batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 4.2011

    Wczoraj po południu zasiadłam do hiszpańskiego, teściowa poszła znowu na jakieś wiejskie zebranie, Dexter zabarykadował się w pokoju, Deedee u kolegi. Cisza… aż tu nagle telefon. Przyjdź no za płot, bo grilla kupiliśmy. Cóż było robić?
    Deedee się nawinęła pod rękę i poszłyśmy. Grill ładny, porządny, karkóweczka z Biedronki, bo znienacka i trzeba przyznać, że była bardzo dobra. Kiełbasy nie próbowałam, ale na widok sałaty aż ślinotoku dostałam, tak się chce czegoś zielonego. A sąsiadka potrafi zrobić przepyszną sałatę. Tym razem z kiwi i pędami bambusa.
    Opiliśmy obie nogi grilla (bo z drugiej strony ma dwa kółka), czyli po dwa drinki i trzeba było wracać do domu. W międzyczasie dwa telefony – od wychowawczyni Dextera – że dzisiaj jednak NIE MA dnia wolnego z powodu pożegnania maturzystów oraz że znowu sobie jaśnie pan wybiera, które zajęcia są dla niego istotne, a które nie. Te dwa drinki pomogły mi w urządzeniu karczemnej awantury po powrocie.
    Drugi telefon był od rodziców jego dziewczyny z pytaniem, czy G może przyjechać do nas na weekend…

    Teraz pora na teksty zasłyszane podczs świąt.
    Deedee przyszła z młodszym kuzynem podjeść po jajku na twardo. Babcia kuzynów zatroszczyła się o starszego, który nie przyszedł:
    - Kochanie, a P nie przyszedł, może jest głodny?
    Deedee ze wzruszeniem ramionami:
    - Chyba nie, skoro nie je.
    Typowa staropolska gościnność chyba wymiera :-)

    Pies jednego z naszych gości z pasją sprawdzał stan miseczek naszych kotów, za to koty chętnie częstowały się z jego torby chrupek, która stała koło lodówki. Wkurzałam się, że te chrupki ciągle są porozsypywane po kuchni, winiąc psa, aż pewnego razu przyszła nasza Zuzia, wsadziła łebek do torby z chrupkami, nadgryzła jedną, wypluła, wyjęła następną, nadgryzła, wypluła…

    Ze względu na ilość jedzenia, moje teksty do gości były również witane ze sporym entuzjazmem:
    „Nikt stąd nie wyjedzie, dopóki wszystkie trzy lodówki nie będą puste”
    „Nikt nie wstanie od stołu, jeśli to wszystko nie zniknie”
    „Jedzcie szybko śniadanie, bo za chwilę ciasto, a potem to już trzeba będzie siadać do obiadu…”
    no i mój ulubiony tekst, cytat z Chevy Chase’a”
    „może komuś coś trzeba? kawy, herbaty, związać, zapakować, wysłać na Alaskę…?”

    A teraz lista pozostałych dań zrobionych przez panią, poza tym były oczywiście słynne faszerowane jajka teściowej, sos tatarski i jajeczno-chrzanowy:
    żurek z białą kiełbasą
    barszczyk z pasztecikami
    schab pieczony ze śliwką
    karkówka pieczona z żurawiną
    boczek rolowany
    4 naczynia pełne zrazów – wieprzowych, wołowych
    żeberka pieczone
    klopsiki z zalewie octowej
    ryba po grecku
    ryba w pysznej zalewie warzywnej (wziąć przepis!)
    bigos
    2 sałatki gyros
    2 sałatki śledziowe
    śledzie w śmietanie
    sałatka z szynką wędzoną i porami, rzodkiewką
    20 pojemniczków po jogurcie z galaretą
    mięsa wędzone przez panią (szynka, polędwica, kiełbasa)
    biała kiełbasa surowa (od razu zamroziłam)
    dwie torby pierogów z mięsem, jedna z grzybami, do tego skwareczki w miseczce…
    strogonov
    pasztet – pyszny

    nawet nie próbujcie zgadywać, ile kosztowała robocizna.

    Ale fajnie tak pojechać sobie do Pragi tuż przed świętami i wrócić z samochodem pełnym pysznego jedzenia i podjąć 11 gości :-)
    Musieliśmy tylko wypożyczyć dwie lodówki – jedną od sąsiadów, drugą m przywiózł z pracy. Postawiliśmy je na stole w garażu i zadaniem chłopów było bieganie z półmiskami, blachami i garami.
    Czy wasi goście też tak mają, że za punkt honoru sobie obiorą, aby na każdym półmisku coś zostało? Najgorsze było potem to chowanie resztek do lodówek – dwa zraziki, dwie łyżki strogonova, pół miseczki ryżu, garść sałatki itd itp. Za dużo, żeby wyrzucić, za dużo, żeby dojeść.

