batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 6.2011

    Tzn. prawie, bo Dexter zalega u „teściów” od poniedziałku, a Deedee odstawiam jutro na kolonie. Przy okazji babcia zostanie w tamtych okolicach na parę dni. I jeszcze do tego m wyjeżdża we wtorek.
    Dexter zamierza spędzić trzy tygodnie, Deedee 11 dni, babcia niestety tylko 4, ema nie będzie tydzień.
    Już mam wielkie plany na ten czas, przede wszystkim zdjęcia – wyciągnąć wszystkie, posegregować jeszcze raz, ułożyć chronologicznie. Poza tym hiszpański – znacznie wybiłam się z rytmu i teraz ciężko mi wrócić, kiedy mam świadomość, że muszę przejść ten program jeszcze raz. Wiadomo. Mam parę innych programów, ale ten najbardziej mi odpowiada. W planach jest również wyprawa po kieckę na wesele (a przy okazji parę innych drobiażdżków, ofkors).
    A propos drobiażdżków – wczoraj zaciągnęłam m do Sephory pod pretekstem jednego drobiażdżku, przy wejściu wzięłam koszyk, a m spytał „potrzebny ci koszyk na jeden drobiażdżek?” No ale wiadomo, że jest promocja przecież i trzeci produkt za darmo, to nie będę przepłacać, prawdaż. I jeszcze przypomniało mi się, że S polecała samoopalacz z Sephory (właśnie zrobiła mi się malownicza krecha na szyi) oraz że marzyłam o dobrej kredce do oczu. I tak wydałam tylko 90 zł, więc nie ma się co czepiać. Co prawda obok była „Natura”, więc tam już jest wszystko taniutkie i nie trzeba było się ograniczać, wydałam zatem jeszcze 160 zł (ale w tym były dwie rzeczy ema, za 36 zł!). Przecież dziecko potrzebuje kosmetyczki na wyjazd i przeciwopalacza, nie będę na dziecku oszczędzać. A przy kasie były jeszcze takie fajne odżywki do paznokci i zobaczyłam konfetti do kąpieli, można przecież czasem dziecku zrobić fun w wannie, nespa?
    A w ogóle to byliśmy w mieście, bo trzeba było załatwić dwie sprawy – u notariusza dawno ciągnącą się kwestię służebności oraz nowy kredycik w banku. A w banku okazało się, że od rana mają nowy, jeszcze fajniejszy kredycik dwudniowy, z oprocentowaniem niższym o 3% niż w wybranym przez nas kredyciku. W ten sposób zaoszczędziliśmy dwa tysiące, więc zakupy były właściwie gratis ;-) I dzisiaj znowu trzeba będzie zasuwać do miasta, podpisać poprawioną umowę. A obok jest księgarnia :-) A barbarella mówi, że jest nowy King w starym stylu. I promocja na podręczniki, to DZIECKU kupię, nie będę przecież przepłacać we wrześniu :-)
    Ale wracając do przyszłego tygodnia – pewnie skończy się na tym, że odpalę Simsy i przebimbam te dni robiąc karierę w showbiznesie.
    Coś jeszcze miałam napisać, ale nie pamiętam, co. A! Już wiem – świetny film widziałam. Wiem, że już wszyscy oprócz mnie go widzieli, ale polecam „Różyczkę”. Dobrze zrobiony, ze świetnymi aktorami, a nawet do Boczarskiej się pod koniec przekonałam. I muszę przyznać, że udało im się pokazać, w jaki sposób bohaterka zeszła niepostrzeżenie na złą drogę i dlaczego. Poza tym uwielbiam te fryzury i sukienki z lat 60. A na premierze „Dziadów” to miałam gęsią skórkę i ogromnie żałowałam, że mnie tam nie było… (proszę zauważyć, że to pierwszy wielokropek w tej notce, a mam słabość do znaków przestankowych).
    Zakończenie też super, tylko nie rozumiem, dokąd on pojechał – do Izraela? Ach, no tak, przecież on też miał takie nazwisko.
    I udało mi się wreszcie wytłumaczyć sobie, dlaczego starsze pokolenie w naszym kraju tak nienawidzi Żydów. Po takiej indoktrynacji ja też bym nienawidziła. Zakończenie filmu – bardzo dobre.
    I tyle.
    „Duma i uprzedzenie” nadal zachwyca; jak oni potrafili rozmawiać! Dosłownie delektuję się tymi dialogami i zazdroszczę tej kwiecistości środków, których można by użyć, aby coś komuś powiedzieć i równocześnie dać coś zupełnie przeciwnego do zrozumienia. Od razu przypomina mi się definicja dyplomacji: „powiedzieć komuś spierdalaj tak, żeby czuł narastające podniecenie przed podróżą”
    Oddalam się do obowiązków, albowiem jutro biorę wolne, o czym jeszcze nikt w pracy nie wie. A piątki mamy pracowite i muszę  dzisiaj zrobić wszystko to co na dziś i na jutro.
    PS: Mam gotową koncepcję co do kiecki weselnej, więc wiadomo z góry, że łatwo nie będzie na tych zakupach, oj nie…

