batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 3.2012

    Zgago, owszem, sypiam i jadam, tylko niewiele w domu robię, gotować nie muszę, do ogródka nie zaglądam…

    Nie mogę się napatrzeć na te moje buty, takie są ładne. Czy wygodne, powiem po dzisiejszym dniu. Torebkę kupiłam trochę z rozpędu, bo stała obok i pasowała, a była niedroga. Dopiero potem zauważyłam, że nie ma paska na ramię, więc pewnie nie za długo ją będę tolerować.

    Obejrzałam (w końcu!) „Volver”. Świetny, jak zwykle w przypadku Almodovara. I coraz bardziej podoba mi się Penelope. I nawet się uśmiałam, chociaż to wcale nie komedia. Solidarność jajników jednak istnieje. Przynajmniej w jego filmach.

    Drugi berecik w połowie roboty, chyba otworzę sklepik z robótkami, jak tak dalej pójdzie.

    Byłam na wywiadówce u Dextera (OSTATNIEJ W ŻYCIU!)
    Miałam trochę czasu przed i proszę bardzo:

    Oddolnie jestem zaopatrzona na wiosnę.

    A tu mamy ucho Deedee, które nie boli, nie paprze się, jest OK:

    A czapkowe szaleństwo ogarnęło żeńską część rodziny na widok bereciku, który zrobiłam dla D i teraz mam już co robić do końca tego roku :-)

    po weekendzie, znowu trzeba 5 dni zasuwać :-)

    Nagrałam sobie ten francuski film, jeszcze nie obejrzałam, zostawiam sobie na deser.

    Nad piątkowym wieczorem spuszczma litościwie kurtynę.
    Sobotę spędziliśmy barrrdzo miło, pojechaliśmy nad jezioro, do ośrodka, w którym Deedee spędzi w tym roku kolonie, obejrzeliśmy wszystko, zjedliśmy dobry i niedrogi obiad. Nawet się trzymałam diety i zamówiłam gotowanego sandacza z warzywami i ryżem, chociaż jak patrzyłam na camemberta z żurawiną i zupę krem z borowików, które zamówił sobie m, to muszę przyznać, że…
    Deedee uszczęśliwiła się swoim ulubionym devolajem, chociaż trochę się obawiała, że tak jak w szkole będzie zawierał w środku marchewkę z groszkiem. Ale niepotrzebnie, po rozkrojeniu wypłynął z niego rozpuszczony żółty ser, a więc wszystko było w porządeczku. I zjadła moją rzeżuchę.
    Potem zaliczyliśmy urodziny J., pogadaliśmy sobie z jej rodzicami, pożyczyli nam DVD z „Wyjazdem integracyjnym”, którego nie miałam zamiaru oglądać w kinie, za to w domu i za darmo mogę obejrzeć, nie ma sprawy.
    Z filmów najlepszy był oczywiście „Hudsucker proxy” braci Cohen – widziałam, ale mogę na okrągło. Paul Newmannnn…. I uraczyłam się horrorem o znikających ludziach, nawet nie był taki zły, chociaż wolę, jak w końcu się wyjaśnia, dlaczego znikają.
    Za to w niedzielę miałam niezły zryw, bo zapowiedziano wizytę u nas i trzeba było ekspresowo posprzątać i upiec ciasto (niezastąpiona szarlotka sypana – zdążyła nawet trochę ostygnąć przed wejściem gości).
    Przy okazji Deedee dorobiła się kolczyków w uszach (dwa lata temu miała przekłuwane, ale się babrało więc dałyśmy spokój). Wyciągnęłam złote delfinki, które dostała na chrzciny czy komunię i dzięki uporowi S. zostały włożone w uszy. Nawet bez krwawych scen się obyło. S. miała zabrać Deedee do gabinetu i przekłuć te uszy jeszcze raz, ale jak trochę już u nas posiedziała, to powiedziała „dawaj te kolczyki, spróbujemy, wypiłam drinka to już się nie boję”. Przez chwilę zastanawiałyśmy się, czy to Deedee nie powinna wypić drineczka przedtem ;-)

