batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 10.2011

    Jest sobota, 11.05, a ja jestem w domu. Poza mną w domu jest jeden kot. Napawam się ciszą i lśniącymi panelami, które umyłam już przedwczoraj na tę okazję.
    m i babcia pojechali na groby, wrócą we wtorek. Dwa koty wyszły na dwór (jeden chciał, drugi nie, ale mu pomogłam podjąć decyzję). Dexter pomaszerował do Gdańska na kurs maturalny. Deedee pojechała ze szkołą na basen. Uprzednio zrobili sobie oboje śniadanie, bo ja odsypiałam nocną wizytę na lotnisku. O 4.30 odwiozłam D. Następny raz – nie wiadomo, kiedy; ale po sprawdzeniu cen Wizzara wygląda na to, że jest szansa na wizytę w Norwegii. Może więc nie trzeba będzie czekać na spotkanie do kwietnia czy maja…
    m zdał mi telefoniczną relację z wczorajszej wizyty w Warszawie i BP. Obśmiałam się jak norka. Ludzie na wschodzie są tak gościnni, że nie dość, że sami wyjechali i zostawili klucze dla m, to jeszcze przygotowali żarełko i ucieszyli się, że m po drodze zgarnął z Wwy kuzynkę i zabrał ją do BP ze sobą. Mimo, że miał GPS-a, a i nie pierwszy i nie dziesiąty raz ich odwiedzał, to i tak gospodarz domu wziął sobie za punkt honoru, żeby od przedmieścia doprowadzić swoich gości telefonicznie aż do lodówki w kuchni i wytłumaczyć, co i z jakimi dodatkami mają sobie z niej konsumować. A gospodarze domu są 300 km od niego, w spa – i wrócą jutro. Pod ich nieobecność odbyły się nocne Polaków rozmowy do białego rana, bo w tym mieście przebywa obecnie 1/4 klasy z ogólniaka m i zaczęli zabawę w jednym domu, a skończyli u D i B. Chociaż ich nie było :-) Ale sądząc po telefonach też się dobrze w tym spa bawili.
    Teraz chyba się rozerwę, bo jednocześnie mam ochotę:
    1. oglądać filmy z szydełkiem w ręku
    2. ugotować coś dobrego (ale chyba dam sobie spokój, bo mam pyszne greckie pierożki z fetą i szpinakiem w zamrażarce)
    3. poczytać w łóżku
    4. posiedzieć w necie
    5. zrobić porządek ze zdjęciami
    6. położyć się na środku salonu i napawać samotnością
    Ciekawe, czy D dojechała już do domu, mogłaby DAĆ ZNAĆ.

    Notka u stardust

    3 komentarzy

    o mrożeniu przypomniała mi, jak to ostatnio odkryłam sposób na własne lody w zamrażarce. Deedee zrobiła sorbet mango+ pomarańcza (zrobiła, czyli przyniosła przepis, tata kupił składniki, babcia obrała mango, mama je pokroiła, tatuś wycisnął sok z pomarańczy, a Deedee to wszystko zaczęła miksować, oblała siebie i pół kuchni i poszła sobie, a mama dokończyła). Wlałam ten sorbet do pudełka po lodach i włożyłam do zamrażarki. Pudełko było już wcześniej używane, mamy trochę takich, bo są dobre do zapełniania zamrażarki – prostokątne. Mrozimy w nich barszcz ukraiński, grzyby, bigos itd. Na pokrywce było napisane markerem, co jest w środku.
    Po dwóch dniach zdziwiłam się, że sorbet nadal sobie stoi prawie nie naruszony, bo takie rzeczy to zazwyczaj znikają w naszym domu migiem. Dexter, zagadnięty w tej kwestii, oznajmił, że nie ruszał, bo na wieczku było „bigos”.
    No i teraz już wiem, że wystarczy kupić sobie Algidę Śmietankową Krówkę, zamienić wieczka i spokojnie spać, nikt mi niczego nie wyżre :-)
    A ja lubię mieć coś dobrego i poczęstować się raz na jakiś czas odrobinką i mieć to przez parę miesięcy…

