batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 11.2011

    Aż się sama dziwię, że tak bardzo.
    Jest w nich wszystko, czego mi trzeba – historie, dialogi, gra aktorska i tło.
    Takim przykładem z niedzieli są „Niewinne kłamstewka”, które zaczęłam oglądać o 20.00, a o 22.00 włączyłam nagrywanie i poszłam spać, bo już nie miałam siły siedzieć dłużej. Położyłam się. Wicher duje. Wyłączyli prąd. Trudno idę spać. I nagle: AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA, nie nagrała się końcówka!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Szszszszlagggggg.
    Następne podejście w piątek i niech mnie kto odciągnie od telewizora.
    A film – miodzio.

    Poszłam za ciosem i nastawiłam nagrywanie następnych francuskich obyczajówek oraz paru innych (a ile mnie kosztuje to programowanie, to wiem tylko ja i ten zasrany, wieszający się co chwilę dekoder). W wyniku czego teściowa przez najbliższe parę dni będzie dostawała rozstroju nerwowego, bo co się wciągnie w dyskusję na temat co prezes powiedział (na TVN24), to tu nagle-wtem-bzyk: „nie można wyświetlić programu bo trwa nagrywanie xxxx na hbo” :-)
    Czy Wasi rodzice też tak namiętnie oglądają cały dzień wiadomości? Ileż można? Mnie już zaczyna boleć wątroba jak wchodzę do domu, a tam ciągle „blebleble blablabla ale proszę mi nie przerywać ja panu nie przerywałam…”

    A zna ktoś może książki Toma Holta? Bo jakoś tak czytam i nie może się rozkręcić. I mam wrażenie, że to dla nastolatków, chociaż odwołania są do faktów czy postaci znanych raczej moim rówieśnikom.
    I jeszcze pożyczyłam sobie „Nielegalne związki” Plebanek, po czym stwierdziłam, że już to czytałam. I nie pamiętam. No cóż, przeczytam jeszcze raz.

    W domu mam stan alarmowy, bo Deedee przywlekła ze szkoły grypę żołądkową. „Straszyła misia” przez noc z piątku na sobotę. Za to w poniedziałek wieczorem Dexter zabarykadował się w łazience na piętrze i wyszedł z niej nad ranem. Dziś nadal jest w domu. Reszta rodziny z niepokojem wsłuchuje się w swoje ruchy robaczkowe jelit. W kieszeniach upchane smecty i stoperany. Bronimy się za pomocą leczniczych dawek rumu z colą. Lub też nalewek.

    Obejrzałam w końcu „Rozw i rom”, fajnie to zrobili, byłam bardzo ciekawa sceny, w której Fanny dowiaduje się, że Lucy jest zaręczona z jej bratem i się nie zawiodłam :-) zrobili to lepiej, niż sama Austen. Jak te pióra fruwały!
    Następnie włączyłam jakiś thriller z Kim Basinger, „Zaraz wracam” i tak go przeżywałam, że aż mnie brzuch rozbolał. Ewidentnie się starzeję. A film taki sobie, zakończenie kompletnie mnie rozczarowało, ja bym zrobiła lepsze.

    W sobotę będę dla odmiany goszczona i mam zamiar się tym napawać. Palcem nie ruszę przez cały weekend.

    A co do świąt, to jak ktoś napisze, że ma już prezenty, to znajdę i powlekę za jelita przez las. Jedyny światły akcent to taki, że już miesiąc przed Wigilią wiem, że moja mama sama zgłosiła chęć spędzenia jej u mnie. CHOCIAŻ RAZ wiem, jak będzie wyglądać Wigilia. Bo tak to zawsze pielgrzymki z garami, stresy, nerwy i wyżywanie się na dzieciach. Ale z kolei już mam alergię na teksty teściowej „co zrobimy dobrego na święta?” I potem sypie – a że tort galicyjski, a pierniczki, a ciasto, a pieczeń, a zupa, a kompot. Czasem już sama ją uprzedzałam i mówiłam, że tym razem ja zrobię coś, czego nie było jeszcze. Odpowiedź: „super”. I za 5 minut: „ale ja i tak zrobię xxx” Czyli nie da się, żeby zrobić tyle, żebyśmy to zeżarli. Muszą być pełne lodówki, szafki w garażu, strych i potem zamrażanie, wyrzucanie i przyrzekanie, że za rok robimy mniej.
    Dajcie jakieś smaczne potrawy wigilijne, znaczy się przepisy. Bo co z tego, że zrobię śledzia, jak i tak zeżrą pierogi i będą się patrzyli okiem bazyliszka na resztę. Ja sobie zrobię łososia, o. I sama go zjem. A dla mojej mamy – sałatka kijowska, jej ulubiona.
    I nawet nie mam nadziei, że posiedzę potem w święta w domu, od razu wolę się nastawić, że pozostałe dwa dni będą hm, jakby tu powiedzieć… stracone?
    A do tematu tego natchnęła mnie dziś pierwsza

    I co z tym Sylwestrem, kryste!