    Z kolei moje dzieci zawiązały wczoraj koalicję i obserwowałam, jak Dexter (trochę napuchnięty z dumy jako starszy brat) poszedł z Deedee odzyskiwać jej zdobyczny scyzoryk. Była cała afera, bo tenże scyzoryk został znaleziony w lesie przez Deedee i jej koleżankę, a inna grupka dzieci podstępnie pożyczyła go od nich i później nie chcieli oddać, w końcu powiedzieli, że go zgubili. Deedee w nastroju bojowym wpadła do domu, pobiegła na górę po Dextera, a ten dumny jak paw ubrał się i poszedł z nią. „Zbrodniarze” długo z nim i jego 186cm wzrostu nie dyskutowali.

    Z kolei mały Nikoś (ma 6 lat, ale wygląda na 4) wszedł w fazę „fantazjowania”, delikatnie mówiąc. A fantazję ma sporą i łże prosto w oczy bez zająknięcia. Dziadkom oznajmił, że „jego rodzice zdecydowali, że nie będzie chodził na religię”. A prawda jest taka, że to on nie znosi chodzić na religię.
    Albo z całkowitym spokojem opowiada, jak rodzice się na przykład pobili w piątek, aż wióry leciały z mebli. Jego babcia, a moja siostra o mało zawału nie dostała. Okazało się, że widział fragment filmu z awanturą rodzinną.
    Zgubi coś na dworze, za to powie, że zeżarł mu to wielki pies rasy Baskerville.
    Czarujący fantasta.

    Niby powinnam coś skrobnąć, bo z pamięcią coraz gorzej, jak się skupię, to ledwo sobie przypomnę, co jadłam wczoraj na kolację. Właściwie pamiętam tylko jedną kolację z ostatnich miesięcy – m chociaż raz wpasował się w moją tendencję wiosenną i w piątek zamiast krewetek na masełku dostałam duży talerz carpaccio z wołowiny, więc mogłam bez żadnych wyrzutów sumienia to pochłonąć. Przed wylizaniem talerza powstrzymała mnie ilość pieprzu, którym posypał owo danie.

    Poczułam wczoraj wiosnę i wzięłam się za pokłady ciuchów nagromadzonych na parterze naszego domu. Niewiele miałam na to czasu, bo najpierw byłam na siłowni, potem jeszcze kąpiel, włosy, obiad, więc o 21 zatrzymałam się na etapie ogólnego chaosu – wszystko wywleczone z szaf i zakamarków, podzielone na kupy (za małe, na zimę, do PCK, na śmietnik oraz te „ok”). Teraz domownicy muszą sobie wydeptać ścieżki między tymi hałdami, bo na razie mi się odechciało – dzisiaj posiedzę na siłowni do oporu, jutro jedziemy w plener, pojutrze pewnie będę odpoczywać.
    Jestem z siebie dumna, że kupa rzeczy do wyautowania jest największa. Oraz bardzo wnerwiona, bo kupa rzeczy „ok” jest najmniejsza… Mam sto bluzeczek i koszulek, jedną parę spodni i dwa żakiety. Stare jak świat. No i jedną sukienkę i dwie spódnice.
    Jedną parę butów do chodzenia wiosną i ileś par butów do spódniczki, w których wytrzymam pół godziny. Cała ja.
    Ale nie ma tego złego itd – w końcu to jakiś powód do zakupów, nespa?

    Przeczytałam tego Pilipiuka, pod koniec trochę mnie już znudziły te peany na cześć bimbru, no ileż można? Spróbuję bardziej ambitnie – z Okiem Jelenia. Ale na razie dla odmiany czytam… oczywiście Pratchetta. Przegryzając „Dziennikami Anny Frank” nieźle, co?

