batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 1.2012

    oto kot.

    Kot, który mówi po hiszpańsku :-)
    Wyuczył się kilku tekstów o oczach błyszczących jak gwaizdy i o zapachu róż i będzie dziś łamał senioritom serca na balu.
    A jeśli któraś będzie oporna i zniknie w tłumie, to ma też cytat z Toy Story 3:
    - Seniorita, seniorita! Donde estas?!

    A, no tak, miałam zadzwonić do D i powiedzieć jej dobrą nowinę. Ale jeszcze śpi, to nie będę okrutna :-)

    Poza tym – niewielka roszada w firmie m owocuje radykalną zmianą w życiu naszej rodziny, już od piątku (nawet do poniedziałku nie dali czasu na zaakceptowanie nowej rzeczywistości, korrrrrrporacja jego mać).

    Proponuję postawienie pomnika panu Cholewie, jak ktoś ma konto na fb, to może by tam to rozgłośnił – ten pan ma Talent, do tego żyje i nie jest znany z tego, że jest znany, tylko robi naprawdę dobrą robotę. O, Cholewa na prezydenta!!! Ciekawe, co on myśli o ACTA?
    A dlaczego tak nagle o tym panu? Bo rzadko zdarza się, żeby czytać coś i przerwać na dobre parę minut, żeby się pośmiać. Ryknąć śmiechem siedząc w pustym łożu, z książką na kolanach. A wszystko to przez jedną scenę, jak Ridcully dmuchnął w gwizdek :-))))

    Ostatni raz to były… Smerfy 3D :-)
    Za to wczoraj – uczta czterdziestolatka, czyli Sztos 2. Byliśmy zachwyceni oboje, a więc znak, że się Pazurze udało. Olaf Lubaszenko jest genialnym reżyserem. Wiecie, że Sztos pierwszy był jego debiutem reżyserskim? Ale wracając do części drugiej – grali prawie wszyscy aktorzy z pierwszej części, czyli PRAWDZIWI aktorzy; dialogi świetne, teksty zwalające z nóg, a scena w knajpie w Warszawie z genialnym Józefowiczem – brak słów. Obśmiałam się jak norka.
    W tym samym czasie Deedee w sali obok ogłądała Kota w Butach i też była zadowolona – podsumowała, że to film dokładnie dla niej, w sam raz „koci”.
    Skończyłam drugi komin, zaczęłam trzeci „otulacz”, tym razem warkocze, więc bardziej pracochłonny. I wiem, dlaczego nie ma zimy – bo w tym roku produkuję wyjątkowo grube dzianiny, takie na siarczysty mróz.

    Oczywiście obejrzałam również w ostatnie dwa weekendy całe mnóstwo filmów w domu, w tym jeden beznadziejny – nie dajcie się nabrać na wiele obiecujący tytuł „Wyspa zaginionych” – nie wiem, dlaczego go w ogóle nagrałam. A, no tak, bo był po hiszpańsku.
    Za to fajny był – zaskakująco – film niemiecki Miłość z przedszkola, nie będę tłumaczyć, dlaczego.
    Widziałam też dwa świetne filmy – „Niedokończone życie” z Robertem Redfordem i „Klub Imperatora” z Kevinem Kline. Pierwszy ma klimat taki, jak lubię, a drugi zaskakujące zakończenie. Obejrzałam też „Zanim odejdą wody” i uważam, że określenie szalona komedia to trochę może przesada – uśmiałam się raz, a dobrze, w połowie. To jest raczej kontynuacja przygód „grubego Jezusa” z Kac Vegas.
    Nie mam szczęścia do „Samotnego mężczyzny” – ciągle przegapiam oraz do „Zgonu na pogrzebie” – tym razem nagrywanie zakłóciły opady grubego, miękkiego i białego puchu.
    O, jeszcze jeden niezły film widziałam – dreszczowiec kolejowy :-) ale naprawdę niezły – „Niepowstrzymany”.

    Już trzy razy śnił mi się mój wyjazd do Norwegii, ja nie wiem, naprawdę aż TAK tego nie przeżywam, owszem, bardzo się cieszę, ale dlaczego w sferze marzeń sennych już to wszystko trzy razy przerobiłam? To jest raptem pięć dni i dwie godziny samolotem. Może to wszystko dlatego, że tak bardzo się cieszę?