    A dzisiaj

    3 komentarzy

    nie wdepnęłam w koci hafcik, który został uprzejmie „złożony” na parkiecie przed sypialnią, a nie na fotelu czy dywanie, co uważam za całkiem dobry początek piąteczku.

    Kreację na imprezkę też już mam zaplanowaną, a nawet wyprasowaną, co dodaje 5 punktów atrakcyjności jutrzejszego dnia. Nie mogę się już doczekać ploteczek z R i ich relacji z pierwszych prób zmagań na siłowni – zapisali się za naszym wzorem.

    Śliwki moczą się w wódce, mięso się rozmraża, biszkopt się piecze (ach, ta nieoceniona teściowa!), Dexter obiecał równie rzetelnie posprzątać, jak przed tygodniem. Teściowa do tego wszystkiego obiecała się ewakuować na czas imprezki, akurat wcale jej się nie dziwię, bo ostatnio m odkrył jakieś „zajefajne” techno, które uparcie puszcza gościom koło północy. Albo w sobotę rano, a trzy przerażone koty siedzą na piętrze i pytają niemo „Za co?”

    Obejrzałam dobry film – „I love you Philip Morris”, zaskakująco dobry. Ewan był uroczu a Jim Carrey zdobywa sobie moje coraz większe uznanie.
    I oglądam „Smaki miłości” – również dobry, tylko cały czas się boję, bo wiem, że zaraz coś się złego zdarzy.
    A, jeszcze obejrzałam całkiem ciekawy film „Gra zmysłów” – ciekawy i mocny, początkowo nie mogłam patrzeć na głównego bohatera, taki był brzydki, ale obronił się swoją rolą – grał dobrze, nawet bardzo dobrze, a jak pokazał jeszcze, że potrafi dać w mordę, to jeszcze parę punktów mu wpadło :-) Nie ma to jak yuppie, który potrafi komuś obić nery.

    A wczoraj nagrała mi się „Rozważna i rom…”, mam co oglądać.

    Pamiętać – Dexter był szczepiony na grypę w 46 tygodniu 2011.

    To znaczy odpowiedź jest mi potrzebna na piątek.

    Chcę zrobić na sobotę ciasto „pijana śliwka” (znowu coś nie wypróbowanego dotąd, ech…) i wymyśliłam sobie, że na biszkopt nasączony wódką dam jeszcze warstwę bitej śmietany i dopiero polewę czekoladową. Czy ta bita śmietana (kremówka z cukrem i śmietanfixem) mi się na przykład nie rozpłynie od tej wódki czy cóś?

    Bułeczki, które wyjątkowo dobrze mi wyszły:

    Dynia leniwej matki:

    Paluchy wiedźmy, tym razem również nietoperek i dynia:

    Karpatka mojego m, którą ledwo zdążyłam sfotografować:

