batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 5.2011

    Bunkrów nie było ale też było zaje…..
    Zamiast na Kaszuby, ognisko i szybowiec – pociągnęli nas do centrum miasta, ale w tym centrum była cicha uliczka, ogródek, domeczek, grill, ognisko też nawet było (tylko cii bo się wyda), ale takie malutkie. I tym sposobem spędziliśmy uroczy wieczór i poranek w sercu miasta, a jakby na innej planecie. Było fajnie.
    I znowu mam komuś coś do pozazdroszczenia… Ja nie rozumiem, dlaczego mam swój własny dom, a w nim nie wygląda tak, jak bym chciała? Aha, no tak, nie mam na to kasy. A czworo współlokatorów w tym nie pomaga – każdy musi mieć swój „wkład” w wizerunek, delikatnie mówiąc.
    Ale już jutro… chata wolna na parę dni i będzie po mojemu. Znaczy się, „mamusia” wyjeżdża. Za to przyjedzie kumpel i będziemy wędzić pstrągi…………..
    A w niedzielę pojechaliśmy odwiedzić znajome małżeństwo, które przyjechało wypocząć nad morzem. Mieliśmy wyjechać w południe, ale się nie udało. Deedee była zaproszona na urodziny koleżanki od 12 do 15 i musieliśmy ją potem odebrać, bo nie było kogo o to poprosić. Dlatego najpierw zgrillowaliśmy obiad (super szaszłyki), a dopiero przed czwartą wyjechaliśmy do Krynicy. Na miejscu jeszcze jeden mały obiadek – przepyszny halibut, świeżutki, potem spacer na plażę. Pogoda była przepiękna, ciepło, tylko butów jak zwykle nie miałam odpowiednich, więc jeszcze czuję piach.

    Zawiozłam oba komputery do naprawy, bo już doprawdy co wyrabiały to przechodzi ludzkie pojęcie. Dzięki temu mam więcej czasu na prace domowe. Przedwczoraj na przykład wyciągnęłam z szaf wszystkie ubrania Deedee, aż ręce mi omdlały od rozkładania na kupki - spódnice, spodnie, bulzki z długim, krótkim i bez… i znowu jestem w szoku, że jedno dziecko może mieć tyle ciuchów (a nie kupuję jej prawie nic). Samych t-shirtów około czterdziestu… Miałam również czas na obejrzenie filmu i też jestem w szoku, bo film był polski, a świetna komedia. Na pewno nie można tego postawić koło Killera, czy Chłopaki nie płaczą, ale w rzędzie komedii romantycznych w amerykańskim stylu poradzi sobie doskonale. Marcin Bosak w końcu został obsadzony w odpowiedniej roli :-) A, tytuł był „Mała wielka miłość”. Polecam gorąco, wspaniała rozrywka rodzinna. Obśmiałam się jak norka i nawet Grochowska jakoś mnie nie drażniła.

    Rzeczywistość wyszła naprzeciw moim potrzebom i pojawiło się czasopismo dla uczących się hiszpańskiego, pierwszy numer już do kupienia. Fajnie opracowane, z artykułami na różnych poziomach, ćwiczeniami i dużo informacji z hiszpańskojęzycznego świata. Jeśli chodzi o czytanie, radzę sobie bez problemu na poziomie A2, ale niech no tylko poznam wreszcie czas przeszły… ;-)
    Ostatnio trochę utknęłam, na trybie rozkazującym; i już wiem, co czują ci, którzy muszą się nauczyć polskiego. Masakra. Ale się zawzięłam i pół niedzieli poświęciłam na zgłębienie tematu, lada chwila będę mogła ruszyć dalej.

