batumi blog

    o mnie i dla mnie

    Wpisy z okresu: 4.2012

    Cudowny. A teraz mogłam wreszcie przeczytać notkę ds i zgadzam się – Omar Sy zasłużył na Cezara.
    Dzień był owocny, wystawiłam wszystkie zaległe faktury, obkupiłam się w sportowym sklepie na D, obejrzałam film.
    I cały czas nie dociera do mnie, że jutro nie muszę iść do pracy.
    Nie, żebym strasznie chciała :-)

    A jutro czeka mnie przeprawa z bratową, która w swojej dobrej wierze trochę przegina.

    D, zadzwoń do mnie jutro do domu.

    Dla niektórych raczej długi tydzień. Ja tam biorę wolne dopiero w piątek.

    Najbardziej ze wszystkich części ciała to spiekłam sobie oczy. Tak mnie pieką, że ledwo patrzę. Będę szukać po południu kropelek.
    Niedzielę spędziłam pracowicie – próbowałam utrzymać się jak najdłużej na tarasie, w pełnym słoneczku. Zawsze na początek lata tak się przypalę, że potem już do jesieni mam spokój i mogę spokojnie dalej siedzieć w domu i szydełkować.
    Jak zwykle wydawało mi się, że nic mnie nie bierze, poprawiłam przyspieszaczem do opalania, zasnęłam na karimacie, a potem wieczorem przytulałam się do wszelkich powierzni dużych, płaskich i chłodnych.
    Dexter śmiał się ze mnie dziś rano, że najpierw się opalam, a potem próbuję to ukryć pod grubą warstwą makijażu. Nic nie poradzę, mam dziś dużo spraw do załatwienia, nie mogę straszyć ludzi burakiem na środku twarzy.
    Między innymi będę się przenosić na łono innej sieci komórkowej, a byłam wierna obecnej od początków telefonii mobilnej. Mam nadzieję, że nie będę żałować.
    Pójdę też wreszcie na „Nietykalnych”, będę mogła w końcu przeczytać niektóre notki u ds, bo dotąd wchodziłam tam z jednym okiem zamkniętym, żeby za dużo nie przeczytać :-)

    Muszę gorąco polecić film. Nie wiem, chyba naprawdę udał się Amerykanom. Dawno się tak nie obśmiałam.
    „Żona na niby” – Adam Sandler, Jennifer Aniston, Nicole Kidman.
    Jennifer jest naprawdę świetna w komediach. Zwłaszcza jak gra kobietę na skraju załamania nerwowego :-)
    A scena z wędrującą po czole brwią – genialna. Czoło zresztą należało do aktorki z wybitnym talentem komediowym – zobaczcie choćby to zdjęcie.
    Jak to fajnie dobrze odpocząć, mieć porządek w ogródku i jeszcze do tego „pęc” ze śmiechu na deser.

    Dexter w ramach przygotowań do matury idzie dziś na całonocną imprezę. Ja nie wiem, czasy chyba się bardzo zmieniły. Ja trzy dni przed maturą siedziałam i kułam. Nawet bym nie śmiała rodzicom powiedzieć, że mam zamiar robić coś poza kuciem.

    Co do filmów, to troszkę się wkurzyłam na naszą platformę cyfrową. Okazuje się, że tłumaczenie, w którym można obejrzeć „Żonę…” na HBO odbiera temu filmowi jakieś 30% jakości, bo dialogi zostały zamordowane. Nie wiem, jak to jest z mechanizmami tłumaczeń filmów, ale to jest naprawdę świństwo. Najgorsze, że teraz już o tym wiem i oglądając filmy na Cyfrze będę się zastanawiać, ile tracę.

    Jak ja lubię swoją pracę.

    I mam wypielone tuje w ogródku.

    I pyszna pizza wczoraj mi wyszła. A, nie zapominajmy o pomidorowej – zrobiłam taką prawdziwą, z prawdziwymi warzywami, z czterech kartonów krojonych pomidorów, z lubczykiem zamiast maggi – sama natura. A teściowej nie dałam się zbliżyć z vegetą.

    Dexter ma dostać nagrodę na zakończenie roku, bo jest najlepszy w swojej klasie.

    HA

    HA

    HA

    Byłam na zakupach w Lidlu i mam parę ciuchów w turkusowym kolorze. Hm.

    Poza tym co? Matura zbliża się wielkimi krokami, Dexter zrobił się mocno religijny w związku z tym.

    Zrobiłam porządek w szafie; w trakcie stwierdziłam, że dwie półki to trochę mało jak na kobietę. Wybieram się więc uzupełnić zapasy do mojego ulubionego sklepu na K, nie powiem jakiego, bo mi wszystko wykupicie. Na razie wróciłam do rozmiaru 40 i bardzo się z tego powodu cieszę, odzyskałam parę par spodni, akurat mi się przydadzą w lecie.
    Za to swetry leżą na podłodze w sypialni i czekają na nowe półki w garderobie. Będzie okazja zagonić m do roboty, żeby mu głupie myśli nie przychodziły do głowy.