    A na blogu robótkowym następne kolczyki

    Imprezka udała się nadzwyczajnie, wszystkie potrawy wyszły niesamowicie, ciasta również, a dzięki wydatnej pomocy teściowej w piątek nie musiałam tkwić w kuchni do północy, tylko do 21.00. M zrobił tę swoją karpatkę, ja zapomniałam zrobić zdjęcie, a moja sałatka z rukolą rzuciła wszystkich na kolana. Ha! Zupa porowa zresztą też.
    Goście również dopisali, mieli szampański humor, nawet nie musiałam ich zbytnio zabawiać konwersacją, bo nie było jak się wtrącić w słowotok. Mogłam spokojnie oddać się degustacji 12-letniej whisky na z góry upatrzonym stanowisku przy kuchennym stole :-). Czego efektem jest poprzednia notka. Po wyjściu gości próbowałam wprawić się w nastrój wręcz przeciwny i pochlipać sobie przy urywkach ulubionych filmów, ale mi się nie udało. W końcu się poddałam i poszłam spać na wesoło, włączając sobie jakiś teledysk na dobranoc, ale nie doczekałam nawet 10 sekundy i już spałam :-)
    Dexter próbował nam zepsuć końcówkę imprezy, ale się nie daliśmy. Za to na drugi dzień był przesłodki i nawet ochoczo rozwiązywał zadania z matematyki, nie kwękając przy tym.
    Deedee z kolei w sobotę rano zaliczyła następne zajęcia w ramach dofinansowania – tym razem tzw. robótki ręczne. No i zabłysła – jako jedyna wiedziała już, co to łańcuszek, słupek i wróciła z zajęć z szydełkowym kwiatkiem. Podobno pani serdecznie mnie zaprasza na następne zajęcia :-)
    Wczoraj byłam w stanie tylko oglądać filmy i uzupełniać płyny, co też uczyniłam. Po południu nawet fajny film był – „Wybuchowa para” – dobrze zrobiony i z fajnymi efektami specjalnymi oraz scenami pościgów. Ale Toma C. nadal strawić nie mogę. Po tym, jak zobaczyłam go w jakimś wywiadzie, gdzie opowiadał jaki to jest zakochany w Katie, nie mogę pozbyć się niesmaku. Chociaż muszę przyznać, że w „Magnolii” dał z siebie wszystko.
    Kurdupel jeden.
    A wieczorem była uczta – czyli SATC2. Całego nie dałam rady obejrzeć, bo trwa 140 minut, ale za to dzisiaj będę miała jeszcze trochę rozrywki. Te ciuchy i plenery i babskie dialogi… I ciacha…
    Od jutra Dexter zaczyna próbną maturę, ja nadal tego nie czuję.
    Za to ja od jutra zaczynam planowanie menu na imieniny m part two – w tę sobotę, a jakże. A w następną jesteśmy za to my zaproszeni i to w dwa miejsca naraz, niestety mój brat nie wygrał w tej konkurencji.

    Co do komentarzy pod ostatnią notką – dziękuję za komplementy, Shreka nie lubię (obrzydliwy taki jakiś), zgago – wszystko przed Tobą, tylko trzeba chcieć ;-). Fusillo – to ja już wiem, kto mnie tak w nocy w kuchni wystraszył.

    Idę zapisać, co to za smaczne rzeczy miałam na imprezie, bo znowu zapomnę.

    Powiem wam

    1 komentarz

    że Hugh Grant z jego brytyjskim accentem is the best :-)

    Przede mną pracowity piątek i sobota – pierwsza część imienin m, dla rodziny. Menu ubię sobie zaplanować kilka dni wcześniej, wtedy mijają mi ataki paniki. Potem lista zakupów dla m. Potem przychodzi przeddzień, czyli piątek i po powrocie z pracy wpadam w wir gotowania lewą ręką i sprzątania prawą. I nawet lubię takie wyzwania, tylko się do tego nie przyznaję :-) Lubię przygotowywać potrawy i kolejno odfajkowywać listę wystawiając je na taras lub do lodówki.. Dzisiaj czeka mnie ciasto Lambada, zupa porowa, łopatka duszona i komponenty do dwóch sałatek. Najbardziej lubię wypróbowywać nowe przepisy (trochę ryzykowne, wiem), potem je opisuję „REWELACJA” albo „ZAJEBISTE” i chowam tak, żeby już nigdy nie znaleźć.
    M zrobi zakupy i przygotuje swoją karpatkę, bo jest w tym najlepszy. Teściowa ma zrobić schab wg przepisu swojej koleżanki, mam nadzieję, że taki dobry, jak opowiada. Dexter ma umyć okna i posprzątać podłogi, a Deedee tradycyjnie zetrze kurz i odkłaczy z kociej sierści wszystkie tapicerowane meble (dużo tego nie ma, myślę, że mogłabym ją wdrożyć w nowe obowiązki…).

    Czytam teraz autobiografię Beaty Tyszkiewicz „Nie wszystko na sprzedaż” i stwierdzam, że się starzeję, bo kiedyś nie mogłam zrozumieć, dlaczego moja mama uwielbia czytać biografie, a teraz sama się nimi zaczytuję. Przy czym stanowczo wolę biografie kobiet.