    Zaplanowałam wreszcie najbliższe imprezy i mogę trochę spokojniej spać. Urodziny Deedee będą dla koleżanek, atrakcją ma być wypad do parku linowego. Za to osiemnastka Dextera będzie uroczystością rodzinną. A zaraz potem przyjadą dawno nie widziani znajomi, na weekend bożociałowy, już się nie mogę doczekać…

    Dagny siedzi w Norwegii od niedzieli, jutro wraca, ale chyba się niestety w weekend nie zobaczymy, bo ona i kumpel  nadają na kompletnie różnych falach. Zbyt różnych.
    A ja jutro biorę pół dnia urlopu i ruszam na Dzień Mamy do Mamy :-) a po drodzę zahaczę o parę sklepów, bo wreszcie przyszły z Empiku zdjęcia i plakat, który zrobiłam ze zdjęcia Dextera. Trzeba kupić ramki. A obok jest Sephora… 

    No i pomalowałam te pazury (a są długie, oj są – to dlatego, że jem muesli regularnie). Kupiłam sobie jakiś lakier no name, w kolorze zbliżonym do electric blue i teraz siedzę i patrzę na nie, jakie są fajne.
    Przy okazji sama się zaskoczyłam, bo myślałam, że tylko u kosmetyczki można w tym wieku osiągnąć jakiś widoczny efekt, więc nie miałam większych nadziei zgarniając z półki zwyczajowo różne maseczki. Między innymi trafiło się coś pod nazwą „peeling enzymatyczny”. Trochę się bałam nakładając to wczoraj, żeby się nie załatwić przed dzisiejszą imprezką, ale nic się na szczęście nie stało. Mało tego, rano spojrzałam w lustro i zobaczyłam, że zniknęło z twarzy wszystko, co mi się dotąd nie podobało. Nonono. Fiufiu.
    Jakby cóś – polecam.
    Mam dobre geny – po mamie. W tym wieku nie używając kremów (raz na parę tygodni mi się przypomni, żeby coś tam wsmarować na noc) i nie chodząc do kosmetyczki oraz paląc (tak, niestety, nie mogę znowu rzucić tego cholerstwa) powinnam na kolanach do Częstochowy iść za moją cerę.
    A do kosmetyczki nie chodzę, bo nie lubię, jak się ktoś do mnie za bardzo zbliża, a już niedajboh dotyka.
    Gdybym tak jeszcze z 10 kilo schudła, to już w ogóle nic nie miałabym sobie do zarzucenia. Tak.
    Skromności też mi nie brakuje :-)

    Zupełnie niespodziewanie do tego :-)
    Dagny fundnęła mi fryzjera, z pracy już tradycyjnie wróciłam z wieelkim storczykiem, który będzie ozdobą mojego kominka przez całe lato. Rodzina czekała z książką National Geographic - poradnik jak robić zdjęcia aparatem cyfrowym oraz… z „Ojcem chrzestnym” – wszystkie 3 części :-) Wszystkie prezenty baaardzo trafione.
    Ale największym prezentem było to, że siostra przyjechała i przywiozła ze sobą mamę – a mama już dwa lata u nas nie była. Przedtem były kłopoty z tatą, potem już nie chciała się ruszyć, bo się odzwyczaiła. Ale w końcu na Wielkanoc zapowiedziała, że na śniadanie pojedzie do siostry. 7 maja była na urodzinach brata i bratanka, a wczoraj u nas. Super. I nawet kawałek pizzy zjadła na kolację i chwaliła, jaka pyszna. A rzeczywiście się postarałam z tą pizzą i przypilnowałam, żeby się za bardzo nie przypiekła od spodu, bo jak takie cienkie ciasto  się spiecze, to jest za twarde. Od mamy dostałam książkę i likierek „Latte Machiato” – pewnie będzie pyszny.
    O, jeszcze jeden prezent mnie czeka – zaraz przyjdzie koleżanka z pracy :-)
    Deedee w próbnym teście trzecioklasistów dostała 37/40 punktów. We wtorek był już ten prawdziwy, ciekawe, jaki będzie wynik.
    No i ustaliłam wreszcie osiemnastkę Dexterowi – dzień po prawdziwej dacie. Oj, będzie się działo…

    PS: A nie mówiłam – od koleżanki też dostałam super prezent – jakiś czas temu rozmawiałyśmy o zakupach i wspominałam, że muszę kupić sobie piżamkę, ale dostaję niestrawności na myśl o wyprawie na zakupy - no i mam :-) Mam super fajną piżamkę, z owieczką, ze spodenkami, taką jak lubię. Ja to mam jednak szczęście do ludzi.
    A forsę od siostry i mamy też przenaczę na ciuchy. A co. M dostał podwyżkę, spłaciliśmy kolejny kredyt, nie będę oszczędzać. Dzisiaj idę sobie kupić jakiś wypasiony lakier do paznokci, marzy mi się „electric blue”, ale inglot nie robi go już od lat… A pazury też mi urosły jak „gupie”, więc mogę sobie pozwolić na jakiś wyzywający kolor.

