwykle estetyczną dziurę 4,5m2, oczywiście akurat na szlaku drewno – taras – obstawiam, że teściowa pierwsza będzie ofiarą.
    Swoją drogą, to moja teściowa ma niezwykłą zdolność – w „Nemo” była o tym mowa – pamięć krótkotrwałą czy coś w tym rodzaju. A raczej jej brak. Objawia się to tak, że wchodzi do schowka pod schodami, schyla się nisko, żeby nie walnąć głową, bierze np. odkurzacz lub mopa i… wyprostowuje się, nabijając sobie guza. A mieszkamy już prawie 8 lat w tym domu. Po prostu zapamiętać coś i wykonać inną czynność, równocześnie zapominając o tym czymś – to jest kwintesencja mojej teściowej :-)
    Przy czym chodzi o takie bardziej błahe sprawy. Bo o ważniejszych pamięta, choćby nie wiem co.

    Poza tym m zadał sobie chwilę trudu i zaoszczędził dla nas 770 zł, bo taka jest różnica między wykopaniem i zabraniem zbiornika przez Gaspol, a wynajęciem kogoś innego.

    Jedna z najlepszych wiadomości w tym roku:

    Znajome małżeństwo jest w ciąży! Termin 12 lipca. Nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie to, że są między 35 a 40 lat i od paru lat starali się, ale nic z tego nie wychodziło, ona się leczyła (co zaowocowało dodatkowymi kilogramami). W zeszłym roku dali sobie spokój – tak mówili – ale jednak nie, bo mieli in vitro. Nic to nie dało, a potem zaskoczyli nagle sami :-)))

    A więc jest zawsze jakaś nadzieja.

    Poziomica

    1 komentarz

    Bardzo spodobało mi się określenie szpillki „poziomica”
    Otóż wczoraj ja musiałam wyciągnąć swoją.
    Po krótkim okresie poprawnego chodzenia na lekcje znowu zaczęły się pojedyncze godzinki nieobecne, spóźnionka, a wczoraj zadzwonił do mnie po trzeciej lekcji i zapytal, czy z powodu rewolucji żołądkowej może się udać w stronę domu. Pozwoliłam, bo co miałam zrobić. Ale potem zajrzałam do dziennika elektronicznego, wydrukowałam co trzeba, wypisałam w punktach sprawy wymagające wyjaśnienia i po powrocie do domu zaczęło się. Z rozmową czekałam na m, bo co się będzie potem chłop dopytywał „ale o co chodzi”. Komputer zahasłowałam od razu. No i oczywiście obraza, bieg po fajki i colę do sklepiku (na złość mamie odmrożę sobie uszy) oraz zdążył jeszcze na GG napisać sobie opis „moi starzy mogą pocałować mnie w dupę”. OK. Zobaczymy, kto kogo będzie potrzebował pierwszy.
    Na razie pozbyłam się go z domu na dwa dni, pojechał do cioci uczyć się matmy. Wróci w piątek i nie pójdzie na urodziny, na które został zaproszony (z własnej woli zdecydował), bo po co ma iść, skoro nawet jednego piwa nie wolno mu wypić? Pewnie, powinnam go jeszcze po główce pogłaskać i pościelić mu łóżeczko.

    Po pięciu miesiącach udało mi się wreszcie odebrać zdjęcia z Francji, z wyjazdu Deedee. Ładne.

    No i w końcu wiemy, że Camille przyjeżdża do nas już na pewno, ma kupiony bilet, przyleci w połowie czerwca. A już 25 czerwca pojadą z Deedee na kolonie. Znowu fajne wakacje się zapowiadają.

    Nasza Praga też już zarezerwowana, wynajęliśmy sobie w czwórkę apartament na 8 osób, w salonie kominek – może się przydać, bo to druga połowa kwietnia.

