batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 12.2011

    przegapiłabym niezły film. Bo i tytuł niezbyt atrakcyjny; i aktorzy nie teges. W ostatniej chwili zauważyłam, że reżyserował Sam Mendes. Co za klimaty! I parada takich postaci, że naprawdę wielki szacun dla aktorów za te kreacje. American Beauty to to nie jest, ale naprawdę niezły. No i główna aktorka – typ osoby, który mnie odpycha, a równocześnie z fascynacją obserwuję. I zastanawiam się, czy tak naprawdę odpycha, czy przyciąga?

    Święta były super, bardzo się cieszę, że moja mama spędziła z nami Wigilię. Była wszystkim zachwycona. Z wrażenia poszła spać o północy, aż ją musiałam budzić o 9.30, żeby wyrobiła się do kościoła.
    Ilość prezentów przytłoczyła moje dzieci, szczególnie Dextera, bo Deedee to jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że nie wszystko jej się należy jak psu zupa. Sami byliśmy w szoku, że tyle dla tego chłopa kupiliśmy.
    Dla równowagi połamało mu się krzesło, które dostał przed Mikołajem.

    W pierwszy dzień u mojej siostry jak zawsze wielkie zamieszanie, głośno, kolorowo i królik. Mam chyba uraz do jedzenia królików. Ogólnie to mięcho uwielbiam i mogę zjeść wiele. Ale jak widzę te smukłe nóżki w białym sosie to jakoś…

    W drugi dzień postawiłam na quiche i strzeliłam w dziesiątkę. Wszyscy znudzeni tymi kaczkami, królikami i schabami rzucili się na moje quiche, w trzech smakach i muszę sobie koniecznie zapisać, jak zrobiłam ten z pomidorami, bo nawet Dexter orzekł, że to najlepszy quiche, jaki jadł w życiu. Fakt, że był dość pracochłonny. Cztery naczynia opustoszały w kilkanaście minut. łał.
    Oczywiście było też mnóstwo innych potraw  i NINIEJSZYM sobie zapisuję ku pamięci:
    - z wielkiem michy sałatki selerowej zjedli JEDNĄ łyżkę
    - z dwóch misek ze śledziem pod pierzynką zjedli DWIE łyżki
    - kaczka – no, poszła prawie cała
    - z dużej karkówy i dużego schabu poszła może jedna trzecia.
    - powodzeniem cieszą się niezmiennie barszcz i grzybowa (mama jednak ugotowała, chociaż my też mieliśmy)
    - z dwóch półmisków pstrąga w galarecie jeden zjadłam sama, drugiego spróbowała JEDNA osoba
    - dorsz pod pierzynką pani Tatiany – była wielka micha, zostało pół po całych świętach
    - pijaną śliwkę należy naprawdę PORZĄDNIE nasączyć
    - pani Walewska jest nieodmiennie przebojem, ale i tak połowy nie zjedli, bo
    - tort bezowy poczyniony awaryjnie z masą kawową i podany z wiśniami ze spirytusu został po prostu wchłonięty przez gości, ku mojemu wielkiemu zdumieniu.

    NIE BĘDĘ więcej robiła tyle żarcia na święta (patrz – również wielkanocne), a jeśli przyjdzie mi to znów do głowy, to bardzo proszę, niech mi ktoś przypomni, jak mnie bolały nogi w wigilię.

    o Beach Boys i California Dreaming

    i już jest dobrze

    Dziś rano mój zaspany umysł nie do końca pojmował, co Deedee próbowała mu przekazać. Zresztą ona też była zaspana. Proszę bardzo:
    [JA] – To kto występuje w waszych jasełkach?
    [D] – Józef, pasterze, królowie, Pangs, Kin, aniołki…
    [J] – Pytam, KTO GRA role w jasełkach, bohaterów raczej znam. Zaraz, jaki Pangs Kin?
    [D] – Punk i skin, mamo. A Zosia będzie hipiską.

    Przedstawienie wyszło bardzo profesjonalnie, obowiązkowa łezka w oku się zakręciła. Zdjęcia jak zwykle nieostre (bo nie chcę peszyć aktorów fleszem), ale coś tam mam:

    punk w centrum uwagi, Deedee większość czasu trzymała mojego wnuka za głowę ;-)

    Ależ dłuży się ten tydzień.
    Wczorajsza wigilia w pracy bdb, a świąteczna premia przekroczyła moje oczekiwania. O tysiąc. A więc jest dobrze, odłożyłam pięć stówek do pudełka z mentalnym napisem „Hiszpania”.