    Ponieważ musiałam zrobić miejsce na dysku na następne filmy, trzeba było coś obejrzeć. To znaczy główną przyczyną był mój ukochany „Ojciec chrzestny”, na którego przypadkiem natknęłam się na jakimś kanale i nagrałam go bez pierwszych 9 minut, za to z reklamami, więc zajął naprawdę dużo miejsca. W sobotę była na VH1 top lista wszechczasów, więc też nagrywaliśmy sobie różne stare teledyski (aaaaaaajajbabuszkababuszkababuszkajaija!). Wczoraj teściowa zażądała nagrania „Ondine”, bo nie mogła przegapić jakiegoś „Tańca z gwiazdami na rurze”.
    Oglądałam zatem „Agorę” – historyczny o Bibliotece Aleksandryjskiej i wydarzeniach towarzyszących, niestety w drugiej połowie okazało się, że tak przycina, że nie da się oglądać. Ale pewnie będą jeszcze powtarzać. Obejrzałam też „Paragraf 46″, który wcisnął mnie w fotel i nie dawał zasnąć – piękny film. A do tego w bonusie mówili językiem angielsko – hiszpańsko – jakimś tam, bo to się działo w przyszłości, po przemieszaniu wszystkich kultur. A muzyka! Buenissima! Poza tym – kocham Tima Robbinsa.
    Coś jeszcze oglądałam przecież, tylko nie pamiętam. A, już wiem – „Skrzydlate cienie”. A nie pamiętam, bo był słaaabiutki – poza obsadą to niewiele mu można przyznać. Ciągnęło się toto, niektórych wątków nawet nie zrozumiałam.