    Byli u nas znajomi z dziećmi. Syn, który jest w wieku Deedee (dzieli ich parę dni) jest bardzo fajnym chłopaczkiem, spokojny, zamknięty raczej w sobie, ale równocześnie bardzo mądry i świetnie bawi się ze wszystkimi dziećmi (bardzo opiekuńczy wobec własnej siostry). Przez dwa dni układał z Deedee wielki okręt wojenny z klocków, chodzili na boisko itp itd.
    W niedzielę wyjechali, a Deedee mówi do mnie:
    - Zawiązaliśmy z M przyjaźń.
    - Super – mówię na to.
    Chwila ciszy.
    - Ale ja bym chciała coś więcej – zerknęła na mnie, czy się domyślam, o co chodzi.
    - Dziecko, ty masz 10 lat! – jęknęłam.
    A ona na to z oburzeniem:
    - Mamo, on miał już 8 dziewczyn!

    Za kilka godzin przychodzi do mnie i wzdycha:
    - Jak myślisz – czy to ma szansę?

    (M mieszka pod Poznaniem, przypominam)

    Wieczorne zwierzenia:
    - Jak tu znaleźć ideał? – znowu wzdycha.
    - A tu akurat od razu mogę Ci powiedzieć, że możesz sobie dać spokój – mówię, bo niepotrzebne jej według mnie takie złudzenia.
    - Ale ty swój już znalazłaś…
    - Noooo – mówię z przekąsem, bo akurat przed chwilą m znowu strzelił focha.
    - No w twoich oczach jest ideałem.

    No pewnie tak.

    a ma taki głos.
    Świat się kończy. To było moje dzisiejsze największe zdziwienie.
    Za to wcale nie byłam zdziwiona, że Deedee kolejny rok odebrała nagrodę za wyniki w nauce. Co to za dobre dziecko jest, mówię Wam!

    Moja wampirzyca umarła, więc miałam chwilę oddechu, którą wykorzystałam na porządki w pokoju różowym czyli córki :-) Jestem bardzo zadowolona z siebie, bo udało mi się go odgruzować, a przede wszystkim pochować co lepsze komplety zabawek tak, żeby przetrwały nadchodzący weekend i następny najazd małych Hunów, czyli dawno wyczekiwanych M i M spod Poznania, wraz z ich rodzicami oczywiście. To, co zostało mogą zniszczyć, nawet się ucieszę. I tak jak odstawię Deedee na kolonie 1 lipca, zrobię w jej pokoju taką czystkę, że…
    W zamian pomaluję jej jedną ścianę na zielono (więcej nie dam rady), niech się dziewczyna cieszy.

    Dexter właśnie jedzie zrobić sobie zdjęcia do dowodu osobistego.

    Oddalam się na z góry upatrzoną pozycję (tzn. przy grillu, z fajeczką i drineczkiem), miłego weekendu!