    Za mną już oba moje świąteczne filmy – w zeszły weekend „Był sobie chłopiec”, a w ten – „Love actually”. A już wkrótce na HBO „Była sobie dziewczyna” :-) bardzo jestem ciekawa tego filmu. Może to będzie ten trzeci? I nagle nabrałam ochoty na „Łowcę androidów”… Ja to mam skojarzenia.

    Kupowania prezentów mam powyżej dziurek w nosie, jak słyszę, że „trzeba jeszcze kupić…” to oko zaczyna mi latać. A do sklepów zajrzę gdzieś w lutym najwcześniej.

    Dzisiaj Deedee ma wigillię klasową, a jutro gra prawie główną rolę w Jasełkach (bo główną gra plastikowy bobas) – Maryję. Dexter z kolei jutro ma Wigilię klasową, na którą powlecze ciężką torbę z napojami (i mam nadzieję, że to nie będzie popitka); a po świętach od razu wyrusza do swojej G, o ile PKP nie zastrajkuje. Wróci w Nowym Roku.

    Ja z kolei dziś po południu będę już piec spody do tart świątecznych, bo mogą poleżeć. I spróbuję zdobyć choinkę, bo radio Złote Przeboje nie zechciało mnie obdarować. Jak nie, to też nie ma ciśnienia, m w końcu też może się w jakiś sposób wykazać w te święta. I nie mam zamiaru angażować się w ubieranie choinki, pierwszy raz. W końcu dwoje dużych dzieci sobie chyba z tym poradzi?


    To większość z popakowanych paczek

    A tutaj pierniczki Deedee, pieczone w sobotę z babcią

    Ja również wyżyłam się w kuchni, zrobiłam granolę kokosową od Majany, która już dzisiaj wieczorem będzie wspomnieniem, bo bardzo zasmakkowała Dexterowi

    Oraz popełniłam pancakes, które świetnie smakowały z dżemorem:

    Niestety, nie udało się zidentyfikować dżemora, bo nie był podpisany, ale pestki wyglądają mi malinowo.

    Obejrzałam norweski film o świętach, w opisie było coś o typowo skandynawskim poczuciu humoru; jak dla mnie, to tam nie było nic śmiesznego – i o to pewnie chodzi. Za to bardzo dobry był film „Nie oglądaj się” z nadal przepiękną Moniką Belucci i całkiem niezłą Zośką Marceau. Zwłaszcza efekty specjalne robiły wrażenie. Piątkowy wieczór (a właściwie pół nocy) spędziłam zaprzyjaźniając się z Sims Zwierzaki i strasznie mnie wnerwia nowa opcja: „Twój kotek się zesrał, opublikuj to wspomnienie na Facebook’u” i od razu łączy ze stroną. Muszę to jakoś wyłączyć. Poza tym, nie mam konta na srajbuku :-). Zraziłam się po naszejklasie. Chociaż pewnie tego nie uniknę, bo niedługo żeby zrobić zakupy w spożywczym trzeba będzie się zalogować na tym portalu.
    Większość soboty za to spędziłam ze Scrubsami, bo był mega-maraton w Comedy Central, od 15.20. Dzięki temu skończyłam obrus dla siostry

    Odpadłam dopiero koło 21, kiedy to stwierdziłam, że wszystkie te odcinki widziałam; i to nie raz.
    Wczoraj z kolei po bezowocnych poszukiwaniach lampek na naszego świerka (szukałam ja, potem Dexter, potem teściowa – strych przewrócony do góry nogami, garaż oraz jedna garderoba) poddałam się i oplotłam tylko jedną tuję jedynym sznurem, jaki miałam, kupionym w tym roku. Smętnie, ale za to bardzo ładnie to wygląda. Nie wiem, czy nie będę iść w tym kierunku – rząd tuj oplecionych lampkami.
    M wrócił ze stolycy nowym pojazdem (szczerze mówiąc, nie widzę żadnej różnicy od poprzedniego, ponoć ten model jest po liftingu i ma zajebiste diodowe oświetlenie. Wierzę na słowo). Przywiózł kupę filmów od kolegi – maniaka filmowego (ech, żeby tak mieszkali trochę bliżej nas…) Niestety, filmy są na laptopie, a mnie się nie chce rozgryzać nagrywania filmów na płyty. Wygląda na to, że spędzę parę najbliższych weekendowych poranków w sypialni, chcąc nie chcąc…

    Obrus skończony, więc zabrałam się za koronkę do haftowanego obrusa sąsiadki, za to sąsiadka przyniosła ostatnie z moich haftowanych poduszek, które uszyła. Fajna taka sąsiedzka wymiana :-) Ja jej koronkę, ona mi poduszkę. Bo ona umie szyć, a ja dziergać. Wyszywać umiemy obie.

