batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 2.2012

    Pisałam i zeżarło.
    No nic.
    Cisza tu jakaś, jakby czekano na fajniejszą notkę. Fajniejszej nie będzie, bo więcej autorka z siebie nie wydusi :-)

    Czekam z zapartym tchem na jednego z kurierów, bo ma mi przywieźć włóczkę. Pewnie już go dziś nie będzie, bu. A bardzo chciałabym zacząć już następną robótkę (jakby mi było mało tych zaczętych).

    Jakiś czas temu wzięłam się za „Good night, Dżerzi” Głowackiego. Pięć pierwszych stron czytałam kilka wieczorów i jakoś nie trafiało. W końcu wczoraj najpierw poczytałam sobie o obu pisarzach, recenzję książki i bum, zaskoczyło. Pół książki w jeden wieczór i do tego bardzo mi się podoba.

    Trafiłam też na ciekawego bloga, tu. Nie wiem, czy dam radę przeczytać go całego, ale będę próbować. Zwłaszcza ze względu na Hiszpanię w 2005 roku. Aż mi się zachciało znowu dać sobie szansę na poznanie czasu przyszłego. Tylko skąd wziąć ten czas (nie przyszły, tylko na ćwiczenia)? I miejsce? I słownik też by się przydał. Lubię robić ćwiczenia, ale bez słownika to masakra, bo podręczniki rozkładam na stole, a z każdym nieznanym słowem muszę lecieć do drugiego pokoju, do komputera. Ze słownikiem poczekam jeszcze trochę i kupię sobie na imieniny. Los mnie ustrzegł, bo o mało ostatnio sobie nie kupiłam małego Langenscheidta w Biedronce. Na szczęście coś mnie tknęło i nie wzięłam. Okazuje się, że nic nie wart. Najbardziej zastanowiło mnie to, że przy tłumaczeniu z polskiego na hiszp jest fonetyczna wymowa słowa polskiego. Według mnie bez sensu. Raczej znam wymowę polskiego, jak szukam jego hiszpańskiego odpowiednika, wolałabym poznać brzmienie tego nowego słowa.

    I mam na pieńku z drogerią na S. Kupiony puder jest o co najmniej jeden ton ciemniejszy od testera i jeszcze mi wmawiają, że tester się utlenił. Chyba leżał tam w takim razie od czasu, jak po ulicy chodzili hitlerowcy.

    Wczoraj obejrzałam „Joannę”, wbrew własnym zapewnieniom, że dość polskich filmów. Trudno powiedzieć, czy mi się podobał. Nie był zły w sumie. Za to świetny był poniedziałkowy teatr – o czym chyba wszyscy wiedzą, bo również siedzieli przed ekranem (tak przynajmniej zapewniają dane – 1 150 000 widzów. Jak oni to liczą, swoją drogą?) Nieważne. Ważne, że poczułam się, jakbym była w teatrze i bawiłam się świetnie. Fronczewski i Pszoniak – to się nie zdarza za często (zwracam uwagę, jeśli ktoś to czyta, na pisownię słowa „zdarza”, bo coraz częściej trafiam w necie na „zdaża” i zęby mnie od tego bolą). Ale muszę przyznać, że pomimo całego szacunku dla Pszoniaka – ja wolę Fronczewskiego. Od zawsze. A ich duet w poniedziałek – majstersztyk.

    I jeszcze o kotach dziś nie było. A rano Kera rozbawiła mnie tak, że ze śmiechu o mało nie spadłam z… nieważne. W każdym razie zobaczyła w pralce co najmniej demona, na to wskazywało jej zachowanie i wyraz mordki. Otworzyłam jej drzwiczki od pralki, żeby mogła lepiej się przyjrzeć przerażającemu praniu w środku. Podeszła z zachowaniem ekstremalnej ostrożności, dotknęła nosem otworu i wtedy szurnęłam nogą. Ci, co mają koty, wiedzą, że to możliwe: w tym samym momencie zrobiła salto do tyłu i równocześnie była już poza łazienką.
    Swoją drogą, to ciekawe, co jest tak przejmujące grozą w moim praniu?

    PS: Zgago, nie mogę się u Ciebie wypowiedzieć, więc stąd przesyłam Ci uściski.

    Jeszcze miałam o Deedee napisać. Jej klasa okazała się bardzo dobra w angielskim, a od tego roku szkolnego dołączył niemiecki. Na początku bez rewelacji, a po pierwszym półroczu usłyszałam: „Super, jutro moja ulubiona lekcja! Niemiecki. Bo na początku nic nie rozumiałam, ale teraz już rozumiem i bardzo lubię.”
    Lingwistyczna ta moja rodzina. Razem z dziećmi będę miała obstawioną większość kuli ziemskiej.

    I byłam na „W ciemności”. Dobry, ale dłużyzny miał. Więckiewicz powinien w końcu zostać doceniony. Dłuuugo będę pamiętać ostatnią scenę i jego niesamowitą radość. „To moje Żydy, moje!” :-)
    Poza tym oczywiście seria filmów w domu. Między innymi, po raz drugi, „Przerwane objęcia” – tym razem wsłuchując się w dialogi i ciesząc, że się zna tyle słów ;-)
    I całkiem niezły film „Harold”, coś dla nastolatków i ich mam.