    W tym roku m przestawia się na morskie drogi, w maju płynie znów na dorsza, a w lipcu to już w ogóle – wynajęli sobie z kolegami jacht na tydzień i będą zdobywać Bornholm. Czy coś.

    Jak 7 maja wrócę do pracy znowu w rozmiarze 42, to będzie to li i jedynie wina Ogólnopolskiego Święta Grilla – mamy już trzy propozycje grillowania. Ratunek upatruję w jakiejś rybce. Albo warzywa? Albo ryba. O, kupię sobie jakąś dobrą wędzoną i podgrzeję na grillu.
    A wczoraj zażądałam na obiad smażonej wątróbki, kupiłam jej tyle, że byłam pewna, że raz w życiu najem się do wypęku. Po czym zmieściłam marne 30 dkg i nie mogłam patrzeć na jedzenie już do rana. I tak to jest z marzeniami.

    Fajny film wczoraj widziałam – „Tost”. O dzieciństwie jakiegoś znanego ponoć brytyjskiego kucharza – Nigela S…coś tam. Helena B-C jak zwykle rewelacyjna – ja nie rozumiem, dlaczego nie stawiają jej obok Eastwooda, Nicholsona, czy M.Streep choćby? Może za mało „gwiazdorzy”. A propos, znacie tę reklamę z Joan Collins? rewelacja :-)
    No i cały czas kombinuję, jak tu by dotrzeć do kina na tych Nietykalnych? Wczoraj nie, bo siłownia. Dzisiaj nie, bo siłownia i do tego m wraca do domu, a ostatnio mało się widujemy. Jutro nie, bo piątek, czyli dzień sprzątania (żeby chociaż w sobotę było czysto). W sobotę znów siłownia. Ech, chyba sobie pójdę w niedzielę.

    Hesusmarijahose, nie mam butów do tych turkusowych ciuchów!
    Kupię sobie turkusowe trampki, a co :-)

    zdjęć, bo o świętach już się zapomniało, a takie fajne mieliśmy wielkanocne…

    surykatki.

    Cała rodzina dostała od zajączka

    urządzenie do drukowania, skanowania i kopiowania.
    Jak patrzę na to zdjęcie to widzę, że ten pokój zaczyna przypominać serwerownię. Do tego jeszcze należy teraz dodać różne plączące się kabelki, należące do mojego prywatnego, cudownego prezentu (zajączek był hojny w tym roku, hohoho):

    No i jeszcze pozostało mi zdjęcie mojej ulubionej ostatnio potrawy, czyli krewetek w maśle czosnkowymmmmmmm….

    Weekend minął całkiem całkiem, po koszmarnym piątku nastąpiła bardzo miła sobota, znajomi wyciągnęli nas na spacer i degustację a to deserów, a to drinków, bo był weekend za pół ceny, a i pogoda dopisała. Mogłam z czystym sumieniem napić się kawy z bitą śmietaną i likierem, bo rano spędziłam na siłowni dobre półtorej godziny, czyli pobiłam własny rekord.
    Deedee miała okazję poobserwować, jak bawią się studenci (na szczęscie byli grzeczni) i pochłonęła na stojąco mega-kebaba. Oblała się moją podgrzewaną orzechówką, a na koniec trochę zmarzła (chciała być modna, więc wolała zmarznąć niż mi uwierzyć, że wieczorem nie będzie już tak pięknie).

    Niedziela o dziwo również nietypowa, bo poza domem. Dexter poszedł odwiedzić kolegę (kilka kilometrów pieszo) i zrobili sobie ognisko). My pojechaliśmy do Gdyni, na cmentarz i do mamy. A po powrocie pozazdrościliśmy Dexterowi, więc również rozpaliliśmy ognisko, były kiełbaski, tylko Deedee była niepocieszona, bo wszyscy jej sąsiedzi zniknęli i nie miała kogo zaprosić na tę imprezkę.
    Czyli zasada „powiedz mężowi, że trzeba coś zrobić w ogródku, a masz zapewniony super weekend poza domem” DZIAŁA.

    PS: A teraz wiadomość dla tych, co kupują książki w księgarniach wysyłkowych i czekają potem na nie ruski rok – dzisiaj w Gandalfie obniżka 15% i wysyłka za darmo! Bo mamy Dzień Książki.

    że taki będzie efekt globalizacji komputerowej?

    Może ktoś pamięta, że jakiś czas temu napisałam o tym, jak to Deedee rozpaczała, bo stłukła jej się szklana kula z Paryża? Drogocenna, najcenniejsza z kolekcji, bo najdalej i małe szanse na powtórny pobyt w najbliższym czasie.