    Poza tym ta część rodziny to naprawdę fajni goście, bo zawsze i bez przerwy jest wesoło. Ciągle gadają, ciągle się śmieją i sypią dowcipami. Bo na przykład moja część rodziny to coraz lepiej wychodzi na zdjęciach, zaś przyjęcia wyglądają tak, że jak ktoś zaprosi, to oczywiście nie w tym momencie co trzeba, nie tych, co trzeba i pewnie jeszcze zaprasza nas złośliwie. Potem wszyscy siedzą, nie mają za bardzo o czym ze sobą gadać, szwagierki i bratowe obserwują się, obgadując pod wąsem, wszyscy się nażrą i marzą o drzemce w jakimś kąciku, a już przed kolacją zaczynają się ulatniać – bo trzeba wyprowadzić psa, bo czekam na bardzo ważny międzynarodowy telefon…
    Wiem, jestem złośliwa; i to wobec własnej rodziny, ale zastanawiam się, w którym momencie tak się stało, że nie ma chęci do tego, żeby spytać „o jak miło was widzieć, co u was słychać?!”
    Dowcipy też strach opowiadać, bo zaraz znajdzie się cnotka, co zgasi zgorszonym spojrzeniem, krzywym uśmiechem, a jej mężowi śmiech utknie w gardle. I jeszcze chora rywalizacja między szwagrami, który ma lepszy śrubokręt, a którego samochód mniej pali. I które dziecko jest gorzej wychowane.
    Chociaż tak naprawdę to wcale nie jest aż tak strasznie – czasem idzie wytrzymać ;-) jak mawiają starzy górale (no właśnie, co myślicie o Nac Mac Feeglach i ich gwarze? dla mnie bomba!)

    jak to w tej Pradze było, ale pamiętam tylko, że było cudnie.
    Jak przyniosę zdjęcia, to może coś dopowiem. Pogoda wspaniała, opaliłam sobie dekolt. Towarzystwo idealne – m odstresował się zupełnie i okazał się być całkiem normalnym człowiekiem. Nasza para narzeczonych bardzo uważała, że by się za dużo nie miziać przy nas, chociaż zapewnialiśmy, że nie mamy nic naprzeciw. Narzeczony – spokojny, miły facet, z pozuciem humoru. Podróż całkiem całkiem, dopiero po powrocie okazało się, że kamyczek z autostrady jednak pękł nam szybę. Ale oj tam. Mamy 15 tysięcy wspaniałych zdjęć, których nie mogę oglądać, bo chce mi się płakać za trzema dniami beztroskiej wolności. Żadnych telefonów z pracy, żadnych dzieci i wieża Babel dookoła.
    Potem wróciliśmy w piątek wieczorem do domu, a tam 9 gości na kanapie w salonie. Na widok mojej miny mieli wielką radochę. Z kolei im miny zrzedły, kiedy zaczęliśmy wnosić do domu górę żarcia, którą po drodze odebraliśmy od pani gotującej. Fakt, że nasze kombi ledwo dało radę. Z dań obiadowych prawie wszystko poszło, sałatki oczywiście się zmarnowały no i ciasta – mieliśmy nie wiem ile ciast, ale chyba zaraz policzę. Rozdałam gościom, pomroziłam, ale i tak się dużo zmarnuje.
    Co tam było?
    Torcik jakby wuzetkowy – nie nadawała się do jedzenia, bo pani się sypnęło tak ze trzy razy za dużo kakao do ciasta i było gorzkie, wyrzuciłam.
    Fale Dunaju – nawet na nie nikt już nie mógł patrzeć, rozdałam, pomroziłam i chyba już do nich nie zajrzę nigdy.
    Biszkopt z owocami w galaretce i bitą śmietaną – bardzo dobre, zamrożone.
    TRZY wielkie makowce (co m miał na myśli jak je zamawiał? – że będą już jak znalazł na Boże Narodzenie?) – dwa od razu zamroziłam
    Sernik z herbatnikami na wierzchu – przepyszny.
    Jakieś ciasto na cienkim spodzie, z grubą warstwą masy bakaliowej, przykryty cienkim ciastem i lukrem – też bdb.
    Babka makowa z lukrem, wielkości małego niezidentyfikowanego obiektu latającego.
    Oprócz tego jedna ciotka przywiozła dwie babki kakaowe, teściowa upiekła swoją babkę drożdżowa, bo przecież bez niej nie ma świąt. Druga ciotka została poproszona już dawno, że jakby co, to chcemy bloki w jej wykonaniu – jeden ciemny (dobry jak najlepsza czekolada belgijska…) i drugi biały. Dla pewności, że nie będzie za mało ciast, przywiozła jeszcze zaje… … wielkiego sękacza. Stoi ten sękacz w zielonym pokoju i zastanawia się pewnie, jaki jest sens jego istnienia.
    Ile to razem wyszło?
    Z grubsza jedenaście, nie zagłębiając się w ilość pojedynczych sztuk…
    A to dopiero ciasta.
    W następnym odcinku – mięsa……