    Dalej będzie o książkach, skończyłam bowiem „Świat finansjery” i od razu rzuciłam się na „Erynie” Krajewskiego – nie wiem, dlaczego, ale jego styl jest hipnotyzujący, a pierwsze skojarzenie z książką: „pyszna”.
    Ale przerwałam, bo wciągnęło mnie w wampirzy świat Simów.
    Do wczoraj, bo wczoraj byłam oddać książki i przypomniałam sobie, że chciałam taką jedną już dawno przeczytać. I była na półce.
    W związku z tym po powrocie – przy obiedzie, papierosie, przekąsce w postaci bobu, a nawet w toalecie – chłonęłam świat stworzony przez Jane Austen. Aż wstyd się przyznać; nie czytałam „Dumy i uprzedzenia”. Nigdy.
    Najpierw mnie to interesowało (tzw. świat kostiumowy), potem urodziłam dzieci, potem mozolnie próbowałam wrócić do czytania. Nie, wróć, czytałam cały czas, ale pomiędzy spacerem a karmieniem i wieczorynką daje się czytać tylko krótkie formy w stylu „Wysokie obcasy” lub też „Twój Styl” – przyznaję się bez bicia, nawet mnie to przez chwilę fascynowało, dopóki nie zemdliło. Zwłaszcza „TS”, ze swoimi kolorowymi zdjęciami kobiet sukcesu, które stanęły na szczycie finansjery / mody / PR-u / sportu / Mount Everestu* a równocześnie są piękne, zadbane, wyglądają na trzydziestkę i mają cudowne, mądre, sławne, bogate dzieci, z którymi codziennie godzinami rozmawiają o życiu – jak nie przy zielonej herbacie, to przynajmniej przez telefon. Uf, upuściłam trochę krwi.
    O czym to ja?
    A, no tak, Jane A. Okazało się, że i lubię i umiem i podoba mi się. Jestem niesamowita. ;-)

    Co z muzyki? Poza podśpiewywaniem „Pankracego”? Zafascynowała mnie swoim głosem Adele, która już trochę mi obrzydła, bo w radio leci na okrągło. Oraz zupełnie niespodziewanie oszalałam na punkcie Zakopower i ich piosenki, którą już też w radio próbują zarżnąć, czyli „pójdę boso”. Uwielbiam piosenki, w których słychać chór kilku młodych, męskich głosów (rycząca 40tka ze mnie, co?)
    :-)
    Na swoje usprawiedliwienie mam, że takie piosenki lubiłam zawsze, naprawdę.
    O, jeszcze zasłuchuję się w „Vayamos Companeros” Marquees, z tych samych powodów oraz że znam słowa na pamięć i mnie to cieszy!

    * niepotrzebne skreślić

    A dzisiaj

    4 komentarzy

    nie zdejmę katany, bo mi zimno. Szfak, a nie mówiłam, że w tym kraju mamy tylko dwa tygodnie ciepłe?

    Nowiuśki kompiuter mruga do mnie wesoło czerwonym oczkiem z zielonego pokoju ;-) a ja nie mam czasu. Tylko z doskoku udaje mi się przy nim usiąść, ale jeszcze nawet nie zainstalowałam hiszpańskiego, bo wciągnęły mnie… Simy 3 Po Zmroku czy jakoś tak. Moja bohaterka całkiem nieźle sobie radzi, tylko że zestarzała się zanim osiągnęłyśmy to, co zamierzałam, a o założeniu rodziny nawet nie zdążyłam pomyśleć. Więc po przejściu w wiek emerytalny zostałam
    TADAM
    wampirem.

    Tja…

    I teraz wysysam krew, ale tylko z facetów :-)