    Otóż właśnie.

    Aż tu nagle i wtem po powrocie ze szkoły dostaje paczuszkę.

    Dalej będzie obrazkowo, bo obiecywałam zdjęcia.
     

    Kurka wodna, dopiero teraz zauważyłam, że w drugim rządku powtórzyłam zdjęcie, zamiast dać dwa różne, ale nie mam już siły z tym walczyć.

    Mówią „czego nie zrobi matka dla własnego dziecka”. A ja dodam, „czego nie zrobi fajna babka dla cudzego dziecka” :-)

    Bardziej zaawansowani czytelnicy od razu domyślą się, kto był nadawcą przesyłki, a ja jeszcze raz




    DZIĘKUJĘ


    pisać.
    Czyli znowu będzie notka gigant.
    Zajrzałam do ds i od razu uciekłam, bo napisała notkę o filmie, na który się wybieram w poniedziałek. Mam nadzieję, że będzie tak dobry, jak mówią. Czasem warto obejrzeć wiadomości, żeby się dowiedzieć, co leci w kinie dobrego.
    Miałam również przyjemność obejrzeć Titanica po raz nty, tym razem w 3D. Nie chciało mi się straszliwie, ale jak zwykle okazało się, że film jest nadal świetny. I nie było tłumów w kinie. A potem kupiliśmy sobie różnych smakołyków w Bomi na kolację (dupoż moja dupo!). Ser w panierce taki sobie, sama zrobiłabym lepszy, ale za to papryczki nadziewane seremmmmmm….
    Albo śledzie korzenne. Małże też lubię, ale muszę zamykać oczy, bo jak im się przyjrzę, to mi się odechciewa.
    Dexter na weekend urwał się do swojej ukochanej, jak to teraz się mówi. Próbował oczywiście w niedzielę wmówić mi, że jestem wielbłądem, czyli „no przecież mówiłem, że może wrócę w poniedziałek”. Doigrał się i jechał całą noc, żeby pójść wprost na lekcje. O dziwo, nawet po południu nie wrócił do tego tematu i miał całkiem dobry humor. Czasem jednak nie warto dyskutować z moim mężem :-)
    Z obejrzanych to jeszcze mogę wymienić „Mamuta” – nawet nie był zły, ale jak to ktoś w sieci określił – film możecie zapomnieć, ale ścieżka dźwiękowa – nie do zapomnienia! I faktycznie, odkryłam grupę Ladytron i już mam dwie ich płyty. Bardziej w prezencie dla m, bo on to już na pewno pokocha ich muzykę (niech spróbuje nie, hehe).
    A całą niedzielę spędziłam dla odmiany przed komputerem, oplątana różnymi kabelkami. Walczyłam z aplikacjami dla mojego najukochańszego nowego gadżetu – m się szarpnął i kupił mi na zajączka smartfona. Teraz mam już z głowy szydełko, telewizję, porządki, życie, dzieci…
    Przerzucam sobie muzyczkę, gram we wściekłe ptaki, morduję maszynę do flotacji miedzi, jak to nazwała Chmielewska (ktoś wie, o co chodzi?) Rozgryzam aplikacje, przestawiam się z przyzwyczajenia do nokii. Jest tylko jeden feler – to urządzonko nie nadaje się do tego, żeby być telefonem. Nie da się go odebrać jedną ręką, nie da się napisać smsa w samochodzie (z nokią miałam to już tak opanowane, że bez patrzenia to robiłam). Także piątkowe polowanie na książki w trójce jest dla mnie na razie niedostępne. Na razie.
    Zaparłam się też, żeby zrobić porządki z różnymi  pierdołami typu karty payback, zaległe pisma do wysłania itp. Wynik – od 9.00 do 22.30 przed komputerem. Ale sporo załatwiłam.
    Teraz jeszcze czeka mnie przeprawa z telefonią komórkową, bo muszę sobie przenieść numer gdzieś, gdzie nie będę dostawała palpitacji przy każdym połączeniem z netem. Na razie obstawiam Orange, ale nie wiem, czy są zainteresowani, bo po moim zgłoszeniu nie odezwali się, dziś zadzwoniłam sama i też się nie doczekałam połączenia z żywą istotą. Dziwne, myślałam, że zostać nowym klientem jest o wiele łatwiej.
    Jestem z pokolenia, któremu jeszcze czasem zadrży ręka przy łączeniu się z internetem – pamiętam jak złotówki leciały, kiedy po długim piszczeniu modemu każda strona wczytywała się 10 minut. Dlatego jak odkryłam, że mój nowy telefon kilkadziesiąt razy dziennie łączy się, żeby mi pokazać po raz kolejny jakąś reklamę, to o mało nie straciłam do niego serca. Ale jakoś się opanowałam, wyciągnęłam go z kosza na śmieci i zaczęłam załatwiać sprawę od drugiej strony.