    To ja się

    3 komentarzy

    będę już odmeldowywać, jedną nogą czuję, że już stoję w tej Pradze :-)

    Trochę mnie szanowna zgaga zmartwiła i teraz nurtuje mnie (lekko) problem – zamówiliśmy pełno dobrego żarełka na święta, zapłaciliśmy niemało, ale część naszych gości będzie z prawdziwej wsi. A zgaga mówi, że częstować w święta kupnym żarciem nie uchodzi, przynajmniej na wsi :-) Ale w sumie to pani, która to szykuje, jest też „wiejska”, więc może nie będzie tak źle?

    To bądźcie grzeczni, jak mnie nie będzie, nie rozrabiać mi tu, no i Wesołych Świąt!
    Do przeczytania po świętach.

    bo jestem w wielkim szoku.
    Deedee prosi nas ciągle o kupowanie różnych czasopism dla dzieci, ale już obowiązkowo „Kaczora Donalda”. Odkryła, że jest tam dużo konkursów, w których można wygrać zazwyczaj zabawki. Niechętnie (bo nie liczyłam na sukces) pomagałam jej wysyłać te wierszyki itp. I dzisiaj przyszła paczka :-)
    ZONK
    Zadzwoniła przed chwilą, przejęta, że wygrała z „Kaczora” grę planszową Lego. Mało nie pękła z emocji. Najpierw powiedziała, że będzie czekać na mnie z otwarciem paczki, ale jak jej przypomniałam, że dziś będę późno, bo jadę na wywiadówkę do Dextera, to postanowiła otworzyć już. Nie dziwię się ;-)
    W życiu nic nie wygrałam, ale wygląda na to, że ona ma więcej szczęścia. I do tego akurat w tym konkursie w ogóle jej nie pomagałam. Sama wymyśliła odpowiedź i wysłała maila.
    Wiem, że te gry kosztują 15 zł, ale jakaż to radość dla dzieciaka! Tylko, że teraz będzie mnie zamęczać udziałem w następnych…

    ma swoje plusy i minusy. Wczoraj wyszły na czołówkę minusy. Wiązało się to z pewną szafką i pewnym cokołem od tej szafki, który zaczął odpadać już jakiś czas temu. M zaparł się, żeby go zrobić tak, żeby nawet więcej nie pomyślał o odpadnięciu. I wczoraj po pracy wziął się za ten cokół – cztery godziny upojnej pracy, a że szafka jest ciężka i jeszcze do tego połączona kablem z Podspodziem ;-) to trochę było tej szarpaniny, do której zaprzęgnięto również mnie i Dextera. I znowu – krew, pot i łzy, jak w polskim filmie. Pod koniec miałam ochotę wyrwać mu z rąk ten przeklęty cokół i ciepnąć nim za płot, byle dalej.
    No, ale teraz mam w kuchni wyspę jak nową!
    I błyszczący piekarnik. Aż się boimy w nim piec – dzisiaj dopiero teściowa się pierwsza odważy. A potem będę musiała dopilnować, żeby domyła go odpowiednio :-)

    Przedstawienie się udało, Dexter wrócił z suwenirami od Miasta Gdańska – m.in. całkiem fajna książka S.Chwina.

    Mój program do hiszpańskiego mnie wykończy – jest bardzo dobry, tylko strasznie zmusza do siedzenia nad nim non-stop. Jeśli nie zajrzę jeden dzień, to mam 120 powtórek, jeśli dwa dni – 270, wczoraj miałam ponad 300. Ręce opadają, ciągle powtarzam, zamiast się uczyć. Ale mówię, program jest dobry, więc warto się pomęczyć. Za to inny program, innej firmy trochę mnie rozczarował – dużo wkuwania na pamięć i małą różnorodność ćwiczeń. Ale i tak go przerobię, bo ja też jestem dokładna i obowiązkowa.