    Skończyłam w weekend „Służące” – do końca nie mogłam się oderwać, nawet posłowie przeczytałam uważnie, a to wyjątek, jeśli o mnie chodzi :-) Zaczęłam z kolei pożyczone z biblioteki „Oczy smoka” Kinga (a na półkach pełno własnych książek, wciąż nietkniętych…). Za fantasy nie przepadam, ale jak zwykle w przypadku Mistrza – nawet gdyby napisał książkę telefoniczną, to przeczytałabym ją z zapartym tchem.
    Dexter pożyczył sobie kolejną część serii „Oko jelenia”.
    m kończy ostatniego Pratchetta, jakiego nasza miejska biblioteka ma do zaoferowania.
    Deedee za to wczoraj ze smutkiem w głosie opowiadała, jak to pani z ich szkolnej biblioteki chwaliła jej koleżankę (tę, co to zawsze jest pierwsza we wszystkim – oprócz ostatniego konkursu ortograficznego :-)) za wypożyczanie i czytanie książek grubych, przeznaczonych dla 12-14 latek. No nie wiem…
    Wspięłam się na wyżyny swojego talentu pedagogicznego, żeby jej uświadomić, jak bardzo wartościowe i odpowiednie jest to, co ona czyta i podpowiedziałam, jak się lepiej lansować w szkole.
    Cały problem, nazwany w skrócie „zawsze druga” polega na tym, że tamta jest bardzo przebojowa, głośna i żywa, więc chcąc nie chcąc zwraca na siebie uwagę. Plecie bez przerwy i o wszystkim, a najczęściej o sobie, przekazując innym w ten sposób moc wiadomości o sobie. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że jest rzeczywiście bardzo ładna, zdolna w wielu dziedzinach – śpiewa, wysportowana, wszystko zapamiętuje w mig.
    ALE Deedee też niczego nie brakuje, tyle, że nie pcha się na pierwszy plan. Nawet gdyby chciała, to przy nadpobudliwej Z. nie ma szans, żeby się dopchać.

    Tylko cały czas się zastanawiam, czy to normalne, żeby 9latka czytała Musierowicz i Siesicką????? Czy to z moją córką jest coś nie tak, że nadal uwielbia Martynkę i komiksy z Kaczorem Donaldem?

    W piątek dziewczyny wyciągnęły mnie do kina. Miałam okazję zaobserwować pewne zjawisko socjologiczne, zwane „babski wieczór” w knajpie. Jeżeli to tak wygląda, to ja stanowczo wolę swoje „domówki”. Matko jedyna. Dziesięć bab w wieku 35-45, kilka pijanych w sztok (a była godzina 18.30), drących r… na cały regulator, wieszających się na facetach siedzących przy stolikach obok lub przechodzących do toalety. Mój bosz…
    A co do filmu – hm. Za moją namową i po obejrzeniu zwiastuna dziewczyny przebukowały z „Och Karol” na „Jak się pozbyć…”
    Nie wiem, ale był to chyba błąd. Bardzo chciałam ten film zobaczyć i niestety był taki sobie. Rewelacyjna była Dominika Kluźniak – zapamiętałam nazwisko, więc naprawdę była dobra – świetny talent komediowy. Jej przyjaciółka – sztywna, Boczarska jak zwykle mnie nie zachwyca. Może dlatego, że nie jest w moim typie. Tak jak Zellweger. Gdyby to była komedia, konsekwentnie do końca, to byłoby całkiem całkiem. Niestety, nagle zrobił się z tego horror w żenującym stylu. Wcześniej oglądałam filmiki z premiery i zażartowałam, że Kot miał minę, jakby się wstydził, że w tym wystąpił. Miałam rację, jak się okazało. Jego rola była najsłabsza.
    Uśmiałam się trochę na początku, bardzo w trakcie sceny rozkopywania grobu, potem już tylko można było się lekko uśmiechać. A, raz popłakałam się ze śmiechu – jak w tym grobie zapadła cisza, a ktoś w rzędzie przed nami kichnął. Kumpela wyskoczyła w powietrze :-D
    Na dłuższy czas znowu dam sobie spokój z polskimi komediami. Szkoda pieniędzy, tym bardziej, że i tak wkrótce będą na TVN.


    • RSS