    Sobotnia impreza udała się wspaniale, zaczynam myśleć o otwarciu jakiejś knajpy. Wszystko było pyszne, a najbardziej ciasto Pani Walewska, które nieodmiennie jest hitem – muszę częściej robić, bo nawet nie zdążyłam spróbować.
    A robiłam to ciasto 4 dni. Najpierw 3 dni szukałam przepisu (ostatni raz widziałam go rok temu, kiedy piekłam Walewską na komunię, najwyraźniej schowałam potem tak, że sama nie mogę teraz znaleźć – jak to ja). W końcu zadzwoniłam do mamy, bo to od niej kiedyś dostałam ten przepis. Również nie mogła znaleźć. Potem ściągnęłam z netu (tak, wiem, Majanko, ale ten Twój się trochę różni) i naniosłam poprawki z pomocą siostry. W piątek miałam już urlop i od rana nic mi się nie chciało. Upiekłam te dwa placki, a wtedy teściowa dopadła piekarnika i wsadziła tam karkówkę na 2,5h. Dopiero wtedy mogłam ubić bezę, posypać orzechami i dopiec do końca. Potem ostudzić. Potem krem. I tak to mi się zeszło do wieczora z tą Walewską. Ale warto było. Po południu dojechała kumpela, machnęłyśmy 3 sałatki. Już nawet nie wspomnę, że cały dzień sprzątałam. Przed imprezą miałam już nadłamany pierwszy pazur. W trakcie nadłamało się więcej, więc dzisiaj stopniowo dokonuję amputacji (są tak długie, że nie mogę ich od razu tak o ciachnąć, bo bym się czuła jak po amputacji palców do połowy.
    Ale co ja tu o pazurach.
    Goście dopisali, nawet moja mama przyjechała i odjechała bardzo zadowolona. Było nas razem 22 osoby, więc trochę ciężko było w trakcie rosołu i drugiego dania, bo jeden drugiemu wytrącał widelec swoim łokciem. Ja oczywiście nawet nie próbowałam usiąść przy stole – jako nieodrodna córka swojej matki nie odrywałam się od kuchni. Całe szczęście, że salon z kuchnią są połączone, to przynajmniej wiem, co kto powiedział i jak się bawili, zresztą już wkrótce musiałam rozpychać się łokciami na drodze lodówka – zlew, bo oczywiście impreza przeniosła się bliżej źródła :-)

    Brat zapalił cygaro, więc przez następne 2 godziny co jakiś czas z różnych części domu było słychać zaniepokojone „słuchajcie, coś sie fajczy” „WIEMY, WIEMY, to cygaro!”

    Dzieci dały czadu, pokój Deedee został zmasakrowany, zwłaszcza klocki Lego. Najmłodszego przyłapałam, jak próbował na tarasie podpalić wierzbę zapałkami, które na szczęście były zmoknięte. U Deedee przenocowała kuzynka i koleżanka z osiedla, jeszcze o pierwszej w nocy widziałam jak poduszki fruwają w jej pokoju.

    Goście rozjechali się przed dziewiątą, mijając w drzwiach sąsiadkę, która starym już zwyczajem wpada pod wieczór i dotrzymuje nam towarzystwa do późnych a raczej wczesnych godzin. m próbował nam włączyć muzykę z internetu w swoim laptopie, oczywiście zasięgu nie było, więc pozostało nam śpiewać sobie co ślina na język przyniosła – ja, sąsiadka i kumpela, radośnie próbujące najpierw ABBY, potem Gucia i Cezara, Rodowicz, Połomski…

    Tak, niedziela była dniem straconym. O wpół do dwunastej zerwała mnie teściowa, miałam pół godziny na ogarnięcie się i doejchanie do miasta z Deedee na ostatnie zajęcia na basenie. Zajęła 2 miejsce i otrzymała kartę pływacką. Oglądałyśmy to z kumpelą przez ciemne okulary, bo jakoś trzeba było schować te wory pijackie pod oczami, ech.

    Jakoś tu nic nie wspomniałam o głównym bohaterze wieczoru. Mój mały blondasek, który jeszcze niedawno bał się szyszek, jest teraz przystojnym, dorosłym mężczyzną wzrostu 1,90…
    Zainkasował mnóstwo forsy (chrzestna zafundowała mu kurs prawa jazdy) i parę fajnych prezentów, a dziękował nam za tę imprezę kilkakrotnie. Rzecz jasna, wczoraj już zdążył się z nami poprztykać.
    Chrzestny oczywiście nawet nie zadzwonił, palant jeden. Za to my zadzwoniliśmy w niedzielę do jego córki, bo miała urodziny. Spędziła je z mamą, na Florydzie.

    o obejrzanym wczoraj filmie W.Allena „Co nas kręci…”
    Jak zwykle parę tekstów do zapamiętania – na przykład propozycja zwiedzenia muzeum holocaustu :-)))
    i „chudzi abstynenci też umierają”
    Jak dotąd to jeden film WA do mnie nie trafił kompletnie – „Sen Kasandry” – zbyt szekspirowski jak dla moi.