    Obejrzałam genialny film, nie wiem, dlaczego zupełnie przypadkiem, a nagrałam go tylko dlatego, że w opisie była wzmianka o zespole Aspergera, który to mnie fascynuje - nie wiem, dlaczego. „Mary & Max” nazywa się ta produkcja i jest niesamowita. Co prawda jest od 12 lat, ale Deedee oglądała ze mną i śmiała się do rozpuku, dla dziesięciolatki to jest głównie komedia, a w opisie mówią, że to film dla dorosłych… Hmmm, ja uważam, że spokojnie mogę go obejrzeć z córką. Pierwsze 10 minut jest obłędne, a później robi się tylko ciekawiej. Oglądałyśmy niedawno z Deedee „W kosmosie nie ma uczuć” (pisałam już o tym filmie) i Deedee też już wie, co to jest Asperger.
    W pewnym momencie jest tam tekst skąd się biorą dzieci. Max pisze do Mary, że katolickie dzieci wysiadują z jajek zakonnice, żydowskie dzieci – rabin, a ateistów – prostytutki. Pytanie Deedee:
    - Kto to jest ateista?
    :-D

    Polecam też „Trudne słówka” z Sandlerem – ale to chyba ze względu sporą rolę języka hiszpańskiego w tym filmie. No i wykonawczyni głównej roli stworzyła wspaniałą kreację. Chociaż Tea Leoni też świetnie zagrała.

    Aaaaaa, zapomniałabym – wczoraj przed wywiadówką u Dextera miałam trochę czasu i centrum Madison pod ręką, a więc dla poprawy humoru wyszłam stamtąd z dwiema parami pantofelków na obcasie (takim w sam raz, a nie narzędzie tortur), z dwiema parami eleganckich czarnych rajstop i jakąś ponoć obłędną odżywką do końcówek włosów (bo włosy nadal zapuszczam i są już całkiem, całkiem). Potem była wywiadówka i jak zwykle słuchałam jakie to moje dziecko zdolne (według pani od polskiego gdyby wybierał się na polonistykę, mógłby darować sobie studia, a od razu rozpocząć doktorat), a JAKIE leniwe… nihil novi

    Po powrocie do domu próbowałam sobie przypomnieć, która moja kiecka była widziana w którym towarzystwie, a potem sprawdziłam, czy może odzyskałam któryś z moich ciuchów. No i znowu poprawiłam sobie humor, albowiem co nieco odzyskałam :-) Co prawda nadal nic nie schudłam, ale trochę się „zbiegłam” dzięki ćwiczeniom. I to daje mi teraz motywację do zaciśnięcia szczęk podczas przechodzenia koło lodówki…

    hasta la vista

    Muszę sobie zapisać, bo właśnie jem taką ze sklepu i bardzo mi smakuje:
    kapusta pekińska
    sałata lodowa
    kukurydza
    ser żółty starty albo słupki
    kurczak gyrosowy
    pomidor
    ogórek w słupki
    pestki dyni prażone
    cebula czerwona piórka
    do tego sosik czosnkowy
    O, nawet odrobina marchewki startej, ale to chyba przez pomyłkę.

    Chmury na razie znikły za horyzontem, MDS obiecał swojej teściowej, że zapisze się TAM na terapię, od nas nadal nie odbiera telefonów.

    Ostatnio obejrzane:
    „Cinema verite” – bardzo dobre i w doskonałej obsadzie.

    Za to niech ktoś mi wytłumaczy, JAK MOŻNA z filmu, w którym występują Sylvester Stallone, Jason Statham, Dolph Lundgren, Eric Roberts ZROBIĆ TAKĄ KUPĘ, której tytułu chyba nie wymienię, bo nie warto. Rzadko kiedy zdarza mi się wyłączyć i skasować film w połowie.

    Przeczytane: „Rozważna i rom..” – w samą porę, bo w przyszłym tygodniu będzie okazja obejrzeć film. Muszę przyznać, że zakończenie, chociaż przewidywalne, to mnie zaskoczyło. Nadal za główną zaletę tych powieści uważam te kwieciste i soczyste dialogi…

    Dzisiaj rano:
    Dexter z trudem spakował plecak do szkoły, bo musiał wziąć ksiązki i ubrania na dziś i jutro. Śniadanie upychał już kolanem. Na koniec usłyszałam ubierając buty następujący dialog:
    Dexter do Deedee: – Podnieś mój pleacak.
    Dee do D: – No, cięzki. A podnieś mój.
    chwila ciszy…
    Dexter: – Trzeba przyznać, że twój prawie tyle samo waży.
    Klasa IV podstawówki i 3 liceum – plecaki o wadze ok. 9 kg.