    Zmęczyłam też wreszcie Toma Holta i zabrałam się za „Martwą strefę” Kinga. I znowu stwierdzam: samo się czyta. I to to ja rozumiem!

    czemu mi się nigdy nie udaje skopiować coś z Worda i ustawić wielkość czcionki na blogu.

    m pojechał, po swój nowy - najlepszy na świecie - samochód, a ja spędziłam upojne popołudnie na pakowaniu prezentów. Po wszystkim czułam się, jakby mnie czołg przejechał. Mam parę filmów nagranych na weekend (to nagrywanie to najlepszy wynalazek, jaki można było wymyśleć, jak dla mnie; a jaka oszczędność czasu. A największą mam satysfakcje, jak nagram coś z tvn lub polsatu i kiedy są reklamy, to po prostu przewijam :-))

    Będę dzis produkować granolę kokosową Majany (link z boku, jakby ktoś chciał, ale chyba nie mam co wspominać o tym, bo Majana jest już właściwie gwiazdą blogosfery, nie to, co ja). Zobaczymy, jak to wyjdzie. A wczoraj miałam na obiad kurczaka stir fry, wyszło rewelacyjnie, wszystkim smakowało, nawet mojej córce „wegetariance”. Zjadłam tyle, że jeszcze teraz siedzę i trawię.

    Zmęczona już jestem tym łażeniem po sklepach i kupowaniem prezentów (obym całe życie miała tylko taki problem). Codziennie coś jeszcze mi się przypomina, albo np. Deedee przychodzi z zaproszeniem na urodziny i dawaj znowu do zabawkowego. Kto wyprawia urodziny tydzień przed Wigilią?! Komu się chciało urodzić w taki czas?!
    Ale syn mojej szefowej ma jeszcze bardziej przechlapane – urodził się 26 grudnia. Ani imprezy zrobić, ani na prezent liczyć.

    Ku pamięci – wyniki matury próbnej Dextera
    polski 74%
    angielski 90%
    matematyka 38%
    WOS rozszerzony – 76%

    Przepis dokładnie taki, jak ja robiłam, zmodyfikowany oczywiście na mój gust :-)
    Jak się komuś nie chce, to może nie robić warstwy bitej śmietany, ale według mnie (i moich gości) wyszło rewelacyjnie.
    poprosić teściową o okrągły biszkopt kakaowy
    namoczyć 200g pokrojonych śliwek kaliforn. w szklance wódki
    przeciąć biszkopt i nasączyć wódką ze śliwek (może być z amaretto) i herbatą z cytryną i cukrem (bo śliwki wypiły połowę wódki i to jest stanowczo za mało do nasączenia)
    KREM:
    2 jaja ubić na parze z 1/2 szkl. cukru + 2 żółtka
    1 masło śmietankowe rozkręcić z jajkami
    1 1/2 łyżeczki kakao dodać do masy
    Śliwki dodać do kremu
    2 KREM:
    0,5 l kremówki z 0,5 szklanki cukru i 2 śmietanfixy
    Polewa:
    - 2 gorzkie czekolady
    - pół kostki masła
    - 4 łyżki mleka

    Szybko, szybko, bo w pracy muszę spakować sto kalendarzy, kartek świątecznych, osiem koszy świątecznych i to wszystko wysłać.
    Dam więc zdjęcie owocu naszego ostatniego weekendu, czyli kupione w piątek, złożone w sobotę i zapełnione w niedzielę dodatkowe regały. I muszę się przyznać, że to jest dosłownie fizyczna rozkosz dla mnie – układanie swoich poniewierających się rzeczy do nowych mebli. Szczęście życiowe: +100 przez trzy dni :-)
    Mój nowy regał, ustawiony między pokojami dzieci na piętrze, można zgadywać, który pokój jest Dextera :-)

    Na górnych półkach znalazły swoje miejsce gry planszowe, a w szafce wszystkie zdjęcia i albumy fotograficzne. Jedną półkę zagospodarowała sobie Deedee i kiedy nieśmiało zasugerowałam, że może niech dobierze wielkością, to z oburzeniem powiedziała, że musi tematycznie! Wsadziła tam między innymi wszystkie swoje ukochane Mikołajki. I krecik z Pragi też się przydał :-)

    A m dorobił się wreszcie miejsca na swoje modele:

    A niech ma chłop, w końcu na to wszystko robi.