    Mam dziś taki dekolt, że na razie boję się zdjąć katanę, bo mamy tu współpracownika zbliżającego się do osiemdziesiątki i bardzo wrażliwego na kobiece wdzięki :-)

    wypadałoby omówić ostatni weekend.

    W piątek bratowa pozazdrościła szwagrowi i postanowiła swoje imieniny uczcić równie spontanicznie. Niestety, m wrócił z pracy i zakupów o 19, więc darowaliśmy sobie. Za to oni nie podarowali nam i przyjechali do nas… na motorze :-) w sobotę. Tego dnia obchodzili rocznicę ślubu, więc brat wynajął na weekend motor i woził bratową po północnej Polsce, we wszystkich kierunkach. A że tyłki ich trochę już w sobotę bolały, to trochę odwiedzili siostrę, a trochę nas. Trafili akurat na Armageddon w postaci rozpalania grilla (nie wiem, dlaczego my zawsze mamy taki problem z rozpaleniem tego ścierwa), poza tym m właśnie molestował naszego wioskowego dostawcę internetu, bo router bezprzewodowy nie dawał mu dojścia z lapka do netu. A m potrafi być boleśnie skuteczny zmuszając ludzi do robienia tego, na co nie mają ochoty. W końcu grill zapłonął i nawet coś się udało zjeść, m się uspokoił, zrobiliśmy po drinku, wręczyłam bratowej prezencik imieninowy (srebrna bransoletka i pierścionek, z bursztynem). Omówiliśmy następną zbliżającą się imprezę rodzinną, czyli osiemnastkę naszego Dextera. Dagny wpadła na genialny pomysł (i nie jest to sarkazm), żeby brat u nas przenocował – bo w niedzielę rano będzie jechał z m i Dexterem na dorsze, więc mogą jechać razem, a bratowa nie będzie musiała prowadzić i wreszcie sobie pogadkujemy porządnie we trzy. Tym bardziej, że ona w niedzielę z kolei pojedzie z synem do swojej mamy na imieniny, a od nas ma bliżej. Tyle, że będzie trochę sponiewierana :-)

    MDS unika rozmowy z m i z teściową, za to jego teściowa dorwała telefonicznie m i nadawała mu przez pół godziny na temat MDS.

    Dexter nadal nic nie zdecydował w sprawie imprezy dla znajomych, co mnie wcale nie dziwi. Jego inercja jest porażająca. A co mnie to zresztą…. Ja mam menu obmyślane na sobotę, zakupy właśnie się robią, w piątek mam wolne i będę zasuwać. I chcę. A zaraz podjadę kupić jakąś ładną miskę na sałatkę.

    Kolonie Deedee zapłacone, karta kolonijna posłana. Od 1 do 13 lipca „nasi podopieczni” będą wyjechani ;-) Nie wyobrażam sobie tego za bardzo – tyle dni bez mojej królewny? Na pewno ją odwiedzę…

    M rozpoczął odchudzanie, bo Dagny go podpuściła, że jak schudnie, to ona się zgadza, żeby on był jej świadkiem; w mundurze. A ja chudnę razem z nim.
    Głodna jestem.