    A odnośnie wyjazdu do Pragi – rozbawiła mnie dzisiejsza wiadomość o czeskim prezydencie w Chile, jak widać, człowiek bywa ułomny, nawet przed kamerami. Chociaż gdyby to był nasz prezydent, to chyba by mnie to tak nie bawiło…

    Czytam „Zimistrza” i ponownie marzę o poznaniu pana Cholewy. Nac Mac Feegle są po prostu… rozbrajające :-D

    był pyszny. Deedee zrobiła (z moją małą pomocą) tak zwane kluseczki z deseczki, polane masełkiem ze szczypiorkiemmmmmm…
    Rewelacja. Nawet mam zdjęcie. Do tego jeszcze była duszona młoda kapustka.
    Wieczorem uraczyłam się za to polskim filmem. Błąd. Znowu krew, pot i łzy, w dodatku w odwróconej kolejności chronologicznej, a temat co najmniej dziwny, jak nie wydumany. Za karę nie podam tytułu.
    Dzisiejsza noc była krótka, baardzo krótka. Najpierw nie mogłam zasnąć, potem zaś obudził mnie trzy razy owad komaropodobny, tylko trochę większy. Uparcie twierdził, że moja głowa to doskonałe lądowisko. Aż strach się przyznać – w końcu go ubiłam.
    Dexter dzisiaj występuje w szkolnym przedstawieniu. Trzymać mi tam kciuki o dziesiątej! Żeby się nie zniechęcił i żeby mu się czasem coś więcej chciało niż pobimbać przed komputerem. I żeby miał okazję zamienić parę słów z panem prezydentem po przedstawieniu – on lubi takie okazje do konwersacji polityczno – społecznej.
    Żyję wyjazdem do Pragi, mapę miasta znam już na pamięć. Kumpela za to nerwowo przytupuje, zastanawiając się, co też ją podkusiło, żeby rzucić wszystko i wynieść się do dalekiej Skandynawii. Jeszcze trzy miesiące i będzie pozamiatane. Chyba dostanę depresji.
    Albo nie.
    A powodów znalazłoby się kilka – najsmutniejszą wiadomością była niespodziewana śmierć naszego znajomego, miał 44 lata. Siedział sobie przed komputerem, a w następnej chwili już go nie było. M był na pogrzebie w poniedziałek. I po co się tak człowiek szarpie? Buduje dom, urządza go, wychowuje dzieci i co z tego ma?
    Wyjazd na dorsze z tego tygodnia również nie wypalił. Następna próba w pierwszym tygodniu maja. Ale bym zjadła świeżą rybkę w cieście piwnym…
    I popiła koktajlem z kota :-)