    Dzisiejszy dzień będzie bardzo długi i ciężki – po pracy biegiem do domu, obiad na stojąco, zebranie w szkole a potem rajd z powrotem do Pruszcza na basen, w trakcie basenu własne ćwiczenia, odbiór Deedee i powrót do domu. Muszę też w tym tygodniu spędzić trochę czasu w pokoju Dextera – ja będę robić na drutach, a on będzie mi udowadniał, że przejdzie test na prawo jazdy bez problemu. Muszę mu też kupić białą koszulę, bo w sobotę studniówka. Muszę kupić drugą torbę, dla Deedee, do samolotu. Muszę poprać ciuchy. Muszę przygotować pokój na przyjazd D. Muszę kupić sobie jakieś kapcie w końcu, a to wcale nie jest takie proste.

    Czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego ja nigdy nie zajrzę w kalendarzyk, tylko dopiero kiedy ocknę się z maczetą na gardle współmałżonka i krwawym mordem w oku, to okazuje się, że to tylko PMS?

    Teksty

    3 komentarzy

    Oglądamy reklamę pewnego kosmetyku dla pań. M pyta Deedee:
    - Mama tego używa, a ty – czemu nie używasz?
    - Zwróć uwagę na różnicę wieku… – odpowiada z nonszalancją.
    Żmija na własnym łonie.

    Rozmawiam z Dexterem na temat (jakże na czasie!) wad i zalet babć. Dexter między innymi mówi:
    - Babcia zawsze rano wkładała mi kanapki do plecaka. I jak przestała to robić to zgłupiałem, kompletnie nie wiedziałem, czy już brałem je z lodówki, czy nie brałem, czy w ogóle je miałem…
    - … i skąd się w ogóle w nich bierze ser??? – dodaję na fali.

    Jak już pisałam, obraziłam się na moją pasmanterię i powiedziałam „Do Bydgoszczy będę jeździła, a tu więcej nie kupię!”
    Po czym po południu złożyłam w necie zamówienie, wysłałam przelew, następnego dnia miałam info, że zamówienie wysłane i jeszcze następnego, czyli dziś mam paczkę w ręku.
    DUŻY PLUS dla tego sklepu.
    A więc dziś po południu pierwszy komin będzie skończony. I obiadek nawet na dziś zrobiony (nie musiałam, ale chciałam) – czeka pyszny ryż z rybą po chińsku. Ciekawe, co pójdzie nie tak?

    Długi weekend to jednak dobra sprawa. Baaaardzo przydał się ten jeden dodatkowy dzień na pozbieranie się po świętach, Sylwestrze, choince itp.
    Tyle, że już nie pamiętam, co robiłam w piątek. A, no tak, pojechaliśmy na cmentarz i odwiedzić potem mamę. Jak zwykle zrobiła gar rosołu i pińcet kotlecików drobiowych, które swoją drogą już jakiś czas temu zaczęły nam wychodzić bokiem. Dosłownie i w przenośni (bo zawierają majonez i są smażone na ogromnej ilości oleju i masła). Jakoś przeżyliśmy, mama nagadała się z teściową, m obejrzał wojenny film, dzieci dzielnie pomagały w zmywaniu po obiedzie (okazuje się, że Deedee nie ma pojęcia jak to robić – nadopiekuńcza babcia i zmywarka zrobiły swoje), ja posprzątałam, Dexter odkurzył i wróciliśmy do domu. Z rosołem i kotlecikami.
    W czwartek poszłam do mojej „ulubionej” pasmanterii, kupiłam kłębek włóczki i rozpoczęłam produkcję komina. W piątek w południe kłębek mi się skończył i poczułam, że życie straciło smak. A taki piękny komin już mi się zaczął klarować!
    W sobotę rano zawieźliśmy Dextera na autobus i pojechaliśmy na siłownię. Po drodze wyskoczyłam po następne dwa kłębki (pani zapewniała, że ma dużo). I pocałowałam klamkę. Zamknięte na głucho, bez nędznej karteczki z informacją. Jeżeli można poczuć smak „potwornego rozczarowania”, to ja go mogę dokładnie opisać. W poniedziałek po pracy znowu tam poleciałam i co? Oczywiście nie ma więcej w tym kolorze. Pani aż się uśmiechnęła oznajmiając mi to – to jest jedna z nielicznych okazji, kiedy ta pani się uśmiecha (pisałam już kiedyś o niej). Kupiłam trzy kłębki w innym kolorze, na następny komin i poszłam do domu. A w domu od razu poszukałam sobie tej wełny w necie i zamówiłam i pewnie jutro lub pojutrze ją będę miała. Trudno, będę dopłacać 11 zł za przesyłkę, ale do tej pasmanterii to już nie zajrzę więcej, mam dosyć tego babola. Wczoraj zrobiłam sobie porządek w moich robótkach (5 pozaczynanych, ale ja tak lubię; i zawsze kończę, nie ma takiej opcji, żebym nie skończyła) i dałam przy okazji emowi możliwość pochwalenia się jego śliczniuteńkimi, nowiuśkimi, nieużywanymi narzędziami – kupił sobie m.in. elektroniczną suwmiarkę i mógł mi pomierzyć grubości drutów z żyłką. Ale był dumny! Przynajmniej na coś się ta suwmiarka przydała.
    Tyle o robótkach.
    Sobota była niby wolna, ale sześć godzin spędziłam na ćwiczeniach i przygotowaniu obiadu. Niby to czas dla mnie, a i gotować lubię, ale tam na kanapie leżały druty i mnie wołały! Kulinarnie rozpieszczałam rodzinę – były i bułeczki, które pięknie wyrosły, takie jakby kajzerki, ale z dodatkiem mąki pełnoziarnistej. Były pancakes na śniadanie, z dżemem. Była lasagne w niedzielę. Były boczniaki smażone z bułce. Był quiche, który już robię z zamkniętymi oczami i mimochodem. Dagny, na Twoją cześć zrobię quiche z pomidorkami koktajlowymi i serem Brie, zobaczysz, jaka to rewelacja!
    Bo nie mówiłam jeszcze, ale D przyjeżdża pod koniec stycznia do nas, a tydzień później pojedziemy razem z nią i Deedee do Norwegii. Szał, co?
    Za to Deedee miała w sobotę u siebie koleżankę z klasy i zrobiły sobie „imprezkę”, co oznaczało nakrycie stolika serwetką, pochłonięcie słodyczy świątecznych i wyprawę do wioskowego sklepiku na hamburgera :-)