    Deedee przeżyła ostatnio mały kryzys osobowości, bo „czemu ja zawsze przegrywam z Dexterem w szachyyyyyy!….”
    No cóż. Potem wzięła się w garść i poczytała w sieci o manewrach, których brat pewnie nie zna, żeby go zagiąć następnym razem. I pewnie jej się w końcu uda. A Dexter, jak to Dexter, woli nawet grać w szachy z siostrą, niż się uczyć do matury.

    No i najważniejszy news – skończyłam Dallas’63. Wiem o okolicznościach zabójstwa Kennedy’ego o wiele więcej, niż przeciętna gospodyni domowa. I spodziewam się wizyty tajnych służb po tym, jak obejrzałam tysiąc pińcet filmików na ten temat.

    Weekend upłynął mi również na porządkach w robótkach. Chodziło o orientację, czego ile mam i co jeszcze nie dokończone. Nie jest tak źle, zaplanowanych robótek mam tylko na jakieś sześć lat. Dokończyłam dwa kółka, po czym przyszła sąsiadka na kawkę z nową gazetką w ręku. A tam cudo – szal, beret i mitenki z szydełkowych wachlarzy. No i dziś rano wysłałam zamówienie na włóczkę. A przy okazji kupiłam następną gazetkę. Kurtyna.

    Przy okazji porządków w robótkach odkryłam w garderobie nową toaletę kocią. Nie mogłoby toto się zsikać gdzieś, gdzie nie ma tyle rzeczy do umycia i uprania? Pretensji nie mam, bo ktoś ją kiedyś musiał zamknąć niechcący w naszej sypialni, więc musiała sobie jakoś poradzić. Za to mam pretensję za stłuczoną w zeszłym tygodniu popielniczkę (może to ZNAK?) – sprawca nieznany. Wszyscy trzej potencjalni sprawcy siedzieli z nic nie mówiącymi pyszczkami tyłem do miejsca zbrodni. „Obrus? Ściągnąłeś jakiś obrus?”
    Oraz naprawdę mam pretensję o dwa kubki do grzańca załatwione za jednym zamachem (kociego ogona). To już była naprawdę przesada. I czego ona szukała na szafce pod sufitem? Żarcia tam nigdy nie było.

    Po pierwsze – jak czytam książkę o prawdziwych osobach, to potem szukam w sieci ich zdjęć i informacji na ich temat i czytam wszystko, co tylko uda mi się znaleźć. Dziś na tapecie Marina Oswald. I bardzo ciekawy tekst napisany przez Ruth. I dużo zdjęć. Np Oswald po sekcji zwłok… Ciekawe, jak King to zakończy?
    Czy Wy też tak macie?

    Po drugie – biorę się za siebie. Znowu. Pewnie nie ma o czym wspominać. Ale chciałabym odzyskać trochę ciuchów na wiosnę.
    Czy Wy też tak macie?

    Po trzecie – w środę popielcową najchętniej przegryzłabym coś mięsnego. Owszem, jestem mięsożerna, ale często miewam też ochotę na ryby (przechodzi mi po wypluciu trzeciej ości). Ostatnio żywiłam się wędzonym halibutem, rybą po grecku, krewetkami, kotletami z dorsza. Mięsko też jest ciągle obecne – a to zupa meksykańska, a to gołąbki. Ale dzisiaj nienienie, oczywiście MUSZĘ koniecznie coś czworonożnego przegryźć. Co za podświadoma przekora jakaś. Tym bardziej, że wcale nie przestrzegam postu ze względów religijnych. Ale i tak coś z tyłu głowy mówi dziś „schaboooowyyyy…”
    Czy Wy też tak macie?