    na czarnego kota. Miarka się przebrała.
    Niestety, po kilku miesiącach przekonałam się, że ten trzeci kot się u nas nie przyjął.
    A było tak.
    W piątek po powrocie od mamy już niewiele zdziałałam, bo była 20.30. Zresztą nie był to dobry dzień na rozpoczęcie robótek porządkowych, bo zastałam m dumającego nad cokołem od naszej kuchennej wyspy – cokół już dawno temu się rozsypał i m miał go w piątek reanimować. Niestety, dumał nad nim całe popołudnie i w końcu wymyślił, że zawiezie go do pracy, a tam już coś z nim zrobią inni. Ja tylko napoczęłam łazienkę na dole i poszliśmy spać.
    W sobotę od dziewiątej zasuwałam dalej z łazienką, potem poszłam do njaskrzętniej omijanego wzrokiem pomieszczenia, czyli schowka na piętrze, szumnie nazywanego garderobą. A w rzeczywistości (en realidad) jest to pomieszczenie zasłonięte kotarą z kategorii „włóż to do wora, zamknij oczy i wrzuć za zasłonę, kiedyś się tym zajmiemy”.
    Są tam dwa regały, jeden pełen szklanek, tac, półmisków, misek, tortownic, szkłanek, szklanek, szklanek (żeby tak choć raz ktoś wpadł na to, że zamiast kolejnych szklanek do drinków potrzebujemy rosołówek). Drugi regał pełen jest pierdolamentów zabranych jeszcze w czasie przeprowadzki oraz słoików z przetworami. Któych zreszta nie jadamy, ale babci się co roku włączna moduł „skrzętna gospodyni robi przetwory na zimę”. Reszta schowka to rzucone na kupę łyżwy, za małe rolki, koce, śpiwory, kołdry, obrazy, spodnie narciarskie, karton z książkami, łóżko polowe, torby i walizki, pudło na syntezator, pudło po huśtawce ogrodowej (która zardzewiała rok temu i pooooszła won) itp itd.
    No więc tam weszłam. Popatrzyłam i wyszłam. Weszłam znowu. Oceniłam wzrokiem, do czego mogę nająć Dextera. Niewiele odpadło. Osoby o wątłych nerwach mogą sobie darować dalsze czytanie (o ile komuś w ogóle chce się to czytać). Wzięłam głęboki oddech i weszłam znowu (co było błędem, bo smród tam panował nieziemski – z powodu niezidentyfikowanych miejsc zasikanych, obsranych i obrzyganych przez naszego Sramzesa). Zaczęłam wynosić to wszystko na zewnątrz, sgregować, co na strych („kiedyś się tym zajmę”), co na śmietnik, co do prania. Rzeczy do prania rzucałam przez poręcz na parter, ostrzegając współdomowników. Odkryłam trzy zasikane poduszki. Obsrany śpiwór. Mało tego, kupy z tego śpiwora rozsypały się po schodach i salonie. Nosz kurwa. Dotąd miałam cichą nadzieję, że ten smród to po niezbyt dokładnym sprzątaniu teściowej, ale że ileś kup tam po prostu przeoczyła albo i nawet nie szukała, to tego się nie spodziewałam.
    Ale to mnie jeszcze nie wytrąciło za mocno z równowagi. Po dziesięciu godzinach sprzątania padłam na pysk, wstałam w niedzielę z mega zakwasami i powiedziałam ‚koniec, dziś nie robię”. Zrobiłam sobie kawkę, odpaliłam kompa żeby się pouczyć hiszpańskiego… i usiadłam na zasikanym fotelu.
    Nie będę opisywać następnej sceny, bo każdy wie, co by zrobił na moim miejscu.
    W każdym razie w tym tygodniu m dostaje w dłoń klatkę z kotem odkarmionym, wyczesanym, wykastrowanym i jedzie do schroniska. Dosyć tego. Zniosę te kłaki na pufach i pod kanapami, przytargam te fefnaście puszek tygodniowo do domu, toleruję kuwetę pod stołem w kuchni, niech on sobie nawet czasem nasra gdzieś w kąciku – bo kuweta za brudna, bo zamknęliśmy go niechcący w którymś pokoju – nie jego wina.
    ALE SKORO ON ZA NAJLEPSZE MIEJSCE DO SIKANIA UZNAJE PODUSZKI, NAJLEPIEJ LEŻĄCE NA FOTELU LUB KANAPIE, TO SORRY.
    Mój ulubiony, wielki, wygodny fotel komputerowy jest do wyrzucenia. Kilka poduszek wyrzuconych. Śpiwór wyrzucony.
    Zresztą nasze kotki nadal go nie tolerują (od razu się na nim poznały), więc tym bardziej nie będziemy się zmuszać, bo jeszcze trochę i zapuszczę długie blond loki i zaśpiewam „oczy cziornyjeeeeee”

    że ostatnie zdanie ostatniej notki nabrało całkiem wymiernego kształtu wczoraj wieczorem, kiedy to kolega wpadł nas odwiedzić z synkiem w drodze powrotnej z sanatorium.
    Najpierw miał być o 13 (teściowa od rana zasuwa z odkurzaczem i szmatą, robi obiad). Potem miał być o 16 – OK, ja zwarta i gotowa jem na stojąco obiad. W końcu dojechał o 18. Nie bardzo się co było już rzucać z obiadem, ale dziecko zjadło, tatuś dojadł. OK.
    Jakoś nawet mi nie przyszło do głowy, żeby ma wszelki wypadek być przygotowanym na kolację, ale coś tam się wyskrobało, skroiłam cieniutko ostatni kawałek polędwicy sopockiej, do tego ser, łosoś, dżem, grzybki, pomidory, świeżo upieczony chleb. Dobra, jakoś to wygląda na stole (a w lodówce został przeciąg i główka młodej kapusty…)
    W trakcie robienia kolacji natchnęło mnie, żeby spytać uprzejmie „rozumiem, że nocujesz u nas?” (mieli do przejechania do domu jakieś 550 km, więc byłam ciekawa, no co?)
    Owszem.
    Poszłam ścielić łóżko.
    W tym czasie jeden z 3 kotecków poczęstował się wędliną na stole, co znacznie uszczupliło ilość białka zwierzęcego w naszej kolacji.