    Kilka uwag

    2 komentarzy

    Wczorajsze zamknięcie wody na ogród było dość spektakularne, a więc warte odnotowania. Jak to mówią, co nagle, to po diable. M wrócił z pracy i zakupów i postanowił jeszcze przed wyjściem na siłownię szybciutko zamknąć tę wodę i spisać licznik. W tym czasie w kuchni rozgrywała się akcja pt. „ostatnie farbowanie odrostów przy pomocy D.”. Nawet przez chwilę miałam taki przebłysk, żeby to zrobić po wyjściu m, ale że chciałam jeszcze troszkę wieczoru poplotkować, powiedziałam „nakładaj farbę!”. Kiedy prawa połowa głowy była już pokryta farbą, do domu wpadła teściowa z okrzykiem, że pękło coś tam i woda zalewa m tkwiącego w studzience oraz ogród. Nastąpiła szybka inscenizacja „Walkirii” (moja teściowa) skrzyżowanej z Meduzą (ja i moja fryzura) oraz „Milczeniem owiec” (D.) – to w domu, bo w ogrodzie m nadal wygrzebywał się ze studzienki, która w obwodzie ma dwa cm więcej, niż on. Na szczęście znalazł się w wiosce fachowiec, który przybył w ciągu 10 minut i zapobiegł powstaniu na Kociewiu nowego zbiornika wodnego. A pogotowie wod-kan milczało…..
    I tak to pozbyliśmy się 120 zł.
    A ja miałam okazję odwiedzić sąsiadkę z workiem na głowie i suszarką z szamponem w torbie – dobrze, że było już ciemno. Jak dobrze mieć sąsiada – zwłaszcza, kiedy się nie chce mieć na głowie platyny lub zieleni.

    Dzień wcześniej pozbyliśmy się 160 zł, żeby (tym razem planowo) opróżnić szambo.
    Jutro pozbędę się 100zł – jako zaliczki za studniówkę. Oraz 650 zł – druga rata za prawo jazdy.

    Poza tym mam ciężki nawrót instynktu macierzyńskiego, bo czytam (od początku) bloga „do jasnej anielki”. Niniejszym wychwalam pod niebiosa poczucie humoru mamy małej Anieli, zazdroszczę aparatu fotograficznego i podziwiam chęć do pisania o tym, co się dzieje w domu, kiedy pojawia się mały ktoś. A trzeba mieć naprawdę samozaparcie, żeby tak dowcipnie opisać własne niewyspanie :-)
    Swoją drogą, moja pierwsza myśl po uświadomieniu sobie drugiej ciąży: „Znowu się nie wyśpię przez 2 lata. AAAAAAAAAAAAAAAA!”

    PS: Dzięki Anielce dowiedziałam się też o takim czymś jak picnik.com, a więc teraz zdjęcia na drugim blogu staną się bardziej urozmaicone… A czasu na wszystko jeszcze mniej…

    Nie mam weny

    3 komentarzy

    a przydałaby się, bo działo się dużo i chciałabym to zapamiętać.

    Pięć dni z D, było bardzo intensywnie, ale i satysfakcjonująco. W sobotę witałyśmy się do piątej rano, w niedzielę wyprawa 100 km po jabłuszka. Byłyśmy razem poćwiczyć, byłyśmy na zakupach (kilka nowych rzeczy, w tym śliczna sukienka – JA W SUKIENCE, czujecie? I czułam się jak milion dolarów!). Przy okazji wizyta u mojej ulubionej ortodontki z Deedee (kobieta typu „hrabina na włościach”, uwielbiam ją po prostu. Jeszcze nigdy nie udało mi się powiedzieć żadnego zdania przy niej do końca, bo ona wie lepiej, co ja chcę powiedzieć. Dobrze, że przynajmniej nie muszę płacić za możliwość dopuszczenia przed jaśnie oblicze). W środę miałyśmy odwiedzić znajomą „ciężarówkę”, dwie godziny przed dostałyśmy smsa, że zaprasza w odwiedziny… do szpitala wojewódzkiego. Termin za miesiąc, ale dziwnie się czuła, więc poszła sprawdzić, czy wszystko ok. Pojechałyśmy z jej mężem i przyjaciółką, dotrzymaliśmy towarzystwa, potem odstawiliśmy D na pociąg i pojechała do mamy.
    Następnym razem D będzie najwcześniej w maju, ja się chyba potnę. I co ja będę nosiła?! Kto mi pomoże kupić sobie coś na wiosnę?!

    Podsumowanie tygodnia:
    Największe zaskoczenie – żona mojego siostrzeńca

    Najlepszy dowcip – jak zwykle to m zatekścił; przy śniadaniu u Grosików, po czym ja i kumpel płakaliśmy ze śmiechu na balkonie, aż się na nas oglądały ludziska zmierzające do kościoła.