    Siedzę wieczorami, dłubię trzy rzeczy na raz na szydełku, oglądając jednym okiem filmy. Nic specjalnego nie było, no jeden to mi się bardzo podobał, ale już nawet nie będę mówić, jaki, bo jak zwykle monotematycznie – francuski, współczesny, obyczajowy. Dlaczego nie widziałam ani jednego polskiego filmu w takim klimacie? Czy to takie trudne? Sama bym już chyba potrafiła taki zrobić. O, wczoraj widziałam dobry polski film – „Tam i z powrotem” z DWA TYSIĄCE PIERWSZEGO roku. Oczywiście Janusz Gajos. Oczywiście dramat, oczywiście psychologiczny. Ale przynajmniej dobry.

    Deedee straciła swoją szklaną kulę z Paryża, przywiezioną z takim poświęceniem. Mało i mnie serce nie pękło, jak zobaczyłam jej rozpacz. Tę z Torunia odkupiliśmy, ale z Paryżem to już inna bajka. Co prawda, kroił nam się weekend w Paryżu, ale na razie ucichło.

    Dexter pisał wczoraj próbną maturę z rozszerzonego WOSu na UG. Ciekawe, jaki będzie wynik.

    Rozgryzłam, jak to jest z tym pulsem i odchudzaniem, a to dzięki nowej bieżni, którą nam wstawili. Teraz już kumam, chociaż dalej nie mogę się pogodzić z tym, że nie mogę za bardzo się wysilać. Zawsze myślałam, że im więcej potu z siebie wycisnę, tym lepiej. I nie było to prawdą, bo najwyżej wyrobiłam sobie wielkie łydy. Teraz już wiem co i jak, więc zaczęłam tam chodzić z przyjemnością, mając poczucie, że wreszcie to działa.
    Z dietą też trzymam się świetnie, udało mi się powtórzyć zryw sprzed kilku lat i się w nim utrzymać, teraz już jedzenie nie jest moim marzeniem.
    Dzisiaj się zważę, ale czuję, że jest ok. Bardziej niż ok.

    Miłego weekendu!

    zaległa fotorelacja z Dnia Kota

    PODANO DO STOŁU:

    „Co tam dobrego dostałeś?” „Ja szyneczkę, a ty?”:

    Mmmmm, mniamu mniam, pyszności…:

    „A wy co tam macie, może coś lepszego?”

    „Jestem gotowy na deserek”:

    skomentować moich robótek na drugim blogu. W związku z tym strzelam focha i następna notka będzie, jak na tamtym blogu będzie 100 komciów ;-)

    i spróbuję opisać, co się ostatnio działo.
    Najpierw Dexter
    1) Czwarte podejście do prawa jazdy – nie powiodło się
    2) Druga matura próbna z matematyki – 49% (hohoho)
    3) Spotkanie z ulubionym pisarzem – mission complete

    dowód w ulubionej książce, którą ja teraz czytam

    Proszę zwrócić uwagę na sposób trzymania długopisu przez pisarza – nie wiem, może tak mniej boli ręka przy 100 chętnych w kolejce? A Dexter był pierwszy, dzięki przytomności umysłu swojego ojca (bo ja to już byłam zdolna tylko do malowniczego omdlenia w ukropie, jaki tam panował w sobotę wieczorem).

    Kulinarnie
    Najpierw quiche z serem pleśniowym, zrobiony jakiś czas temu, ale efektownie wyszedł na zdjęciu

    Ale jestem głodna…
    Poza tym w weekend też nieźle zabalowałam w kuchni, były krewetki w masełku z czosnkiem, a w niedzielę stek z miecznika przyrządzony na nowej patelni, do niego makaron polany masłem ze szczypiorkiem. Miałam takie wyrzuty sumienia, że po obiedzie poszłam TADAM! na spacer z sąsiadką, przy czym okazało się, że według niej spacer to nie przechadzka do sklepiku w centrum wsi i z powrotem. Nienienie. Widziałam takie zakątki lasu, który rozciąga się za moim płotem, że nie uwierzycie.
    Co w rezultacie zaowocowało ujrzeniem dziś na wadze wymarzonej cyfry na początku (bo ta na końcu niestety była większa od 8…), a więc dzisiaj świętujemy. Proponuję po 2 rzodkiewki na głowę i pół szklanki wody niegazowanej :-)