    PS: Właśnie dostałam SMSa, że komputerek jest gotowy do odbioru :-))))) yesssssssssssssssssssss

    Ważę 73,2

    Mój Durny Szwagier, którego w skrócie będę nazywać MDS – nie kupił biletu dla Camille, więc wspólne wakacje poszły się…
    Deedee rozpaczała cały wieczór, chciała wysyłać swoje pieniądze, które uzbierała na komputer. I wytłumacz dziecku, że niektórzy są takimi idiotami, że nic nie pomoże.
    Mało tego, nawet ze skarbonki własnej córce coś wyciągnął.
    W sumie to nieszczęśliwy człowiek, ale nie można przez całe życie usprawiedliwiać swojej głupoty i lenistwa ciężkim dzieciństwem…
    M jest jego bratem, na szczęście skrajnie inny charakter i cele życiowe jasno sprecyzowane (tzn. jakby tu odpocząć, hehehe)

    Deedee w sobotę skończyła 10 lat, a Dexter za 11 dni będzie dorosły. Oczywiście tylko teoretycznie…
    Ale najpierw o jubilatce. W zeszłym tygodniu pojechałyśmy do fryzjerki, Deedee wyszukała sobie fryzurkę na krótkie, proste włosy (najpierw rzecz jasna musiałam jej wyperswadować wszelkie fryzury z długimi, bardzo kręconymi lokami). Była to akurat taka fryzurka, którą ja sobie wymarzyłam, więc fryzjerka ciachnęła ją na tzw. pazia, z krzywą grzywką (asymetryczną), zdjęcie pokażę, jak mi się zachce wreszcie coś więcej niż tylko szydełkować w domu.
    Teraz przynajmniej nie ma problemu z suszeniem włosów, no i 1 lipca jedzie na kolonie, więc z myciem też nie będzie kłopotu.
    Ale do rzeczy.
    Jak wcześniej pisałam, atrakcją urodzinową miał być park linowy. Deedee zaprosiła 5 koleżanek z klasy, jedną z sąsiedztwa, jeden chłopiec od mojej ulubionej sąsiadki. Do tego chrzestna Deedee z 2 córkami, mężem i swoją mamą. Wszystko miało się rozpocząć o 10 rano, żeby był czas na wyjazd, powrót, tort, grilla, karaoke i zabawy dowolne. Niestety, w ostatniej chwili wszedł nam w paradę ksiądz z rocznicą komunii, którą zarządził w sobotę o 11. No trudno. Alba odczyszczona, wyprasowana, wianek na głowę i do kościoła. Po kościele popędziliśmy rodziców zaproszonych dziewczynek, żeby się streszczali i jak najszybciej dostarczyli córki do nas. Posłuchali :-) i już o pierwszej jechaliśmy dwoma samochodami do Parku Przygody (jakieś 10 km).
    Zaznaczam, że nigdy z bliska nie widziałam parku linowego, ale założyłam, że skoro wpuszczają tam od 120 cm, a większość dzieci miała po 140, to chyba nie jest to nic takiego.
    ta…
    Kiedy weszliśmy do kępy lasu osłaniającej park od drogi, trochę się zdezorientowałam. Szukając wzrokiem tej trasy „Mrówek” gdzieś w krzaczorach, podeszłam do instruktorki. Okazało się, że trasa Mrówek to ta, co jest nad naszymi głowami. 6 do 10 metrów nad ziemią…
    Podpisałam cyrograf, że w razie czego nie mam pretensji i zabieram z powrotem dzieci w reklamówkach. Potem każde dostało uprząż, kask, krótkie szkolenie i hajda na drzewo! Deedee szła pierwsza. Widziałam, że boi się bardzo, ale szła, powoli, pięć razy próbując nogą każdą przeszkodę. Dość długo to trwało, ale jak zeszła to widziałam, że pęka z dumy, aż jej szczęka chodziła :-)
    Najciekawsze było to, że wszystkie dzieci bały się przechodzić po tych różnych deseczkach, linach, ale jak przychodził etap przejechania na stalowej linie od drzewa do drzewa, w powietrzu, to żadne nie miało z tym najmniejszego problemu. Ja bym się bała właśnie tego najbardziej. W sumie przechodziło tych naszych dzieci dziewięcioro, z czego dwie się wycofały z pierwszej platformy (i całe szczęście, że na początku, a nie gdzieś w połowie i trzeba by je było stamtąd ściągać). Reszta po zejściu z trasy była tak naładowana emocjami, że mało nie pękły w samochodzie w drodze powrotnej, próbując sobie nawzajem wszystko na raz opowiedzieć.