    Godny odnotowania film to na pewno „Milczenie Lorny” – stary ale dobry i mocny. „Turysta” – z Deppem i Angeliną wart jest obejrzenia tylko dla samej przyjemności popatrzenia na Angelinę, niestety, Depp był zbyt zarośnięty na mój gust. „Incepcja” – oszałamiające efekty specjalne i niewiele więcej. Lubię aktorkę, która tam wystąpiła – to znaczy tę małą czarną, a nie Cotillard – ona jakoś mi nie leży, coś ma w oczach takiego, że nie mogę jej polubić. No i widziałam ją w mało sympatycznych rolach.
    Zrobiliśmy sobie powtórkę z „Ekspresu polarnego”, a m jeszcze dołożył sobie „Tora tora tora”, podczas którego ja powtórzyłam ogromną ilość materiału z hiszpańskiego, co od razu podniosło mi samoocenę o 5 punktów, bo już daaawno nie zaglądałam.
    Co jeszcze iwdziałam? Aha, „Niania i wielkie bum” – to z Deedee; i całkiem nam się podobało, dosyć niekonwencjonalny jak na film dla dzieci. I świetni aktorzy.
    Ach, no i „Closer” – w końcu obejrzane i baaardzo mi się podobało. Jude Law w końcu w roli stworzonej dla siebie, czyli żałosnego dupka.

    A w niedzielę teściową i Deedee powiozłam na WOŚP do Gdańska, zdążyłam na koncert Calle Sol i nawet trochę potańczyłam z Deedee przy rytmach salsy :-) Spacer w jedną stronę, latte w kawiarni i spacer w drugą stronę. I już można było wracać, i jeszcze pół niedzieli miałam dla siebie. Mówiłam, że nie znoszę spacerów?

    Na siłowni poprosiłam panią instruktor, żeby mi pokazała, jak się pozbyć tzw. „helenek” (kto widział w życiu jakąś panią Helenkę, to wie, o co chodzi, mnie ta nazwa niezmiennie bawi). Zdaje się, że niedługo się z nimi pożegnam i oby na zawsze.

    A wszystko to udało się tylko i wyłącznie dlatego, że nie robiłam w ten weekend tego, co zazwyczaj, a o czym nie napiszę, ale werita wie :-) I mam nadzieję, że w tym roku tego już nie zrobię. A może i dłużej.