    Pochwalę się również moim wyrobem imieninowym, czyli ciastem pijana śliwka, a co:

    i moim ulubionym kotem, bardzo fotogenicznym, który pilnuje mojej robótki:

    Tu mamy efekt zabawy Deedee:

    i jeszcze jedno:

    A pewnego dnia Deedee usiadłą, narysowała na kartce w kratkę schemat, a potem go wyszyła:

    Pożniej, już w szkole, zaczęła następne obrazki:

    I jeszcze jej kwiatki szydełkowe:

    I to by było na tyle. Męczę nadal Toma Holta, ale nie jestem zachwycona.
    Zaplanowałam świąteczne menu, rozpisałam na składniki do kupienia, wzięłam sobie na głowę wyprawienie u siebie drugiego dnia świąt, w związku z czym we wtorek po świętach biorę wolne, żeby odpocząć (albo posprzątać po gościach. hyr hyr hyr.)
    Nie jadę jutro z m do Wwy, chciałabym, ale wyrzuty sumienia by mnie zabiły.
    Na święta znowu robię pijaną śliwkę, żeby nabrać wprawy. I wymyśliłam sobie tort bezowy, orzechowo – kawowy. I oczywiście Pani Walewska.

    Na siłowni zaczęłam wprowadzać nowy plan, z nudów. Najpierw na bieżni 10 minut rozgrzewki, a potem na zmianę minuta biegu i minuta marszu. I muszę powiedzieć, że NIE JEST łatwo przebiec 3 razy po minucie. Aczkolwiek za trzecim razem stwierdziłam, że może jeszcze czwartą minutkę? Ale dałam spokój, bo strasznie się boję, że ze zmęczenia zahaczę nogą o taśmę i się wykopyrtnę spektakularnie. A taka bieżnia to potrafi poturbować, oj. Potem dopiero idę na orbitreka i tam max 30 minut, bo już mi się to okropnie nudzi. Potem 15 minut rozciągania i brzuszków oraz ciężarki.

    To teraz trochę zapowiedzi zimy, sprzed paru tygodni i oby tylko taka zima nas w tym roku spotkała:

    tylko czasu brak.

    Przede wszystkim robótki – w końcu dałam sąsiadce swoje wyszywanki – czyli przody poduszek, wyszyte haftem kaszubskim, richelieu i z margerytkami. Sąsiadka się sprężyła i uszyła mi te poduszki. Potem trzeba było wyprać, wyprasować, a haft richelieu wyciąć (kto się zna, to wie). Już prasowanie nie było proste, a wycinanie – koszmar, w końcu wczoraj kupiłam odpowiednie nożyczki, które po kilku minutach używania zacisnęły się tak, że jeszcze mam ślady na palcach. Czy już naprawdę nie można dostać nic dobrej jakości?! Wezmę sobie od mojej mamy to, co jeszcze jej zostało, ale doprawdy…
    W każdym razie moja mama będzie zachwycona, jak przyjedzie na wigilię i zobaczy na kanapie w salonie poduszki wyszywane przez 3 pokolenia (bo niektóre z nich robiła sama, niektóre zaczęła ona lub jej teściowa, a ja skończyłam).

    Po drugie – filmy :-)
    Braci Cohenów – uwielbiam, chociaż nierówne są te filmy, jak dla mnie. Obecnie na tapecie „Poważny człowiek” – świetne.
    „Portret damy” – jestem niepoprawna, znowu myślałam, że film z Malkovichem da się obejrzeć.
    Obejrzałam w końcu resztę „Niewinnych kłamstewek” i spłakałam się jak bóbr (o ile bobry płaczą, ale skoro norki się śmieją?).
    Nie wiem, czy już pisałam o „Miłość i inne komplikacje” – dawno nie widziałam tak dobrego filmu, a Natalie Portman wciąż coraz lepsza. Film jest jakiś taki Allenowski w klimacie (pewnie dlatego, że pokazuje w podobny sposób Nowy Jork).
    Co jeszcze? O, na przykład „Siedmioro wspaniałych” – z Helenką B-C, jak zwykle niesamowitą, a film na temat, który od dawna mnie interesuje. Był na dwójce we wtorek, kto nie widział, ten trąba.
    Cała seria francuskich filmów – „Jeden odchodzi, drugi zostaje”, „Rozwody!”, „Rodzina Tuche” – w trakcie tego ostatniego m stwierdził, że nie ma grypy żołądkowej, tylko po prostu już rzyga francuskimi filmami – co prawda nie ogląda ich ze mną, ale słyszy z drugiego pokoju.
    No i jeszcze jeden horror – Kevin Costner zszedł na psy (a nie na wilki): „Nowa córka” oraz jeden thriller, niezły „Chloe”, z Julianne Moore i Liamem Niesonem.
    To by było mniej więcej tyle. Gniotów nie wymieniam.

