batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 3.2011

    Jeżeli odmieniając z Deedee „to be” zamiast „he is” mówię „el es” to chyba już przesadziłam? Ale jeszcze nie mam dosyć. Nie mogę się już doczekać czasu przeszłego i najlepiej od razu przyszłego. W pracy rano rozwiązuję ćwiczenia, po pracy siadam do komp i przerabiam kurs. Wieczorem przed spaniem książka (po polsku, bez przesady), ale przedtem powtórka słówek.
    Dziś rano buzi buzi i m pojechał na koncert, wróci w niedzielę (nie, to nie jest taki długi koncert). Dexter dołączy do niego jutro po lekcjach i odwiedzi swoją G na tym jej końcu świata. W domu zostaje babcia, Deedee, ja i oczywiście D. – powiedziałam, żeby wzięła laptopa i będziemy się uczyć równolegle. Pojedziemy też z Deedee do kina, odwiedzimy moją mamę i zawieziemy jej krupnik z klopsikami z indka (nasz piątkowy obiad). Na razie realizujemy nasz plan odchudzonych obiadków, dzieci jakoś się godzą, m na razie się nie poddaje, ciągle a to paróweczki, a to kiełbaska smażona, a to resztka gulaszu się znajdzie. Wczoraj robiłam zakupy i nie kupiłam w ogóle masła. Oj, będzie bal. Chleb pszenny też zniknął z domu, biały ryż oraz zwykły makaron razem z nim.
    Po co tylko kupowałam ten worek ziemniaków ostatnio?
    Mało tego, mam wrażenie, że jak tak dalej się zaweżmiemy, to Deedee i m nauczą się gotować – jej co chwilę chce się coś słodkiego, więć wymyśla jakieś wafle z kajmakiem, a m na razie studiuje uważnie kartki z kalendarza i prawie wszystkie przepisy mu się podobają. Mówi, że będzie to robił. A niech robi. Może zobaczy, co to za syzyfowa praca. robisz, robisz, a wszystko znika w 5 minut. Chyba, że niedobre (czyli zbyt zielone) – to wtedy sama to wcinasz przez tydzień.
    Koty w nocy rozprawiły się z ostatnim kawałkiem masłą, który przez pomyłkę został na lodówce.
    Wczoraj niechcący i z rozpaczy (długa historia) zapuściłam antywirusa i w ten sposób zostałam odłączona od ulubionego zajęcia na całe popołudnie. Korzyści były w postaci wysprzątania dwóch szuflad z pomocami szkolnymi Deedee.
    A wieczorem dalej rozpaczliwie próbujemy obejrzeć serial o miłości na wojnie polskoruskiej. Ale coraz oporniej mi idzie, bo dłużyzny i nic zaskakującego. Od trzech odcinków wiadomo, że ten blondasek źle skończy z tą mąką a baby go zgubią, a potem się wszystko szczęśliwie skończy. Ta jego aktoreczka – cały czas tylko ciągnęła kasę, a teraz go nagle strasznie kocha i ratuje. Kupy to się nie trzyma. Chyba, że ja nieuważnie oglądam. Ale wczoraj m trafnie podsumował w trakcie jednej z najbardziej dynamicznych scen (czyli 3 jeźdźców gdzieś gna konno, nie wiadomo kto i po co ani dokąd): „konikiem patataj w jedną, konikiem patataj w drugą i pół odcinka zleci”
    :-)

    Zupełnie z marszu podjęłam wczoraj decyzję o wyjeździe na zakupy po pracy. Dexter wracał do domu samodzielnie, bo miał pierwszą wizytę u dietetyczki (endkorynolog go skierowała, z zaleceniem diety Montignaca). Z tego, co mu pani dietetyczka powiedziała, to jest to dokładnie to samo, co wszyscy mówią i co ja robiłam trzy lata temu – jeść mniej i częściej, co 3 – 4 godz., głównie ryby drób, makarony jak już to pełnoziarniste, żadnych gazowanych napojów itd itp.
    Wczoraj synek się przejął. Ciekawe, czy dzisiaj mu nie przejdzie. Ja na razie sama sobie wprowadziłam pewne zakazy, bo do Pragi chciałabym zawieźć 5 kg obywatela mniej, jeden kg już zniknął.
    Ale miało być o zakupach. Dostałam od m cynk, że w jednym takim sklepie są tanie dyski przenośne. A przedtem dostałam od niego kartę na 20 zł rabatu do takiego innego ciuchowego sklepu. A że obydwa sklepy są na Matarni, to to już jest jakiś powód, żeby tam jechać, prawda? :-)
    Wzięłam kumpelę i pojechałyśmy. Ja nie wiem, co ja zrobię, jak ona się wyprowadzi (a propos, jeśli tu zagląda, to witammmmm…) – kto mi tak ciuchy będzie wynajdywał? Tylko dzięki jej poświęceniu wróciłam z 4 sztukami nowej odzieży do domu; i to wróciłam już o 19 a nie o 22; nie wcurwiona, a zadowolona.
    Ja za to zainstalowałam jej program do angielskiego, który jej bardzo podpasował, o 22 dostałam smsa, że przerobiła 4 lekcje :-)