    PS: Pierwszy śnieżek spadł.

    Obejrzane

    3 komentarzy

    Zaskakująco miły polski film, o którym wcześniej nie słyszałam – „Milczenie jest złotem” – z bardzo sympatyczną muzyką, a główny atut – obsada:
    Edyta Olszówka, Wieczorkowski, Globisz, Stalińska(!), Frycz, Zofia Czerwińska, Schejbal, Gładkowska, Łapiński itd etc…
    Nigdy nie przepadałam za Stalińską, ale tutaj epizod w jej wykonaniu nie daje oderwać oczu. Ileż takich nawiedzonych lekarzy czy nauczycielek widziało się w życiu – a ona zebrała kwintesencję w paru minutach filmu.
    A tak długo zwlekałam z nagraniem tego filmu! Najśmieszniejsze było to, że na początku nie zrozumiałam wątku i przez cały film się wściekałam, że jestem za głupia nawet na taką produkcję. Po zakończeniu obejrzałam jeszcze raz początek i wszystko się wyjaśniło – po prostu niepotrzebnie zamieszali, dając w jednym filmie Lesienia i Wieczorkowskiego, którzy jak dla mnie mogliby być bliźniakami.
    Poza tym robiłam trzy podejścia do nagrania mojej ukochanej komedii „Dzieci i ryby”. Za pierwszym razem zapomniałam, za drugim nagrało się 20 minut, za trzecim – 3/4 filmu. Podejrzewam nieświadomą złośliwość mojej teściowej. Ale film już do mnie leci, z Warszawy. Jak to dobrze mieć prawdziwych przyjaciół.
    Co jeszcze? Aha, „Złe wychowanie” Almodovara. Co prawda przez połowę filmu nie kumałam nic, ale potem się wszystko wyjaśniło i bardzo mi się podobało. Jeszcze bardziej homoseksualny film niż Brokback M.
    Nie wiem, czy już pisałam, że „Och Karol 2″ też dał radę – uśmiałam się, nawet nieźle.
    No i jeszcze „Była sobie dziewczyna” – moja świąteczna atrakcja. Super, a teraz czeka na stoliczku wersja papierowa. Ale na razie czytam „Wierność w stereo” i zaprawdę powiadam, że Hornby rządzi.

    Ku pamięci – Dexter nie zdał pierwszego podejścia do prawa jazdy, odpadł już po teorii, więc na razie nie jestem w stanie powiedzieć o nim nic pozytywnego. Leniwy małpiszon.
    Jak pomyślę, że za osiem lat czeka mnie powtórka z rozrywki, to mam ochotę zamrozić Deedee. Niech już na zawsze zostanie córeczką mamusi, słodką dziewczynką o jasnych i prostych zasadach.

    A teraz zaczynam już tylko żyć dla ferii. Moje myśli zajmuje wyłącznie lot (uwielbiam), bagaż podręczny i wybór butów na norweskie ścieżki.

    W święta nastąpiła przymiarka szydelkowego obrusu do stołu, na który został zrobiony. Okazało się, że trzeba jeszcze dorobić 9 kwadratów, więc robię. Obiecałam serwetę dla koleżanki z pracy, obiecałam też kominy na drutach paru osobom, ale coś czuję, że do wiosny ich nie zrobię (kupić grubą włóczkę!). Obiecałam parę śnieżynek z białego kordonka, na wieniec „nadrzwiowy” – to już będzie na następne święta. Sobie obiecałam – lata temu – szydełkowe bombki. Ciekawe, czy kiedyś je zrobię?

    PS: Przypomniał mi się jeszcze jeden dobry film „Jak spędziłem koniec lata” – rosyjski, z ogromnymi dłużyznami, ale baaardzo dobry. Polecam.

    zrobiłam sobie porządek w linkach. Ale jakbym zalinkowała wszystkie swoje ulubione blogi, to moja strona główna kończyłaby się gdzieś pod Łodzią :-)

    A swoją drogą, to jak zima jest, to wszyscy płaczą i narzekają na białe ścierwo. A jak jest piękna jesień w grudniu i styczniu, to ani be ani me. A pochwalić nie łaska?
    Ja w Sylwestra musiałam jeszcze umyć drzwi na taras, bo bijące słońce pięknie podkreślało obklejone kurzem szyby oraz ślady łapek rozmazujących ten kurz pod tytułem „wpuuuuuuuuuuść mnieeeeeeeeeee…..”


    • RSS