batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 9.2011

    Kurka wodna

    5 komentarzy

    Nadal nie mam zdjęć z weekendu, znowu m zapomniał zostawić je w domu.

    Pozytywna wiadomość – e-pasmanteria wysłała wczoraj w końcu moją paczkę i będę mogła dokończyć następne kółka, których sporo narobiłam ostatnio. Trochę mnie zeźlili, bo jak się czegoś nie ma od ręki, to wypadałoby o tym powiadomić na stronie e-sklepu, a nie świrować potem przez trzy tygodnie, że będą, będą ale jeszcze nie dziś i nie jutro…

    Wczoraj długo z sobą walczyłam, czy iść „hacer gimnasia”, czyli ćwiczyć, bo po pierwsze nie mogę się wykaraskać z przeziębienia weekendowego, po drugie m przyjechał tak późno, że cały wieczór w tym układzie byłby z głowy. Ale pojechaliśmy. Trochę mnie szlag trafił jak weszłam do szatni i zobaczyłam osiem szafek zajętych, bo na pięterku jest raptem sześć urządzeń, więc nie wiadomo, czy się dopcham. Na szczęście orbitrek był wolny, ale i tak byłam niezadowolona, bo już przyzwyczaiłam się do 20 minut rozgrzewki na bieżni i potem dopiero pół godziny orbitreka. Poza tym hałas niemożliwy, bo dziewczyny się znały i próbowały ze sobą gadać, przekrzykując głośną muzykę z tv. No ale jakoś poszło.

    Dexter za to miał wczoraj pierwsze spotkanie w szkole nauki jazdy. Dzisiaj w końcu poszedł do szkoły, całe szczęście, że jest ładna pogoda, bo on jeszcze na antybiotyku.

    Deedee brała udział w międzyszkolnych zawodach sportowych, zajęły trzecie miejsce.

    M był w empiku, kupił mi następne numery hiszpańskich czasopism. Pytał, czy kupić Deedee „Kaczora Donalda”, bo do niedawna namiętnie czytała, a gadżety dodawane do komiksu walają się po całym domu. Powiedziałam, że nie, bo chyba już zapomniała; i bardzo dobrze. Nie minęło pięć minut, a Deedee pyta:
    - Tata jest dzisiaj na zakupach?
    - Jest, a co?
    - No bo mi już dawno nie przywiózł „Kaczora Donalda”, co jest, kurka wodna?!
    I nastąpiło „splatanie rąk” i „przytupywanie nóżką” :-)

    Oby przesyłka doszła na weekend, bo jak nie, to co ja nieszczęsna będę dłubać przy tych wszystkich filmach, co na mnie czekają?

    Od wczoraj namiętnie czytam bloga fusilli, bardzo ciekawy!

    jakie przeżyłam. Ledwo, ale przeżyłam :-)

    Najpierw nazbieraliśmy trochę grzybów.
    Potem pojechaliśmy do przepięknego pensjonatu, w którym co roku nocujemy po tych imprezach integracyjnych; tym razem wszystko mieliśmy na miejscu – imprezę i nocleg. Był przystojny pan wodzirej, sorki – animator – w obcisłej koszulce, która nie zdołała ukryć, że pan dużo ćwiczy. Zabawy były zabawne – łapanie jajek rzucanych przez małżonków, toczenie opony – oczywiście wygrali kierowcy kat. A, ja wzięłam udział w kręceniu hula-hopem, niestety najlepiej szło mi na szyi.
    Był pyszny obiad, potem pieczone prosię (niezabardzo) i różności z grilla, były tańce, w trakcie spacery dookoła i powroty z grzybami w kieszeniach. Atmosfera zrobiła się gorąca, kiedy o siódmej przyjechali germańscy oprawcy – teraz, po 70 latach, to już jest zabawne, ale jak tak się popatrzy na takie zdjęcie, to trochę ciary chodzą po plecach.
    Zrobiliśmy sobie z nimi zdjęcia, pokrzyczeli trochę na nas „schneller, schneller” i poszli odpoczywać. Kręcą film w pobliskim lesie, a spali w naszym pensjonacie.
    Tak mnie to rozśmieszyło, że jak o 5 rano zaczęli stukać buciorami po korytarzu, to nawet nie potrafiłam się złościć, tylko wymruczałam emowi, żeby schował bibułę, bo idą po nas.

    Połowa pracowników wytwórni postawiła sobie za punkt honoru wytańczyć „kierownikową”, więc niewiele posiedziałam, ledwo miałam czas przełknąć drinka i już znowu tańczyłam. Na niezbyt równym trawniku było to wyzwanie, więc zakwasy miałam potem nie do opisania. Ale je wczoraj rozchodziłam na siłowni. Do tego większość „moich” tancerzy była o pół metra wyższa ode mnie, więc naprawdę nie było łatwo za nimi nadążyć.