    Co jeszcze?
    A, Deedee.
    Sobotni pobyt w centrum handlowym (kawka w Starbucks – mmmmm, ostatni raz piłam w Chicago, jedenaście lat temu!) zaowocował zakupem kompletnego stroju, który nadaje się do założenia tylko raz, bo w większości jest żółty. Deedee już nie może się doczekać urodzin kuzynki. Od razu po przyjściu do domu wystylizowała się, poza dość powykręcana, bo chciała, żeby na zdjęciu była też frotka, oczywiście żółta.

    Od razu zdementuję plotki – to po lewej to nie jest część mojego ciała ;-) Nie jest to nawet brzuch, huh huh…

    Po zakupie niniejszego stroju Deedee wywinęła mi taki numer, że osiwiałam jeszcze bardziej i postarzałam się o rok. Aparat fotograficzny, który miała mieć pod opieką cały dzień TYLKO ona, zostawiła przy pierwszej okazji na stoliku w Mediatece. Leżał tam godzinę, podczas gdy my wszyscy biegaliśmy z obłędem w oku po Empiku, Kappahlu, Starbucksie, do samochodu. Na szczęście przy tych stolikach siadały dzieci, więc nie przyszło im do głowy, że można to ukraść. Gdyby został w przymierzalni w Kappahlu, to już bym się z nim pożegnała. Tak sądzę.

    Z innych zdarzeń okołocórkowych – miała w szkole zajęcia z rzeźbienia w szarym mydle. Na szczęście powiadomiła mnie o tym na tyle szybko, że miałam czas na kupienie „Białego Jelenia”. Po zajęciach opowiada:
    „Koleżanka nie miała mydła, więc kibicowała mojej rzeźbie. Powiedziała, że rodzice nie mieli czasu kupić, bo sadzą rzodkiewkę (rodzice Z. mają firmę ogrodniczą i czwórkę dzieci)
    Ja z kolei mam ostatnio fijoła z Farmeramą, więc odpowiedziałam:
    - To w takim razie powiedz, że ja bez przerwy sadzę i zbieram konwalie, jak zapomnę ci kupić cyrkiel.

    Filmowo
    Obejrzałam tyle filmów, że już ich nawet nie pamiętam, polecam wczorajszy - ”Faceci od przeprowadzek”, z bardzo interesującym szkockim akcentem, a dokładnie doryckim. Odświeżyłam sobie również starego dobrego Clinta – „Władza absolutna”, świetny jak zawsze. Widziałam też nowele filmowe z lat 70, polskich reżyserów, a z obsadą taką, że  ech… Same wielkie nazwiska (spróbuję niektóre przytoczyć – Teresa Lipowska, Andrzej Seweryn, Szczepkowski, Pszoniak, Zapasiewicz, Himilsbach, Danuta Rinn). Zresztą sami sobie zobaczcie – „Obrazki z życia”. Aaaa, odnowiłam też znajomość z moim ukochanym Melem Brooksem – „Płonące siodła”!
    A wczoraj obejrzałam znowu wybitny polski film (ja się nigdy nie nauczę) „Erratum”. Na szczęście akurat zaczęłam produkcję czapki na szydełku i zajęłam się trafianiem szydełkiem w oczka ścisłe, inaczej bym usnęła. A ja nie mam zwyczaju spać przed tv.