    Kilka niezbyt grzecznych zachowań, którymi zaskakują mnie moi bliżsi i dalsi znajomi (np. czy wyobraża ktoś sobie zaprosić gości na własne urodziny, po czym nie wyjść z kuchni, żeby się z nimi przywitać i dać możliwość wręczenia kwiatów i prezentu?). Albo zobaczyć dawno nie widzianych kumpli ze studiów i spytać „a co tu właściwie robicie?” Ale to akurat też kobieta była. Kiedy trzeci raz próbowała się tego dowiedzieć, doczekała się równie grzecznej odpowiedzi (coś było o szarych komórkach) – sama chciała.

    Wizyta imieninowa u mojej mamy – byłam sama i gadało nam się jak za najlepszych czasów, no miodzio po prostu. Nie ma nic wspanialszego jak usłyszeć od własnej rodzicielki mnóstwa pochwał (zapamiętać i zastosować wobec własnego potomstwa).

    Dexter w piątek wybył na wesele w rodzinie swojej dziewczyny, zapomniał komórki, w poniedziałek wracał, wykańczając nas nerwowo (m pojechał po basenie z Deedee go odebrać, nie zobaczyli go wysiadającego z pociągu, czekali w umówionym miejscu 25 minut, ja i teściowa o mało nie wykorkowałyśmy z nerwów w domu). Za to Deedee była zadowolona, bo zaliczyła z tej okazji McDonaldsa.

    Deedee dalej przynosi piątki, pani od matematyki uważa ją za uzdolnioną w kierunku, a więc nadal moja koncepcja wychowania inżyniera nie upada. Muszę jej kupić jakiegoś „Małego mechanika” i m mógłby już pomału ją wciągać w drobne naprawy domowe.

    Dzisiaj rano jak zwykle zamieszanie poranne domowe, dzieci jedzą śniadanie, trzy koty plączą się pod nogami i domagają michy, teściowa im nakłada pokrzykując i pobrzękując naczyniami, nagle Dexter głośno wydmuchał nos. Usłyszałam BRZDĘK i zobaczyłam Kerę jak stoi zjeżona na środku salonu, a czarny patrzy się na swoją miskę i rozrzucone wokół żarcie. Po czym z rezygnacją zaczął to jeść. Wystraszyła się biedna, ale czy musiała uciekać akurat przez miskę czarnego?
    Nas zresztą też nieźle w nocy wystraszyła, bo jak szliśmy spać to byliśmy pewni, że nie ma jej w sypialni. Jeśli chce spać z nami, to układa się u mnie w nogach. Tym razem nad ranem usłyszeliśmy coraz głośniejsze szmery w garderobie w sypialni, po czym runęło kilka worów z ciuchami i kotek postanowił wyjść na dwór. Nawet wiem, czemu tam spała – bo wiedziała, że nie należy mi się pokazywać po tym, jak ukradła wczoraj udko kurczaka.

    Co jeszcze? A, no tak, teściowa próbowała się ze mną w sobotę rano pokłócić, nie dałam się wciągnąć, ale humor miałam… nie da się tu użyć słowa „popsuty”, więc nie dokończę. Tym lepiej się potem bawiłam na urodzinach.

    Nowe odkrycie

    7 komentarzy

    Podczas wizyt w siłowni jestem zmuszona oglądać i słuchać kanały muzyczne typu eskacośtam, wiwa. Ale gdyby nie to, nigdy bym pewnie się nie dowiedziała, że istnieje piosenka „Rollin’ with you” a tym bardziej nie usłyszałabym o zespole Afromental.
    Tu mamy linka
    Po przeszukaniu sieci zaskoczenie było jeszcze większe, bo okazuje się, że to zespół z Olsztyna. Inne ich piosenki nie rzuciły mnie na kolana, poza tym wydają mi się mocno naśladowcze, tak samo jak teledyski. Ale ten oraz ”Rock’n Rollin’ Love” są boskie.
    To już wiesz, Dagny, czego będziesz słuchać przez całą sobotnią noc :-D

    Świetnie się też przy tym kołowrotkuje na orbitreku :-)

    A teraz oddalam się na z góry upatrzoną pozycję, czyli na stanowisko pracy, aby tamże nadrobić wszystko, czego nie zrobię w poniedziałek, wtorek oraz środę, bo będę spędzać czas z norweską narzeczoną. I planuję oglądanie filmów, wielkie zakupy ciuchowe, zbieranie gąsek, kulinarne szczyty i mnóstwo dobrej zabawy.
    Do czwartku!