    Emowi grozi emigracja do Kętrzyna – służbowa. Już kiedyś postawił warunek, że owszem, ale po maturze Dextera. Wczoraj szef znowu go nagabywał, ale sam sobie odpowiedział „Wiem, wiem, jakby Dexter nie zdał matury, to byś mi do końca życia tego nie zapomniał…”

    A teraz może po kolei, ale w znacznym skrócie, bo nie mam siły tyle pisać.
    W piątek w pracy zebrałam się w sobie i stawiłam czoła prezentom świątecznym. Pomógł mi w tym empik, bo przysłał rabacik na zakupy i darmową wysyłkę kurierem. Zamówiłam kilka książek dla dzieci i grę planszową. Następnie bohatersko udaliśmy się z m na podbój centrów handlowych, gdzie puściliśmy mnóstwo kasy po to, aby wczoraj stwierdzić, że najważniejszego nie mamy. Ale i tak było świetnie – przede wszystkim dzięki szampańskiemu humorowi m, którego to ja tym razem musiałam powstrzymywać przed niekontrolowanymi zakupami. Po Auchan chodził w czapce Stańczyka, takiej z dzwoneczkami. Chciał ją sobie nawet kupić. Przy okazji kupiliśmy nowe krzesło do komputera dla Dextera (stare zamiast kółek miało 3 tomy encyklopedii). Dla chrześniaczek (dwie mniej więcej dorosłe) kupiłam bony do Sephory i empiku, które uważam za świetny prezent (wszystkim to mówię, ale do nikogo nie dociera na razie, że ja TEŻ chętnie takie przyjmę). W nagrodę, że jesteśmy tacy dzielni kupiliśmy sobie półtorej kilo krewetek na kolację i je ZEŻARLIŚMY rodzinnie z masełkiem i czosnkiemmmmmmm….
    Sobotę spędziliśmy jeszcze bardziej pracowicie – Deedee poznawał tajniki haftu krzyżykowego, a m w tym czasie cwałował na siłowni, ja sprzątałam, potem wyruszyłam z m do Gdyni, najpierw na mjnię, potem do jednej chrześniaczki wręczyć już jej tę Sephorę, potem do mamy na dwie godzinki (było miło, bo nie uprzedzaliśmy, że wpadniemy, więc nie szykowała trzydaniowego obiadu od rana, tylko sobie posiedzieliśmy i pogadkowaliśmy). W końcu zrobiło się po piątej i ruszyliśmy do Oliwy na dawno wyczekiwaną imprezkę u znajomych. Imprezka się udała wybornie, tyle, że nikt nie pamięta, jak się skończyła :-) Jedna dziewczyna zniknęła nad ranem i już się nie znalazła. Ja o piątej rano obudziłam się (w łóżku) i przebrałam w piżamkę. Potem późne śniadanko i do cioci Barbary na imieniny. M cierpiał strasznie, nic nie jadł cały dzień. Ja za to czułam się bardzo dobrze, co okazało się zapowiedzią grypy żołądkowej, która dopadła mnie w nocy. Poniedziałku nie bardzo pamiętam, tak byłam wykończona, we wtorek też zostałam w domu i dochodziłam do siebie.
    Wczoraj po pracy ruszyłam „na miasto”, w poszukiwaniu następnych prezentów i trochę przywlekłam. Dzisiaj m dostał maila z następnymi wytycznymi. A sobie postanowiliśmy zrobić w tym roku nietypowe prezenty – ja kupię dwa regały na książki, a m kilka półek na swoje modele. I to mi się podoba!
    Deedee wczoraj usiadła, narysowała na kartce w kratkę schemat czarnego kota i go wyszyła krzyżykami. Jestem z niej bardzo dumna. Przy okazji pokazałam jej, jak zaczynać i kończyć bez supełków oraz pożyczyłam swój tamborek. Ależ była zaintrygowana tymi sztuczkami! W sobotę na kółku zabłyśnie :-)
    Jeszcze książka – zaczęła nawet mi się w połowie podobać, humor ma niezły i mam nadzieję, że zanim się skończy, to parę spraw się wyjaśni (chodzi o „Ziemia, powietrze, ogień i budyń” Toma Holta).
    A teraz trochę popracuję, a potem założę sobie konto na jakiejś czytelniczej stronie, gdzie można zrobić sobie listę, co się czytało czyta i co się by chciało dostać w prezencie ;-) Zna może ktoś taką stronę?

    Zyję

    1 komentarz

    ale mi zeżarło notkę i się obraziłam


    • RSS