    Potem już poszło z górki – odebrałam po drodze tort, zjedliśmy go od razu prawie w całości, bo wszyscy byli tak głodni (była już prawie 16). Nawet był dobry, jak na kupny – ananasowo-brzoskwiniowy, z bitą śmietaną, bardzo ładnie przystrojony i nie za słodki. I nie oszukiwali na wadze, bo czasem takie torty są tak nasączone, że pływają.
    Powoli dochodziło mięsko na grillu, m zrobił szaszłyki i kupił najlepszą na świecie karkówkę firmy na M (w tym roku ją odkryliśmy i już nigdy nie mam zamiaru robić swojej), ja ściągnęłam z netu dwa przepisy na piersi z grilla i też było to pyszne. Były szpadki z paskami piersi marynowanej w miodzie, sosie sojowym i musztardzie oraz kawałki piersi marynowane i zawinięte w cieniutkie plasterki boczku. Chyba dobre, bo nawet nie spróbowałam. Nasz grill co prawda nie nadaje się na imprezy, bo jest za mały, więc co się upiecze to znika prosto z rusztu, ale awaryjnie miałam dwa kurczaki z rożna, które podgrzałam w piekarniku i to uratowało małych gości od śmierci głodowej ;-) Były też jajka na twardo – niezawodne na takich imprezach oraz sałatka. A kiedy wrócili z ogrodu zziajani i dowiedzieli się, że są lody, bita śmietana w sprayu i posypka i że mogą tym dysponować jak chcą, zostałam okrzyknięta „cudowną” i tego będę się trzymać.
    Prezentów było mnóstwo, bardzo fajnych. Ja też się dobrze bawiłam i mam pewność, że te urodziny zostaną w klasie  Deedee najdłużej zapamiętane. Ja też ich nie zapomnę :-)
    W niedzielę ja, kumpela i Deedee ruszyłyśmy tradycyjnie na basen, córka przeszła pierwszy etap egzaminu na kartę pływacką, potem szybkie zakupy w Tesco i wreszcie Deedee dostała od nas i od Dagny po urodzinowym pudełku Lego. Potem całe popołudnie lenistwa, na obiad co kto chciał, mnie się akurat zachciało młodych kartofelków z twarożkiem i szczypiorem. Próbowałyśmy sobie spalić odnóża na tarasie, jak zwykle Dagny się spaliła, ja nadal biała…
    Po imprezie sobotniej obudziłam się bez głosu – nawet się porządnie z mężem nie mogłam pokłócić :-) Deedee się wystraszyła, jak mnie usłyszała. A ja rano też byłamnie mniej zaskoczona, bo obudził mnie telefon, odebrałam i trzy razy próbowałam powiedzieć „halo”, po czym przekazałam słuchawkę emowi. Wydałam z siebie tylko 3 razy „hyhhh… hyh….. hyh…” :-D Rodzina się ze mnie cały dzień śmiała, ochrzcili mnie „godfatherem”, co nam przypomniało, że mamy ten film i jeszcze go nie obejrzeliśmy. Więc go obejrzeliśmy.
    Wieczorem Dexter coś odpyskował, a ja głosem Marlona Brando zacytowałam kiwając głową:
    „szaleję za swoimi dziećmi, dlatego je rozpuściłam. i teraz zdarza się, że odzywają się, kiedy powinny słuchać…”

    Poza tym teraz jeden weekend odpoczynku (o, może do kina się wybiorę na Kaca 2), a potem osiemnastka Dextera. Tu zamierzam się już bardziej urobić, bo mam ambitny plan zrobienia jego ulubionego ciasta – pani Walewskiej, poza tym zrobię same jego ulubione potrawy – sałatkę serowo-ananasowo-czosnkową, może lasagne, a może coś innego, muszę go jeszcze zapytać. Ludzi będzie tłum, na razie naliczyłam 16 dorosłych…
    Układając menu i czekając na oferty z firm komputerowych (bo w końcu się zdecydowałam na nową maszynę do pisania i grania) pozostaję z pozdrowieniami
    Wasza cudowna batumi.


    • RSS