    Sprzątałam i gotowałam na zmianę, od piątku do niedzieli.
    W sobotę przewinęło się przez dom pięcioro cudzych dzieci i siedmioro „cudzych dorosłych”.
    I jeden pies.

    Obejrzałam „Dziwną parę”, czyli duet Matthau – Lemmon (uwwwielbiam, scena w restauracji – cudowna) To się nazywa aktorstwo.
    Oraz „Święty interes” – całkiem przyzwoitą polską komedię. Może niewiele się uśmiałam, ale przynajmniej dobrze się oglądało, bez zażenowania.
    Byłyśmy z Deedee na Smurfach, nawet mile mnie zaskoczyły – mój ulubiony aktor w głównej roli a w bonusie Nowy Jork.

    A dzisiaj znów coś mi sie fajnego śniło. Tak fajnego, że się nie wyspałam. Ale było warto.

    AAAA, nauczyłam się wreszcie piec pyszne, puszyste bułki – należy tylko dać im jeszcze wyrosnąć na blaszce przed upieczeniem i wszystko jest w porządku. Proste? A odkryłam to dzięki temu, że pomiędzy ułożeniem na blaszce a upieczeniem postanowiłam się zdrzemnąć. Jak wstałam, to tłoczyły się ściśnięte w piekarniku i wołały „długo jeszcze?!”

    A wczoraj naciągnęłam sobie jakieś ścięgno w kolanie na orbitreku, bo było mnóstwo adeptów sportu i nie dopchałam się do bieżni, żeby zrobić rozgrzewkę. Na szczęście do rana przeszło i dzisiaj po pracy znowu idę.

    Szczyt

    4 komentarzy

    Jeszcze boli mnie ręka po wczorajszym szczepieniu przeciw grypie.

    Wczorajsza krótka ulewa (całe szczęście, bo tuje nam podsychają) zaowocowała OCZYWIŚCIE brakiem prądu. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – przy 4 świeczkach i latarce skończyłam ostatniego Pratchetta i zabrałam się za „Cukiernię…” Rzeczywiście, dobrze się czyta. A trzeci tom przytargała teściowa z biblioteki (ma się te znajomości :-)), więc do urodzin mam co czytać.
    Za to Deedee ucieszyła sie, bo miała okazję wypróbować swoją latarkę – czołówkę z Kaczora Donalda. Dexter dostał zapaści po pół godzinie bez kompa. Babcia pomstowała na czym świat stoi bo jej jakiś serial przerwało.

    Sytuacja powyżej talii nie poprawia się – chyba to hula-hop mnie zabije. A jak nie zabije, to wzmocni :-)

    Czy Wy też czujecie taką euforię z powodu piątku?
    Zapowiada się fajny weekend, czuję w kościach perspektywę pysznego pstrąga na którąś kolację oraz kino. Co tam grają, wie ktoś, na co warto?

    Kończę, bo czuję się nieswojo pod obstrzałem spojrzeń muszek – owocówek, które obserwują mnie z krawędzi monitora. Chyba trzeba wynieść worek z resztkami tego pomidorka…

    PS: Szczytem cierpliwości wg Olbratowskiego jest głosować na PO i czekać na dobre czasy. Hmmm, akurat ja to słynę z cierpliwości…

    Parę fotek

    1 komentarz

    Wspomnienie z Lusowa (ale było gorrrąco!)

    ciateczka maślane Deedee:

    bułeczki norweskie Dextera:

    tak, wiem, mam brudny piekarnik (znowu).

    oraz parę nowych kółek na blogu robótkowym.

    Kiedyś przypadkiem trafiłam na fragment filmu Repo Men – Windykatorzy i muszę przyznać, że troszkę mnie wciągnęło. Na tyle, że go nagrałam w całości i obejrzałam… W całości to już ten film nie jest aż taki rewelacyjny, ale zgadzam się ze społecznością filmwebową, że te solidne 6 punktów może dostać. Ale za to soundtrack… – zniewalająca ścieżka dźwiękowa. Tak zniewalająca, że właśnie ją nabyłam :-)
    Przy okazji przeszukiwania sieci trafiłam na parę stron, gdzie polecają filmy mniej znane a warte obejrzenia. Muszę sobie zapisać.
    O, i jeszcze przypomniałam sobie, że chciałam soundtrack z filmu „Prawdziwe oblicze Charliego” – tylko skąd go wziąć, skoro nie ma w sprzedaży? Ma ktoś?