    Obejrzałam „Doriana Greya” – taki sobie.

    Wieczór upłynął na walce z materią nieożywioną – nie ma tak, że sobie kupisz dysk zewn, podłączysz, skopiujesz co trzeba i już. O nie, najpierw dysk udaje, że jest, potem zamula się, reset. Dysk odmawia współpracy od razu, reset. Dysk na Viście u synka rusza jak strzała. U mnie znowu nie – reset. Myszka i klawiatura odmawiają współpracy – reset reset (tak, dwa razy). W końcu inne gniazdo USB godzi się na moje warunki i z westchnieniem pozwala na użycie dysku i skopiowanie zdjęć. Jest godz. 21.30. Rok 2007 i 2008 kopiują się 40 minut – w międzyczasie chcę pouczyć się hiszpańskiego, klawiatura odmawia znowu współpracy, więc wbijam zęby w tynk i idę umyć włosy, przebrać się, poczytać książkę…

    A to był dopiero poniedziałek.

    Równolegle toczy się wątek spraw żołądkowych mamy, w piątek spałam u niej.

    Deedee stęskniona za mną. Muszę zwolnić.

    u kasi eire, ale i tak mam jeszcze parę innych przemyśleń :-)
    Uczę się, kasiu, hiszpańskiego.
    A jeśli chodzi o Murakamiego, to ja zaczęłam (przypadkiem) od „Kroniki ptaka nakręcacza” i pomimo rozmiarów tomiszcza bawiłam się świetnie (chociaż jego książki akurat wcale nie są zabawne, no może czasem…) i bardzo się martwiłam widząc, że tak szybko się czyta.
    Potem było „Na południe od granicy, na zachód od słońca” i chyba coś jeszcze, ale nie wciągnęły mnie za bardzo. Za to teraz jestem zachwycona zbiorem opowiadań „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta”. I myślę, że równie dobrze można od tego zacząć. Wczoraj wieczorem przeczytałam opowiadanie o matce surfera – Ś W I E T N E.
    Bardzo chciałabym dorwać „Norwegian wood”.

    Moja mama w ramach przygotowań do szpitala wczoraj wyczyściła na mokro wszystkie dywany, poprała obrusy i swetry, potem te szmaty od dywanu. Bo odkurzacz jakoś jej nie kręci. Jak tak dalej pójdzie, to jutro nie będzie już po co jechać do Gdyni, bo okna i firany załatwi dzisiaj sama :-) Nie ma na nią siły. Zresztą zawsze tak było, jak wyjeżdżaliśmy nawet na 2 dni, to wszystko musiało lśnić.

    Odnośnie fijoła lingwistycznego, to wczoraj wgrałam sobie na komórkę intensywny kurs „zanurzeniowy” do słuchania w samochodzie. Będę sobie słuchać w podróży do Czech ;-) i w każdej innej wolnej chwili…

    Byłam na Woody Allenie w sobotę (tzn. na jego filmie, proszę mnie nie posądzać o takie rzeczy) – może być, ale bez wodotrysków. Bardzo w jego stylu. Scena rozmowy Naomi Watts z Banderasem – perełka.
    W niedzielę z nerwów wysprzątałam parter domu, bo były problemy z mamą, pogotowie itp. W piątek idzie do szpitala.