    Z gorszych momentów weekendu – w piątek okazało się, że mój komputer nie chce się włączyć. Zatrzymywał się w czasie ładowania systemu i nic (delikatnie mówiąc). Najpierw dostałam zawału, potem zaczęłam, jak to ja, kombinować. Jestem z siebie bardzo dumna, bo o komputerach wiem tyle, co się sama nauczyłam. M – inżynier zresztą – nawet nie próbuje kombinować, kiedy w grę wchodzi ram i rom. Uruchomiłam go (kompa, nie m) w trybie awaryjnym i udało się zdefragmentować obie partycje (przedtem musiałam co nieco pousuwać z dysku). Wszystko trwało do rana. W sobotę udało się go włączyć normalnie, więc szybciuteńko poprzerzucałam na dysk zewnętrzny co się dało – zwłaszcza zdjęcia). Szybciuteńko oznacza całą sobotę. Oczywiście nie trzeba było siedzieć i trzymać go za myszkę, jak kopiował, więc mogłam w tym czasie popichcić – w piątek naszło mnie na spaghetti carbonara (to oczywiście w ramach odchudzania). Potem przygotowałam botwinę do chłodnika (do mojego słynnego, najsmaczniejszego na świecie chłodnika), bo Dagny poprosiła, czy bym go zrobiła, jeśli ona kupi składniki i przywiezie mi w sobotę. Uznałam, że jeśli m dostanie na zakupach botwinę, to zaoszczędzi to nam mnóstwo czasu w sobotę. Rzeczywiście kupił, przyjechał z zakupów późno, ale o 23 już botwina była pokrojona i ugotowana. A my z m mogliśmy sobie w tym czasie zrobić po drinku i pogadać – szok, ale jeszcze czasem chce nam się pogadać. Siedzieliśmy w kuchni do 1.00.
    Komputer niby działa, ale wiem, że to mogą być jego ostatnie dni. Najbardziej boję się, że padnie, zanim przejdę do końca mój program do hiszpańskiego, a mam już przerobione ponad 70 procent. I będę musiała od nowa zaczynać – brrrrr.
    Wydaje mi się, że przyczyna niedomagań tkwi w wieku ale przede wszystkim w przepełnieniu dysku (ma ok 70 Giga) no i zaniedbywaniu defragmentacji.
    W sobotę babcia wybyła do koleżanek na noc, m rozpalił grilla, przyjechała Dagny ze składnikami chłodnika. Składniki zostały migiem pokrojone, zalane maślanką i śmietaną, doprawione i voila. Zrobiłyśmy tego wieeelki gar i od razu zjadłyśmy połowę. Jeszcze mi się koperkiem odbija. Grill też był mmmmmmmmm (to wszystko w ramach odchudzania).
    Potem zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy na noc muzeów. Zaparkowaliśmy na Szerokiej i poszliśmy nad Motławę. Spojrzeliśmy na kolejkę do CMM i… poszliśmy na spacer. Narobiliśmy sobie  przepiękne zdjęcia podczas spaceru, było bardzo dobre światło do zdjęć, podziwialiśmy nowe budynki wkomponowane między kamieniczkami i cieszyliśmy się, że nie trzeba się przeciskać przez tłumy spacerowiczów, bo większość z nich stała w kolejkach. Deedee bardzo chciała pójść do jakiejś restauracji, więc postanowiliśmy zrobić przyjemność dzieciom i usiedliśmy przy stoliczku nad Motławą. Moja biedna córka zamówiła cheesburgera, ale zapomniała, że dwa zęby jej się kiwają, więc męczyła się z tą bułą okropnie. A buła miała 15 cm średnicy. Teraz już nie mówimy „napalił się jak szczerbaty na suchary”, tylko „jak szczerbata na cheeseburgera” :-)
    Trafiliśmy na początkującą kelnerkę i w pewnym momencie miałam już poważne podejrzenia, że jesteśmy w ukrytej kamerze. Dagny o mało nie wpadła pod stół ze śmiechu i po raz kolejny przyznała, że takie akcje to tylko nam się przytrafiają. Zapłaciliśmy ponad stówę (tak to jest jak się idzie na cheesburgera nad Motławą). I jeszcze m dał dychę napiwku (dyskusja między nami wyglądała tak:
    - Za co ty jej dałeś ten napiwek?
    - Oj tam, się dziewczyna uczy.
    - No to jak się nauczy, to napiwek dostanie.)
    Kiedy już przymarzły nam tyłki do ławek, rzuciliśmy jeszcze raz okiem na kolejkę do CMM i skierowaliśmy się do samochodu. Szkoda, ale już jestem chyba za leniwa na takie stanie w tłumie przez godzinę czy dwie. Poza tym Deedee i tak już zaliczyła w swoim dziesięcioletnim żywocie więcej muzeów niż większość Polaków przez całe życie. Pamiętam, że jak miała ze trzy czy cztery lata, to właśnie w CMM uruchomiła alarm, bo dotknęła jednego z obrazów. Wypuścili nas żywych jedynie dlatego, że przyznaliśmy się do bliskiego pokrewieństwa z jednym z pracowników muzeum :-) Nie wiem, kto był bardziej przerażony – my, czy strażnik, który takiej akcji jeszcze nigdy pewnie nie zaliczył, a musiał zatrzymać mojego m, z którego jest kawał chłopa. Śmiesznie to wyglądało – my już zdążyliśmy wyjść do hallu, m wychodził ostatni, a strażnik go dogonił i zaczął się jąkać, że musi go wylegitymować. Tak mamrotał, że m go nie rozumiał.
    Wczorajszy obiadek to już było totalne przegięcie, ale jakie to było dobre…
    Deedee w końcu wyszła z basenu zadowolona, bo wreszcie opanowała prawidłowy skok ze słupka.

    Na froncie hiszpańskim ok – uczę się nadal intensywnie, aczkolwiek zaczynam wypatrywać na horyzoncie jakiejś grubej czarnej kreski, za którą moja głowa nie przyjmie już ani jednego więcej słóweczka, nawet dwuliterowego. Poznaję po tym, że ochoczo robię ćwiczenia, z różnych podręczników, za to ni cholery nie chce mi się usiąść i powkuwać zawartości mojego już dosyć grubego zeszytu do słówek. A bez tego jakby ani rusz. Dalej staram się choć raz dziennie pooglądać jakiś program na tve, wyłapując pojedyncze słowa, ale od kiedy wiem, że jedno słowo może składać się z trzech, to mi trochę witki opadli – na przykład „escribiendo-se-la”. I weź to człowieku wyłap w tej serii z karabinu, którą z każdym zdaniem wyrzucają z siebie native speakers.
    Mogę również z ręką na sercu polecić pewną serię podręczników – niestety, po angielsku. Ale są naprawdę dobre.