    Żeby przeczytać „W północ się odzieję”, musiałam najpierw przebrnąć przez „Kapelusz pełen nieba”, który – jak wiadomo – jest w tłumaczeniu tej pani… nie pamiętam. Nie było to aż takie poświęcenie, pani daje radę, ale jednak to nie to, co Cholewa… Niestety, na stoliczku czekają już dwie „Cukiernie pod amorem”, więc „W północ…” czytam nieco na siłę, w każdej wolnej chwili, żeby jak najszybciej zabrać się za Gutowską. Szkoda, bo to ostatni Pratchett i nie powinnam go tak traktować :-)

    Wczorajszy fitness był trochę dłuższy, bo czekaliśmy na Dextera powracającego z kursu, więc musiałam sobie trochę dołożyć ćwiczeń. Poszłam więc na tył salki i jeszcze raz przymierzyłam się do hula-hop. Efekt – nie mogę się dzisiaj dotykać w okolicach talii – boli. Aż dziwne, że nie ma siniaków. Ale hula-hop jest super, zamówiłam sobie takie na urodziny, żeby w zaciszu domowym nauczyć się kręcić w drugą stronę. Publicznie nie jestem w stanie, a poza tym huk spadającego kółka rozprasza innych ćwiczących :-)
    Przymierzyłam się również do ciężarków, żeby zrobić coś z tymi furkoczącymi „helenkami” na ramionach. Efekt – nie mogę podnieść rąk. I dobrze, przynajmniej nie dotykam talii :-D Doszłam już też bez większego trudu do 100 brzuszków i porozciągałam się trochę.

    Deedee narzekała, że nie bardzo rozumie, o co biega z tym niemieckim, więc we wtorek po południu przysiadłam z nią. Dużo tego nie było, wiadomo, ale trochę sobie poukładała w głowie. Efekt – wczoraj po pracy przywitała mnie całusami w podzięce, bo zgłosiła się do odpowiedzi i dostała piątkę. Rzutem na taśmę zainstalowałam jej program do nauki niemieckiego, niech dziewczyna ćwiczy. Na dodatkowy angielski zapiszę ją od przyszłego roku, mamy tutaj całkiem przyzwoitą szkołę języków obcych, po której Dexter nie ma żadnych problemów z tym językiem.
    Mam wyrobione własne zdanie na nauczanie dzieci języków – nie widzę sensu w zapisywaniu maluchów do przedszkola anglojęzycznego czy też 7, 8, 9 – latków na dodatkowe zajęcia, jeśli nie mają kontaktu z obcym językiem w domu czy po prostu w życiu. Uważam, że trzy – cztery lata intensywnej nauki w dobrej szkole językowej w trakcie klasy 5, 6 i I gimn absolutnie wystarczą. Pod warunkiem oczywiście, że ma się trochę do tego zdolności :-) A jeśli ktoś nie ma zdolności, to i tak się nauczy, jeśli tylko stanie przed koniecznością (taką, czy inną).

    Deedee płacze i tęskni za D. jak tylko zobaczy Pruszcz albo zlotego Matiza. Dobrze, że został tylko tydzień do spotkania, oj będzie się działo…