    Co dzień wracam z pracy, jem obiad, czasem zrobię coś na jutro, albo nie. Włączam komputer (czy to nie jest aby szkodliwe – 8 godzin w pracy i potem znowu do wieczora?) i zaczynam się uczyć. Nauka języków zawsze sprawiała mi przyjemność – mam sporą satysfakcję z tego, że zapamiętuję w lot nowe słowa, że robię bezbłędnie ćwiczenia, że rozumiem jakieś długie zdanie. Oczywiście mam też dzieci – śmieci – koty i niedopieszczoną teściową (akurat ją to już dawno przyzwyczaiłam, że nie jestem zbyt rozmowna, więc o dupie Maryni nie pogadamy, a i Małysza razem nie pooglądamy, ani Brzyduli). Co chwilę odrywa mnie „co jutro zrobić na obiad” „mamo, czy mogę zadzwonić do J/N/M/M/Z żeby przyszedł/przyszła do mnie”, więc trzeba zlustrować wygląd córki, jej pokoju (czy posprzątany), czy lekcje odrobione, co jest w zamrażarce, wymyśleć menu na święta lub też piątkową kolację, bo goście, zaplanować zakupy, spisać je i potem wysłać do m. A tu sąsiadka dzwoni, że potrzebuje marchewkę, przychodzi po marchewkę i zostaje na herbacie, trzeba pogadać o d M, ale czasu nie marnuję, bo siedząc z nią obrębiam szydełkiem obręcze. W końcu włosy Deedee umyte, kanapki do szkoły zrobione, książka z córka przeczytana i tadam! jest 21.30 i można znowu usiąść do komputera i się pouczyć. Wczoraj do 22.30, bo m nie było, a rano nie musiałam się zrywać, bo wiozłam dzieci i babcię do alergolog na 9.00. Kładę się spać, a po głowie fruwają mi słówka i zwroty… Przed snem jeszcze dla odprężenia trochę Murakamiego (nie wiem, co w nim takiego jest, że mnie tak wciąga – opowiadania bez konkretnych zakończeń, treść wydumana, filozoficzne wywody, a oderwać się nie mogę).

    Nasi piątkowi goście jednak się wykruszyli – mąż kuzynki dostał pod choinkę kask, potem kupił sobie motor, a wczoraj go ktoś rozjechał. Noga złamana. Wygląda na to, że m zabierze Deedee i ich córki na Calineczkę na lodzie w piątek, a potem je po prostu odwiezie z powrotem do domu. A zresztą co ja tam wiem.

    Za to moja siostra wpadła na bardzo dobry pomysł, że jak odstawi mamę do szpitala, to mogłybyśmy poprać firany i umyć okna, bo tak to mama oczywiście nie chce o niczym słyszeć, a potem nagle sama się bierze, w końcu spadnie z tej drabinki i będziemy dopiero miały bal.

    Nie mogę się doczekac Pragi.

    M za to załatwia sprzątanie i catering świąteczny, bo zaprosił sobie kilkanaście osób na święta, beztrosko nie zważając na to, że w Wielki Piątek wracamy z Pragi. Już ja go przeciągnę gołym tyłkiem po drucie kolczastym w tę Wielkanoc, odechce mu się gościowania.

    Nawet Wojciech Mann złapał katar.

    Źle sypiam ostatnio. Chyba za mało tlenu. Dzisiaj po kinie moglibyśmy pójść na spacer, ale przy tej temperaturze i deszczu…
    A na jutro mam zamarynowaną karkówkę i cycki, najwyżej m założy czapkę uszatkę i pójdzie grillować.

    Deedee po czterech dniach na antybiotyku nadal wczoraj wieczorem gorączkowała. Dexter kaszle jak gruźlik. Deedee zresztą też.
    E tam , idę poczytać, co u was.

    zdominowała wiadomość o gorylu – narcyzie z Teleexpresu. No nie mogę przestać się śmiać, jak sobie przypomnę, jak on chodzi po tej klatce z miną „ale jestem zajebisty” i ogląda swoje zdjęcie :-D

    Ale, ale, bardziej chodziło mi o zanotowanie, co mi się śniło (wiem, nie ma nic nudniejszego, ale w końcu piszę dla siebie, czytać nie trzeba). Otóż mam wrażenie (bo wiem, że to nie może być prawda), że całą noc śniły mi się różne sny, przerywane przebudzeniami. Niektóre mi się podobały, więc sobie śniłam dalszy ciąg (też tak macie, że się budzicie „o, jaki fajny sen, co było dalej?” i śnicie dalej ten sam sen?). Nie mam pojęcia, dlaczego przeważał temat facetów w kobiecych ubraniach – w jednym Robert Redford w kraciastej spódnicy, nawet nieźle wyglądał, chociaż nigdy nie był w moim typie. W innym – czarno – biały film (wyświetlany w małej szafeczce, podczas rozpalania sziszy przez ciocię Rog…, która już dawno nie żyje), gdzie fabuła i stroje jak najbardziej z lat 20 -30, a główny bohater – markiz – w sukience atłasowej a’la Pola Negri. Mało tego, kiedy się przebudzałam, słyszałam, że jednocześnie odmieniam w głowie hiszpańskie czasowniki – tak, jak podczas wyjątkowo nudnego kazania, którego miałam okazję słuchać w tę niedzielę.