    Jakoś trochę się nie wyspałam, albowiem oglądałam najpierw rodzinnie kolejny odcinek serialu ”Wojna i obstrukcja” (jak mówi m) – swoją drogą dawno nie widziałam tak dobrze zrobionego serialu polskiego – za zdjęcia ktoś powinien dostać co najmniej Złotego Lwa. Potem włączyłam dawno nagraną „Milę księżycowego światła” – oczywiście nie obejrzałam do końca, bo było już późno, ale jak zatrzymałam, to na ekranie zobaczyłam tego potwora Fritzla i jeszcze mnie trochę wciągnęło (nie wiem, jakoś nie znam żadnego Austriaka, ale mam wrażenie, że oni wszyscy wyglądają na nie do końca normalnych – kto na przykład dałby film ze swojej imprezy do telewizji? To znaczy, zależy, co to za impreza – jak pierwsza komunia to nie ma sprawy, ale ten film był tak obrzydliwy i nic nie wnoszący, że doprawdy.) Jak już nie mogłam patrzeć na tego dziada, przełączyłam na chwilkę na tve i… oczywiście znowu mnie wciągnęło, bo był ciekawy program o jedzeniu hiszpańskim. I tak zrobiło się koło północy, m chrapał, kot miauczał, żyć nie umierać, słuchać i nie spać…
    A co do tej „Mili…” to założę się, że wszyscy już ją dawno widzieli i kochają, a ja jak zwykle jestem opóźniona.

    „Weronika…” bardzo mi się podobała, zakończenie było zaskakujące (dla mnie, bo ja za bystra nie jestem).
    Potem przyszła kolej na „Czwarty stopień” i o dziwo również bardzo mi się spodobał – niekonwencjonalne przedstawienie historii, poza tym przejmująca gra aktorska.
    I nagrałam sobie poniedziałkowy teatr, początek oglądałam – świetny. Nie ma to jak stara dobra ekipa aktorska!

    Z innych kręgów – odzyskałam spokój ducha, bo znalazłam na kompie w pracy zdjęcia grudzień / styczeń, z którymi zdążyłam się już pożegnać, a bardzo duży dyskomfort w związku z tą dziurą czasową czułam. Chyba ucieszyłam się bardziej niż jakbym znalazła 500 zł.

    Wywołałam następną porcję zdjęć („setkami do fotolabu szli…” – a raczej idą) i zamówiłam sobie plakat ze zdjęcia dmuchawca, które zrobił Dexter. Oraz domówiłam zdjęcia komunijne Deedee, żeby wreszcie rozdać rodzinie - będą jak znalazł na rocznicę :-)
    A właśnie, Majana teraz chyba w szale przygotowań, a może już po?

    Wykańczam kolejne obręcze do okien, muszę w końcu przywlec te zdjęcia do pracy i Wam co nieco pokazać.

    Męczy mnie obietnica dana półtora roku temu koleżance z podstawówki, że się spotkamy jak zrobi się ciepło. Ciepło się zrobiło, potem znowu zimno, minął rok i znowu zrobiło się ciepło. Wypadałoby się w końcu spotkać, co? Może w sobotę?

    Udział Deedee w konkursie ortograficznym został jednak zauważony, na apelu w szkole dostała „Historię żółtej ciżemki” – książkę oczywiście. Chętnie sobie odświeżę, jak tylko skończymy „Feniksa i dywan”.

    Na weekend mam znowu wielkie plany, oby tylko cokolwiek mi się zechciało zrobić z tych planów. Najważniejszy – zrobić sobie z „Cecylki K.” dobry, warzywny obiadek – coś w rodzaju ratatouille. Dzisiaj idę na poszukiwanie bakłażana.
    Deedee za to uczyła się wczoraj robić jajecznicę -żeby nie zachowywać się jak kwoka, nie ruszyłam się nawet z fotela, tylko jej opowiedziałam, co i jak i więcej do kuchni nie zaglądałam. W sumie wszystko poszło ok, poza tym, że jajecznicę z trzech jaj zrobiła na patelni o średnicy 30 cm :-) Tego nie przewidziałam.