    Bosski weekend

    3 komentarzy

    Najpierw sobie w piątek posprzątałam (bo teściowa wybywała na weekend). Potem dokończyłam z m oglądanie „Salt” i ostatecznie przekonałam się, że nie było warto. Następnie obejrzałam śmieszny „Straszny hiszpański film”, w którym sparodiowano między innymi film „Inni”, „REC”, „W  stronę morza”. Świetna była aktorka grająca blond matkę światłoczułych dzieci (Silvia Abril – zapamiętać), ale najbardziej rozśmieszył mnie aktor parodiujący sparaliżowanego Javiera Bardem. Nie wiem, mnie tam się ten film podobał.
    Sobotę postanowiliśmy spędzić na zewnątrz (22 stopnie, na plaży byłam, mam zdjęcie!). To znaczy, byłam ubrana. Ale niektórzy się kąpali! Jadłam pyszne kręcone lody czekoladowe, wypiłam małe piwko. A przedtem obejrzeliśmy „1920″ – podobał nam się, chociaż na początku trochę się przeraziliśmy, że to musical. No ale jakoś te talenty Urbańskiej trzeba było wyeksponować, bo inaczej jej obecność w tym filmie byłaby nieuzasadniona. Szyc jako „Jasieńku” nawet dał się strawić, chociaż wolę go jako zezowatego policjanta lub też ciamajdowatego kelnera.
    Plaża znudziła mi się po 10 minutach, poza tym ciągnęło mnie do domu, do czystego salonu, robótek i filmów. Ale m nalegał na skorzystanie z ostatniego ciepłego dnia, więc pojechaliśmy jeszcze na spacer na Starówkę. Chcieliśmy w końcu zobaczyć Dwór Artusa, ale pocałowaliśmy klamkę, bo właśnie go zamknęli – była 16.00. Trwała jakaś manifa z bębnami, nawet spodobała mi się ta melodia, była wciągająca. M wybrał sobie u Bowki prezent imieninowy – reprodukcję z White Star Line, po czym już nie miał oporów z powrotem do domu, bo aż przytupywał, żeby sobie tę reprodukcję powiesić w upatrzonym miejscu.
    Potem jeszcze krótkie zakupy, błyskawiczny odbiór Deedee od koleżanki i do domu, bo już tam na nas czekała bratowa – Dexter podjął ją kawą i własnoręcznie upieczonymi bułeczkami norweskimi – tak, ma chłopak talent. Oby mu tak zostało (m też kiedyś robił świetne pierogi ruskie, ale mu przeszło, teraz nie wie nawet, gdzie w kuchni kawa stoi).
    Z tymi bułeczkami to było tak, że rano wrzuciłam do maszyny składniki na bułeczki, a potem się okazało, że już teraz zaraz trzeba wsiadać do samochodu. Pokazałam synkowi przepis i proszę – zrobił! Trochę za mocno je upiekł, bo były mocno brązowe, ale poza tym – super.
    Filmy następne to horror „Sierota” – może być, aczkolwiek nihil novi i… nie pamiętam, co jeszcze. Chyba będę sobie zapisywać, co oglądałam. Po to, żeby to potem napisać na blogu :-)
    Ale za to wczoraj trafiłam wreszcie na naprawdę dobry film – pisałam już – „Pozdrowienia z Paryża”. Tak dobry, że znowu nie obejrzałam do końca, tylko wyłączyłam i zaczekam, aż m będzie mógł go ze mną obejrzeć. Łysy Travolta rzucił mnie na kolana, a jak nawiązał do „Pulp fiction”, to nie tylko na kolana :-) Ds – miałaś rację!
    Dzieci spędziły bardzo aktywnie piątkowe popołudnie (a ja razem z nimi) – Deedee wybrała się ze szkołą na kilkukilometrową pielgrzymkę do Łęgowa, w intencji zdrowia obu babć. Ja za to potem odbierałam ją stamtąd, a także jej koleżankę i rozwoziłam do domu. Z kolei Dexter próbował wrócić z kursu, ale wybrał sobie przystanek – widmo, na którym nie zatrzymywały się żadne autobusy. I w rezultacie skończył kurs przed ósmą, a w domu był po dziesiątej. Bo po niego POJECHAŁAM i przywiozłam do domu.
    Rozpoczęłam również oglądanie serialu „Mildred Pierce”. Na razie najbardziej podobał mi się pierwszy odcinek. A, jeszcze wczoraj obejrzałam „Człowieka sukcesu” z Michaelem Douglasem – rzeczywiście dwie gwiazdki wystarczą.
    A dzisiaj? Dzień rozpoczęłam od tego, że zapomniałam torby na siłownię i po pracy tam nie pójdę. Szfak. Pójdę w czasie basenu ema i Deedee.
    AAAA, zapomniałabym – Deedee po wczorajszej wizycie u babci stała się cięższa o sporą gotówkę i już nie miałam żadnej wymówki. Musiałam zajechać do Decathlona po tzw. waveboard, czyli deskorolkę – marzenie mojej córki. Trochę mi szczena opadła, jak się dowiedziałam, że najtańsze są po 250 zł. No, ale większość Deedee miała uzbieraną, więc… Dobrze, że jeszcze dzisiaj będzie ładna pogoda, to trochę sobie dziewczyna pojeździ… Poza tym przysięgłam sobie, że na żadne sporty nie będę jej żałować ani forsy ani czasu ani wysiłku.

    PS: Zapomniałabym – na wczorajszy obiad, co go nie było, bo w domu był sam m, przygotowałam kotleciki z piersi wg przepisu fusilli, czyli rozbić, posolić, popieprzyć, posmarować musztardą i koncentratem pom, zawinąć ćwiartkę jabłka, obsmażyć i udusić ufff… I pierwszy raz w życiu dostałam sms o treści „ale pyszne mięsko…”. I to od tego, co „nie może jeść mięsa z piersi, bo suche i się udusi” ;-)


    • RSS