    Będzie bardzo miło, bo mamy z synkiem do szkoły na 9.00… Można się wyspać. A raczej nie wyspać, tylko dłużej wieczorem poczytać. Ponad połowę książki mam za sobą; i tak dużo, bo to już nie te czasy, kiedy człowiek (kobieta?) połykał książkę w dwie noce.
    Poza tym kończę wreszcie obrus szydełkowy dla siostry, obrzydł mi już dokumentnie, ale jeszcze tylko oblecieć go trzema okrążeniami, wyprać, zawieźć i spokój. Akurat po zakończeniu remontu u niej :-)
    I byłam w kinie. Na „Róży”. Wiedziałam, że lekko nie będzie, ale i tak parę razy po prostu zamykałam oczy, bo już nie mogłam znieść. Oczywiście, bardzo dobry film i dał do myślenia, ale ja się starzeję i coraz bardziej utożsamiam z bohaterami takich filmów. I nie wiem, co bym zrobiła, gdyby.
    Przed premierą następnego filmy Smarzowskiego długo się będę zastanawiała, czy chcę zobaczyć. Zresztą, można sobie przeczytać, co na to Idiomka.
    Co do kina, to jeszcze jedna refleksja. Kupujesz popcorn, colę i pytasz grzecznie resztę towarzystwa, czy również ma ochotę na coś. Buzia w ciup, nie nie nie, ja takich rzeczy nie jadam. A potem wpierdziela Ci pół opakowania, zanim się skończą reklamy. Nienawidzę dzielić się swoim popcornem. Taka ze mnie „jedynaczka”.
    Co jeszcze obejrzałam? Tak, pamiętam, jak się mocno skupię. Tylko muszę sprawdzić polski tytuł na filmwebie, bo nie dosłyszałam.
    Już mam: „Miłość i inne używki”. Polecam, sporo seksu ;-), śmiesznie też, a przy okazji ciekawie. Współlokator głównego bohatera – świetny.
    Popełniłam również świetną zupę meksykańską, która ma jedną wadę – nie da się jej zrobić mniej niż na 20 osób. Zrobiłam wielki gar, jeszcze dzisiaj będę ją jeść, chociaż sąsiedzi starali się pomóc w konsumpcji. I ciasteczka francuskie z budyniem. I wafle z masą kajmakową (w ramach odchudzania, oczywiście).
    Deedee jeździ na basen nawet dwa razy w tygodniu – w soboty ze szkołą, w zastępstwie za koleżankę, w poniedziałki na nasz własny kupiony karnet. I dobrze. Nie choruje, chociaż prawie codziennie wraca z mokrymi nogami i spodniami z podwórka.
    A’propos butów – NIE kupować nic w znanej sieci trzyliterowej. Zawsze coś nie tak, a jakość tak gów…, że rozpadają się po miesiącu. Tym razem jej pierwsze dorosłe kozaczki – wierzchnia warstwa skaju w „skórzanych” butach odpadła wraz z pierwszą odwilżą. Wiem, w skórzanych kozaczkach ze skaju nie chodzi się po wsi bez chodników, tylko po mieście. Teraz to zostają nam sklepy trekkingowe. Ja sobie takie kupiłam do Norwegii i jestem nimi zachwycona (nawet są dwa zdjęcia temu uwiecznione). Będę w nich chodzić cały rok. Do pracy też :-)
    O, i muszę się pochwalić, podobno dwie Francuzki są zachwycone moimi unikatowymi kolczykami zrobionymi na szydełku.
    Za to Dextera nie pochwalę, trzecie podejście do prawka oblane.

    I mam nadzieję, że to, co pada za oknem, okaże się być płatkami jabłoni…

    Momentów nie było, ale też było zaje…..
    :-)

    Pierwszy – „Cyrus„, z aktorem, którego zauważyłam pierwszy raz w Magnolii, a potem to już tylko coraz bardziej go cenię. Marisę Tomei zresztą też kocham. Film wywołuje takie emocje, że ma się ochotę wziąć bejsbola i zrobić porządek.

    Drugi – „Iluzjonista” – wczoraj był w ramach „Oskarowych wtorków” i dostałam zeza rozbieżnego od patrzenia jednym okiem na robótkę, a drugim na ekran. Bo tego filmu nie da się oglądać tylko „uchem”. A jaka muzyka…

    A z pozostałych spraw – na siłownię tak mi się spieszy, jak na własny pogrzeb. Codziennie mam wymówkę, dlaczego jeszcze nie dziś kupię karnet. Za to coś czuję, że wokół własnego domu będę miała niezłe ćwiczenia z łopatą w ręku jak wrócę z pracy.

    Poza tym strasznie mnie wnerwiają sweterki, które są takie śliczne w sklepie, a po DRUGIM założeniu są już sfilcowane. I to w jakich miejscach – na cyckach i brzuchu – jakby wołały „a to co tutaj wystaje, weź się ogarnij, zobacz jaka jesteś gruba, idź NA SIŁOWNIĘ!”

    I koło się zamyka.

    To znaczy w Norwegii raz się wyspałam. Do oporu. Zapamiętać.

    Za to wczoraj Dexter przyniósł mi „Dallas’63″, bo właśnie skończył czytać. Ja co prawda dopiero co zaczęłam inne dwie książki, ale chciałam tylko przed snem zajrzeć, czy jak zawsze dobrze się czyta.
    No i ocknęłam się o północy, że wypadałoby już się położyć.
    S.King jest mistrzem akcji ruszającej z kopyta.

    Co poza tym?

    Poza tym w Norwegii jest pięknie, spokojnie i nie ma psów. To wystarczający powód do przeprowadzki. Poza łagodną zimą oczywiście.
    A tu dowód, że byłam:

    czyli w Norwegii – caly czas na plusie: +1, +2…
    Zostaje do wiosny.

    a wy bądźcie grzeczni.
    Przejęta jestem - na szczęście nie za bardzo, bo odebrałoby mi to połowę radości z podróży oraz zdolność rozsądnego spakowania się.
    Jak tam u Was temperatury? U mnie dziś rano -16.
    Do przeczytania za tydzień.


    • RSS