    Poza tym po 40 latach życia w końcu poznałam prawdziwych gejów; i to od razu czterech. A jeden to tak tańczył… matko jedyna! Przetańczyliśmy pół płyty George’a Michaela.

    Ech, pokazałabym więcej zdjęć, ale są na nich osoby prywatne, więc.

    M tak się rozbawił z filmowcami, że w niedzielę o mało nie wystąpił też w tym filmie. Powstrzymało go tylko to, że miało to trwać do 17 i ja byłabym w tym czasie uwięziona w pensjonacie. Z 4 gejami, ale zawsze :-D

    PS: Najlepszy tekst z imprezy wygłosiłam po powrocie z toalety, ale to dowcip zrozumiały tylko dla tych, co są wielbicielami „Testosteronu”. Usiadłam koło m i powiedziałam
    - Papier się skończył. Prawdopodobnie byli to Niemcy.

    pewną miejscowość w Borach Tucholskich odwiedzili germańscy oprawcy :-)

    i na razie to by było na tyle. Resztę napiszę, jak mi przejdą zakwasy od tańców…

    z przeziębieniem, bo jutro ten piknik i grzybobranie, pogodę zapowiadają piękną, oby.

    Mam zamiar wrócić w niedzielę z koszem grzybów i lekkim kacem.

    Zaprogramowałam nagranie kilku filmów (Social Network! nareszcie!), kilka czeka na obejrzenie, co daje razem ok. dwunastu, będzie co oglądać, tylko kiedy?

    Pogoda się zepsuła, katar trochę mniejszy ale boję się, że przejdzie na gardło, właśnie czekam na m, który ma przybyć z odsieczą, czytaj: z Cholinexem. Wzięłam torbę „fitnessową”, ale nie wiem, czy pójdę po pracy, bo nie chcę się doprawić. Do tego wczoraj byłam na zakupach i zapłaciłam za zakupy 350 zł. A w tych zakupach raptem z konkretnych rzeczy było 8 filetów ryby głęboko mrożonej (więc tak naprawdę będzie tych filetów 4 – jeden obiad) oraz jeden udziec z indyka i garstka mięsa mielonego wołowego. No i kawa. Owoców nie kupowałam, tylko trochę warzyw. Z chemii – papier toal i jeden płyn do płukania. To ja się pytam – gdzie jest moje trzysta złotych?!

    Hiszpański idzie dalej jak krew z nosa, ale dzisiaj zawzięłam się i tak długo ćwiczyłam te dwa czasy przeszłe (Indefinido i Imperfecto), że coś zaczęło mi świtać. Ja to jednak zawzięta jestem. Teraz jeszcze przyszły i biorę się za konwersacje i rozumienie ze słuchu oraz słówka.

    W pracy zimno.

    Tyle jeśli chodzi o narzekanie.

    Wczoraj wieczorem trafiłam na program na HBO, gdzie pokazywali jakiś teleturniej francuski, w którym jeden pyta, drugi odpowiada a ten pierwszy go prądem, jeśli zła odpowiedź. Świat się kończy. Oczywiście pytający nie wie, że tak naprawdę to drugiemu żadna krzywda się nie dzieje. Ale po co to? Nagrałam końcówkę, żeby sprawdzić, o co kaman.

    A do tego wszystkiego następna awaria w domu – poszedł jakiś kabelek w ścianie i dwa gniazdka padły w kuchni. Sąsiad zrobił nam jakieś obejście, ale teraz to już mam wrażenie, że nasz dom to jedna wielka prowizorka i zaczynam się bać jesiennych wiatrów.

    Zadzwoniła D, życie od razu pojaśniało :-)

    Filmów niewiele widziałam, bo co przyjdę do domu, zjem obiad, myślę chwilę (raz dziennie wypadałoby, nieprawdaż?) i włączam Simsy. A potem już trzeba iść spać. ALE obejrzałam początek francuskiego filmu, obiecujący początek, tytuł „22 kule” z Jeanem Reno. Zaparłam się też, żeby nagrać i obejrzeć nowy serial – Mildred Pierce, udało mi się nawet nagrać drugi odcinek, dzisiaj mam nadzieję, że uda się pierwszy.
    Udało mi się też w końcu dobrnąć do końca filmu „Oczy szeroko zamknięte” – dobry film, ale jakież on ma dłużyzny! Oglądałam go na jakieś osiem razy.

    W związku z brakiem czasu nadal też brnę przez „Kapelusz pełen nieba”, który da się czytać, ale tęsknię za panem Cholewą.