    Otóż

    1 komentarz

    za 3 minuty oboje wyszli z bloku z leżakami pod pachą i pojechali.

    Wyobraźmy sobie blok, przy bloku 20-metrowa wąska uliczka, ślepa, w której mieszkańcy parkują na obu krawężnikach, tak, żeby ten najgłębszy mógł w razie czego wyjechać. Na samym początku jest jeszcze nawet zrobiona mała zatoczka po prawej, żeby parkujący w niej samochód mógł się trochę głębiej schować.
    Wjeżdżamy w tę uliczkę na chwilę, żeby odstawić koleżankę i uliczka jest pusta. Stajemy pośrodku, trochę głębiej, tak że jeśli ktoś przyjedzie w ciągu tych paru minut, to sobie stanie w tej zatoczce. Gdyby pojawił się następny, oczywiście możemy wtedy stamtąd szybko wyjechać.
    I rzeczywiście, za chwilę przyjeżdża ktoś, staje w tej zatoczce.
    Czy Waszym zdaniem taka sytuacja generuje jakiś problem?
    Owszem.
    Podłazi gówniarz do mojego okna (gówniarz, bo koło trzydziestki) i zaczyna bardzo nieprzyjemnym tonem „podjechałaby pani itd itp” – w sumie nie wiem, o co mu chodzi, tak jestem zszokowana tym, że w jakiś sposób mu przeszkadzam i że aż tak go zdenerwowałam. Koleżanka mu od razu odpyskowała, że zaraz odjeżdżamy i poszedł sobie. Jego partnerka jeszcze coś tam się gramoliła z tego samochodu i też poszła.
    Proszę sobie wyobrazić, że jesteśmy na jego miejscu. Co robimy?
    Ja, widząc, że ktoś tam tarasuje wjazd, a ja chcę już zaparkować na samym końcu na noc (bo nie chce mi się potem schodzić, żeby przeparkować): albo znacząco podjeżdżam i czekam, a jeśli nie jestem zrozumiana, to podchodzę, ZAWSZE Z UŚMIECHEM, (bo wyznaję zasadę, że życzliwość rodzi życzliwość, poza tym nie jestem gburem ani chamem) i proszę o przepuszczenie mnie, po czym dziękuję.
    Tak mi to ciśnienie podniosło, że byłam aż czerwona (chyba ze wstydu za tego młodego człowieka).
    Ale to nie koniec.
    Nie zgadniecie, co się za chwilę stało.

    Obejrzałam „Po jednym na drogę” – francuski – bo bardzo lubię. I podobał mi się – o alkoholiku, który pojechał na leczenie. Bez zadęcia, miły, spokojny film, ale dający do myślenia.
    Poza tym „Weronika postanawia umrzeć” – z fajną aktorką w roli głównej, a obejrzałam dlatego, że Coelho w formie książkowej jakoś mi nie podchodzi; chciałam sie przekonać, że może warto jeszcze raz spróbować. Dzisiaj obejrzę końcówkę, ale na razie podobało się. I nawet tę Weronikę rozumiem. Aczkolwiek nie chciałabym być jej mamą – to chyba najgorsze, co może się przytrafić – wychować dziecko, które nie chce żyć.
    Skończyłam czytać „Zimistrza” i już chyba lepszego Pratchetta nigdy nie znajdę. Teraz zaczęłam „Świat finansjery”, ale jakoś nie mogę się wciągnąć, chociaż m mówi, że też świetna.
    Za to m kupił (teoretycznie dla mnie) wspominki z PRL, w formie albumu, dużo zdjęć i krótko, ale szczegółowo. Może dlatego nie mogę czytać Pratchetta, bo co chwilę odrywa mnie i czyta mi fragmenty o „Arabelli”, Drupim, delfinie Um (jakiego ja miałam fioła na punkcie tej bajki, ech!).
    Do Deedee przyszła wczoraj koleżanka i podpatrywałam, jak siedzą na tarasie przy stoliku, popijają lemoniadę, podgryzają czekoladę i chichrają się nieprzytomnie, plotkując nie wiadomo o czym przez dwie godziny. Fajnie :-)