    Mam nadzieję, że nie wyszło mi w tej notce, że mam coś przeciwko naszemu gościowi, bo naprawdę go lubię, jest bardzo bezproblemowy w obsłudze i sympatyczny, o dziwo jego dziecko również mi nie przeszkadza.

    Pozostaje mi tylko zapamiętać, że „Hay que preparase contra lo inesperado” – czyli „należy być przygotowanym na niespodziewane”. Zwłaszcza w kwestii wędliny.

    Mówiłam, że będę tu rzadziej, bo się uczę. Ale też często łapię się na myśli o tym, że coś tam się wydarzyło, co trzeba by zapisać. Piszę więc…
    M pojechał na weekend do Wwy na koncert (podobno bardzo udany), spędził miło czas z przyjaciółmi. Ja zaś zabrałam kumpelę, zawołałam sąsiadkę i trochęśmy się upodliły. To znaczy parę drinków i pogaduchy przy kuchennym stole do pierwszej. Co było sporym błędem, bo w sobotę trzeba było wstać o 8 i pojechać do Gdyni. Łeb przestał mnie boleć w poniedziałek w południe, po czwartej tabletce. Ja to mam przechlapane z tą moją głową – jakieś niewyspanie i od razu trzydniówka. Za długo leżę – też migrena. Aż strach pomyśleć o jakiejkolwiek chorobie, która położyłaby mnie na dłużej do łóżka… Pomyłyśmy okna u mamy, uprałyśmy firany i zasłony, powiesiłyśmy je i padłyśmy na pysk. Tzn. nie do końca bo Deedee miała obiecane kino, więc jeszcze na 19.10 pojechałyśmy obejrzeć film, który na szczęście okazał się lepszy niż podejrzewałam – „Hop”. Przed samym seansem Deedee dostała zapalenia pęcherza, więc usiadłyśmy w czwartym rzędzie, żeby miała blisko do wyjścia. Huk z głośników był okropny i mogłam policzyć włosy w nosie głównego bohatera. Deedee usiadła i za parę minut jej przeszło. W domu jeszcze z żalu za utraconą sobotą na siłę obejrzałam jakąś sympatyczną komedię obyczajową (kumpela poddała się w połowie i poszła spać).
    Od mamy zabrałam jedną szafę ubrań taty, u sąsiadki znalazłam szczupłego wujka na rencie, wczoraj zaniosłam wory sąsiadce. Następna porcja w ten weekend.
    Za to z poniedziałku na wtorek Deedee zapadła na żołądkówkę, przeszły gehennę z babcią w przychodni po to, żeby się dowiedzieć, że ma brać elektrolity. Tyle to sama wiedziałam. A biedne dziecko z gorączką i wymiotami naczekało się trzy godziny pod drzwiami. Za to pani w aptece dałą mi elektrolity dla dorosłych… Teściowa przy okazji zaliczyła bibliotekę, nasza pani Ania zna mój gust, więc dała dla mnie „Erynie” Krajewskiego, jakąś „Hiszpańską muchę” i „Grę anioła”, którą dawno temu dostałam od m w prezencie i niestety po dwóch próbach przeczytania służy mi jako podwyższenie lampki nocnej.
    Obraziłam się na Deichmanna – 40 minut wybierałam niedrogie, wygodne i do tego jeszcze w miarę ładne buty na wiosnę, po czym okazało się, że terminal do kart nie działa. No i nie będę miała butów na wiosnę.
    Dexter skorzystał z okazji i pojechał z m do Wwy, a stamtąd dalej, do swojej G, trochę mu się zeszło i wraca dzisiaj.
    W ten weekend m miał jechać na dorsze, ale niestety, znowu Beaufort pokrzyżował im plany. Następna próba za tydzień w czwartek.
    Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – zagonię rodzinkę do porządków wiosennych. M oczywiście mocno się opiera, ale pójdę na noże w razie czego.
    Cholera, znowu trzeba wymienić opony.
    Na froncie hiszpańskim – bdb. Potrafię już mówić pełnymi zdaniami. Co prawda, tylko na określone tematy i w czasie teraźniejszym, ale zawsze :-)
    Na przykład: „Hace frio hoy y esta nublado”. I motto: „Hay que prepararse contra lo inesperado”


    • RSS