    którego obawiałam się od kilku lat.
    Najczarniejszy scenariusz właśnie zatacza kręgi nad moją głową. I oby nie spadł mi na tę głowę za szybko…

    że już połowa listopada? Może ktoś wytłumaczyć?
    O obchodach rocznicy niepodległości nie będę się rozpisywać, powiem tylko, że było mi strasznie wstyd, jak zobaczyłam relację ze stolicy.
    Obejrzałam „Młodą Wiktorię” i mam niedosyt, teraz będę szukać ksiązki o niej. Wiem, że musiałby to być serial, żeby pokazać wszystko, jak należy, ale. Jak dla mnie, skończyło się w najciekawszym momencie.
    Zabieram się za produkcję kominów na drutach, ale mnie wzięło. Właśnie zamiast pracować szukam wzorów.
    Piątek zaczął się od wizyty fachowca, zaklejał nam dziurę nad kominkiem, teraz pozostało cekolowanie i malowanie. MUSZĘ kupić farbę! Ciekawe, czy Nomi już otwarte w naszej dziurze? Chyba jeszcze nie.
    m kupował dla chrześnicy prezent, przy okazji Deedee wydębiła jakieś takie koraliki Mineez sklejane wodą. Po przyjeździe m do domu powiedziałam jej, że dostanie koraliki dopiero w sobotę, po powrocie z wyrwanym zębem (akurat jej nie potrzeba zachęty do siadania na fotel, traktuje to tak, jak wszelkie inne atrakcje, ale nie chciałam, żeby dostała prezent za 5 dych ot tak po prostu). W sobotę po powrocie z basenu tak się nudziła, że chodziła po domu i próbowała sobie sama wyrwać tę czwórkę :-) żeby szybciej dostać prezent. W końcu nie wyrwała, bo bała się, że z kolei ominie ją wizyta u kuzynek. Samo usunięcie trwało chwilę, dostaliśmy przedtem smaczny obiad, a gospodarze byli w wyjątkowo dobrych humorach, więc sobota to była sama przyjemność. W niedzielę za to przeszedł przez dom mały huragan związany z ostatnimi przygotowaniami do zimy w domu i w zagrodzie. Popatrzyłam na podłogi i po chwili zastanowienia włączyłam cieplejsze i słabsze światło, zamiast iść po odkurzacz i mopa – po raz trzeci w ten weekend. Obejrzałyśmy z Deedee „Jak ukraść księżyc”, prując sweterek otrzymany od sąsiadki. Całkiem zabawny i miły film. O, zrobię z tej włóczki komin, jest cukierkowo-oranżowy, więc nada się dla dziecka, pewnie mojego :-). Do szaro-burej kurtki zimowej będzie jak znalazł.
    Nauczyłam się sporej porcji nowych słówek, a więc i w tym względzie weekend nie był zmarnowany, bo już się trochę nieswojo czułam myśląc o tym, jak zaniedbałam tę stronę aktywności. Tym bardziej, że niektórzy siedzą i dłubią angielski i mnie dołują w ten sposób :-)
    W sobotę wstałam przed ósmą, żeby wyprawić Deedee na basen, okazało się, że niepotrzebnie, bo już wszystko zrobiła sama, była po śniadaniu, spakowana. Ale warto było zobaczyć, jak otwiera drzwi, obrzuca wzrokiem pokryte szronem rośliny, trawę, kamienie i drogę, wzdycha „ale pięknie!” i maszeruje ochoczo na przystanek. To jeszcze ten wiek, kiedy zima może cieszyć…
    Ciężki tydzień przede mną: dzisiaj wywiadówka u Deedee, w środę u Dextera, w sobotę obiad dla rodziny (imieniny m).
    Wyprodukowałam trzy pary nowych kolczyków.
    Aaaa, zapomniałabym – osiągnięcia kulinarne też miałam niezłe – żeberka w sosie barbecue takie jak w TGI Fridays, wczoraj gulasz wołowy tak zwany „palce lizać”. A po południu mieliśmy ochotę na coś słodkiego – tak bardzo, że w trakcie oglądania filmu „RED” ja zrobiłam krem, m ciasto i mieliśmy na podwieczorek pyszną karpatkę. Przy czym okazało się, że ja nawet jak robię krem z proszku, to go zepsuję (tym razem się zwarzył), za to m zrobił ciasto według przepisu na opakowaniu (ale nie z proszku) i wyszły mu rewelacyjne Karpaty.


    • RSS