    Przyszły w końcu kółka średnica 35, więc niedługo dwie obręcze na eksport będą gotowe. Na pozostałe kółka i przybory krawieckie czekam już dwa tygodnie, co zaczyna mnie wkurzać – jak się czegoś nie ma w magazynie, to się o tym pisze w sklepie internetowym, wtedy człowiek wie, z czym ma się liczyć.

    M zapełnił sobie życie tak, że chyba już w ogóle nie będziemy się widywać – basen, siłownia, angielski, poza tym dwie noce w tygodniu spędza w miejscu pracy. A w sobotę urządza piknik dla pracowników, mam nadzieję, że do tego czasu opanuję straszliwy katar, który sprzedała mi Deedee.

    Wczoraj Dexter miał skończyć lekcje bardzo wcześnie, więc umówiliśmy się na siłowni. On spędził tam ponad dwie godziny, ja dojechałam po pracy i najpierw dwadzieścia minut maszerowałam, potem pół godziny na orbitreku, który bardzo mi się podoba bo przypomina cycling, potem 10 minut brzuszków. Bosko.

    Deedee na razie odnosi spektakularne sukcesy w czwartej klasie – najlepiej napisała test z angielskiego (w dodatku zapomniała, że będzie, więc się nie przygotowywała) i również najlepiej wypadła na teście z matematyki. Nadal upiera się, że będzie dziennikarką (a ja dodaję, że na kasie w Tesco); ja z kolei wmawiam w nią niezwykłe zainteresowanie i zdolności przyrodniczo – ścisłe i roztaczam uroki inżynierii.
    Muszę jej kupić jakieś Lego Technics porządne.

    Wypożyczyłam dla niej „Złotą kulę” Ożogowskiej i zamówiłam na allegro całą serię „Pożyczalskich”. Z m czytają wieczorami „Włóczęgi północy” i widzę, że wreszcie trafiłam w gust obojga, bo czytanie często przeplatają gorącymi dyskusjami na temat książki.

    PS: W trakcie czytania „Złotej kuli” trafiłyśmy na słowo „byczo”. Nauczyłam Deedee automatycznie pytać o słowa, których nie zna, więc usłyszałam: „byczo, czyli jak?” Nawet sobie człowiek nie zdaje sprawy, jak bardzo trącą myszką książki, które w dzieciństwie czytał :-)

    za propozycje, teraz już nie będę miała pustki w głowie, jak stanę przed regałami w bibliotece.
    Ja zaczytywałam się Verne’m – ale ostatnio w bibliotece nie mieli moich ulubionych tytułów

    Bardzo miło zaskoczył mnie wczoraj po południu fakt, że jest już środa.
    Po głębszym zastanowieniu jednak doszłam do wniosku, że ktoś mi ukradł wtorek.
    I co teraz? Jak żyć?

    No tak, we wtorek integrowałam się z mieszkańcami mojej wsi na zebraniu, wróciłam do domu o 20, więc rzeczywiście dzień wyjęty z życiorysu.

    Ale za to środa została wykorzystana na maksa – pojechaliśmy we trójkę na siłownię, zobaczyć, co i jak. Mimochodem wzięliśmy ubrania sportowe, na miejscu okazało się, że pierwszy raz można za darmo, a w dodatku było mało ludzi, więc już zostaliśmy. Sala do treningu kardio jest piętro wyżej, niż do siłowego, i to mnie osobiście najbardziej zachwyciło. Są dwa orbitreki, dwie bieżnie, stepper i rowerek. Po dwóch minutach na orbitreku życie mi obrzydło, ale się nie zrażałam, bo wiem już, że tak zawsze wyglądają dwa – trzy pierwsze treningi. Spodobała mi się bardzo bieżnia, ale stanowczo przydałaby się jakaś empetrójka albo książka.
    Na miesiąc tam zostaniemy a potem się zobaczy.

    książek, którymi zaczytywaliście się w wieku 10 – 11 – 12 lat – nie wiem, co podsunąć Deedee

    wczoraj – jeden głupi i beznadziejny, drugi… dziwny, tyle na razie mogę stwierdzić, ale chyba nie taki głupi, jak się wydawał na początku (ten tytuł mogę podać, czemu nie – „Najlepszy ojciec świata” z Robinem Williamsem).

    O weekendzie mogę powiedzieć tylko, że był bardzo intensywny i zabawny, więcej mi się nie chce.

    Za to na blogu robótkowym parę nowych zdjęć, zapraszam.

    Dzisiaj mam już piątek :-) jutro rano jedziemy do P., zamierzamy się dobrze bawić. Poszłabym na tego Allena, ale co zrobić z dzieckiem? W sumie to mogę ją zostawić przed kinem, ostatnio udowodniła, że świetnie sobie radzi w centrach handlowych…


    • RSS