    Czeka już w kolejce następna porcja zdjęć i nowa notka, ale najpierw pozwolę się szanownym czytelnikom nacieszyć niniejszą :-)

    kupiłam sobie super wypaśną patelnię do grillowania. Tak, tą z Tesco za naklejki :-)
    I zabroniłam jej używać pozostałym członkom rodziny (czyli przede wszystkim teściowej, bo dla niej taka patelnia to na 3 razy – wszystko zniszczy, psuj jeden).
    Również z okazji zrobiłam już zakupy na przyszły tydzień i posprzątałam połowicznie.
    Deedee porządkując swoje dwie wielkie szuflady szkolne znalazła inspirację na kilka dni do zabawy. Jak skończyła, to nie wiedziała, za co się zabrać najpierw. Stanęło na koralikach Mineez – przystąpiła do produkcji pieska chiuaua. Nie, pisze się chihuahua. Chociaż według mnie powinno być chihauhau…
    Przez chwilę miała kryzys osobowości, bo za żadne skarby nie mogła ułożyć szpiczastych uszu. Podeszłam, popatrzyłam, obróciłam podstawkę o 90 stopni i wszystko stało się nagle jasne :-)))
    Przy okazji opowiedziała mi, jak doszło do tego, że zniechęciła się do zabawy tymi koralikami: kilka razy układała wzorek, zostawiała na parapecie w swoim pokoju, po czym na drugi dzień znajdowała obrazek rozsypany malowniczo po biurku i okolicach. Po trzech awanturach wymierzonych w babcię w końcu któregoś dnia zastała na parapecie naszą Zuzię, beztrosko stąpającą po podstawce.

    Zgaga przypomniała mi, jak gotowałam swój pierwszy i ostatni w życiu rosół. Pół roku po ślubie zamieszkaliśmy sami i miałam fazę „będę dobrą żoną”. Postanowiłam ugotować rosół, a że jestem Zosia Samosia, to nie spytałam, jak to się robi, tylko pff, zrobię, co ja nie zrobię?! Cebulę przykładnie opaliłam na palniku (wtedy jeszcze używało się gazu hłe hłe), wrzuciłam do gara marchewki, seler, pietruszki, nie pamiętem już, czy dałam jakieś mięso, ale za to dałam ziemniaki.
    Kurtyna.
    Jeść to to się dało, owszem. Ale trudno to było nazwać klarownym rosołem.
    Ja naprawdę umiałam ugotować tylko jajko po ślubie. I to na twardo.

    Teraz za to mam fazę „będę systematyczna i poukładana, codziennie sprawdzę lekcje i tornister Deedee, 3 razy dziennie kropelki do oczu, dwa razy dziennie tabletka podczas jedzenia, 3 razy tygodniowo siłownia oraz dieta cały tydzień”. Taaa…

    będzie dżihad, czy jak to się tam nazywa te wojnę, bo po powrocie z pracy wkraczam na terytorium Deedee (razem z nią, oczywiście) i będziemy robić porządek w jej rzeczach, aż padniemy. Mam dosyć tych pełnych szuflad i szafek, blatów zasłanych gówienkami z gazetek a przede wszystkim tego, że ona wiecznie czegoś szuka i nie znajduje. Co gorsza, zazwyczaj są to rzeczy szkolne.

    Szal się robi, mam mniej więcej 1/3. A przy okazji widziałam dobry film – „W ramionach Boga” oraz „Cooler”

    Poza tym, nie chcę zapeszyć, więc nie powiem o tym, że lada chwila zobaczę swoją upragnioną cyfrę na wadze. Co nie znaczy, że to będzie kres moich wysiłków :-) To zaledwie początek. Ale dawno tej cyfry nie widziałam i nie przypuszczałam, że jeszcze zobaczę. Pierwszy raz w życiu również udaje mi się równocześnie ćwiczyć i stosować dietę.

    Również nie chcąc zapeszyć nie wspomnę o zbliżającej się wielkimi krokami wymarzonej Barcelonie.

    A więc sza.

    Świętujemy norweski ślub!


    • RSS