    I jeszcze do tego kot mi spał w nogach, co mnie rozprasza nawet, kiedy śpię.

    A najważniejszym wydarzeniem wczorajszego dnia było zebranie dla rodziców z klasy Deedee, zwołane specjalnie poza kolejką. Od dwóch tygodni nie chciała skubana powiedzieć, o co chodzi. Tylko, że pani od angielskiego ma dla nas jakąś cudną niespodziankę.
    No.
    Okazało się, że jej klasa jest tak zdolna – tym razem językowo, że właśnie kończą podręcznik trzeciej klasy i chciałaby z nimi rozpocząć program czwartej klasy na podstawie podręczników oxfordzkich i zrealizować je do końca klasy szóstej. Niespodzianka polegała również na tym, że trzeba kupić te podręczniki ;-) ale 60 zł to znowuż nie taki majątek.
    Deedee ma to szczęście, że trafiła do nielicznej (14) a zdolnej klasy, jakiej jeszcze w tej szkole nie mieli. Na angielskim na przykład nauczycielka podsłuchała takie oto rozmowy po sprawdzianie:
    - No co ty, masz piątkę? – z nutką przerażenia w głosie, bo oni piszą te sprawdziany przeważnie na szóstkę.

    nie udało się, poległa na interpunkcji, której rzeczywiście nie ćwiczyłyśmy – myślałam, że jakoś to będzie. No i jest. Jakoś. ALE – gdyby nie interpunkcja, byłoby drugie miejsce, bo miała tylko dwa błędy (dziewczynka, która zajęła 1 miejsce, miała jeden błąd).
    Trudno, pójdziemy teraz w matematykę. No i wypracowania – w piątek zobaczyłam próbkę (na szczęście na brudno) jej wypracowania na temat „Co najbardziej podobało mi się w lekturze `Kajtkowe przygody`?” Oto odpowiedź Deedee:
    MI SIĘ najbardziej podobało……
    .
    .
    .
    Poza tym według niej wypracowanie to dwa, góra trzy zdania.

    Popracowałyśmy nad tym i jest wypracowanie dwuakapitowe. Na pierwszy rzut wystarczy.

    No i byłam wczoraj wreszcie na „King’s speech”. Rewelacja. Colin Firth jest aktualnie moim narzeczonym (copyright stardog). Ależ on ma figurę! A w tym mundurze marynarki…

    W sobotę za to była akcja pod tytułem „wymiana deski sedesowej u mamy”. Co wiąże się z różnymi sytuacjami stresowymi typu przymus zjedzenia obiadu zaraz natychmiast po przyjeździe, w tym wypadku o jedenastej. Ale deska wymieniona, już nie szczypie w tyłek przy wstawaniu.

    Popełniłam również danie a’la indyjskie – tzn. duży procent curry w curry. Pychota, kumpela zjadła prawie wszystko. Szybkie, łatwe i nietypowe, bo z jabłkiem i bananem, ale bardzo smakowało.
    Kumpela za to przywiozła na kolację krewetki i pożarliśmy je z masełkiem i czosnkiemmmmmmmmm

    Deedee była jak anioł przez weekend (zresztą prawie zawsze taka jest, tylko momentami trochę pyskata); jak się okazało, przyczyna tkwiła w rozwijającej się anginie – w nocy wysoka gorączka, a dzisiaj rano miała kontrolę u dermatologa, więc od razu dostała w bonusie diagnozę i receptę na antybiotyk (pani doktor to nasza znajoma).

    A co u was?

    o trzymanie dzisiaj kciuków – między 13 a 15.
    Deedee ortografuje powiatowo.

    uświadomiła mi dobitnie, że zapasy Pratchetta się wyczerpały. Ostatnie dwie książki, które wypożyczyłam, są dla dzieci oraz nastolatek. Ale nic nie powiem emowi, może się nie zorientuje :-) Zresztą, on teraz nie bedzie miał czasu na czytanie, bo obserwuje pogodynkę… a w wolnych chwilach nituje swoją nitownicą albo będzie sklejał swój żaglowiec. Zakupoholik mi się trafił. I gadżeciarz.