    za dużo trzeba by się cofać, opisywać, więc jakoś tak mi się nie chce.
    Dorsze tradycyjnie przeszły koło nosa, znowu prognoza niedobra. Za to imprezka u brata – świetna. Pewnie dlatego, że to ja spożywałam procenty, a m był pragnienie :-)
    Mama dała się przywieźć i z 3 godzinki posiedziała, więc naprawdę wszyscy się cieszyli. Brat pokazał mi swojego nowego laptopa, pełnego różnych filmów, które muszę obejrzeć. Część oczywiście już znam.
    Bratowa miała fajną fryzurkę, zrobiłam jej ładne zdjęcie.
    Deedee ubrałam w bardzo fajny komplecik, była cieniowana od stóp do głów – u góry kremowa, na dole ciemnozielona; i wyglądała bardzo dorosło. Moja PRAWIE nastolatka.
    Po powrocie padłam na twarz i pomijając dwie przerwy na chrapanie m i jedną na wypuszczenie kota spałam 11 godzin. W niedzielę o 8 rano byłam już jako ten skowronek, tylko pogoda nie chciała współpracować i odechciało mi się święta tulipanów. I wygląda na to, że niewiele straciłam, jak mówi zgaga.
    Dexter dobrowolnie zrezygnował z wyżerki u wujka, bo stwierdził, że „nie zdąży odrobić lekcji i skosić trawy”, skoro w niedzielę jedzie na dorsze. Kiedy już pozbierałam szczękę z podłogi przypomniałam sobie, że przecież w piątek zupełnie znienacka m zabrał Dextera i G do Fashion House i kupił potomkowi dwie pary Levisów i adidasy, bo dziecię chodziło już jak obszarpaniec. Było więc się za co odwdzięczać.
    Dostałam swoje drobiazgi zamówione w e-pasmanterii i mam znowu zapas obręczy, nowe wzory oraz 3 kłębki kordonka na nową zazdrostkę, bo tak naprawdę to najbardziej lubię takie właśnie robótki, długa i nie wymagająca za dużo myślenia. Tylko trochę cienki jakiś ten kordonek i teraz nie wiem, czy nie zostawić go na coś innego (np. 3000 obręczy i otworzę sklep z „łapaczami snów”).
    A, i w końcu zmobilizowałam m i mam wreszcie powieszone w kuchni kółko, bardzo to ładnie wygląda, o dziwo z zewnątrz jeszcze lepiej niż od środka.
    Imieniny Deedee przeszły bezboleśnie, ale teraz rozpoczęło się pasmo imprez rodzinnych, które muszę jakoś pogodzić. Dexter kończy w czerwcu 18 lat i chciałabym zrobić mu uroczysty obiad rodzinny, nawet mi coś świta z namiotem ogrodowym, jako że to 17go wypada, to zrobiłabym w trzeciej dekadzie czerwca, kiedy już będzie Camille. O ile będzie, bo palant jeszcze jej nie kupił biletu, jak się okazało.
    Deedee jest z kolei czwartoczerwcowa i też oczekuje imprezki i nie mogę jej tego zrobić, ale tutaj to już bardziej dla koleżanek, więc jedzeniowo nieskomplikowane.
    POMIĘDZY dziećmi są urodziny m (tak, mam same bliźnięta w domu), imprezy robić nie trzeba, ale wypadałoby pomyśleć o prezencie od żonki, nieprawdaż?
    Zaraz potem, 4 lipca, nasza rocznica, na szczęście nie okrągła, ale też się trzeba postarać o dobry nastrój chociażby. W przyszłym roku będzie Okrągła, i to bardzo, kryste Panie, cotobędzie…
    A w następny weekend już nas znajomi zaprosili na imprezę bezdzietną na Kaszubach, z nocowaniem i innymi atrakcjami (znajomy nie wie, co robić z kasą, więc rozpieszcza wszystkich dookoła – tym razem chce wynająć dla nas szybowiec, żebyśmy sobie polatali. Nie wiem nie wiem, m chce, ale jego ubezpieczenie tego nie przewiduje, więc mu nie pozwolę. Za to ja bym chciała, ale się boję, ale wiem, że do końca życia będę żałować, jak nie polecę…


    • RSS