    Jeśłi chodzi o spadające spodnie, to chyba muszę kupić mniejsze, bo o mało się ostatnio nie skompromitowałam biegnąc do apteki. Na siłowni dorwałam trenerkę i sobie ucięłyśmy pogawędkę. I dobrze, bo trochę skorygowała mój program, który sama sobie ułożyłam i zaiste jest lepiej. W sobotę czułam, że naprawdę działa. Dzisiaj będę już miała ze sobą swój najukochańszy, wypasiony, biały cudzik, z playlistą pt „fitness” i będę sobie tak biegła i słuchała… O ile bieżnia nie będzie zajęta.

    Ach, były też święta. Ale kto to pamięta, to już 8 dni temu, hohoho. Nagrałam swoją rodzinkę, jak dogorywają po obżarstwie, mama nie robiła numerów i dała się zabrać na niedzielę. Posiedziała przy stole, potem ulokowałyśmy ją w sypialni u siostry i czytała gazetki, oglądała telewizję, rozmawiała z wnukami. Była jak zwykle bardzo zadowolona.
    A teraz to nawet mnie zaskoczyła, bo wyraziła chęć obejrzenia Titanica, więc wygląda na to, że w ten lub następny weekend znowu będę miała niewątpliwą przyjemność spotkania z Leonardo, tym razem na własnej kanapie. Będzie to na pewno spory wysiłek, bo mama łatwo się rozprasza, więc żeby utrzymać jej uwagę przez 3 godziny na filmie, trzeba się nieźle nagimnastykować. Ale warto.

    A, kupiliśmy też film „80 milionów” – ja nie chciałam, m się uparł, a potem okazało się, że nic nie mogło bardziej ucieszyć mojej teściowej. I, o dziwo, film był całkiem niezły. Aktorzy się postarali, a Baka w roli majora to już w ogóle wymiata.
    Skoro już jesteśmy przy milionach, to obejrzałam jeszcze „Milion dolarów” – polski, dziwny film. Momentami żenujący, ale też miał i dobre strony. A co do dziwności, to wszystko wyjaśnia nazwisko reżysera.
    Z kolei skoro już jesteśmy przy Bace, to byliśmy też w teatrze, gdzie grał główną rolę, razem z Dorotą Kolak, którą uwielbiam od czasu jak widziałam „Koleżanki”. Tym razem to był „Seks dla opornych”. Pomijając to, że potrafię się prawie spóźnić na spektakl, będąc pod teatrem pół godziny wcześniej oraz przerażające chamstwo jednego z widzów, jakiego jeszcze nawet w kinie nie widziałam, to reszta była świetna. A wywód pani Doroty na temat przezroczystości kobiet w pewnycm wieku – wstrząsnął mną do głębi.
    Zajrzałam na filmografię D.Kolak i obśmiałam się – jakie to ludzkie – najpierw gra się recepcjonistki, turystki, żony, a potem już tylko matki…
    I jeszcze warto wspomnieć o filmie „Wygrany”, który wczoraj zaczęłam oglądać i jest całkiem całkiem.

    Następna notka to już NA PEWNO będą zdjęcia, obiecuję.

    PS: Jeszcze raz chciałabym tutaj przeprosić naszych drogich i wspaniałych aktorów za to, co ich coraz częściej spotyka w pracy. Mam nadzieję, ze nia za często. Byłam czerwona jak burak przez tego buraka, który znalazł się tego dnia w teatrze. I po co toto lezie do tego teatru, skoro nie jest w ogóle zainteresowany przedstawieniem? Mówię Wam, takiego chama to widziałam pierwszy raz w życiu.

    Niech spodnie spadają z tyłka po świętach, tak jak mnie spadają już dziś :-)
    Czego sobie i Wam życzę
    Do przeczytania po świętach!
    batumi

    Jeżeli macie możliwość obejrzenia cyklu „Cudowny świat przyrody”, to gorąco zachęcam. Wczoraj przypadkiem przełączyłam na ten program, a tam obyczaje godowe perkozów. Drogie panie, powinnyśmy samicom perkozów zmiatać w gniazdku, do niczego więcej się nie nadajemy. Niewiarygodne, co taka perkozica potrafi wymyśleć za testy, żeby z właściwym wybrankiem począć jajo.
    Obie z Deedee pękałyśmy ze smiechu i równocześnie zbierałyśmy szczęki z podłogi. Idę sprawdzić, kiedy następny odcinek.

    A tu

    3 komentarzy


    proszę się częstować:

    i jeszcze to, co się nie zmieściło:

    A Dexter walczył z prawami grawitacji i nawet mu się udało:


    • RSS