    Za to w kwestii „Pożyczalskich” nic nie drgnęło, bo w bibliotece mają tylko 3, 4 i 5 część. Pozostaje mi chyba allegro. Oczywiście teraz to już o niczym nie mogę myśleć, tylko hiszpański i Pożyczalscy. A jeszcze jak zobaczyłam na allegro tę okładkę, którą pmiętam z dzieciństwa, ze swojej własnej biblioteczki…

    Dzień kobiet u sąsiadki obchodziłyśmy ostrożnie, bo na szóstą było zebranie i wybory sołtysa. tzn ja nie szłam, tylko teściowa i sąsiadka, ale potem sobie plułam w brodę, bo okazało się, że kilkoma głosami wygrał z dotychczasowym sołtysem ktoś, kogo wstydzę się nawet wymienić. Po latach reprezentowania wsi przez człowieka inteligentnego i z wykształceniem wyższym przyszłą pora na pajaca w kapeluszu kowbojskim. Szlag mnie chyba trafi. Zastanawiam się nad unieważnieniem wyborów (jest nikła podstawa), ale znowu wyjdziemy na „miastowych, co nosa zadzierają” i jeszcze mi zaczną szyby wybijać czy cuś.

    m kupił sobie na dzień kobiet ”pogodynkę”, żeby być ze wszystkim na bieżąco – godzina, data, wilgotność powietrza itp. Zrobiłam mu karczemną awanturę (nie, nie walnęłam wazą o podłogę, ale było blisko). Potem trochę żałowałam, bo zobaczyłam, że naprawdę się z tego ustrojstwa cieszy. I o mało nie popuścił, jak zobaczył, że toto się samo ustawiło dzięki łączności z zegarem atomowym pod Frankfurtem. Dokładność: 1 sekunda na milion lat. Zobaczyyymyyy….
    To dziwne uczucie, jak się wie, że plastikowa tabliczka leżąca koło własnego łóżka codziennie o 3 w nocy nawiązuje łączność z zegarem atomowym… Jeszcze tylko brakuje, żeby koty zaczęły mi się łączyć z kosmosem.

    Skończyłam Dżumę w Breslau i zaczęłam Murakamiego – tym razem opowiadania, co mnie nawet ucieszyło, bo jego krótkie formy są bardziej strawne. W kolejce jeszcze czeka biografia Lema, teściowa mówi, że dobrze się czyta.

    Deedee dostała szóstkę z testu z angielskiego – cały czas się zastanawiam, kiedy ruszyć z jej kursem, w czwartej klasie, czy w gimnazjum. Wiem, że ma zdolności, więc nie muszę się spieszyć; i tak się nauczy. A dowożenie jej dwa razy w tygodniu po południu i czekanie dwie godziny to dla mnie spore obciążenie. Poza tym teraz to bardziej przydałby się jej sport – przytyło się tu i ówdzie biedactwu przez zimę. A nie chciałabym, żeby to jej zostało. Bardzo bym nie chciała. Do tego jeszcze odpadł na razie basen, dopóki nie pozbędzie się paskudztwa z nogi.

    Liczba słówek zapamiętanych przeze mnie w tym tygodniu przeraża nawet mnie :-) Cały czas czekam, aż zaczną się schody, ale jakoś ich nie widać na horyzoncie. Uczę się intensywniej, niż na jakimkolwiek kursie a i tak cały czas czuję niecierpliwość, że marnuję czas. To się rypnie, mówię wam.

    Jak dotąd zrobiłam trzy nowe dania, w tym dwa pikantne – ryż na ostro (pycha) i kurczak z warzywami (też niezły, chociaż pomyliłam mieszanki i zamiast chińskiej użyłam włoszczyzny). Kurczak w kokosie – dopracowałam metodę i teraz mogę już robić kurczaka w kokosie, sezamie, płatkach kukurydzianych i czym tam jeszcze.
    Żeby mnie tak jeszcze wzięło na odchudzanie…

    Dzisiaj idę do sąsiadki na dobrą kawkę i pogaduchy. Trochę mi się nie chce, wolałabym się pouczyć (Dexter stwierdził, że chciałby znać to uczucie – uczyć się dla przyjemności). Ale capuccino robi dobre w tym swoim kosmicznym urządzeniu.

    Kumpela wraca jutro, nareszcie! Stęskniliśmy się za nią – ja i moje odrosty.

    O, za 10 minut koniec pracy, jak miło.

    Pogoda jest tak piękna, że aż przez chwilę chciało mi się umyć samochód, w środku i na zewnątrz. Ale udało mi się zadusić tę chęć w zarodku.


    • RSS